czwartek, 23 czerwca 2016

Ostatni wpis: Nowy blog - Nowa historia

Ten wpis to takie powiadomienie. Wstawiam to już drugi raz, bo poprzednią wersję wcięło i teraz muszę "wkleić" to od nowa. Zaczynam na innym blogu, ponieważ czuję taką potrzebę. Obecnie jest tam już sześć notek. Nie robiłam dla niego zwiastuna, ale może sklecę czołówkę. Kto wie. Najpierw muszę wybrać gify, odnaleźć odpowiednią piosenkę i tak dalej... Specem nie jestem. Ale na pewno będę się za to zabierać przy okazji braku weny.

Opis: 

Ekstremaliści, lekarze, psychologowie, prawnicy, pracownicy opieki społecznej. Ich praca w szpitalu powiatowym ma swoje złe i dobre strony. Tutaj przyjrzymy się, jak to wygląda, kiedy muszą się kimś zaopiekować. A nie tylko go naprawić.
Pracownicy, których łączy przyjaźń i chociaż każdy z nich pełni inną rolę, ta więź czyni z nich organizm, który działa na jednej zasadzie: Ocalić kogoś.
Z czasem między dwojgiem z nich dochodzi do czegoś więcej niż... zwykła przyjaźń.

Żeby przejść
KLIKNIJ TUTAJ


Nie wiem, czy wcześniej było opowiadanie, w którym Logan i Kendall byli lekarzami, James prawnikiem, a Carlos psychologiem. Jeśli nie... teraz już jest. 

środa, 11 maja 2016

Przedostatni wpis

Do napisania tej notki zainspirowała mnie Marla. Swoim 199 Rozdziałem, z resztą mega sentymentalnym. 

Cześć! 
Pisze to, ponieważ... postanowiłam Wam powiedzieć, że żyję. Oczywiście powstaje nowy blog, nowa historia. Za tydzień pojawi się tu wpis z linkiem. Króciutki. Potem może mnie coś natknie i zacznę zmieniać zdjęcia. Kto wie?
Pokażę Wam dwie strony, które fizycznie już nie istnieją. Na tym zeszycie był napis "Biologia" i dałam za niego pięćdziesiąt groszy. Głównie dlatego nie było mi żal się go pozbywać.
Notatka przedstawia krótki raport Lizzy z pierwszego spotkania z Charliem w Waszyngtonie. A ponieważ mam zwyczaj datowania tych śmieci, widać, kiedy to powstało. Mam takie pismo, że to właściwie jest bazgranie. Nie musicie tego czytać, bo to było tylko dla mnie i nie miałam zamiaru tego publikować.
W nowym notesie, który też jest zeszytem, w twardej tym razem okładce nie mam zamiaru już go palić. Dlaczego? Na wewnętrznej stronie okładki są nalepki z Avengersów, jak widać na załączonym obrazku:
Gdzieś je musiałam zbierać. Brakuje jednej naklejki. Wiem, jak ona wygląda, bo jej obrazek jest nadrukowany na etykiecie. I stąd właśnie ten kod napisany ołówkiem. Miałam go zetrzeć, jak już zdobędę tą naklejkę, ale nie zdobyłam niestety. A ponieważ tam u dołu był napisany numer telefonu, to musiałam go przykryć. I jak robiłam te plany lekcji (właściwie zaczynałam je robić, pierwszy raz weszłam na tą stronę), to miałam tylko jedną naklejkę. Ona już była tu przyklejona. I to był ten Iron Man w lewym górnym rogu. I mając tą jedną naklejkę, metodą prób i błędów, pozostałe kody zgadłam w jakieś pół godziny.
Obecnie w tym notesie jest takie coś:
Napisane na kolanie, wcale się nie starałam. Ani trochę. Po prostu staram się mieć ten zeszyt wszędzie ze sobą, ale zwykle nie biorę go do szkoły. Nie chcę go zgubić, chociaż wszyscy mówią, że pilnuję go jak oka w głowie. Tam jest jeszcze moje wypracowanie na brudno o pierwszej pomocy, wersja rozszerzona.
I jest jeszcze "20 powodów, żeby Shipować Scirę" To jest tłumaczenie tego: https://www.youtube.com/watch?v=8K9LK987BMc napisane z najzwyczajniejszych nudów:
Gdzieś na kartkach mam natchnioną scenę związaną z pierwszą historią o Alianie, ale... pięć lat później. To jest taka krótka scena o rozmowie Davida i Kai'a. I przedstawia autentyczną rozmowę dzieci w takim właśnie wieku, której byłam świadkiem w poczekalnie do dentysty. Jest głupia. Po prostu głupia. I tym razem zdjęcia nie zrobię, a ani nie przepiszę do publikacji.

Tymczasówki:

Tymczasówki to nie są moje opowiadania. Tylko Wasze. Wydrukowane w celu późniejszego przeczytana. U mnie, czy nie u mnie. Te dziurkowane były drukowane ok. godziny piątej rano i były wsadzane do mojego szkolnego segregatora. Dla wygody. Komentarze pisałam na brudno na jakiejś kartce, a różnica była taka, że automatycznie zaraz po przepisaniu, wyrzucałam ją do kosza. Te wydruki wyglądają tak:
A przynajmniej te, których jeszcze nie wywaliłam. Pewnego pięknego dnia będzie sprzątanie i też będę musiała je spalić. A na razie... lubię do nich zaglądać. Od czasu do czasu, przypominać sobie co tam było i później schować to z powrotem do tej samej teczki. 

