poniedziałek, 30 września 2013

15. Odwiedziny

**Roslyn**
Przez sen usłyszałam dzwonek swojego telefonu. Ledwo widząc na oczy dopadłam do telefonu i odebrałam połączenie.
-Słucham? - odezwałam się do słuchawki.
-Aliana odzyskała przytomność. - usłyszałam głos Nate'a.
Powoli docierało do mnie, to, co mówił. Milczałam, próbując to strawić.
-Roslyn, jesteś tam?
-Tak, jasne. - wymamrotałam. - Zaraz, Aliana odzyskała przytomność? - powtórzyłam, zdając sobie sprawę, że leżę w salonie chłopaków na ich puchowym dywanie.
-To znaczy, że się obudziła.
-Wiem, co to znaczy. Jak ona się czuje? - zapytałam, potrząsając ramieniem Carlosa, który leżał obok.
-Na początku była odrobinę zdezorientowana, ale teraz już wie co się dzieje.
-Mogę z nią pogadać?
-Sorry, nie może mówić.
-W takim razie będziemy w szpitalu za... jakieś pół... czterdzieści pięć minut.
-Dobrze, czekamy na was. Pa pa.
Rozłączyłam się i zaczęłam budzić pozostałych.
-Ej, wstawajcie! - krzyczałam, wyrywając im poduszki spod głów. To był najszybszy znany mi sposób.
Potrząsałam wszystkimi po kolei. Wiedziałam, że później prawdopodobnie będą chcieli mnie zabić, ale jeżeli teraz wstaną, to nie pożałują. Jeszcze będą mi za to dziękować!
-Wstawać! - krzyczałam. - Aliana się obudziła!
Logan gwałtownie podniósł głowę, patrząc na mnie półprzytomnym wzrokiem.
-Garfield dobrze się czuje? - wymamrotał wciąż nie dl końca rozbudzony.
-Jaki znowu Garfield? - zapytała Jennifer, która powoli stawała na czworakach.
-Nazywamy tak Alianę. - wytłumaczył Carlos, który walnął Jamesa jego własną poduszką. - Wiesz, przez te włosy.
-A ona się na was nie gniewa? - zapytała go, kiedy już stanęła jak człowiek.
-Coś ty? Nawet ją to bawi. - wytłumaczył James, szukając swoich majtek.
Muszę przyznać, że sporo się wczoraj działo. Chłopaków z lekka poniosło i oprawili to zdjęcie od Nate'a i powiesili na ścianie. To było na swój sposób słodkie i kochane, ale Aliana jak nikt inny nie lubiła widzieć siebie na zdjęciach. Ona robi ich setki, może nawet tysiące, ale nie za bardzo widzi jej się patrzenie na własną fotografię.
Po dłuższym zastanowieniu uświadomiłam sobie, że Nate jako jedyny ma jakiekolwiek jej zdjęcia. Nikt ich wcześniej nie miał. Zdjęć szkolnych też nigdy wcześniej nie widziałam, ale pewnie dlatego, że wszystkie jakie posiadała chowała u Nate'a, gdzieś głęboko w szufladzie.
Tak jak przewidywałam, wszyscy byli gotowi w jakieś dwadzieścia minut. Nie wiem w jaki sposób, ale nakłonili kierowcę swojego koncertowego busa, żeby zawiózł nas wszystkich do szpitala. Prawda była taka, że potrafią być przekonujący, kiedy im na czymś zależy. W ten oto sposób, pięć minut później siedzieliśmy już na kanapach w ich busie i jechaliśmy do szpitala.
-Słuchajcie... ja... - zaczął Logan, który na wpół leżał na fotelu. - pokryją dług Nicole z własnej kieszeni.
-Wtedy będę winna Tobie. - powiedziała sama Nicole, która nagle włączyła się do rozmowy.
-Nie będziesz. - zapewnił ją. - Kocham, Cię i zrobię dla Ciebie wszystko.
**Aliana**
Nate wszedł do pokoju z parującym kubkiem herbaty w ręku. Już nie miał na sobie fartucha, tylko wytarte spodnie i szarą bluzę z kapturem.
