wtorek, 31 grudnia 2013

45. Awanturnik

(Kendall)
Stałem za podeście pod kamienicą Aliany, trzymając drobne zawiniątko w dłoniach. Od balu minęło już kilka dni, a emocje po nim wciąż nie opadły. Dobrze pamiętałem o urodzinach swojej dziewczyny, a teraz już właściwie narzeczonej.
-Co tutaj robisz? - usłyszałem ten słodki dla moich uszu głos.
Podniosłem głowę i zobaczyłem rudą grzywę Aliany, która w tym słońcu wydawała się pomarańczowa jak sztuczny śnieg w Bożonarodzeniowym promo Nicka.
-Pomyślałem, że wpadnę. - oznajmiłem. - Wiem, że miałem mieć dzisiaj kupę roboty, ale postanowiłem odłożyć to na kiedy indziej. W końcu są Twoje urodziny i...
-Serio? - Przerwała mi. - Gdyby nie wy, już dawno przestałabym je obchodzić.
Poszliśmy do środka, gdzie sąsiedzi porozwieszali świąteczne dekoracje. Bardzo chciałbym jechać do Kansas. Tutejsze święta wyglądają, jakby były zorganizowane w środku lipca.
Westchnąłem i poszedłem do mieszania. Aliana wpuściła mnie wcześniej, zapewne, żeby zamknąć za nami drzwi.
-Chcesz powiedzieć, że gdyby niemy, to Nate śmiało olewałby Twoje urodziny?
-Niezupełnie. - zaśmiała się, odkładając torebkę na stolik obok kanapy. - Po prostu nie obchodzilibyśmy ich tak hucznie. Już wystarczy, że ordynator wlepia mu dobowy dyżur w dzień jego urodzin.
Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem, a ta roześmiała się jeszcze głośnie.
-Dopiero po piątym razie z rzędu zaczęliśmy coś podejrzewać. Nie przejmuj się.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Jeszcze trochę, a sam zacznę podejrzewać, że za każdym razem, kiedy próbuję coś w domu napisać, mama albo babcia nagle mnie potrzebują.
-Może to tylko przypadek? - zgadłem. - Może nie należy winić szefa oddziału?
-Nate'owi to powiedz. - odparła, stawiając czajnik na gazie.
Nie wiem, czy ona też zauważyła, że jesteśmy dziwnie grzeczni, szczególnie biorąc pod uwagę, że jesteśmy sami w domu.
-Może zamiast pić herbatę... - powiedziałem powoli, opierając się łokciami o kuchenny blat.
-Nie przeginaj, ok? - odpowiedziała. - Za chwilę będzie tu Nate, żeby...
Nie słuchałem jej już. Zamiast tego, sięgnąłem po małą paczuszkę i postawiłem ją przed Alianą, jakby była barierą między nami.
-Wszystkiego najlepszego. - powiedziałem. - To nic oryginalnego i...
-Nigdy nie byłeś najlepszy w składaniu życzeń. - zaśmiała się, kiedy przeskoczyłem przez blat i mocno ją objąłem. - Nie trudź się, nie musisz.
-Tak bardzo Cię kocham. - wyszeptałem, całując ją delikatnie.
-Ja Ciebie też. - odpowiedziała, odwzajemniając pocałunek.
Oderwała się ode mnie, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. A robiło się tak pięknie... Miałem ochotę zabić osobę, która stoi za drzwiami, albo przynajmniej strzelić mu w łeb, ale to chyba jedno i to samo.
-Pójdę otworzyć. - powiedziała, zwinnie uskakując do drzwi.
Spojrzała przez wizjer i zwolniła zatrzask wewnątrz mieszkania. Potem odsunęła się na dwa kroki, żeby wpuścić... czarnego psa? I to bardzo wielkiego.
-Hej, siostrzyczko. - usłyszałem głos Nate'a. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
Obserwowałem jak ją przytula. Miał na sobie niebieskie spodnie i koszulkę pod bluzą. Po tym stroju można było łatwo wywnioskować, że urwał się z pracy.
-Dzięki, że przyszedłeś. - odparła, prowadząc go w stronę kuchniościanki. - Herbaty? I wytłumacz mi proszę, co to jest. - Wskazała na psa, który położył się na dywanie koło kanapy.
-Chętnie, ale muszę zaraz wracać do szpitala. - odparł, siadając na jednym z taboretów. - Cześć Kendall. A to jest Syriusz... Jego poprzedni właściciel poprosił w liście pożegnalnym, żeby oddać go w dobre ręce.
-Liście pożegnalnym? - powtórzyłem ze zdziwieniem, kiedy Aliana zalewała kubki z torebkami herbaty.
-Tak, przywieźli go do nas z dziurą w głowie. - wyjaśnił, wsypując sobie do kubka czwartą łyżeczkę cukru. - Jego narządy czekają na transplantologów. Miał facet ciężko, ale nie musiał się zabijać. Niestety, jego problemy okazały się za wielkie i w końcu strzelił sobie w łeb... Mam przestać?
Spojrzałem na Alianę, a ona trzymała się za brzuch i ogólnie rzecz biorąc wyglądała, jakby jej było niedobrze.
-Zajmij się tym psem, proszę... - powiedział nagle, przerywając ciszę. - W schroniskach mają ścisk, a nikt ze szpitala nie weźmie go do siebie.
-Dobrze, pies zostaje tutaj, tylko proszę, nie rób takiej miny.
-Okej. - powiedział, podnosząc kubek do ust.
**James**
Szedłem w kierunku apartamentowca w którym mieszkała Aliana. Spokojna okolica jak na pobocze centrum miasta. Jen pojechała do lekarza na jakieś badania okresowe. Nie wiem, o co chodzi, bo nie chciała powiedzieć.
-James! James! - usłyszałem krzyk Nate'a.
Odwróciłem się w stronę jego głosu. Stał przy swoim starym, wysłużonym samochodzie. Podbiegłem do niego, mijając kilka samochodów. Miał na sobie szpitalne ubranie, które zakładał zawsze, kiedy ubrudził krwią własne ciuchy.
-Idziesz do Aliany na urodziny? - zapytał, przekręcając kluczyk w zamku. - Zaczekaj. Kiedy wychodziłem, Kendall pchał ją do sypialni.
-Jasna, jasne. - wymamrotałem. - A ty już wychodzisz?
-Tak, przyprowadziłem jej psa i teraz muszę wracać do pracy. Po mnie przyjedzie tu Cassie. Dzwoniła, kiedy byłem na klatce.
-Aliana wie o tym? - zapytałem.
-Oczywiście, że nie. - zaśmiał się, wsiadając do samochodu. - Byłem prawie na dole i już nie wracałem.
No mogłem się tego spodziewać. Nate i jego przemożne lenistwo. Nie wejdzie z powrotem na dół, tylko, żeby powiedzieć kilka słów.
-Przepraszam, muszę już jechać. - odparł, zapalając wysłużony silnik. - Spróbuję się urwać wieczorem.
-Jasne, na razie. - powiedziałem na pożegnanie, patrząc jak odjeżdża.
Kendall zaciąga Alianę do sypialni... W życiu nie słyszałem głupszego zdania. Nadal kręcąc głową, pokonałem odległość, dzielącą mnie od drzwi apartamentowca.
W zwykle cichej i spokojnej klatce schodowej słychać było krzyki.
-Ty szmato! - wrzasnął jakiś mężczyzna.
Następny był wrzask przerażenia kobiety kilka pięter wyżej. Nie wahałem się. Pobiegłem tam natychmiast, przerażony dźwiękami wielokrotnego uderzenia. Kiedy dotarłem na miejsce krzyków, przeraziłem się jeszcze bardziej. Jednocześnie, jakby coś zaalarmowało innych sąsiadów i oni też zaczęli wychodzić z innych mieszkań.
-Tym razem pan przesadził, panie Roberts! - wrzasnęła jakaś starsza pani.
Kątem oka zobaczyłem rudą czuprynę Aliany, która zjawiła się w towarzystwie jakiegoś dużego kolesia. Facet podszedł, do wciąż wściekłego mężczyzny i razem ze mną przygwoździł go do ściany.
-To jak? - powiedziała kobieta około czterdziestki. - Wyjdzie pan sam, czy wezwać policję.
Obserwowałem jak Aliana pomaga wstać pobitej kobiecie. Patrzyła na mnie przepraszająco, jakby miała wyrzuty sumienia, że byłem światkiem sąsiedzkiej awantury.
Facet wyrwał się z naszego uścisku, który nie był już tak mocny jak wcześniej. Zbiegł ze schodów, rzucając wściekłe spojrzenia tej kobiecie i nam.
-Mówiłam wam, żebyście się nie wtrącali! - krzyknęła, wycierając sobie usta wierzchem rękawa.
-On panią bije, pani Roberts. - powiedziała łagodnie kobieta z czarnymi włosami, która wciąż stała w drzwiach otwartego mieszkania.
-Ile razy mam wam powtarzać, że to nie wasza sprawa! - krzyknęła i trzasnęła drzwiami swojego mieszkania. Grupa sąsiadów popatrzyła po sobie porozumiewawczo.
-Zgłaszamy to? - powiedziała trzydziestolatka, która wyprosiła tego faceta z apartamentowca.
-Nie możemy. - odezwał się dryblas stojący obok niej. - Jeżeli pani Roberts nie potwierdzi naszej wersji wydarzeń możemy zostać obciążeni kosztami za...
-Evans, chodzisz na prawo dopiero czwarty dzień. - westchnęła kobieta z czarnymi włosami. - Nie popisuj się, dobra?
-Rozejście się! - dobiegł nas stłumiony przez drzwi krzyk.
Sąsiedzi Aliany jeszcze raz po sobie spojrzeli i odwrócili się plecami. Po dłuższej chwili zostałem tylko ja, Aliana i Kendall...
-Chciałabym coś dla niej zrobić. - westchnęła, kiedy dotarliśmy do jej mieszkania.
-Jak? - zapytałem, kiedy zamykała za nami drzwi. - Sam słyszałem, że ona odmawia pomocy.
Przeszedłem do stołu i czekałem aż Kendall usiądzie naprzeciwko mnie.
-Proponowałam jej pomoc w znalezieniu pracy i dobrego prawnika, ale ona sama powiedziała, że fundacja nie wchodzi w grę. - odparła, zalewając kubek z cappuccino wrzątkiem i wsypując do niego trzy łyżeczki cukru. Tak, jak lubię.
-Jaka fundacja? - zapytał Kendall, odwracając się w stronę blatu kuchennego. - Nie wspominałaś nic o fundacji.
Aliana przygryzła wargę, jakby nieumyślnie zdradziła czyjś sekret. Wyglądała na speszoną, kiedy siadała z nami przy stole.
-Założyłyśmy z Nicole fundację, ok? - wybuchła, kiedy spiorunowałem ją wzrokiem. - Na bieżąco szukamy pracodawców, poszukujących ludzi i mamy kontakty do noclegowni dla bezdomnych i samotnych. Jak trzeba, mamy jeszcze adwokatów po swojej stronie.
-A ten babsztyl z piętra wyżej? - zapytał Kendall. - Ją też macie po swojej stronie?
-Ona nic nie wie. - Machnęła ręką. - Jest sędzią, więc nie może się dowiedzieć, kiedy niewielu wyciągnęliśmy z dołka.
Kendall popatrzył na nią zaskoczony, trochę, jakby miał jej za złe, że nie powiedziała mu o tym wcześniej.
-Nie patrz tak na mnie! - jęknęła, jakby zrozumiała, co ma na myśli. - Chciałyśmy wam powiedzieć, ale dopiero w czwartek. A puki co, Logan i Carlos nie mogą się o niczym dowiedzieć.
Uśmiechnąłem się w jej stronę, jakbym jej coś obiecywał.
-Dobra, nie ważne. - zaśmiałem się, wyjmując kopertę z kieszeni marynarki. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. - powiedziałem, przysuwając ją w jej stronę.
-Chyba nie dajesz mi kasy.
-Nie, otwórz, a zobaczysz.
Aliana wyjęła z koperty kilka biletów lotniczych, wraz z potwierdzeniem pobytu w hotelu.
-Wakacje? - pokręciła głową, czytając bilety.
-Nie do końca. - Kendall wzruszył ramionami. - Transport funduje Nick, ale reszta idzie z naszej kieszeni. Mamy tam kilka koncertów do zagrania, ale pozostały czas możemy spędzić jak tylko mamy ochotę.
-Ale... - jęknęła. Wiedziałem, że zaraz zaczną się wymówki, dlatego postanowiłem jej przerwać.
-Żadne „ale”. Pracujemy ze sobą od zawsze, więc to jasne, że jedziesz z nami w trasę.
-Groll miał jechać. - zauważyła.
-Przekonaliśmy szefa, żeby zamienić Grolla na ciebie.
Nasza rozmowa została przerwana przez otwierające się drzwi. Po chwili zobaczyłem zapłakaną Jen, która z nerwów nie mogła wyciągnąć klucza od drzwi.
Podszedłem do niej, próbując ją objąć, ale ona natychmiast się ode mnie odsunęła, zwinnie mnie omijając.
-Zostaw mnie! - krzyknęła, biegnąc w stronę swojego pokoju.
Chciałem za nią pójść, ale Aliana mnie powstrzymała.
-Zastaw. Pogadam z nią.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nie bijcie... Wybaczcie, ale przeszłam małe załamanie natchnienia. Poza tym jak chcecie winnego, to proszę. Czytam książkę. Poza nią czekają jeszcze dwie w kolejce. No i to jest ostatnia notka... W tym roku. Dajcie znać, co myślicie.  