Nie wiem, czy ktoś zwrócił na to uwagę. A za tydzień... tutaj pojawi się OSTATNI wpis z linkiem do "You are my oxygen.". Potocznie mówię na to "Tlen", bo "YAMO" brzmi bardzo głupio. 

I Marla... czekam na Twoje kolejne dzieło, a za tydzień spodziewam się Twojego ostatniego rozdziału na PPP. Ciekawe, co wymyślisz jako następne. 
Trzymajcie się! 
I do zobaczenia na Tlenie. 

PS. Pisałam to dwadzieścia minut. 

wtorek, 22 grudnia 2015

Notka pożegnalna

Cześć! Wiem, ze trochę się z tym spóźniłam, ale myślę, że było warto. Miałam napisać epilog, w którym Lizzy wgrywa sobie pełną wersję intersecta, ale wszystkie trzy wersje wyszły nadzwyczaj kiczowato, więc nie opublikuję tego czegoś. Ale za to wymyśliłam coś innego. Całe opowiadanie było o Lizzy i na sam koniec poznacie coś, czego ona nigdy nie powiedziała. Ale najpierw... Pogadamy sobie o historyjce, którą mamy już za sobą.
Po pierwsze Generalissimus. Można go nazwać przyjacielem rodziny. To taki bogaty człowiek, który lubi rozpieszczać ludzi, którzy ratują mu życie. A ponieważ Carmichaelom zawdzięcza naprawdę dużo... To chyba nie muszę już nic dodawać.
Po drugie, coś, czego nie widać, czyli Ellie. W serialu było ich naprawdę dużo, ale tutaj Devon, Ellie i Clara zostali odsunięci bardzo na dalszy plan., żeby zrobić miejsce dla rodziny Din. Jesli oglądaliście serial, to myślę, że wydali Wam się sympatyczni.
Czy jest tu ktoś, kto nie polubił Antonia? Wiecie, ten milutki cyrkowy tygrysek, którego Lizzy przygarnęła za zgodą Chucka, który... ma alergię na kocią sierść. W ten oto sposób poświęcił swoje zdrowie i swoją wątrobę, faszerując się środkami na alergię. Ale w końcu się przyznam, skąd wzięło się jego imię. Podejrzewam, że mnie za to znienawidzicie. W „Violettcie” był jeden Antonio. Wiecie, taki staruszek, właściciel Studia, potem umarł... No to właśnie stąd się to wzięło.

A teraz... Niespodzianka na koniec czyli...
5 rzeczy, do których Lizzy nigdy się nie przyzna:

  1. Chciałaby śpiewać jak Katy Perry.
  2. Zazdrości Arthurowi, że biega trzy razy szybciej od niej.
  3. Dobrze pływa, ale i tak boi się utonięcia.
  4. Gdyby miała magiczne moce, ożywiłaby Harry'ego Pottera.
  5. Kiedy była mała, myślała, że Kapitan Ameryka istnieje naprawdę, a jak ktoś próbował ją wyprowadzić z błędu, nie chciała słuchać.




To Wam wystarczy? Jeśli nie, to możecie mnie spotkać w:
  1. Szkole dla Mutantów (czekam, aż będzie więcej niż jeden komentarz, dopiero opublikuję trzeci rozdział).
  2. Stadzie (Czyli coś z Teen Wolfa z lekkim Crossoverem z Avengers)

I na koniec składam serdeczne podziękowania (kolejność przypadkowa):
Marli S,
Big Time Chrisowi,
Lisie Schmidt,
Dark Bunny.
Ponieważ byli ze mną przez cały czas i to właśnie oni dawali mi największego kopa.