-Z cytryną i syropem korzennym. - powiedział, podając mi kubek. - Tak jak lubisz.
Sięgnęłam po deskę do pisania i długopis.
„Dzięki, kochany jesteś. Skończyłeś już pracę?” - napisałam.
Podniosłam kubek do twarzy. Para uderzyła nie w nos, pozostawiając na policzkach wilgotne ślady. Po chwili zadrżały mi dłonie. Nate podtrzymał naczynie, ratując mnie przed rozlaniem wrzątku na kolana.
-Uważaj bo gorące. - powiedział, pomagając mi wypić trochę z kubka. - Na razie mam wolne. Przynajmniej do piątku.
Gorąca herbata poparzyła mi język, ale ukoiła zmęczone i podrażnione gardło. Kiedy Nate pozwolił mi opuścić kubek na stolik, ponownie sięgnęłam po kartkę i długopis.
„Powinieneś odpocząć. Wracaj do domu.”
Nate przeczytał notatkę i tylko pokręcił głową.
-Na razie Cię nie zostawię. - odpowiedział.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy. W końcu Nate postanowił się odezwać.
-Dzwoniłem do Roslyn. - oznajmił, pomagając mi przy rurkach z tlenem.
Jakoś nigdy ich nie lubiłam. Nawet jak kiedyś ciężko chorowałam. Uwierały w nos i sprawiały, że bez przerwy miałam wrażenie, że kichnę.
Jeśli wezwał tu Roslyn, to będzie po mnie. Sama nie lubiłam tych siniaków na szyi, a na pewno nie chciałam, żeby oni je oglądali.
Pochyliłam się nad kartką i napisałam kilka słów.
„Masz przynajmniej jakąś apaszkę, czy coś? Żeby zakryć tą szyję. Wiesz o co chodzi.”
Nate przeczytał i spojrzał na mnie po chwili.
-Da się załatwić.
Wyszedł z pokoju i wrócił po kilku sekundach, trzymając w ręku niebieski, cienki szalik.
-Kiedyś ci ją kupiłem i zapomniałem dać. - wyjaśnił. - Wiem, że chcesz zakryć te wybroczyny, ale nie przejmuj się. Oni już je widzieli.
Zdałam sobie sprawę ze znaczenia jego słów. Rzuciłam mu niewierne spojrzenia, ale on tylko się uśmiechnął i pomógł mi opasać szalikiem szyję.
-Wczoraj spędzili tu pół dnia. - wyjaśnił, wiążąc mi apaszkę z tyłu. - Za nic nie chcieli wrócić do domu. Powiedzieli, że zaraz tu będą. I szczerze mówiąc, nie mam pojęcia skąd ty wytrzasnęłaś takich przyjaciół.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Mój kochany braciszek nie wie jak poznałam Roslyn i na pewno chcę zachować to dla siebie. Chłopaki to już inna historia.
Nate podszedł do magnetofonu i włączył radio. Usłyszałam słowa dobrze znanej mi piosenki.
Hey now, you're a Rock Star, get the show on and get paid 
And all that glitters is gold 
Only shooting stars break the mold 

It's a cool place, and they say it gets colder 
You're bundled up now but wait 'til you get older 
But the meteor men beg to differ 
Judging by the hole in the satellite picture  (…)
-Pamiętasz? - zapytał Nate, śmiejąc się w moją stronę.
Pokiwałam głową. Dobrze wiedziałam, że to jest jedno z naszych najszczęśliwszych wspomnień. Zdany egzamin z medycyny i ta piosenka.
Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wpadli chłopaki w towarzystwie Nickole, Jennifer i Roslyn. Nie wyglądali na zbytnio wypoczętych i na dodatek z koszulką Jamesa było coś nie tak.
Szybko otworzyłam usta, chcąc ich przywitać. Jednak zapomniałam o jednym drobniutkim szczególe i zamiast tego głośno zachłysnęłam się powietrzem, zamiast powiedzieć słowo „Cześć”.