czwartek, 26 grudnia 2013

44. Bal Bożonarodzeniowy

**Jennifer**
Wszystkie kostiumy były już gotowe. Tak naprawdę, byłam zna. Mogłam zrezygnować z pracy w barze, a naprawdę tego nienawidziłam. A już szczególnie mojego szefa. Facet jest obleśny i przyprawia mnie o mdłości.
-Jennifer, tobie też wyprasować? - zapytała Aliana, oddając Loganowi płaszcz Inspektora Gadżeta, który zaraz na siebie włoży.
Sama Aliana była już w swojej sukience, ale wciąż nie pozwalała Nicole na ułożenie swoich włosów. Jednak, muszę przyznać, że wygląda ładnie. Bardzo ładnie.
-Ja już mam swój na sobie. - oznajmiłam, szczelniej okrywając się płaszczem.
Nie mogę pozwolić, żeby zobaczyli go przed imprezą. Poza tym... I tak by mi nie pozwolili w tym iść, a mój słodki sekret znała jedynie Roslyn. I tylko dlatego, że pomagała mi wszystko przygotować. Sama nie wiem, jak ją na to namówiłam.
James usiadł obok mnie, rozpinając swoją koszulę, żeby wystarczająco było widać symbol Supermana na nieco przy ścisłej koszulce (Logan podejrzewa, że James kupił dziewczęcą).
-Jeszcze moja marynarka. - powiedział, zawieszając go na kolanach.
-Za chwilę. - odparła, kończąc z kocim żakietem Roslyn. - Nicole, jak twoje wstążeczki? - zawołała w stronę kuchni, gdzie Nicole wkładała na siebie strój Królewny Śnieżki.
-Zaraz skończę! - krzyknęła. - Bo cholera w żaden sposób nie chce się normalnie zawiązać.
James tylko pokręcił głową i poszukał wzrokiem Davida, którego ubraliśmy już na samym początku. Bardzo się cieszył, kiedy go pochwaliłam. Może nie jest jeszcze mężczyzną, ale w tym kostiumie Robin Hooda wygląda naprawdę uroczo.
-Kendall, co ty tram robisz? - wrzasnął Carlos, który próbował sobie nałożyć piracki makijaż. W końcu kapitan Sparrow, to nie takie proste przebranie. A podobno dopracowywał swój kostium w najdrobniejszych szczegółach. Tak przynajmniej słyszałam.
-Wkładam spodnie. - odpowiedział z łazienki, którą okupował. - Prawie się mieszczą. - Wystękał.
-Może Ci pomóc? - zaproponował Aliana, na chwilę odrywając się od prasowania.
-Dam radę. Sama jesteś jeszcze nieuczesana.
Do pokoju wkroczyła Nicole w kompletnym stroju, w ogromną kokardą na głowie.
-Ja gotowa! - oznajmiła z dumą, sięgając po kwiatki w foliowej torebce. - Jeszcze tylko muszę uczesać Alianę. Z takimi włosami nie pozwolę jej pójść.
-Dasz mi to skończyć? - poprosiła, biorąc od Jamesa marynarkę. - Jeszce tylko marynarka Jamesa i koszula Carlosa. - powiedziała spokojnie.
-Pośpiesz się! - zatupotała nóżką. - Zaraz trzeba wychodzić.
Spojrzałam na nią z szerokim uśmiechem. Zaraz? Zostały jeszcze jakieś dwie godziny.
-Bal zaczyna się za dwie i pół godziny. - powiedziałam, nie mogąc się powstrzymać. - Mamy mnóstwo czasu.
-Tak samo mówiła moja koleżanka. - oznajmiła Nicole, próbując przybrać groźny wyraz twarzy, ale w sukience królewny nie było to efektywne. - Później spóźniła się na imprezę i zerwał z nią chłopak.
Alaina zaśmiała się, prasując rękaw koszuli Carlosa. Sama chciałabym tak umieć. Ciuchy wyglądały, jakbyśmy przynieśli je prosto z renomowanej pralni.
Podeszłam do Davida, który najbardziej męczył mnie o pokazanie kostiumu, ale jak dotąd bez większych sukcesów. Musiałam trzymać się twardo i wejść na salę jako króliczek, którym zamierzałam zostać na to popołudnie.
-Wiesz, co Nicole? - zaczęłam, patrząc jak chowa rzeczy do wiklinowego koszyka, który miała nosić zamiast torebki. - Jesteś bardzo przekonującą Królewną Śnieżką. Powinni Cię zatrudnić w Disneylandzie. Nie wiem ile tam zarabiają, ale trzeba się użerać z bandą podnieconych dzieciaków.
**Kendall**
Tak, jak podejrzewałem, Carlos uznał mój strój za najgorszy kostium człowieka-pająka, jaki widział w życiu. Pewnie i tak nikt nie zwróci na mnie większej uwagi, więc nie mam czego żałować. Chociaż lepsze to od tekstu Jen, która wkładała sobie wtedy uszy zająca na przepasce, która powiedziała, że to co mam na sobie nadaje się jedynie do spania.
-Dzieci będą się dobrze bawić! - opowiadała z przejęciem Nicole, która od samego początku drogi nadawała jak najęta. - Kiedy tylko zaśpiewacie piosenkę o Wielkim Wybuchu, będą takie szczęśliwe.
No racja... Superbohater i Królewna śpiewający piosenkę o naukowym stworzeniu świata... Nie no, będą wniebowzięte. Zaczyna się na piosence, kończy na zrujnowanej wierze w Świętego Mikołaja.
Aliana pokręciła głową, śmiejąc się za kierownicą. Byliśmy w swoich kostiumach, mijając setki oświetlonych domów. Carlos zasną na tylnym siedzeniu obok mnie. Jen, Roslyn, James i Logan jechali w samochodzie za nami. Nie wiedziałem, co się tam dzieje, bo CB Radio Aliany jakoś się zepsuło i nie chce działaś. Dziwne było, to, że w ogóle coś takie posiada.
Allie zaparkowała na placu przedszkola, tuż przy znajomo wyglądającej Porshe. Wstałem na równe nogi, okrążając auto dookoła.
-Jej, jaki superbohater! - usłyszałem roześmiany głos Cassie. - Uratujesz nas, jeśli pojawi się Green Goblin? - zaśmiała się, podchodząc do mnie w stroju policjantki.
-Bardzo śmieszne. - powiedziałem. - w samochodzie przed nami jechał przybysz z Kryptonu.
-Przywieźliście Toma? - krzyknęła z udawanym przejęciem. - Rany, jak wam się udało go namówić?
Pomogłem wysiąść Alianie z zza kierownicy. Jej nieco za długa sukienka targała się za nią jak tren ślubny. Właśnie, ślubny. Zacznę ją męczyć w Sylwestra o termin ślubu.
Poszliśmy do sali balowej, a właściwie hali gimnastycznej udekorowanej świątecznie. Jest drugi dzień Bożego Narodzenia i...
Dość już o tym. Występy artystyczne wciąż trwały. Niedługo my wychodzimy. Teraz była pora na Cassidy i jakiegoś jej kolegę, który wyglądał jak brat Aliany, tylko bez okularów.
Staliśmy za grupą małych dzieci, które z zainteresowaniem wpatrywali się w dwójkę wygłupiających się dorosłych. Wyciągnęłam rękę i chwyciłem dłoń Aliany, która po sekundzie odwzajemniła uścisk.
-A teraz! - krzyczał jeden z wychowawców. - na naszej scanie, specjalnie dla Was! Wystąpią Gwiazda i jego fotograf! Kendall Schmidt i Aliana Hamilton, zapraszamy na scenę.
Nie trzeba było nam dwa razy powtarzać. Jednym susem wbiegliśmy na scenę, zrobiona z kilku pozszywanych palet budowlanych i Czerwonej wykładziny.
Spojrzeliśmy na siebie z uśmiechem. Dość szybko porozumieliśmy się bez słów. Uda się. Musi się udać. Nawet jeśli Aliana twierdzi, że nie potrafi śpiewać, ale na pewno potrafi bardzo szybko mówić.
Our whole universe was in a hot dense state,
Then nearly fourteen billion years ago expansion started. Wait...
The Earth began to cool,
The autotrophs began to drool,
Neanderthals developed tools,
We built a wall (we built the pyramids),