środa, 2 grudnia 2015

Odcinek 100 (Ostatni) – Lizzy kontra od dawna oczekiwany ślub

W końcu nadszedł dzień ślubu Chucka i Sary. Zerknęłam na Julie’ego, który próbował założyć Antoniowi muszkę. A on, jak to tygrys… Wiercił się, trochę ryczał i nie chciał się stabilnie ustawić.
-Uspokój się! – wycedził Julie przez zaciśnięte zęby. – Nie mam zamiaru robić tego od nowa.
-Julie, zostaw go! – zawołałam, próbując sobie jakoś poradzić z suwakiem od sukienki. – Nie już idzie bez tej muszki. A Ty lepiej wkładaj już tę swoją obciachową, niebieską marynarkę, bo za kilka minut musimy być pod kaplicą.
Julie odrzucił muszkę na bok i wbiegł z powrotem na górę. Zamknęłam oczy, w końcu dociągając do suwaka. Westchnęłam z ulgą, kiedy zdałam sobie sprawę, że w końcu udało mi się uporać z tym cholerstwem.
-Jesteście gotowi dzieciaki? – zawołała Greta, zaglądając do naszego mieszkania przez okno. – Państwo młodzi już prawie w drodze. Gdzie Twój brat?
-Idę, idę… - powiedział Julie, zbiegając na dół i wkładając pośpiesznie niebieską marynarkę. Jak mówił „innej nie mam”, a i tak nowej nie chciał.
-Świetnie. – kiwnęła głową i pomachała ręką, żeby nas trochę pogonić. – Chodźcie, chodźcie… Już czas. Trzeba się sprężać.
-Chodź, Antonio… - zawołałam, a on niemal natychmiast stanął obok mnie.
Wyszliśmy na plac z fontanną, gdzie John stał przy swojej Cow Victori w odświętnym garniturze. Miał ten swój naburmuszony wyraz twarzy, jakby wciąż chciał udowodnić, że idzie na to wesele tylko dlatego, że liczy na mocnego drinka. Niczego nie zabronię, bo po co… on i tak ma już ponad czterdzieści lat.
-Wsiadajcie, zanim Alex się uprze, żeby przy okazji poślubić Grimesa. – skomentował.
Wzruszyłam ramionami i wsiadłam na tył jego samochodu. Pośrodku nas rozsiadł się Antonio. Din pofatygowała się jako jedyna z rodziny Lensonów. Ziewnęłam, przypominając sobie moment wręczania zaproszenia. Oni, jak na kulturalnych ludzi przystało, grzecznie odmówili, mówiąc, że i tak będą wtedy w pracy.
Kiedy dojechaliśmy pod kaplicę, minęło może pięć minut. Okazało się, że nas pośpiech nie był absolutnie konieczny. Pogrzeb, który był przed ceremonią ślubną, wciąż trwał. Mało tego. Nawet nie wyprowadzono jeszcze trumny.
-Gdzie Chuck i Sarah? – zapytałam odruchowo, a Kendall podszedł do mnie niemal natychmiast i pocałował w policzek.
-W kancelarii. – odpowiedział mi dobrze znany, kobiecy głos. – Podpisują z księdzem potrzebne dokumenty. Chcą to zrobić przed ceremonią.
-Mama? – zawołałam z radością, odwracając się w jej stronę.
Stała tam. Tutaj, tuż obok mnie. Uśmiechnęłam się szeroko i westchnęłam z ulgą, widząc, że stoi tutaj, tuż obok mnie. Mama uśmiechnęła się szeroko i przytuliła mnie do siebie mocno. Zagryzłam wargę i wzięłam głęboki oddech. Westchnęłam ciężko, odrywając się od niej na krok. Jest tu dla Chucka. To oczywiste, że chce być ze swoim synem w tak ważnym dniu. Ale i tak cieszyłam się, że tu jest. I wcale nie jestem zazdrosna.
Uśmiechnęłam się szeroko, widząc Logana i Madison, którzy siedzieli na ławce cicho o czymś rozmawiając. W końcu Mad zachichotała jak ostatnia idiotka i zakryła sobie usta dłonią, jakby się czymś zawstydziła.
Zajęłam miejsce obok Cariny. Ona siedziała wyprostowana, trzymając w rękach bukiet kwiatów z długą wstążką. Obróciłam się i zobaczyłam, jak Devon do mnie mruga i się uśmiecha. Odwzajemniłam to i odwróciłam się z powrotem do ołtarza. Chuck stanął z boku, składając dłonie przed sobą. Przez chwilę mogłabym przysiąc, że nerwowo chichocze.
Wstałam, kiedy zabrzmiały organy i trzy wiolonczele. Obróciłam się, widząc jak pan Burton prowadzi Sarę do ołtarza. Wyglądała tak pięknie w sukience bez trenu.
Rozpoczęła się ceremonia. Przez chwilę patrzyłam na to, co się działo. Obok czułam uścisk dłoni Kendalla. A po ich pocałunku Carina prychnęła, jakby całą uroczystość uważała za głupotę. Dałam jej odruchowego kuksańca i uśmiechnęłam się pod nosem.
Jak wyszliśmy z kaplicy, ludzie przez jakiś czas składali życzenia Sarze i Chuckowi. Spojrzałam na przyjaciół, którzy stłoczyli się przed placem. Uśmiechnęłam się szeroko, widząc ich radosne miny.
-Gotowi? - zapytała Madison, rzucając mi jedną z drewnianych floretów. - Zaczynamy!
Ustawiliśmy się w dwóch rzędach. Chris chwycił ćwiczebną katanę i podrzucił ją na tyle, żeby wbiła się dosadnie pośrodku nas.
Rozpoczęliśmy swój taniec, który podpatrzeliśmy w jakimś musicalu. Nawet nie wiedzieliśmy, jak to się nazywa, ale... Sarze i Chuckowi, chyba się podobało.
-Skarbie, możemy chwilę pogadać? - zapytała mama. - To ważne, a później może nie być okazji.
Spojrzałam niepewnie na Kendalla, a on tylko grzecznie ukłonił się mamie i pomachał mi, wsiadając do samochodu taty Carlosa.
-Jasne. - odparłam, kiwając głową.
Wsiadła do auta, który prowadził Brad. Ja i mama siedziałyśmy naprzeciwko siebie na tylnym siedzeniu. Zamrugałam, czekając na jej pierwsze słowo. Nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę.
-Wiem o rozkazie, który otrzymał Charlie. - powiedziała, natychmiast rozwiewając moje wątpliwości. - Wiem, bo to był mój pomysł.
-Chciałaś, żeby Charlie zabił Showa? - wypaliłam kompletnie bez sensu.
-Nie. - pokręciła głową. - To ja chciałam zabić Showa.
To zdanie zupełnie zbiło mnie z tropu. Otworzyłam szeroko oczy, nie mając pojęcia jak na to zareagować. Po prostu siedziałam, wpatrując się w rączkę na kubek z kawą.
-Dlaczego? - zapytałam marszcząc brwi. - Dlaczego Ci na tym tak zależało?
-On zabił mojego męża. - odpowiedziała niemal ze łzami w oczach. - A Twojego ojca. Nie miałam wyboru. Wiedziałam, że to jedyne wyjście.
-Chciałaś się zemścić? - zapytałam.
-To nie chodziło o zemstę. - powiedziała, jakby się z czegoś tłumaczyła. - Tylko o spokój. Chciałam, żeby Stephen był spokojny.
Nie rozmawiałyśmy już więcej. Tylko pojechałyśmy do sali weselnej, którą załatwiła i udekorowała mama Carlosa. Widok był imponujący, jakby dopracowano kwiaty choćby o mikromilimetr.
Kendall objął mnie od tyłu. Chwycił mnie za rękę, prowadząc na parkiet. Odruchowo spojrzałam na parę młodą. Wyglądali na szczęśliwych. Na prawdę szczęśliwi.
I to jest ten moment, kiedy chciałoby się powiedzieć „i żyli długo i szczęśliwie”, ale to nigdy nie jest pewne. Nawet w bajkach.