-Hej Alina. Lepiej nic nie mów. - odparł Carlos, mocno przytulając mnie do siebie. Tęskniłam za tymi najlepszymi uściskami na świecie. - Tak bardzo się o Ciebie martwiliśmy...
Kiedy w końcu mnie puścił, inni zaczęli mnie witać, trochę jakbym wróciła ze świata umarłych.
Sięgnęłam po moją podkładkę, z której Nate zdążył już wyrwać jedna kartkę.
„Nie widziałam ani Ozyrysa, ani Świętego Piotra, jeśli odnieśliście taki wrażenie.”
Notatka była pewnego rodzaju żartem, ale oni nie wyglądali na zadowolonych.
-Nawet sobie tak nie żartuj. - powiedział Kendall, który stał najdalej mojego łóżka. - Omal nie umarłaś.
Wywróciłam oczami i wyrwałam Roslyn podkładkę z rąk. Pod spodem napisałam nową notatkę. Zastanawiam się jak na nią zareagują. W końcu byłam nieprzytomna ledwo dwanaście godzin, co Nate raczył mi powiedzieć. Powiedział mi też kilka innych rzeczy. Między innymi, że Kendall (Tak, akurat?) i Jennifer (W to już prędzej jestem w stanie uwierzyć.) mnie reanimowali. Poza tym mój kochany braciszek nie był zbytnio wylewny.
„Po prostu nie obchodźcie się ze mną jak z jajkiem, dobra? Nate powiedział, że za dwa tygodnie powinnam być w domu.”
Kiedy w końcu przeczytali, rzucili Nate'owi wściekłe spojrzenie, a ten tylko wzruszył ramionami.
-Ja tylko powtarzam informacje. I nie ważcie się ze mnie niczego wyciągać. - pogroził im palcem. - Nic wam nie powiem, nawet, jeśli byście mnie torturowali.
-Ach tak? - zapytał Logan, który stał najbliżej niego.
Pokręciłam głową nad ich wygłupami. Zachowują się normalnie. Pewnie powinnam się tym cieszyć puki mogę. Ale od dłuższego czasu coś mi nie dawało spokoju. Czułam w nich dziwne napięcie.
-Musimy Ci coś powiedzieć. - powiedział Logan, jakby czytał w moich myślach. - Ja i Nicole...
Przerwał, jakby głos odmówił mu posłuszeństwa.
-Chodzimy ze sobą. - dokończyła za niego Nicole. - Właściwie już od jakiegoś czasu. Dowiadujesz się ostatnia. Przepraszamy.
Uśmiechnęłam się szeroko i zaczęłam bić symboliczne brawa. Chwyciłam swoją podkładkę, napisałam kilka słów i kazałam Carlosowi ją przeczytać.
-”W końcu się przyznaliście.” - przeczytał głośno i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
-Wiedziałaś? - wykrztusił Logan, który wyglądał, jakby oczy miały mu za chwilę wypaść w powiek. - Kiedy się pokapowałaś?
Wyjęłam podkładkę z rąk Carlosa.
„W środę. We wtorek Nicole powiedziała, ze musi wyjść, a następnego dnia Logan był cały w skowronkach.”
Kusiło mnie, żeby narysować wyszczerzoną buźkę, ale moja własna mina, chyba mówiła sama za siebie.
Wzruszyłam ramionami i podałam Carlosowi kolejną notatkę.
-”Musiałabym być ślepa, żeby nie zauważyć.” - przeczytał i popatrzył na Roslyn, która pośpiesznie odkręciła głowę.
Spojrzałam na Logana, który pokręcił głową unosząc dłoń Nicole, która była spleciona z jego własną.
-Rozumiem, że mam ją uśpić? - zapytał Nate, który usiadł na brzegu łóżka.
-Ale obudzi się, kiedy zjemy śniadanie? - zapytał James, na co wszyscy parsknęli gromkim śmiechem.
-No oczywiście. - Nate pokiwał głową, szykując strzykawkę. - Powinna odpocząć, a to powinno jej dobrze zrobić.