Math, science, history, unraveling the mysteries,
That all started with the big bang!
"Since the dawn of man" is really not that long,
As every galaxy was formed in less time than it takes to sing this song.
A fraction of a second and the elements were made.
The bipeds stood up straight,
The dinosaurs all met their fate,
They tried to leap but they were late
And they all died (they froze their asses off)
The oceans and pangea
See ya, wouldn't wanna be ya
Set in motion by the same big bang!
It all started with the big BANG!
It's expanding ever outward but one day
It will cause the stars to go the other way,
Collapsing ever inward, we won't be here, it wont be hurt
Our best and brightest figure that it'll make an even bigger bang!
Australopithecus would really have been sick of us
Debating out while here they're catching deer (we're catching viruses)
Religion or astronomy, Encarta, Deuteronomy
It all started with the big bang!
Music and mythology, Einstein and astrology
It all started with the big bang!
It all started with the big BANG! (...)
Kiedy skończyliśmy, szybko zbiegliśmy ze sceny. Nie czekaliśmy na oklaski. Prędzej nas wybyczą, taki wybraliśmy repertuar.
-Widzisz, udało Ci się! - krzyknąłem, starając się przekrzyczeć głośną muzykę. - A nie mówiłem? Wiedziałem, wiedziałem, że potrafisz.
Aliana spojrzała na mnie z wyraźnym zadowoleniem. Udało się.
-Miasto jest nasze! - krzyknąłem. - Los Angeles jest nasze.
Przyciągnąłem ją do siebie. Już miałem ją pocałować, ale przerwał nam jeden z wychowawców.
-Jemioła. - mruknął, wskazując na zielsko nad naszymi
Teraz już nie miałem wątpliwości. Pocałowałem ją bez zastanowienia, nie przejmując się tym, co się dzieje wokół nas.
**James**
Kiedy Jen zdjęła płaszcz, opadła mi szczęka. W seksownym stroju królicza prezentowała się znakomicie. Nie wiem, co jej przyszło do głowy, ale Roslyn wyglądała na rozbawioną, kiedy zobaczyła moja minę.
-Tak pani nie wejdzie. - zatrzymał jeden z tutejszych nauczycieli. - Tutaj są dzieci. Taki strój przynajmniej nie przystoi.
-Nie mam innego stroju. - zaprzeczyła gwałtownie. - Muszę być króliczkiem.
-I będziesz. - wtrąciła Miranda, która pojawiła się znikąd.
Przez jakiś czas dyskutowały zawzięcie o przyzwoitości jej stroju. David przytulił się do mnie, zapewne przestraszony krzykiem kobiet.
-Nie zgadzam się! - krzyczała. - Nie mam innego kostiumu! Nie mogę się przebrać.
-Tak pani nie wejdzie. - powtórzyła ta kobieta. - Już to pani mówiłam. Tutaj są małe dzieci.
Dzieci... Już wiem, dlaczego tak bardzo nie chciała nam pokazać kostiumu przed balem. Musiała wiedzieć, że będą problemy. A ona po prostu to zaplanowała. Wiedziała, że będzie jakaś kłótnia.
-Będziesz króliczkiem. - powiedziała spokojnie Miranda, ciągnąc Jen za sobą. - Chodź, przebierzesz się.
Kiedy odeszły, nauczycielka pilnująca przejścia spojrzała na mnie ze współczuciem.
-To pańska dziewczyna? - zapytała, kiedy przepuszczała nas w drzwiach. Tylko przy Alianie i Kendallu nic nie sprawdzała, bo wiedziała, że będą na styk.
-Tak, jest cudowna. - powiedziałem z uśmiechem.
-Tego bym nie stwierdziła. - odparła, a my przeszliśmy dalej.
Sala była pełna dzieci, które patrzyły się na występujących artystów. Teraz była jakaś piosenka o śniegu, której nigdy wcześniej nie słyszałem. Rozejrzałem się po sali. Obok Carlos tańczył z jakąś małą dziewczynką, a Logan rozglądał się po stołach z jedzeniem w poszukiwaniu czegoś (na pewno mocniejszego) do picia. Jak na mój gust, na wejściu mógł sobie darować. Wiadomo dlaczego.
-Na serio? - usłyszałem oburzony głos Jen, której w końcu udało się wejść na salę. - Nie masz nic lepszego?
-Nie przesadzaj! - przekrzyczała ją Miranda. - Nie jest tak źle.
Dopiero, jak się odwróciłem, zobaczyłem o co było całe zamieszanie. Jen miała na sobie strój zająca. Zająca różowego jak cukierek. Myślałem, że pęknę za śmiechu, kiedy się w nią wpatrywałem.
-Nawet ty? - zapytała, stając obok mnie. - I tak wiem, że wyglądam okropnie.
-Kochanie... - powiedziałem, obejmując ją w pasie. - Wyglądasz prześlicznie. Jak zwykle zresztą.
Zaśmiałem się jej do ucha, patrząc ja David podbiega do swoich koleżanek. Nie wiedziałem, skąd je zna, ale z tego co widziałem, to bawili się świetnie.
Zanim zdążyłem się zorientować, zza kulis wyszli Kendall i Aliana. On wpatrywał się w nią, jakby „była jedyną gwiazdą na niebie”. Od razu było widać, że nie potrafią bez siebie żyć.
-Jak poszło? - zapytał Logan, który dorwał się do jakiegoś ponczu dla dzieci.
-Lepiej niż Aliana się spodziewała. - powiedział, obejmując ją od tyłu. - Wiesz jak to jest, kiedy...
Nie zdołał dokończyć, bo ta lekko go szturchnęła w brzuch łokciem. Jenak Kendall, zamiast zrobić naburmuszoną minę, uśmiechnął się szeroko i spróbował ją pocałować. Aliana zgrabnie się od niego odsunęła.
-Mało Ci jeszcze? - jęknęła. - Może poczekasz, aż wrócimy do mieszkania.
-Racja. - zakończył. - Dzieci zdecydowanie nie powinny tego oglądać.
Pokręciłem głową, obserwując ich i obejmując Jennifer.
**Carlos**
Bal przebiegał całkiem miło, ale prędzej czy później trzeba było go skończyć. Rodzice zaczęli się zbierać po swoje dzieci i tak „ekipa celebrytów”, jak nazywała nas dyrektorka przedszkola, została jedynymi gośćmi.
My, Big Time Rush, Cassidy Freeman, Miranda Cosgove, facet z serialu o wampirach i ten kolega Cassie podobny do Nate'a.
-Dziękuję, że zdecydowaliście się państwo przyjść. - powiedziała. - To był dla nas wielki zaszczyt.
W tym momencie spojrzała na Jen, która wciąż miała na sobie różowy kostium króliczka pożyczony od Mirandy.
-A my dziękujemy za zaproszenie. - odpowiedział James. - To była dla nas przyjemność.
-Oczywiście. - zawtórował ten gość podobny do Nate'a. - A teraz przepraszam, muszę wracać do żony i Córki.
Kiedy tylko skończył, wyszedł z sali, zabierając płaszcz zawieszony o scenę.
-W takim razie my też będziemy się zbierać. - oznajmił Logan, trzymając na rękach Davida.
Wspólnie się pożegnaliśmy, machając jeszcze do Cassie i Mirandy. One zaśmiały się do nas, zanim wyszliśmy.
-Myślicie, że te kostiumy nam się jeszcze na coś przydadzą? - zapytała Nicole, zanim wsiedliśmy do samochodów.
-Może... - Odpowiedzieliśmy wspólnie.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Na nic więcej nie mam siły. Na dzisiaj tyle. Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni ze swoich Świąt. Bo wyobraźcie sobie, że moja Chrzestna czyta mi w myślach i kupiła mi książkę na którą oszczędzałam. Mam nadzieję, że się wam podobało. Podzielcie się wrażeniami po przeczytaniu, pliss...