Koniec!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie będę Was męczyć. To już koniec, więc coś więcej będzie dopiero w notce pożegnalnej za kilka dni. Trzymajcie się. I jak się podobał koniec?  

środa, 18 listopada 2015

Odcinek 99 – Lizzy kontra Całkiem spodziewane rozstanie

Po południu wróciłam do domu i rozłożyłam przed sobą białą zwiewną sukienkę. Kolejny prezent do Generalissimusa. Tym razem z karteczką: „Słyszałem, że czegoś takiego potrzebujesz, a w środku było właśnie to. Po raz kolejny facet ratuje mi tyłek.
-Gotowa? - zapytał Julie, wychylając się do mojego pokoju. Zamrugałam i kiwnęłam głową. Zagryzłam wargę i sięgnęłam do torebki po jednego z twardych cukierków. Jak zawsze miałam to przy sobie. Powoli wyciągnęłam skórzany, linowy pas od Cariny. Wyszkoliła mnie, jak używać go jako bicza. Podobno nieźle boli, kiedy się nim oberwie, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś. Na razie nie miałam ochoty go w ten sposób używać. Przynajmniej na razie.
-Prawie. - przytaknęłam. - Została jeszcze sukienka.
-Ładnie Ci w niej. - stwierdził, podchodząc bliżej. - Ten facet Was rozpieszcza. Ciągle coś przysyła coś Tobie, albo Sarze. Będzie na ślubie?
-Raczej nie. - pokręciłam głową, siadając na łóżku. - Chuck i Sarah wysłali mu zaproszenie, ale raczej się nie zjawi. Premier Costa Gravas ma mega sprawy na głowie.
-Mega sprawy? - powtórzył ze zdziwieniem. - To państwo jest tak małe, że jest tylko na co dziesiątej mapie. Zdajesz sobie sprawę, że większość ludzi nawet nie wie, że coś takiego istnieje.
Zaśmiałam się pod nosem i sięgnęłam do jednej z moich płyt. Tym razem nie One Republic. Jakaś inna rockowa kapela. Nawet całkiem niezła. Taa... Całkiem niezła, a ja nawet nie zapamiętuję jej nazwy, mimo, ze dwa albumy na pięć mam w odtwarzaczu. Sorki, miałam. Mój odtwarzacz poszedł z dymem na tajnym pogrzebie Showa, jak grabarz wyrwał mi go z ręki i wrzucił na rozpalony stos. Chociaż trochę racji miał, bo nie powinnam słuchać muzyki, kiedy palą czyjeś zwłoki, nawet, jeśli ten ktoś był bardzo złym kimś.
-Wiesz, że Sarah szykuje dla Ciebie niespodziankę z okazji zakończenia klasy. - odezwał się w końcu. - Wiesz, pierwszy rok szpiegostwa i przeżyłaś. Twoi przyjaciele też.
-Taa... - westchnęłam. - Ale wciąż mam wrażenie, że nie zrobiłam wszystkiego jak należy. Może, gdyby Show przeżył... Można było jeszcze coś od niego wyciągnąć.
-Tym nawet się nie zadręczaj. - przerwał mi gwałtownie. - Wiesz, że Charlie dostał rozkaz, nie mogłaś go powstrzymać.
-Czasami myślę nad tym wszystkim. - powiedziałam w końcu. - Co, jeśli w końcu ja dostanę nakaz wykonania egzekucji? Nie chcę i nie potrafię tego robić.
-Nie przejmuj się. - skrzywił się pocieszająco. - Casey z przyjemnością Cię wyręczy. A teraz się ubieraj. Będę czekał na dole.
~***~
Na miejscu czekała na nas Madison. Wygląda przynajmniej na zmartwioną, mimo że grała głośna muzyka i wszyscy naokoło się śmiali.
-Wiesz, że James zdradził Din? - powiedziała niemal natychmiast. - Właśnie przyłapała go z jakąś czirliderką w radiowęźle. Gdyby nie Kendall, chyba by go zbiła.
Wskazała na szkolny korytarz, gdzie rozgrywała się miniaturowa tragedia. A mówiłam, żeby sam jej to powiedział... Dowiedziała się w najgorszy możliwy sposób.
-Din, zostaw! - zawołałam, podbiegając do niej i Kendalla, który starał się ją jakoś utrzymać.
-Jak mogłeś? - wrzasnęła, wciąż próbując mu się wyrwać. - Mówiłeś, że nic Cię z nią nie łączy.
-Bo tak jest! - upierał się.
-Nic nie znaczę? - usłyszałam inny, dziewczęcy głos. - Co innego mówiłeś, kiedy mnie obmacywałeś!
Podeszłam bliżej i zajrzałam do pomieszczenia. W środku był James i ta cała Lopez.