wtorek, 24 grudnia 2013

43. Dopowiedzenia na Święta

**James**
Wczoraj Carlos nie wrócił na noc do domu. Dziwne. Roslyn też nie widziałam. Chciałem mu zrobić awanturę za wiadomo-za-co, ale się powstrzymałem, kiedy się zorientowałem, że dom jest pełen ludzi. Porozmawiam z nim później, kiedy będziemy mieli bardziej „intymne” warunki.
-Jesteś już gotowy? - zapytała Jen, która mogła już wychodzić.
-Prawie. - odparłem. - Dzisiaj jest Twój wielki dzień...
Pocałowałem ją w usta, a one zaśmiała się, odwzajemniając pocałunek. Lubiłem, kiedy była w takim nastroju. Jeżeli Jen spodoba się szefowi, to może ją zatrudni. A urlop w barze jakoś się załatwi. Ważne, żeby szef się zgodził.
-To ja pójdę się na szybko ubrać, a małego zostawimy pod opieką Nicole.
-Idę do Aliany! - wrzasnęła z łazienki.
-To go ze sobą zabierzesz. - odkrzyknąłem. - Co za problem?
-W sumie to żaden! - Wrzasnęła. - Ałaa!
-Co się tam dzieje? - zapytałem, próbując dobić się do drzwi.
-Nic. - odkrzyknęła. - Plaster z woskiem się za mocno przykleił.
Plaster z woskiem... Jak ja się cieszę, że nie mam córki... Kobiety potrafią być jednocześnie kochane i... męczące.
-Tato... - usłyszałem nieśmiały głos Davida. - Gniewasz się na wujka Carlosa?
Odwróciłem się do niego i ukucnąłem, tak, żeby znaleźć się na wysokości jego oczu.
-Nie gniewam się na niego. - powiedziałem spokojnie. - Chcę go tylko poprosić, żeby nie używał przy Tobie brzydkich słów.
-Ale on nie wiedział, że ja to słyszę. - odpowiedział cicho, jakby dręczyły go wyrzuty sumienia. - Wujek rozmawiał z ciocią Roslyn, a ja się obudziłem i chciałem do nich przyjść. A oni rozmawiali i nie chciałem i przeszkadzać i wszystko słyszałem.
Zamrugałem ze zdziwienia. To Carlos nic nie wiedział? Jedno dobre, że mały się przyznał. Mimo to i tak pogadam z Carlosem. Powinien się upewniać, czy ktoś ich nie podsłuchuje. A już szczególnie mój syn. Bo nie wiadomo, jak się to później skończy.
-Dobra, ubieraj się. - powiedziałem, klepiąc go po ramieniu.
-Ale przecież powiedziałeś, że zostaję dzisiaj w domu i nie muszę...
-Zmiana planów, no leć. - odparłem, klepiąc go po ramieniu i czekając aż pobiegnie n górę.
Z roku na rok coraz gorzej... A Carlos jest czasami nie do zniesienia. Dobrze, że jest szczery, ale powinien się trochę hamować. Przynajmniej troszeczkę.
Włożyłem marynarkę i na szybko przejrzałem się w lusterku. Chyba jest ok... Spojrzałem z uśmiechem na Jennifer. Jeżeli spodoba się szefowi... Pojedzie z nami w trasę.
-No, to uśmiechnij się i jedziemy. - powiedziałem, kiedy Jen stanęła przede mną, mając zamiar mnie pogonić.
Obserwowałem, jak bierze do ręki swoją gitarę w pokrowcu, mając zamiar pójść już do samochodu. Auto przygotowałem jeszcze będąc w piżamie. Jennifer nie bardzo się to podobało, ale lepiej zrobić to wcześniej. W końcu to nie wygląd jest najważniejszy.
***Aliana*
Rozległo się gwałtowne pukanie. Rety, dopiero wróciłam do domu. Rzuciłam kluczyki od samochodu na stolik i podbiegłam otworzyć.
-Cześć, co tu robicie? - zapytałam, patrząc na Nicole i Davida stojących w drzwiach.
-Przyszliśmy do Ciebie. - powiedział David, kiedy wpuściłam ich do środka.
-James nie miał go z kim zostawić. - powiedziała Nicole, pomagając małemu ściągnąć bluzę. - Mam do Ciebie małą sprawę i chciałabym o tym z tobą pogadać.
-Jasne. - pokiwałam głową. - Zrobię herbaty! - zawołałam, idąc do kuchni.
Szybko postawiłam czajnik na zapalonym palniku. Potem wyciągnęłam kubki z szafki i powrzucałam do każdego po torebce herbaty.
-David, a chcesz dokończyć książeczkę? - zapytałam, sięgając do szafki po dziecięcą historyjkę, którą zostawił tu mały, kiedy był tu poprzednim razem.
-A masz ją jeszcze? - zapytał uradowany. - Myślałam, ze tata ją odebrał.
Podbiegł do mnie, a ja wyciągnęłam w jego stronę książeczkę. David dosłownie wyrwał mi ją z ręki, kiedy tylko dotarł do podzielnika między blatem kuchennym, a częścią w której jedliśmy.
-Jaką miałaś sprawę? - zapytałam, kiedy Nicole usiadła na stołku barowym naprzeciwko blatu kuchennego.
-Tak, domknęłaś sprawę z Lisą do końca?
-Przyjęto ją do pracy, załatwiliśmy jej nocleg i dopilnowałam wszystkiego. Dalej niech sobie radzi. - oznajmiłam, wzruszając ramionami.
-Bo mam taki pomysł – zaczęła, drapiąc się po czubku głowy. - Może pomożemy jeszcze kilku takim dziewczynom?
Odłożyłam kubek i spojrzałam na nią uważnie. To jest to! Nie przypuszczałam, że ona też o tym myślała. Czyli nie tylko mnie to wkręciło.
-Mów dalej. - pokiwałam głową, zachęcając ją do dalszego wdrażania swojego planu.
-No bo wiesz... - mówiła, trochę gubiąc się w słowach. - Znam jeszcze kilka dziewczyn, które zostały skrzywdzone przez tę samą mafię. Wiele z nich...
-Masz do nich kontakt? - zapytałam, patrząc na nią z uwagą. - Bo wiesz, tamten koleś powiedział, że zna jeszcze kilka zakładów w których przydałby się ktoś do pracy. A ci ze schroniska dla bezdomnych kobiet prosili, żeby im zgłaszać takich ludzi. Myślałam nawet o czymś na kształt...
-Fundacji? - zapytała z chytrym uśmieszkiem. - Miałam to na końcu języka, tylko nie na taką skalę.
-Właśnie. Mogłybyśmy je tam kierować, załatwiać nowe dokumenty... Zrobić coś, dzięki czemu stanęłyby na nogi.
-Wiesz jak zacząć taką działalność?
-Właśnie nie. Organizacja pozarządowa to twardy orzech do zgryzienia. Ale mogę się do wiedzieć.
-Weźmiesz na wspólniczkę? - poprosiła.
-Jasne, mordeczko.
Gwizd czajnika przerwał naszą rozmowę. Nicole nieźle mnie nakręciła. Ona też chce pomagać.
Jedną, zdrową ręką zalałam herbatę. Że też potrafię sobie poradzić w samochodzie bez tej drugiej... David przybiegł, jak tylko zobaczył, że odstawiał czajnik.
-Za chwilę, dobrze? - odparłam odstawiając kubek poza zasięgiem jego ciekawskich rączek. - Jest jeszcze za gorące. Rozumiesz?
Ten tylko pokiwał głową i wrócił do stolika, wdrapując się na zbyt wysokie krzesło. Uśmiechnęłam się pod nosem, patrząc jak mały przegląda strony książeczki, mając zamiar znaleźć miejsce na którym skończył. Dużo tego nie ma, więc...
Znowu zadzwonił dzwonek do drzwi. Zaklęłam pod nosem i odstawiłam na blat wszystko, co trzymałam w ręku.
-Rozumiem, że się nikogo nie spodziewasz? - zapytała Nicole, nie wstając z krzesła.
Uśmiechnęłam się do niej krzywo przez ramię i zamaszyście otworzyłam drzwi. Za progiem stał jakiś mężczyzna, którego początkowo nie poznałam. Wszystko przez to, że trzymał w rękach ogromne pudła, przez które nie widziałam jego twarzy.
-Wpuścisz mnie, czy będziemy tak stali? - warknął, a ja dopiero teraz zorientowałam się, że to Ryan. - Mam wszystko, o co prosiłaś.
-O nic Cię nie prosiłam. - powiedziałam, wciągając go do mieszkania.
-Wiem – odparł, stawiając wszystkie pudła na kanapie. - Prosiłaś Nate'a. Byłem w szpitalu u chorych dzieciaków, spotkałem go, a ten dał mi listę zakupów i pieniądze.
-I ty tak po prostu się na to zgodziłeś? - zapytałam z niedowierzaniem.
-No wiesz – wzruszył ramionami. - Jak następnym razem rozetnie mi czoło na planie, to wolałbym nie mieć naturalnych blizn.
Szantaż. Coś, do czego Nate rzadko się posuwał. A już szczególnie w kwestii pacjentów. Wie, czym to grozi i raczej woli nie kusić losu. A już w szczególności swojego szefa.
-Napijesz się herbaty? - zaproponowałam, idąc do kuchni. - Mam jeszcze wrzątek.
-Jasne, bardzo chętnie. - pokiwał głową. - Cześć Nicole, hej młody.
Pomerdał Davida pieszczotliwie po głowie i usiadł obok niego. Dziwne, że nie ma własnych dzieci, skoro tak świetnie się z nimi dogaduje.
-Wiesz, że Cassidy zaraz przyjdzie? - zapytał, biorąc do ręki ołówek. - Jakaś Bożonarodzeniowa sesja. Nie wiem, chyba jej prywatna sprawa.
Wzruszyłam ramionami i postawiłam przed nim kubek.
Ryan tylko podziękował mi skinieniem głowy, a David spojrzał na mnie z oburzeniem.
-On może, a ja nie? - wykrzyczał, jak zobaczył, że Reynolds próbuje pić ze swojego kubeczka. - To nie fair! Ja też chcę.
-Nie chcę, żebyś się poparzył. Jak trochę przestygnie, to Ci dam. W porządku?
David chciał, czy nie chciał, musiał się na to zgodzić. Kiedy ktoś wyciąga przeciwko niemu argumenty, nie ma innego wyboru i musi się poddać. To ma po Jamesie. On też potrafi się zmieszać przeciwko niektórym uzasadnieniom.
-Później się z wami pożegnam. - powiedział Ryan, po kolejnej nieudanej próbie wypicia gorącej herbaty. - Zaczekam tylko na Twojego narzeczonego.
Narzeczonego... On jako jedyny używał tego słowa. No może w tym wąskim gronie, niebojących się naszych zaręczyn był jeszcze Nate, ale ten akurat przy nich był.
-Wyjeżdżasz gdzieś? - zapytałam, kiedy Nicole wzięła ode mnie część zapakowanych zakupów i zaczęła je przekładać do szafki.
-Tak, do rodziców. Obiecałem im, że dotrę do domu jeszcze dzisiaj, ale...
-Przyzwyczajaj się do chłodu, ciepłolubny człowieczku! - wrzasnęłam, wkładając na talerz trochę ciastek. To był żart, ale widocznie Ryan go tak nie odebrał.
Drzwi sypialni otworzyły się z rozmachem i przyszedł Kendall, ściskając w ręku zeszyt nutowy.
-To nie o chłód tu chodzi. - odpowiedział, rozkładając wafelka na cztery części. - Cześć stary.
-Cześć, co cię tutaj przywiało? - zażartował, całując mnie w policzek. - A ty siadaj, nie możesz się przemęczać. -powiedział mi, ciągnąc mnie do stołu w części jadalnianej.
-Wyłożenie kilku ciastek i zrobienie kilku ciastek nazywasz przemęczaniem? - jęknęłam, kiedy usiadłam naprzeciwko Davida. - A ty mów o co chodzi.
Ryan popatrzył mi w oczy, kiedy Kendall przyniósł do stołu talerze z makaronem, które były na dzisiejszy obiad.
-Chodzi o to, że w tym roku spędzamy święta u moich rodziców. - odpowiedział. - A moja rodzina nienawidzi mojej żony.
-Jeszcze twojej matce nie przeszło? - zapytałam z zażenowaniem. - Rety, ile można?
-Mnie to mówisz? - wzruszył ramionami. - Szybko się pobraliśmy, to fakt, ale to nie znaczy, że Blake jest beznadziejna. Ona jest dla mnie dobra. Kocham ją, a ona kocha mnie.
No i znowu zaczyna się wychwalanie żony. Nie no, wysłuchać muszę. Nawet jakby mnie to nudziło jak nie wiem co. Ten się spokojnie wygada i będzie szczęśliwy.
Nicole podeszła do Davida i chwyciła go za rękę. Pewnie się denerwowała tym przesłuchaniem Jennifer. Sama niedawno usłyszałam jak śpiewa. Pierwsze wrażenie... łał! I ona marnuje się w barze? A teraz James chce ją wziąć do chóru. Na razie, a co będzie potem, zobaczymy. Na serio fajny będzie ten chór. Jedna dziewczyna z gitarą po lewicy Dustina... Uda się! Wierzę w nią.
-Wiecie, co jest dziwne? - zapytał Kendall, siadając obok mnie. - Znacie się z pracy nad jednym filmem, który 20th Centrury Fox produkował w dziewiątym i nadal utrzymujecie ze sobą kontakt?
-I to jest dla Ciebie dziwne? - warknął Ryan, ie dopuszczając mnie do głosu. - Lubimy się. Tak to trudno zrozumieć?
-A czy powiedziałem coś nie tak? - wyjąkał Kendall, czym doprowadził Nicole do gromkiego śmiechu. Ryan tylko machnął ręką. Zdenerwował się. Stosunek jego rodziców do żony, to dość drażliwy temat.
David podbiegł do Ryana, omal nie wywracając choinki stojącej nieopodal stołu, dając mu jeden ze swoich koślawych rysunków. Ten uśmiechnął się na jego go widok.
-Kto to jest? - zapytał, spoglądając na małego z uśmiechem.
-Ty! - wykrzyczał David.
-Tak, ale chyba, jak wstaję z łóżka. - pokiwał głową ze śmiechem.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak wygląda Wigilijna notka! Prawie jak normalna. Jeśli chodzi o stosunek rodziny Ryana Reynoldsa do Blake Lively, to nie wymyśliłam tego. To jest stary artykuł i nie wiem jak sytuacja przedstawia się w tej chwili: http://www.celebdirtylaundry.com/2012/ryan-reynolds-family-hates-overbearing-blake-lively-0615/ . Napisałam o nim, bo w sobotę leciał w telewizji jakiś film z nim i poczułam nagłą potrzebę napisania o nim w opowiadaniu. Było na TV4 i widziałam tylko ostatnie pół godziny. Jak następnym razem go wyemitują, to będę musiała obejrzeć o w całości, o ile czas pozwoli. To samo było w salonie operatora, jak tata kupował sobie telefon. W środku był telewizor i leciały takie różne zwiastuny. I nagle go zobaczyłam. Najpierw mi mignął. A ja: „Zdawało mi się, że widziałam Reynoldsa...”, a potem było na niego zbliżenie i ja znowu: „Dobrze mi się zdawało, widziałam Reynoldsa.” Taki moment, jak się nudzi na pomarańczowym fotelu w salonie.
No i pozostało mi życzyć wam zdrowych, pogodnych Świąt spędzonych w gronie rodziny. Niech każda chwila będzie szczęśliwa, a wy zadowoleni, nie tylko z prezentów. Mój brat woli sto złotych w kopercie, ale to nie ważne. No i czego sobie zapragniecie. Nie umiem składać życzeń. Mam nadzieję, że ta notka wam się podobała. Liczę na wasze komentarze. Trzymajcie się cieplutko!

PS. Tak jak obiecałam, ujawniłam listę Soundtracku. Szczegóły w zakładce.  

czwartek, 19 grudnia 2013

42. Piękny Śpiew

**Logan**
-Co tu tak śmierdzi? - wrzasnęła Aliana, jak tylko weszła do domu.
-Nic takiego. - odpowiedziałem. - Mieliśmy małe postrzyżyny i teraz...
-Palimy moje włosy! - wykrzyczał, podskakując na kanapie. Fryzjerka już dawno sobie poszła, ale sam David chciał się pożegnać z przyciętymi końcówkami trochę bardziej uroczyście.
Kendall wybiegł z pokoju, chcąc się z nią przywitać. Pokręciłem głową, patrząc przez lusterko, które dawało widok na przedpokój, jak oboje przytulają się do siebie, całując namiętnie. Oni nigdy nie wiedzą jak się sobą nacieszyć.
Spojrzałem na Lisę, która siedziała obok Nicole i starej sukience Aliany. Piątek jest dopiero jutro, więc będą mogli pojechać dopiero wieczorem.
Nie powinni jej pomagać. Takie jest moje zdanie. Jednak nie mogłem jej wyrzucić, bo jest gościem Kendalla. Nawet, jakbym bardzo chciał, to nie mogłem tego zrobić.
Kendall wprowadził Alianę do pokoju. Dzisiaj miała na sobie różowy żakiet i wcale nie wyglądała tak źle, chociaż patrząc na jej ogniste włosy wyglądało to dość przerażająco.
-Wszystko z wami w porządku? - zapytała, rozplątując swoją apaszkę.
-Tak. Czemu miałoby być inaczej? - zapytałem. Chłopaki bawili się z małym, a ja po prostu wolałem się trzymać od tej nowej z daleka. Nie ufałem jej. Miałem ku temu powody. Własne, proste powody. I wolałem z nimi nie dyskutować.
-A Tobie co się stało? - zapytała półgłosem, pozwalając Davidowi się do siebie przytulić. - Czemu tak na mnie warczysz?
Dopiero teraz zorientowałem się, że mówiłem podniesionym głosem. No, a ona to zauważyła. Niestety. Ups, musiałem się trochę pohamować.
Aliana usadziła Davida na kanapie, obok Jamesa, witając się z nim w tradycyjny dla nich sposób. Przez krótkie przytulenie i zaproszenie na miejsce obok. To jest dla nas takie... normalne.
-Może otworzycie okno, co? - zaproponowała. - Bo capi tu jak nie wiem co.
-Rozumiem, że zapach skremowanych włosów nie jest w Twoim guście. - odparł James, wstając z kanapy i otwierając okno balkonowe.
Zauważyłem, jak kręci głową. Jednak nic nie powiedziała. Wiedziałem, że takt to jej drugie imię, ale jakbym ja tutaj wszedł, to pewnie sam bym nie wytrzymał z tego smrodu, a jakiś czas już tu siedzę. No, ale trudno. Ważne, że nie rzuca zgryźliwych uwag.
-Gdzie się podział Carlos? - zapytała nagle, rozglądając się dookoła.
Westchnąłem. Sam się zdziwiłem, że Cassidy zdołała go namówić na coś tak szalonego. Jednak nie słyszałem ich krzyków, co było dość dziwne.
-Chodź, pokażę Ci.
Oboje wstaliśmy i poprowadziłem ją do drzwi balkonowych, gdzie był widok na cały ogród. Allie nie wyglądała na zdziwioną.
-Ostatni jest piękny i gładki! - wrzasnął Carlos, biegnąc dookoła wysokich krzewów, a Cassidy była tuż naprzeciwko niego.
-Biegam szybciej niż ty!- wrzasnęła, kierując odpływ z węża ogrodowego w jego stronę.
Aliana spojrzała na mnie z krzywym uśmiechem.
-Nie mów, że się tego po nich nie spodziewałeś. - zaśmiała się, wracając do dużego pokoju.
Kiedy usiadła obok Kendalla, ten niemal natychmiast objął ją w pasie i przyciągnął bliżej do siebie. Ten to nawet w towarzystwie nie potrafi się pohamować. Ku mojemu zdziwieniu Aliana pocałowała go delikatnie, czym uruchomiła pasmo reakcji w towarzystwie. No wiadomo... Roslyn wywróciła oczami, Nicole udała, że wymiotuje, czym doprowadziła mnie do śmiechu.
-Uważajcie, bo wam przypomnę, jak WY się zachowujecie. - odpowiedziała Jen, patrząc na mnie i Nicole. Jeszcze tego by brakowało, żeby moja gruboskórna zwracała mi uwagę.
Pokręciłem głową i chwyciłem swoją komórkę. Trzy nieodebrane połączenia. I to od szefa. Czego on znowu chce? Bez słowa wstałem, wciąż wpatrując się w wyświetlacz. Muszę oddzwonić do tego starego gbura, nawet, jeśli miałbym się spalić ze wstydu.
Upewniwszy się, że nikt mnie nie słyszy, wychodzę do holu, przykładając telefon do ucha.
-Tak szefie? - powiedziałem, kiedy usłyszałem coś na kształt podniesienia słuchawki. - Dzwonił pan?
-Tak, możesz mi wyjaśnić, dlaczego Carlos nie odbiera telefonu? - warknął z drugiej strony. Tak mnie kusiło, żeby rzucić słuchawką...
-Jest zajęty. O co chodzi?
-Załatwiłem wam trasę koncertową po obu Amerykach. Startujecie zaraz po nowym roku.
-Trasa koncertowa? - powtórzyłem za zdziwieniem. - Ale jak...
-Wszystkiego dowiecie się osobiście. Oczekuję was w poniedziałek w moim biurze.
Otworzyłem usta ze zdziwieniem. Załatwił nam trasę i tak po prostu nam o tym mówi? Prima Aprilis jest dopiero w kwietniu, więc chyba nie żartował.
**James**
Następnego dnia:
Obudziło mnie granie na gitarze i śpiew. Przepiękny śpiew dziewczyny. Powoli wstałem, ociągając się przy krawędzi sofy, na której przelotnie usiadłem, zakładając skarpetki.
And in the streets: the children screamed,
The lovers cried, and the poets dreamed.
But not a word was spoken;
The church bells all were broken.
And the three men I admire most:
The father, son, and the holy ghost,
They caught the last train for the coast
The day the music died.
And they were singing,
"bye-bye, miss american pie."
Drove my chevy to the levee,
But the levee was dry.
And them good old boys were drinkin' whiskey and ryde
Singin', "this'll be the day that I die.
"this'll be the day that I die." (...)
Zamrugałem ze zdziwieniem, kiedy w nie zagospodarowanym pokoju zobaczyłem Jen z gitarą na kolanach. Wiedziałem, że potrafi śpiewać, ale nie spodziewałem się, że aż tak ładnie.
Uśmiechnęłam, się pod nosem, kiedy skończyła.
-Łał... - powiedziałem, wchodząc do środka. - To było niesamowite.
-Obudziłam cię? - zapytała z przerażeniem. - Przepraszam.
-Chciałbym mieć takie pobudki codziennie. - powiedziałem, całując ją delikatnie. - Dzień dobry.
Jennifer odwzajemniła mój uśmiech. Drzwi otworzyły się z cichym trzaskiem i do środka zajrzał David. Teatralnie wywrócił oczami i spojrzał na nas jak na dwójkę smarkaczy.
-Znowu się liżecie? - zapytał z wyrzutem. Zaraz... co on powiedział?
-David, zaczekaj! - zawołałem, kiedy już chciał wyjść. - Skąd ty znasz takie zwroty?
-Wujek Carlos tak mówi. - odpowiedział, wzruszając niewinnie ramionami. - Mówi, że liżecie się zawsze, kiedy myślicie, że jesteście sami.
Zabiję go! Jak on mógł mu coś takiego powiedzieć. Przecież to małe dziecko! Nie powinien słyszeć takich słów nawet przypadkowo!
Pokręciłem głową, kiedy wychodził. Jen zaśmiała się, kiedy spojrzałem jej w oczy.
-Nie przejmuj się. - powiedziała, kładąc mi dłoń na policzku. - Pewnie nawet nie wie, co to do końca znaczy. Nie masz się czym martwić.
Jennifer w kilka chwil rozładowała całe napięcie i poprawiła mi humor. Dzięki niej cała złość na Carlosa natychmiast mi przeszła. Jednak i tak będę musiał z nim poważnie porozmawiać. Chwyciłem bluzę Logana, która była powieszona na oparciu sofy. Ten to zawsze zostawia swoje rzeczy wszędzie i bezmyślnie. Z nim też pogadam sobie o porządku.
**Aliana**
Podniosłam głowę, słysząc dźwięk piosenki, którą ustawiłam na budzik. Leniwie wygrzebałam się spod objęć Kendalla, który znowu u nas spał i spojrzałam na wyświetlacz.
„Dzisiaj do Arizony! Zajechać po drodze po Nate'a!” - było napisane na wyświetlaczu. W bezokoliczniku. Jak inaczej mam samej sobie rozkazać?
Powoli wstałam, na tyle ostrożnie, żeby nie obudzić Kendalla. Wiem, że lubi sobie pospać. Jeśli nie wstanie przed naszym odjazdem, będę musiała zostawić mu kartkę. Tymczasem mam jeszcze małą robótkę do wykonania. Hugh jest kochany. Fotograf z ich wytwórni znowu nawalił, a on na szczęście polecił mnie. Wiem, że cały film ma powstać w Japonii, ale te sesje promocyjne się odbyć w studio w stanach. Przynajmniej jedna druga tych zdjęć. Do Japonni nie polecę. A do Arizony wyjeżdżamy dopiero wieczorem.
Zrobiłam sobie szybkie, zimne śniadanie. Jogurt z corn flakesami. Ale ja jestem mało skomplikowana... Nie będę piła kawy. Nate zabronił. Podobno to szkodzi dziecku, a zważywszy na to, że nie piję jej często, może to być niewielki szok dla organizmu. Tak twierdzi pan doktor, który śpi ze sztuczną, dmuchaną dziewczyną. Dobra, jego sprawa... Ale trzeba przyznać, że to trochę dziwne. Jak na dorosłego faceta.
Pozostaje jeszcze odtwórczyni roli ukochanej w filmie, do którego mnie zaprosili. Patrze na tą laskę, potem w jej prawo jazy i myślę... Rety, jaka ona jest stara! Trzeba jednak przyznać, że wygląda nieźle jak na swoje czterdzieści osiem lat. Prawie jak Madonna... Tylko ta już dawno przekroczyła pięć dych. Ciekawe, czy się zjawi... Ta głupawka na próbie zdjęć łóżkowych... Te są w połowie udawanego pocałunku, a ta nagle otwiera oczy i krzyczy: „Hugh, Twoja żona!” Jego mina niesamowita! Wszyscy na planie oczywiście wiedzą, że ona nie robiłaby takich numerów, gdyby ten wcześniej nie powiedział na przerwie obiadowej, że jakby jego małżonka przyszła na takiej próbie, byłoby mu głupio. No a ten łatwo daje się nabrać.
Szybko pozbierałam miskę i kubek po herbacie i wstawiłam je do zlewu. Pozmywam, kiedy się ubiorę. Weszłam do łazienki, wiedząc, że czekają tam przygotowany wczoraj ubrania. Weszłam pod prysznic i pogrążyłam się w myślach.
Pozostaje jeszcze kwestia Lisy... Rozmawiałam z nią o ewentualnej pracy. Powiedziała, że z wykształcenia jest krawcową. Może kokosów z tego nie będzie, ale gadałam z pewnym salonem poprawkowym. Gadałam z szefem tej firmy, ale on jest do bólu prawy. Bez dokumentów nic nie zrobi. Lisa obiecała, że tam pójdzie na okres próbny. Najpierw będzie schronisko dla bezdomnych kobiet (przyjmują tylko te, które mają pracę), a potem może zakwalifikuje się do mieszkania w hotelu pracowniczym.
-Już wstałaś? - usłyszałam głos Lisy, kiedy wyszłam z łazienki, owijając się ręcznikiem. Musiałam się jeszcze ubrać, bo paradowanie w samym ręczniku nie jest chyba zbyt przyzwoite.
-Muszę jeszcze iść do pracy. Wrócę po południu. Kendall jeszcze śpi, więc postaraj się go nie obudzić, dobra? - poprosiłam.
-Jasne, nie ma sprawy. - powiedziała, opierając się o tył kanapy. - Tylko mam wrażenie, że Logan mnie nie lubi. Mam nadzieję, że tu dzisiaj nie przyjdzie.
-Nie - odpowiedziałam, kręcąc głową. - Po prostu Ci nie ufa. Pojawiłaś się zbyt nagle, żeby mógł... Przepraszam.
Przerwałam, bo usłyszałam dzwonek telefonu. Spokojnie podeszłam do komórki i odebrałam połączenie.
-Tak, słucham?
-Cześć Aliana. - usłyszałam gruby męski głos. - Tutaj Hugh. Opóźniamy godzinę sesji.
-A co się stało?
-Nic się nie stało. Po prostu nie zdążę. Kobiecie trudno dogodzić. - zaśmiał się po drugiej stronie. - Wiesz jak jest, kiedy się planuje czwartą adopcję...
-Którą? - wyjąkałam z niedowierzaniem. Wiedziałam, że mają kilkoro z domu dziecka, ale kolejnej się nie spodziewałam.
-Czwartą. Jest taka dziewczynka. Choruje na wrodzone zwyrodnienie stawów i... Później ci o niej opowiem. Jest naprawdę świetna. Pokochałem ją jak tylko ją zobaczyłem.
-Dobrze, rozumiem. - powiedziałam. - Jeśli coś załatwiacie, to chyba nie będzie problemu. Tylko musimy się streszczać, bo muszę wyjść o normalnej godzinie.
-Oczywiście. Żadnych powtórek. Dam z siebie wszystko.
-Trzymam Cię za słowo. - powiedziałam. - Do zobaczenia.
Odłożyłam telefon na stolik i poszłam się ubrać. Dzisiaj czeka mnie dłuugi dzień.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak wiem, Hugh Jackman i jego żona adoptowali trójkę dzieci, ale coś musiałam wymyślić. A to jedyne, co wpadło mi do głowy. Wróciła mi fobia na „X-Mena”, dlatego czuję taką potrzebę pisania o tym kolesiu. Ponieważ to jest ostatnia notka przed Wigilią, życzę wam Wesołych i radosnych Świąt w gronie rodziny. Obyście byli szczęśliwi jeszcze przez kolejny rok. Następna notka w Wigilię, o ile będzie się wam chciało zaglądać na jakiegokolwiek bloga. A może będziecie czekać na Pasterkę? Kto wie... Mam tylko nadzieję, że uda mi się ją napisać w terminie.