-Zjeżdżaj stąd. - powiedziałam jej wprost. - No już.
Ona zawahała się na chwile i wyszła z pomieszczenia. Minęła nas z fochowym przytupem i trzasnęła za sobą drzwiami, czym jeszcze bardziej naraziła się Din, która zaczęła wykrzykiwać w jej stronę naprawdę brzydkie słowa, których nawet wstyd cytować.
-Cii... - wyszeptał Kendall, starając się nią uspokoić.
Po chwili przestała się szarpać i Kendall mógł ją puścić.
-Widziałam Was! - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Nie możesz się tego teraz po prostu wyprzeć.
-Ale Din... - zająkiwał się James. - Przecież wiesz, że ja tylko Ciebie.
-Nie... - pokręciła głową z rozczarowaniem. - Już więcej nie dam Ci się oszukać, słyszysz? Z nami koniec!
Koniec jej wypowiedzi był niczym policzek wymierzony w Jamesa. Jego twarz nagle pobladła. Sprawiał wrażenie, jakbyśmy go oblali kubłem lodowatej wody.
-Ty chyba nie mówisz poważnie… - jęknął.
-O nie! – krzyknęła. – Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak bardzo poważnie. Zakochałam się w Tobie. Ty wciąż powtarzałeś, że mnie kochasz, a tak naprawdę… tak naprawdę cały czas mnie okłamywałeś.
Mówiłam. Ja, Lizzy Carmichael powtarzałam, że lepiej, żeby dowiedziała się tego od niego. Może i James to mój przyjaciel, ale nie wiedziałam, że jest aż taką świnią.
-Skarbie, wysłuchaj mnie! – krzyknął.
-Nie mów do mnie skarbie! – wrzasnął oburzony. – Nie jesteśmy już razem, więc straciłeś to prawo.
James stał pod ścianą jak kołek, blady jak ściana. No, oczywiście… Był w szoku, ale tego się po nim nie spodziewałam.
Kendall poprowadził Din do osobnego pomieszczenia. Przez chwilę zastanawiałam się, czy zwykły pokój nauczycielki nie byłby do tego najlepszy.
-Lizzy? – usłyszałam za plecami głos Jamesa.
-Nie. – zaprzeczyłam. – Po prostu nie. Zraniłeś moją przyjaciółkę. NASZĄ przyjaciółkę. Naprawdę Cię to nie rusza? Wiesz, jak ona się teraz czuje?
Przecież nad sobą panowałam, prawda? Zupełnie jak Antnio, kiedy naje się myszy do syta. Rozejrzałam się po korytarzu i byłam nadzwyczaj zaskoczona, widząc Carlosa i Jessie na końcu korytarza. Byli spokojni. Carlos stał nieco z przodu. Jessie została z tyłu, jakby nie chciała przeszkadzać, czy coś… Nie wiem, co tej dziewusze po głowie chodzi.
-Gdzie ona jest? – zapytał, podchodząc do mnie nadzwyczaj szybko.
-Kendall zaprowadził ją do… - zastanowiłam się na chwilę. – Właściwie sama nie wiem. Są gdzieś tam.
Wskazałam ręką na jedne z drzwi, a on natychmiast tam poszedł. Bez najmniejszego zastanowienia podążyłam za nim. On wszedł natychmiast, odpychając Kendalla.
-Din… - powiedział, ocierając łzy spływające po jej policzkach. – Nie przejmuj się Janesem. Przecież wiesz, że ja tylko Ciebie…
-Ale… - zaczęła, wciąż szlochając. – Myślałam, że już Ci przeszło.
-Nie. –pokręcił głową, głaszcząc ją po policzku. – Nie przeszło.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapomniałam tydzień temu. Przepraszam, przepraszam, przepraszam... To chcecie ostatni odcinek w piątek? Czy za tydzień? Wybór należy do Was. Tydzień po ostatnim odcinku napiszę notkę pożegnalną, dlatego proszę... Więcej się odzywajcie. A teraz zwracam się bezpośrednio do Ciebie, kimkolwiek jesteś. Nie komentujesz, jest mi przykro, bo widzę ze sto wyświetleń, a dwa komentarze. Tobie nie byłoby przykro? Odezwij się. Dwa odcinki do końca.
Jak pewnie niżej zauważyliście, są dwa obrazki. Te obrazki to linki. Jeśli zatęsknicie za moim pisaniem, kliknijcie w jeden z nich. „Szkoła dla Mutantów” to Crossover X-Mena i BTRu. Chłopcy pojawiają się tam jako dzieciaki z supermocami. „Stado”, to opowiadanie z fandomu „Teen Wolf”. Znacie ten serial od MTV? U mnie to już obsesja.