Na dzisiaj już tyle. Nie przynudzam. Na razie proszę o komentarze i dziękuję za ostatnie osiem komentarzy. Mimo że kilka było od jednej osoby, ale miło widzieć nową ikonkę. Do następnej. Trzymajcie się cieplutko!  

wtorek, 17 grudnia 2013

41. Ulicznica

**Kendall**
To co się działo w ostatnim tygodniu, ostro dało mi się we znaki. Tylko jednego byłem pewien. Nasze problemy z tą grupą przestępczą w końcu się skończyły. Aliana (z ręką na temblaku) i Nicole skończyły swoje sukienki wcześniej niż planowały i teraz planują coś nowego, tylko na razie nie chcą nic nikomu powiedzieć. Może nie do końca to coś w porządku, ale raz w życiu chyba mają prawo coś przeskrobać.
Mój kostium też był gotowy. Dziecięca wersja Spidermana. Dziewczyny będą miały niezłą bekę. A jeżeli powiedzą, że to najgorszy kostium człowieka-pająka, jaki widziały, to powiem, że przebrałem się za zwykłego pająka. Proste.
Szedłem jedną z ulic LA. Nie była taka znowu mroczna, ale tu też kręciło się kilka prostytutek. Nie były ubrane tak wyzywająco, ale wiedziałem czym się zajmują, bo podchodziły niebezpiecznie blisko jezdni i wdzięczyły się do kierowców.
-Hej, Kendall! - usłyszałem czyjś głos.
Odwróciłem się i zobaczyłem dziewczynę, z którą byłem wtedy przetrzymywany.
-Lisa? - zapytałem ze zdziwieniem. - Co ty tu robisz?
Pozwoliłem, żeby mnie dogoniła i poszliśmy razem w stronę jednego z parków miejskich.
-Próbuje zarobić na bilet. - odpowiedziała. - Wszystko, co miałam wydałam na długi, a nie chcę się pokazać w domu bez pieniędzy. Mama i tata byliby rozczarowani.
-Na pewno nie są aż tacy źli. - zaśmiałem się, chcąc zmusić ją do uśmiechu.
-Nie znasz ich. - odpowiedziała. - Ojciec wszystko przepije, a matka ma mnie za życiowego nieudacznika. Nie każdy wychowuje się w kochającej rodzinie.
-Lisa, ja... - zacząłem, nagle zdając sobie sprawę z tego, co powiedziałem. No i z tego, co ona powiedziała. Nagle zrobiło mi się głupio. No oczywiście. Ja, to zawsze muszę powiedzieć coś nie tak. - Przepraszam. - dokończyłem.
-Daj spokój. - machnęła ręką. - Jestem tylko zwykłą dziwką. Nie szanuję nawet siebie. W przeciwieństwie do Ciebie...
-Ej... - przerwałem, domyślając się, co chce powiedzieć dalej. - Nie jestem taki, jak Ci się wydaje.
-Wiem. - mruknęła. - Dość długo ze sobą rozmawialiśmy i...
Nie zdołała dokończyć, bo podeszła do mnie dziewczynka, wyciągając gazetę z naszym plakatem i czerwony flamaster. Uśmiechnąłem się do niej i ostrożnie wyjąłem jaj pisak z malutkiej dłoni. Kiedy tylko oddałem jej podpisany plakat razem z flamastrem, przytuliłem ją na pożegnanie, na co ona spłonęła rumieńcem i natychmiast sobie poszła.
-To prawie, jakby twój uścisk miał leczyć. - zaśmiała się.
-Dobrze wiesz, że to nie tak. - pokręciłem głową. - Masz gdzie spać? - zapytałem, próbując zmienić temat. Zdaje się, że Aliana ma wolne łóżko. Ostatnio Roslyn i Jen śpią u nas, więc...
-U klienta. - wzruszyła ramionami. - O ile jakiś się trafi...
-Przecież nie musisz spać na ulicy. - powiedziałem ostro, zwracając uwagę na jej sporą torbę. - Jeśli chcesz, możesz przenocować u mojej narzeczonej.
-Myślisz, że ona nie będzie miał nic przeciwko? - zapytała, patrząc na mnie spode łba.
-Na pewno, - uśmiechnąłem się do niej, otwierając drzwi samochodu. - Zapraszam do środka. Pomyślimy jeszcze o jakiejś uczciwej pracy dla Ciebie.
-Owszem, ale jest jeden mały problem. - oznajmiła, kiedy byliśmy już w drodze. - Faceci z tej Ruskiej mafii zniszczyli moje dokumenty w chwili, kiedy wsadzili mnie do tej piwnicy.
-Zgłaszałaś to na policję? - zapytałem. - Może mogliby coś poradzić.
-Nie, bo po co? - zaśmiała się. - Moje dokumenty spłonęły, więc nikt ich nie użyje. A wyrobienie zapasowych kosztuje i to dużo, bo trzeba je załatwiać osobiście.
-To chyba nie jest wielki problem. - wzruszyłem ramionami. - Wystarczy tylko jechać do Twoich szkół i urzędu i...
-Tak, ale zapomniałeś o jednym. Wszystko jest w Arizonie.
**Logan**
Siedziałem z Nicole na tarasie domu. Ostatnio coraz częściej tu przesiadywaliśmy. Lubiłem to robić, bo wtedy właściwie nic nie robiłem... i czułem, że mam coraz więcej czasu dla siebie i dla Nicole... A to ostatnio było rzadkością.
-Logan! - usłyszałem krzyk Jamesa. - Logan, znowu po sobie nie pozmywałeś.
Pokręciłem głową i pocałowałem Nicole. Tak bardzo nie chciało mi się teraz wstawać...
-No idź – powiedziała cicho. - Przecież wiesz, że i tak Ci nie daruje.
I odszedłem, wciąż słysząc jej śmiech odbijający się od ścian. To był taki dobry śmiech. Od dawna się tak nie śmiała. Powoli zaczynałem wierzyć, że zapomina o tym wszystkim, co ją spotkało. A niestety, było tego wiele. Za wiele jak na słabą kobietę.
Poszedłem w stronę kuchni, gdzie czekał na mnie James z obrażoną miną i skrzyżowanymi ramionami.
-Stary, co ty wyprawiasz? - wrzasnął, jak tylko mnie zobaczył. - Robisz z naszego domu chlew!
-Oj, daj spokój posprzątałbym to później. - jęknęłam, nie wierząc, że nawet on dołącza się do tej pedantycznej propagandy Carlosa. Już wolałem Kendalla. On przynajmniej delikatnie przypominał mi o pozmywaniu tego stosu brudnych naczyń.
-Kiedy byś pozmywał? - warknął. - Kiedy zarazki same by sobie poszły?
-A mogłyby pójść? - zażartowałem.
-Nawet mnie tak nie drażń. - pogroził mi palcem. - Dobrze wiem, że tego nie znoszę!
Wzruszyłem ramionami, kiedy on wyszedł kipiąc wściekłością. Lepiej zrobię to od razu, zanim znowu się wkurzy. I o co on się tak złości? O kilka brudnych talerzy?
Wstawiłem wszystko do jednej komory zlewu, zatykając korek odpływu. Jak Aliana to robiła? Najpierw zmywanie w jednej wodzie z płynem do mycia naczyń, później płukanie w ciepłej wodzie. Jasne! To łatwe.
-Może ci pomóc? - zapytała Nicole, kiedy jeden z talerzy z brzdękiem upadł na podłogę, ale się nie rozbił. - Wiesz, jestem w tym całkiem niezła. No może nie jestem specjalistką, ale...
-A mogłabyś? - poprosiłem, kiedy weszła do kuchni. - Byłbym Ci bardzo wdzięczny.
-Jasne, nie ma sprawy. - uśmiechnęła się i delikatnie odepchnęła mnie od zlewu, nalewając trochę płynu na gąbkę.
Patrzyłem ze zdumieniem jak sprawnie i szybko wyciera naczynia, odrzucając już umyte do drugiej komory zlewozmywaka.
-Nie mogę się doczekać, kiedy nasza zmywarka wróci z serwisu. - żachnąłem się, odkręcając kran.
-Przecież ty ją zepsułeś. - odpowiedziała z szerokim uśmiechem.
Nawet ona musi mi to wypominać?
**Aliana**
Siedziałam nad swoim laptopem, pisząc streszczenia dla szefa. O ile można tak nazwać opisówki do ostatnich odcinków sezonu. Odkąd nasz rzecznik prasowy został, delikatnie mówiąc, wylany z hukiem, cała nudna robota spada na mnie.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem i do środka wszedł Kendall, prowadząc za sobą jakąś skąpo ubraną panienkę. Uniosłam brwi, spoglądając na nią ze zdziwieniem.