No... To ostatni raz tutaj: Do następnej!  

środa, 4 listopada 2015

Odcinek 98 – Lizzy kontra Testament szpiega

Kiedy Kendall zostawił mnie samą, sięgnęłam po pudełko, które przyniósł mi Mike. Odnosiłam niemałe wrażenie, że ciotka Diane maczała w tym palce.
Nie myliłam się.
W środku była jakaś płyta, wizytówka centrum naukowego z numerem telefonu i pudełko, w którym każdy szpieg chował kartkę z zapisaną swoją ostatnią wolą. Tym bardziej byłam zaskoczona, kiedy otworzyłam czerwone pudełeczko z herbem agencji.
Tym bardziej byłam zaskoczona, widząc odręczne pismo, bo zwykle szpiedzy swój testament pisano na komputerze. A mój wciąż był jeszcze nieukończony. Pismo pochyłe, ścisłe, pisane niebieskim, częściowo wyblakłym atramentem w rogach poznaczonymi kleksami. Pismo taty. Zamrugałam, żeby pozbyć się napływających łez.
Kochana Lizzy! 
Jeśli to czytasz, to znaczy, że nie dożyłem Twoich osiemnastych urodzin. Za to muszę Cię serdecznie przeprosić, bo nie mogę złożyć Ci życzeń osobiście. Wszystkiego najlepszego, wkraczasz w dorosłość. 
Pisze do Ciebie oddzielny list, ponieważ jestem Ci winien wyjaśnienia, a teraz jesteś wystarczająco duża, żeby to zrozumieć. 
Kiedy byłaś malutka, stworzyłem program, który nazwałem „Intersectem Zero”, pierwszą wersję programu Intersect, który nosi Twój brat. Ma wiele różnic, ale nie jest niebezpieczny. Proszę, żebyś przekazała Chuckowi co może mu się stać. Ale zacznijmy od początku. 
Pewnego dnia spuściłem Cię z oczu, dosłownie na sekundę. Nie wiedziałem co się z Tobą stało. Znalazłem Cię w swoim gabinecie. Siedziałaś przy moim biurku. Uruchomiłaś program, przyjęłaś pełny transfer i nic Ci się nie stało. Tylko kręciło Ci się w głowie. Położyłem Cię spać. Kiedy się obudziłaś, nic nie pamiętałaś. Wiedziałem, że jego skutki będą się ukazywały powoli. Zauważyłas to w szkole, prawda? Szybciej zapamiętywałaś dane niż Twoi koledzy.
Jedyny niebezpieczny punkt, to moment wgrywania. Późniejsze wersje Intersecta przegrzewają się. Są programami komputerowymi, który współpracuje z ludzkim mózgiem. Ale nie Twój. Twój jedynie pobudza neurony, ale prawdopodobnie będziesz potrzebować o wiele więcej snu niż ktokolwiek w Twoim wieku. Dopilnuj Chucka. Wiesz, jaki bywa roztargniony. Dbaj, żeby nosił Gubernatora. To bardzo ważne. Wygląda jak elegancki, męski zegarek. Ty go nie potrzebujesz. 
Program „Intersect Zero” został porzucony przez CIA, ponieważ był dla nich bezużyteczny. Wymagał bystrego umysłu, więc nie każdy się nadawał. Jesteś bystra. Ale dzięki Intersectowi Zero jesteś jeszcze bystrzejsza. Program pobudza Twoje neurony, współpracując z pamięcią i procesami myślowymi. Jeśli musisz jeszcze bardziej przyśpieszyć proces logistyczny, sięgnij do graficznych zapisów wzorów chemicznych. Dzięki temu Twój umysł zbuduje myślową mapę i podświadomie wygeneruje rozwiązanie. 
Chciałbym Ci jeszcze powiedzieć, że zawsze będę Cię kochał. Bez względu na to jak skończę, ani co się stanie, pamiętaj, że zawsze będziesz moją kochaną córeczką i zawsze będę Cię kochał. 
Tata. 
Pociągnęłam nosem, odkładając kartkę na koc. Otarłam pojedynczą łzę spływającą mi po policzku. Potrząsnęłam głową i odruchowo rzuciłam czystą poszewkę na obiektyw kamerki. Odwróciłam się, żeby się upewnić, że na pewno leży na urządzeniu. Jakoś mi się nie widziało, żeby Bóg raczy wiedzieć kto oglądał jak beczę po kątach.
Sięgnąłem po miniaturową płytę. Obróciłam ją w palcach i przyjrzałam się opisowi tym samym niebieskim atramentem.
„Przekaż to Chuckowi, będzie wiedzieć co z tym zrobić.”
-Lizzy? - elektronicznie zniekształcony głos Ciotki Diane wytrącił mnie z zamyślenia. Trzymałam w rękach trzecią kopertę w której był jakiś niewielki przedmiot.
Odwróciłam się, spoglądając na ekran ledowego telewizora.
-To cioci sprawka? - zapytałam, unosząc ją pustą paczuszkę. - To Ciocia dostarczyła do sklepu, prawda? To przez Ciocią to trafiło do sklepu.
Mówiłam powoli, jakbym nie była do końca pewna, tego, co mam powiedzieć. Ciocia patrzyła na mnie zatroskanym, współczującym spojrzeniem.
-Stephen prosił mnie, żebym przekazała Ci to dopiero jak ukończysz osiemnaście lat, ale stwierdziłam, że lepiej zrobić to już teraz.
-Nie mogła mi Ciocia tego dać osobiście? - zapytałam, zanim zdążyłam się zastanowić.
-Zażądałabyś wyjaśnień. - zauważyła. I miała rację. - Najpierw musiałabyś obejrzeć zawartość. A gdybym dała Ci to do ręki, nie otworzyłabyś przesyłki, nie żądając wyjaśnień.
~***~
Kilka dni później wszystko wróciło do normy. Przynajmniej tak mi się wydawało. Zero misji, chwilowo same przesłuchania i przygotowania do procesów.
Kiedy zbiegłam na dół, śniadanie było już gotowe. Byłam zaskoczona, kiedy zobaczyłam przy stole Kendalla i Logana. Zamrugałam, sięgając po dzbanek grzanego mleka i paczkę dietetycznych musli. Podeszłam do stołu i wsypałam trochę do swojej miski.
-Coś się stało? - zapytałam, siadając naprzeciwko Kendalla i całując go na powitanie. - Nie codziennie wpadacie na śniadanie.
-Musze przeprosić Julie'ego. - powiedział Logan, opierając się nad swoim talerzem tostów. - Za wczoraj. Chyba trochę przegiąłem.
-A ja go wspieram. - wtrącił Kendall. - A właściwie pilnuję, żeby się nie wycofał.
-Julie jak codziennie okupuje łazienkę na górze, znasz drogę.
Uśmiechnęłam się do niego niewinnie i pochyliłam się nad swoją miską płatków. Zapowiadał się zwykły dzień. Dzień potańcówki. W szkole zaroi się od uczniów z sukienkami w pokrowcach. I jeszcze Jessie... Carlos oczywiście znał tylko nieistotne detale, ale wiedział o jednym: Jessie trzyma z tymi dobrymi.
-Wszystko gra? - zapytała Sarah, siadając naprzeciwko. - Przez chwilę miałaś nieobecne spojrzenie.
-Po prostu się zamyśliłam. - powiedziałam wprost. - Nie przejmuj się.
Spojrzałam na Chucka, który otwierał chlebak i włożył świeże kawałki do tostera.
-Wiesz już co jest na płytce od taty? - zapytałam go wprost.
-Powiem, jak już zgadnę hasło. - odpowiedział.
Wzruszyłam ramionami, zalewając płatki mlekiem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć! Dzisiaj mam bardzo aktywny dzień. Rozdział u Marli przeczytany wcześnie rano, zagrzane jeszcze raz do Chrisa i sprawdzenie komów przed masową publikacją.
Oczywiście mam nadzieję, że odcinek się Wam podobał. Co myślicie o liście Stephena Carmichaela do Lizzy? I czy jej odczucia są dla Was w pełni zrozumiałe?
Poza tym...
Dzisiaj jest dzień potrójnej premiery. To znaczy: 
(mój nowy wymysł, jak ktoś jest ciekawy, lubi Teen Wolfa, czy po prostu się nudzi, może śmiało wbijać. Komy mile widziane. na to też zrobiłam sklejkę, chociaż nie jestem z niej zadowolona.)

środa, 28 października 2015

Odcinek 97 – Lizzy kontra Rozpierducha w magazynie

Po powrocie do sklepu, natychmiast zaszyłam się w sali kina domowego. Nie miałam ochoty wracać do hali magazynowej. Najpierw musiałam otrząsnąć się z tego wszystkiego. Charlie zabił Show'a... Nie, to niemożliwe. Nazwał to „rozkazem”, ale kiedy żyjemy w drużynie...
Trudno było mi uwierzyć, że Ramsey padł ofiarą kucharki, kelnerki i zastępcy kierownika sali. Tego jeszcze nie grali...
-Wszystko dobrze, truskaweczko? - usłyszałam za plecami czyjś głos i odwróciłam się, żeby spojrzeć na Mike'a. - Dlaczego nie jesteś zresztą w hali?
-Nie mam nastroju. - wzruszyłam ramionami, odwracając się w jego stronę. - Nie chcę jakoś psuć humoru innym. Wystarczy, że ja się z tym męczę.
-Szkoła? - zgadywał, siadając obok mnie na kanapie. - Bo jeśli powiesz mi, że odkryłaś życie pozaziemskie, drugi raz tego nie zniosę.
-Życie pozaziemskie? - zmarszczyłam brwi. - Skąd Ci to przyszło do głowy?
-Nieistotne. - pokręcił głową, klepiąc mnie po udzie, jakby chciał mi tym dodać otuchy. - Powiedz lepiej, co Cię trapi.
-Nic, czym powinieneś się przejmować.
„Trwamy jako symbol nadziei. Mimo, że mówi się o nas tylko w mitach i legendach... To Azgard i jego wojownicy zaprowadzili pokój ze wszechświecie.”
Lodowaty głos Antony'ego Hopkinsa, wyrwał mnie z zamyślenia. Dopiero teraz wpadłam na to, żeby podnieść głowę. Mike włączył telewizor. No tak, mogłam się tego spodziewać.
-Kanał filmowy? - uniosłam brwi. - Wiesz, ze już mnie to nie rusza?
-Wiem, ale zawsze warto spróbować. - powiedział, podając mi jakieś pudełko. - Przyszło to dzisiaj z nową dostawą twardych dysków. - Jest na tym Twoje nazwisko, więc nie otwierałem.
-Jasne. - pokiwałam głową. - Otworzę to dzisiaj w domu. I chyba wrócę na imprezę. Schowam to w kanapie. Wiesz, tam, gdzie Lester trzyma piwo.
-Wiem. - kiwnął głową. - Ale najpierw zrób coś z tymi włosami.
I wyszedł z pomieszczenia, a ja schyliłam się, kiedy ten Chris Hcośtam wrzasnął „Ruszamy do Unitehajmu”, czy coś koło tego. Nie wiem, zawsze jak oglądałam Thora nie przejmowałam się pierwszymi piętnastoma minutami. A później i tak miałam głęboko gdzieś te wszystkie porąbane nazwy krain. Po co brać je sobie do głowy? Może i uwielbiam Marvela, ale Thor był na drugim miejscu najmniej lubianych przeze mnie Avengersów, zaraz po Iron Manie.
Posiedziałam tak może z dziesięć minut i zamknęłam skrytkę. Wyszłam z pokoju, poprawiając sobie kucyka, który już powoli zaczął wymykać się spod kontroli.
-Co się stało? - zapytałam, widząc ściszoną muzykę i jakiś bałagan za plecami Lestera, który natychmiast stanął mi na drodze. - Ej, dlaczego nie dasz mi przejść.
-Mamy mały problem. - powiedział John i poprowadził mnie do owego bałaganu.
Okazało się, że to nie był jakiś tam zwyczajny bałagan. Tylko wielka dziura wypalona w podłodze.
-Co tu się stało, zapytałam, spoglądając na Carinę, która chichotała obok mnie.
-Ktoś próbował odpalić fajerwerki w pomieszczeniu. - odpowiedziała i wymownie pokazała na otwarty dach magazynowy, który służył do wentylacji.
-A teraz pomyślmy, czyja to sprawka... - westchnęłam, a Jeff niewinnie pokazał na Chrisa. - Powaga? Nie mogłeś się powstrzymać?
-No co? - wzruszył ramionami, jakby nie chciał zrobić nic złego. - Nie wiedziałem, ze obędzie aż taki odrzut.
-Odrzut? - powtórzył Logan, trzymając pod pachą miniaturową gaśnicę. - Stary, gasiłem to przez kilka ładnych minut. To dosłownie wybuchło.
-Noo... - Din pokiwała głową. - Cud, że nikomu nic się nie stało.