-Hej, kochanie! - wykrzyczał z radością. - To jest Lisa. Przenocujesz ją kilka dni? Byliśmy razem przetrzymywani. Zamrugałam ze zdziwieniem, zamykając komputer. Podeszłam do dziewczyny i wyciągnęłam dłoń w jej stronę, a one ze szczerym zaskoczeniem potrząsnęła moją ręką.
-Aliana Hamilton. - oznajmiłam, zapraszając ją gestem do stołu i odwracając się w stronę Kendalla. - Najpierw porozmawiamy.
Pocałowałam Kendalla w policzek, na co on objął mnie w talii, chcąc całować mocniej, ale natychmiast się opanował.
-Możesz mi powiedzieć, co kombinujesz? - wyszeptałam, nie chcąc, żeby Lisa nas usłyszała.
-Dziewczyna nie ma gdzie mieszkać. - odpowiedział. - Pomyślałem, że ją przechowasz, dopóki nie skontaktujemy się z jej rodzicami. Przynajmniej taki mam plan. Nie ma dokumentów, a żeby mogła wyrobić nowe, musi jechać do Arizony.
-Coś wymyślimy. - wymruczałam, muskając jego usta, a ten uśmiechnął się szeroko, przytulając mnie do siebie. Syknęłam, kiedy postrzelone ramię znowu dało o sobie znać.
-Przepraszam. - jęknął, odpychając mnie ostrożnie od siebie.
-Nie szkodzi. - powiedziałam, biorąc jego dłoń i ściskając ciepło. - Nie było tak źle.
Podeszłam do stołu w części salonu, w którym jedliśmy i usiadłam naprzeciwko Lisy. Widziałam, że jest onieśmielona. A ja chciałam z nią tylko normalnie porozmawiać.
-Jak się domyślam, nie masz pracy i nie chcesz wracać na ulicę? - zgadłam, składając dłonie. - Może jednak pomyślisz o powrocie do domu?
-Ja nie mam domu. - powiedziała.
-A co z dokumentami? - Mam wolny weekend, więc, może razem...
-O nie! - przerwał Kendall, odkładając czajnik na niezapaloną kuchenkę. - Nie pozwolę, żebyś sama...
-Kendall, chcę jechać do Arizony, a nie do Europy. - powiedziałam, zanim zdołał dokończyć. - Nic mi się nie stanie. - zapewniłam go, kiedy już zupełnie straciłam cierpliwość do jego nadopiekuńczości. Ja wiem, że on się martwi, ale naprawdę nie musi aż tak dawać tego po sobie znać. To strasznie wkurzające.
-Ale...
-Weźmiemy ze sobą Izzy, albo Nate'a, ok? - zaproponowałam.
I to naprawdę musi mu wystarczyć. Przynajmniej na razie. Na razie.
Kendall zalał kubki i postawił je przed nami na stole. Wyglądał na pokonanego. Po prostu podkulił ogon i usiadł na stołku barowym obok blatu kuchennego. Wiedziałam, że bacznie nas obserwuje. Wiedziałam też, że Lisa wiele nie zrobi bez papierów. Musimy jej wyrobić nowe. O ile przyjmie pomoc na takich warunkach. Nie mam zamiaru jej utrzymywać. Dam jej tylko możliwości, a dalej będzie musiała radzić sobie sama.
**Jennifer**
Wyszłam z kawiarni, ściskając pokrowiec z gitarą. Wszystko byłoby ok, gdyby ten obleśny typ znowu się do mnie nie przystawiała. Nienawidzę tego. Czy on zawsze musi mnie obmacywać przy ludziach? I do tego nie mogę mu nic zrobić, bo jest moim szefem.
Wsiadłam do samochodu Jamesa, odrzucając na tylne siedzenie. Mały pomachał do mnie z radością, kiedy pocałowałam Jema na powitanie.
-Jak było w pracy? - zapytał, odpalając silnik.
-W porządku. - skłamałam. Nie mogłem tak po prostu powiedzieć „Hej kochanie! Szef mnie molestuje, wiesz?” Bez jaj, sama nie mogłabym tego tak zrobić.
Może powinnam sobie poszukać sobie nowej pracy? To byłoby najlepsze rozwiązanie. Znajdę nową pracę i odejdę. Postanowione. Jasne, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.
-Ciekawe, czy Logan pozmywał. - powiedział, skręcając w boczną uliczkę. - Kiedy odjeżdżałem Nicole chciała mu pomóc.
Uśmiechnęłam się pod nosem. James zawsze potrafił rozładować napięcie, które się we mnie piętrzyło po powrocie z pracy.
-Kendall mówił, kiedy wróci? - zapytałam, przeglądając czasopismo dla dziewczynek. Nie wiem, po co on to kupił? - Po co Ci to?
-Nie wiem, ale nie zdziwię się, jeżeli zostanie u Aliany na noc. A to kupuję, bo są tu dobre bajki. Pogadamy o tym później.
Zajechaliśmy pod dom. Na zewnątrz wszystko wyglądało normalnie. No może oprócz światełek wywieszonych na gzymsie. Na zimę zrobił się trochę chłodniej, ale nadal nie można było nazwać tego zimą. Ani krzty śniegu, a i tak wszędzie było po choince. Zupełnie, jakby urządził Święta w środku lipca. No i jeszcze rodzina. Tak. Trzeba wysłać list do taty.
Kiedy w końcu wysiadłam z samochodu, wbiegłam na górę do pokoju Jamesa. Biurko jak zawsze było uporządkowane. Pośpiesznie wyrwałam jedną kartkę z papeterii i wzięłam do ręki pióro, którego używa James.
Kochany tato!
Przepraszam, że tak długo się nie odzywałam. Sporo się ostatnio działo. Trudno to streścić w jednym, krótkim liście, ale warto spróbować.
Najważniejsze jest chyba to, że dowiedziałam się, że zostałam porwana kilkanaście lat temu. Tylko proszę, czytaj dalej, bo wiem, że już chcesz odłożyć list na bok. Mam siostrę. Roslyn jest kochana. Powiedziała mi, co się stało dawno we Włoszech, a moje prawdziwe imię, to Oceane. Jednak zgodnie uznałyśmy, że nie będziemy go używać, chociaż mam pełne prawo do zmiany nazwiska.
Po drugie, mam jest w szpitalu psychiatrycznym. Jeszcze yam nie byłam, więc nie wiem, co się dokładnie stało. Pójdę tam po świętach i dowiem się co i jak.
Po trzecie, problemy mojej koleżanki. Wiem, jak to brzmi, ale wierz mi, już jest po wszystkim. W domu mojego chłopaka była strzelanina. I niestety, bydlak we mnie trafił. Na szczęście tylko musnął mi udo. Lekarz powiedział, że miałam więcej szczęścia niż rozumu i normalnie to nie skończyłoby się tak komfortowo dla mnie. Jeszcze kilka tygodni i będę jak nowa, więc się nie martw. Wszystko już jest dobrze.
No i mój chłopak. James jest cudowny. Sam wychowuje syna, ale to nawet i lepiej, bo nigdy nie myślałam o własnych dzieciach. Chyba, że w naprawdę dalekiej przyszłości. Mam nadzieję, że go poznasz. Tylko, proszę, nie próbuj na nim musztry.
No i tak w skrócie. Wszystko jest w porządku i liczę, że u Ciebie też. Szkoda, że nie masz dostępu do maila. Byłoby szybciej, ale muszę się zadowolić tą metodą. A co u Ciebie słychać? Opowiadaj!
Zawsze będę Cię kochać!
Jennifer.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i dzisiaj wystarczy. Trochę mnie poniosło, ale tylko odrobinę. Jak wam się widzą takie listy Jen?No i jak myślicie? Co kombinują Nicole i Aliana? Bo Kendall Twierdzi, że coś kombinują. No i jak wam się podobała notka? Mam nadzieję, że tak, bo dałam z siebie wszystko! Dajcie znać w komentarzach! No i dzięki za powtórzenie Rekordu 7 komentarzy! Do przeczytania! 

czwartek, 12 grudnia 2013

40. Znaczenie Kochania

**Kendall**
Byłem już wykończony. Znowu siedziałem w szpitalu, wpatrując się w szybę pokoju zabiegowego. A myślałem, że nic gorszego nie może nas już spotkać. Odkąd tylko tu przyjechaliśmy, Logan powędrował do Nicole, która zemdlała z szoku. Roslyn jest przy Jen, w trakcie zszywania, a z Alianą jest trochę gorzej. Dostała w ramię, ale Beckham powiedział, że będzie dobrze.
Przeszedłem przez korytarz, sprawdzając, czy co się zmieniło tam za drzwiami.
Nate stał przy kozetce, na której leżała Aliana. Zawsze się upierał, żeby zostać przy Alianie. Zawsze przy niej był. Pomagał Beckhamowi, jak tylko mógł. A ja musiałem tu siedzieć bezczynnie, ze świadomością, że Aliana cierpi. Właśnie teraz. Za ścianą. A ja nie mogę jej nawet potrzymać za rękę. Przynajmniej tyle mógłbym dla niej zrobić.
-Kendall... - usłyszałem głos Izzy, która szła w moją stronę.
Odwróciłem się, patrząc na nią. Nie miała już tego czarnego kombinezonu. Przeciwnie. Wyglądała, jakby szła trenować. Trzymała dłonie w kieszeniach bluzy.
-Jak z nimi? - zapytała. - Szef mnie puścił, ale za dwie godziny muszę być znowu na komendzie.
-Nate powiedział, że Jen miała więcej szczęścia niż rozumu. - oznajmiłem. - Pocisk tylko musnął jej łydkę, nie pozostawiając cięższych obrażeń. Nicole śpi po lekach uspokajających, Logan jest przy niej, a Aliana... - przerwałem.
-No, co z Alianą? - zapytała, kiedy oparłem się o ścinę.
-Straciła sporo krwi, a nie mają zapasów do transfuzji. - oznajmiłem, z ledwością powstrzymując łzy. - Nate robi jakiś błyskawiczne badania, kombinują, gdzie może być kula. Ona tam ciągle siedzi.
-Kendall, nie martw się. - powiedziała, kładąc mi dłoń na ramieniu. - Wszystko będzie dobrze. Aliana sobie poradzi, zobaczysz...
-Mam nadzieję. - wymamrotałem.
Przez dłuższą chwilę nic nie mówiliśmy. Izzy, podobnie jak ja wpatrywała się w szybę, za którą była Aliana. Gęste, brązowe włosy Izzy były rozsypane na jej ramionach.
-Muszę ci coś oddać. - powiedziała po dłuższej chwili milczenia.
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. Ona po prostu wyciągnęła z kieszeni szmacianą serwetkę.
-To jest dowód w sprawie, ale... - powiedziała, rozwijając serwetkę. - prokurator zgodził się, żeby oddać ci go jeszcze dzisiaj.
Wręczyła mi pierścionek babci. Obejrzałem go z każdej strony. Był nienaruszony. Taki, jaki go dostałem. Taki, jakiego zapamiętałem.
-Ale jak... - zacząłem, ale Izzy natychmiast mi przerwała.
-Wiem, jakie to było dla Ciebie ważne. - powiedziała, przekrzykując panujący wokoło gwar. - A teraz weź głęboki oddech i zrób z nim co uważasz.
Potem odwróciła się i wyszła, jak gdyby nigdy nic. A ja stałem na środku korytarza jak ostatni kołek, wpatrując się w pierścionek po babci.
**Logan**
Siedziałem przy łóżku Nicole, trzymając ją za rękę. Dobrze wiedziałem, że jeszcze w najbliższych dziesięciu minutach muszę zadzwonić do Jamesa, żeby powiedzieć mu, co się stało. Może się wściekać, może mnie nawet udusić, ale nie mogłem mu tego wszystkiego od razu powiedzieć.
W głębi duszy cieszyłem się ze śmierci tego bydlaka. To oznaczało koniec naszych problemów. Przynajmniej dokąd reszta tej niewesołej zgrai siedzi za kratkami.
Kątem oka zauważyłem, jak Nicole delikatnie się poruszyła. Leki przestają działać, więc zaczyna się powoli budzić. Wstałem jak oparzony, jednocześnie ciesząc się i obawiając, tego, co za chwilę będę musiał jej powiedzieć.
-Logan? - wyszeptała słabym głosem. - Co się stało?
-Jestem przy tobie. - odpowiedziałem. - Już po wszystkim. Zemdlałaś.
-A co się stało zresztą? - zapytała, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami. - Policjant powiedział, że jest jeden trup.
Nie sądziłem, że to do niej dotrze. Myślałem, że była w zbyt wielkim szoku, żeby to zrozumieć.
-To Ivan. - powiedziałem. -To Ivan nie żyje.
-A dwóch rannych? - zapytała ponownie zachrypniętym głosem.
-Jen i Aliana. - powiedziałem, głaszcząc ją uspokajająco po policzku. - Ale wyliżą się. Nie martw się. Teraz już wszystko będzie dobrze.
Usłyszałem ciche pukanie. Odwróciłem się w stronę drzwi i zobaczyłem Jamesa stojącego w drzwiach. Nie wyglądał na smutnego, czy zmartwionego... Przeciwnie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Szedł w naszą stronę z kamiennym wyrazem twarz.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś? - warknął zamiast powitania. - Mogłem coś z tym zrobić. Pomóc wam jakoś, cokolwiek...
-I co by to dało? - zacząłem, nadal gładząc dłoń Nicole, po której policzkach pociekły łzy. - Musiałem to sam załatwić. Policjanci powiedzieli mi, co mam zrobić, żeby zwabić go do domu. Mieli rację. Zadziałało w kilka godzin.
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Po prostu siedzieliśmy w milczeniu.
-To moja wina. - powiedziała Nicole, przerywając ciszę. - Gdybym się nie pojawiła, to to by się nie stało. - oznajmiała, ocierając łzy wierzchem dłoni.
-Co ty pleciesz? - James pokręcił głową. - Nie twoja wina, że wcześniej trafiłaś na nieodpowiednich ludzi. Teraz wszyscy siedzą. Nie grożą nikomu, kto miałby jakikolwiek związek z tymi bydlakami.
Nicole sprawiała wrażenie, jakby chciała coś odpowiedzieć, ale tylko otworzyła usta, wzięła głęboki oddech i zamknęła buzię z powrotem, jakby zrezygnowała w ostatniej chwili.
-Co z Jennifer? - zapytałem go, chcąc jakoś zmienić temat.
-Odpoczywa. - odpowiedział. - Zostawiłem z nią małego i Roslyn.
Znowu byliśmy zmuszeni do martwego milczenia. Nicole wciąż się obwiniała. Wyczuwałem to na kilometr. Chciałem jej coś powiedzieć, pocieszyć ją... cokolwiek.
**Roslyn**
Żałowałam, że nie mogłem być teraz przy Alianie. To moja przyjaciółka, a Jen nie pomagała mi swoim paplaniem. Wciąż tylko gadała, gadała... i gadała.
-Siostra, nie martw się! - powtórzyła po raz setny. - Może Aliana nie ma takiego fuksa jak Logan, ale z taką błahostką sobie poradzi.
-Błahostką? - powtórzyłam z niedowierzaniem. - Ona została postrzelona. Rozumiesz?
-Rozumiem, ale nie jest tak źle. Aliana da sobie radę. Jest silna.
-Nie martw się ciociu. - powiedział David, rozpakowując wafelka. - Ciocia szybko wróci do domu. Jak zawsze. Nie martw się.
Nie martw się. Łatwo im mówić. Jeszcze nigdy wcześniej się tak nie martwiłam. Nigdy.
-Roslyn, nie histeryzuj. - powiedziała Jen, na co ledwo zwróciłam uwagę. - Zawsze mogło być gorzej. Spójrz na mnie. Moja matka siedzi w psychiatryku i ja ciągle jakoś się trzymam.
Tyle, że to nie jest Twoja matka. Z trudem powstrzymałam się przed powiedzeniem tego na głos. Wiem, że ludzki mózg nie tak szybko przyzwyczaja się do... Rety, muszę przestać. Gadam jak jakiś naukowiec. Muszę natychmiast zacząć gadać jak artysta. Właściwie zawsze tak gadam.
Zanim zdołałam pomyśleć choćby jedno zdanie, drzwi otworzyły się z trzaskiem i do środka wszedł Carlos, niosąc jakąś dużą torbę.
-Cześć dziewczyny. - powiedział, stawiając torbę z zakupami na łóżku Jen i całując mnie w policzek. - Jen, słyszałem, że zostajesz do rana i pomyślałem, że przyda Ci się prowiant.
Jennifer popatrzyła na niego z lękiem i zajrzała do torby. Po chwili zbladła i zatrzęsła jej się broda, jakby próbowała powstrzymać płacz.
-Carlos, zostaję do rana, a nie do następnego tygodnia. - oznajmiła, jakby Carlos był małym dzieckiem. - A tego jedzenia wystarczy przynajmniej na tydzień. I możesz mi wyjaśnić, co to jest?
Mówiąc to, wyciągnęła z torby paczkę cukierków. Nie wyglądała, jakby już je jadła, a i tak była wściekła, że Carlos ośmielił się jej coś takiego przynieść.
-Żelki-klejki w kształcie dinozaurów. - oznajmił. - Szybko ich nie przegryziesz. Jeśli ich nie chcesz, to oddaj małemu.
-Tata zabrania mi to jeść. - powiedział David, przypominając nam o swojej obecności.
-To lepiej mu nie oddawaj. - odparł, machając ręką. - James byłby wściekły.
Pokręciłam głową nad jego tymczasowym roztargnieniem. Kocham go i jest słodki, ale czasami to się robi męczące. Bardzo męczące.
**Kendall**
Po kilku minutach stania bez ruchu, powróciłem do rzeczywistości. Prokurator zrobił wyjątek... A może od razu zrobię z tego użytek? I może się uda?
Ignorując wściekłe spojrzenia i pokrzykiwania personelu, wbiegłem do zabiegowego. Bez najmniejszego zastanowienia uklęknąłem przy stole na którym leżała Aliana.
-Proszę... - zaczęła jedna z nich, ale Nate powstrzymał ją, unosząc rękę.
-Aliana, wiem, że to może nie jest miejsce na to, co właśnie usiłuję teraz zrobić, ale... -przełknąłem ślinę, chcąc zebrać słowa. - Zbyt długo na to czekałem...
Gadałem tak bez sensu, patrząc w jej piękne, niebieskie oczy. Wiedziałem, że ją boli, wiedziałem, że właśnie teraz powinienem przy niej być. Trzasły mi się ręce, chciałem to zrobić szybki i jednocześnie dobrze, ale wiedziałem, że to nie jest możliwe.
-Mój dziadek kupił ten pierścionek dla babci, żeby ją poprosić o rękę. Bardzo się kochali. Kochają nadal, właściwie odkąd tylko pamiętam. - paplałem. - Przed porwaniem dostałem ten pierścionek od babci, a potem go straciłem. Ale teraz już go mam. Chcę teraz zrobić coś, na co nie miałem wcześniej ani czasu, ani odwagi, ani możliwości. Chciałbym wiedzieć, czy... - przerwałem na chwilę, wyciągając pierścionek z kieszeni. - Czy zgodzisz się zostać moją żoną?
Zapadła cisza. Było słychać tylko przyśpieszone pikanie kardiomonitora, do którego przypięta była Aliana. Nikt nie śmiał się poruszyć. Becham wciąż trzymał opatrunek uciskowy, ale teraz jakby zamarł bez ruchu. Aliana wciąż wpatrywała się we mnie ze zdziwieniem.
-Kendall, ja... - zaczęła zachrypniętym głosem.
-Wystarczy jedno słowo. - powiedziałem, trzymając ją za rękę.
-Tak. - wyszeptała.
Poczułem, jak łzy spływają mi po policzkach. Chciałem ją pocałować, ale obecność innych ludzi, a w szczególności Nate'a, mi na to nie pozwalała. Chciałem ją do siebie przytulić, wtulić się w jej włosy... Żądałem niemożliwego, wiem o tym.
-Nie wkładaj jej teraz pierścionka. - powiedział dr Beckham, nadal uciskając ranę Aliany. - Możesz
Nate stanął naprzeciwko nas, jakby na coś czekał. Wpatrywał się w kartkę, na której były, jak podejrzewałem, wyniki badań krwi.
-Rozumiem, że chcecie, żebym wam udzielił błogosławieństwa. - oznajmił, wzdychając. - Zrobię to, ale później, jak Aliana będzie odpoczywać. Jednak jest coś, co powinniście wiedzieć teraz. Będziecie mieli dziecko.
Łzy stanęły mi w oczach. Będę tatą! Nie wierzę... Będę ojcem. Spojrzałem na Alianę, ale ona wyglądała na równie zszokowaną jak ja.
-Co? - wykrztusiliśmy jednocześnie.
-No, Aliana jest w ciąży. - powiedział, jakby wziął nas za kompletnych bałwanów.
-To akurat zrozumieliśmy. - westchnęła, krzywiąc się z bólu.
-Czyli wszystko jasne... - westchnął Nate, kręcą głową. - Spaliście ze sobą, tak! Jesteście razem, tak! Kochacie się, tak! Więc teraz nie ma żadnego problemu.
Przyszła jakaś pielęgniarka, trzymając jakąś podkładkę.
-Sala operacyjna jest już gotowa. - oznajmiła.
-Dobra, to jedziemy. - westchnął Beckham. - A narzeczony wynocha!
Wywieźli Alianę, a ona pomachała mi zdrową ręką. Odwzajemniłem ten gest, wciąż stojąc na zakrwawionej podłodze. Czyli nasze kochanie jednak coś znaczy...

No i dzisiaj na tyle... Trudno było, ale jakoś wytrwałam. Co chwila wyłączali prąd. Straciłam w sumie półtorej strony tekstu... Ale notka jest. Krótsza o kilka linijek niż norma, ale jest. Mam nadzieję, że wam się podobało. Liczę, na wasze komentarze i trzymajcie się cieplutko. Do następnej notki.