-Pokaż rachunek. - wyciągnęłam rękę do Chrisa, wiedząc, ze trzyma w kieszeni paragon, a sklep pirotechniczny, w którym się zapatrzał, nadgorliwie dbał o księgowość i wszystkie pozycje towarów były szczegółowo opisane.
Chris dość niechętnie podał mi zmięty papierek, a ja wyprostowałam karteczkę i spojrzałam na opis kupionego produktu.
-Bomba pięciostrzałowa? - zmarszczyłam brwi. - Człowieku, przecież omal nie straciłeś ręki przez poprzednią. Mam Ci to przypomnieć?
-Co masz na myśli, mówiąc „omal nie straciłeś ręki”? - zapytał Carlos, podchodząc trochę bliżej z mopem i wiadrem z czymś pieniącym się.
-Pokaz im. - powiedziałam Chrisowi, a ten dość niechętnie odwinął rękaw koszulki, pokazując wielką bliznę po oparzeniu. - Dziwne, że wcześniej się nie pochwaliłeś.
-A czym się miałem chwalić? - wymamrotał. - Tym, że z własnej głupoty przeleżałem cztery miesiące w szpitalu?
Dobrze znałam tą historię. Tym bardziej się dziwię, że Chris po raz kolejny kupił te same sztuczne ognie. Dobrze wiedzieliśmy, że sam zainteresowany składał uroczystą przysięgę swojej mamie, że już więcej nie tknie tak niebezpiecznych fajerwerk. Ale jak widać nieskutecznie.
~***~
-Co właściwie zaszło w magazynie? - zapytałam Kendalla, kładąc na łóżku pudełko od Big Mike'a. - Ta dziura wyglądała niebezpiecznie.
-Chris zaplanował niespodziankę dla Cariny. - powiedział z westchnieniem. - Razem z Loganem, ale on nie znał tych sztucznych ogni, więc oczywiście się zgodził. Rozumiem, że jeśli byś przy tym była, to nie pozwoliłabyś mu tego odpalić.
-Jasne, że bym mu nie pozwoliła. - przyznałam. - Dobrze wiem, jak działają i jakie zniszczenie ze sobą sieją. Tą bombę odpala się w odludnym plenerze. I od dobrze o tym wiedział.
-Ale Chris mówił, że się na tym zna i robił to już kilka razy. - powiedział, oklepując moją poduszkę, jakby to była jego własna.
-I Ty mu uwierzyłeś? - prychnęłam. - Robił to dokładnie raz i z marnym skutkiem. - Kiedy rozwala szybę kijem bejsbolowym, bo przywalił się do niego prokurator, albo pije piwo po kątach wieczorami, jeszcze jestem w stanie znieść. Ale, kiedy naraża na niebezpieczeństwo siebie i ludzi w swoim otoczeniu... O nie! Mowy nie ma!
Kendall zaśmiał się blado i odrzucił poduszkę na miejsce. Usiadł naprzeciwko mnie i pochylił się nad moją twarzą. Pocałował mnie krótko, a ja z ulga zamknęłam oczy. Jego usta delikatnie musnęły moją brodę, jakby nie mogły znaleźć ust.
-Ciekaw jestem, co wymyśli właściciel, kiedy dowie się o zniszczeniach w magazynie.
-Już wie. - wzruszyłam ramionami. - Chuck jest właścicielem. A naprawą zajmie się Mike. Pewnie każe Chrisowi odpracować koszty. Znowu.
-Jak to znowu?
-Okna były wymieniane trzy lata temu. - powiedziałam wprost. - Szubka ugoda. Chris je wcześniej zniszczył. Dobrze to nie wyglądało.
-Zniszczył, znaczy powybijał?
-Żeby tylko... Ramy też były w ruinie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć... Na początek chciałabym Wam powiedzieć, że tworzę coś nowego. Jeśli ktoś zna, to wystarczy się pofatygować na mój kanał na YouTube. Tam wszystko jest. Oczywiście, nie mam zamiaru rezygnować ze Szkoły dla Mutantów. Ale oba te blogi będą miały charakter bardzo spontaniczny, co znaczy tyle co „Opublikuję, jak napiszę”. Objętość oczywiście się nie zmienia. Tym razem robię to bez BTRu. Myślę, ze jedna historyjka, która będzie miała 25, może 30 odcinków jest dobrym wyzwaniem. A co będzie później, zobaczymy.
Mówię to Wam, bo powoli zbliżamy się do końca. Przed tym końcem będę nieco gołosłowna, bo... bo wiem, że wygadam się na koniec. Wasze blogi nadrabiam, a przynajmniej staram się nadrabiać na bieżąco. Jest w tym jakaś dziwna systematyka. No... mam nadzieję, że odcinek się Wam podobał. Trzymajcie się!