-Ty, James... jesteś bystry jak woda w klozecie. - oznajmiła Jennifer, która oparła mu dłoń na ramieniu.
Zanim Nate zdążył mi wetknąć strzykawkę w ramię, coś sobie uświadomiłam. Szybko nabazgrałam kilka kolejnych słów i podałam podkładkę Jamesowi.
„A co zrobiłeś z Davidem? Opiekunki zdaje się, nie pracują w niedziele.”
-David jest u Cassidy. - odpowiedział Kendall, który przeczytał kartkę przez ramię Jamesa. - Ona też się nieźle o Ciebie martwiła. Tylko trochę to kryła.
James uśmiechnął się pod nosem i oddał mi podkładkę.
-Mam tylko nadzieję, że nie będzie go uczyć sztuk wali. - zaśmiał się, kiedy Nate zaczął mi aplikować ten cholerny środek nasenny.
„Nie martw się.” - napisałam. - „Nie bez Twojej świętej zgody.”
Wszyscy popatrzyli po sobie i zaśmiali się pod nosem. Powoli czułam się coraz bardziej ociężała. Wiedziałam, że to lekarstwo, które Nate rzucił mi w żyłę zaczyna działać. Reszta pewnie to zauważyła i Carlos powiedział:
-Śpij, śpij. - odparł, kładąc mi dłoń na ramieniu. - Będziemy tu, kiedy się obudzisz.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na dzisiaj byłoby na tyle. Mam nadzieję, że się wam podobało. Trochę nad tym siedziałam, więc mam nadzieję, że ta mała głupawka, która mnie ogarnęła w czasie pisania wyszła opowiadaniu na dobre.
Dziękuję za wszystkie dodane tu komentarze i 1485 wyświetleń (na chwilę pisania notki). Jesteście wspaniali. Mam nadzieję, że nadal będziecie tacy aktywni i zobaczę kilka komentarzy pod spodem. 
Za chwile zacznę pisać następną, ale całość przeczytacie dopiero w środę. Poza tym zastanawiam się nad zmianą harmonogramu i notki będą pojawiały się dwa, a nie trzy razy w tygodniu. Jednak przejdę na ten system dopiero w sytuacji kryzysowej.

piątek, 27 września 2013

14. Rodzina

**Roslyn**
Obserwowałam jak Kendall siedzi przy łóżku Aliany, trzymając ją za rękę. Miałam już to zdjęcie. Aliana zrobiła je tamtej nocy, w której przyprowadziła Nicole.
Jeszcze nie rozmawiałam z Jennifer. Wiedziałam, że musimy iść na policję. Aliana miała taki plan. Poprosić kogoś z komisariatu i resztą już zajmie się służba.
Od zawsze jest na swój sposób przebiegła. Ma głowę pełną pomysłów. Zawsze gotowa, żeby zrobić zdjęcie.
-Masz. - powiedziała Jennifer, podając mi kubek z kawą.
-Dzięki. - mruknęłam, patrząc jak Kendall całuje Alianę w czoło i wychodzi na korytarz. - O czym rozmawiałaś z Jamesem?
-Co? - zapytała, już całkiem zbita z tropu.
-Rozmawiałaś z nim, kiedy tu przyszliśmy. O czym?
-Coś sobie ubzdurał. Nawet nie zdążył dokończyć. To jest to zdjęcie? - zapytała, wyjmując mi z dłoni kawałek papieru.
-Tak. Cyfrowa wersja jest na poczcie Aliany. Nie umiem się tam włamać. Poznajesz tego typa?
Jennifer popatrzyła przez chwilę na zdjęcie. W końcu pokiwała głową.
-Tak, to on.
Kendall wyszedł z sali. Pozostała trójka podeszła do niego i objęli go w dużym, braterskim uścisku. Dobrze to znałam. Oni są jak jeden organizm. Kiedy jeden cierpi, reszta razem z nim. Podeszłam do Nicole. Muszę to skończyć.
-Jutro w mieszkaniu ma nie być ani Ciebie, ani Twoich rzeczy. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Wynoś się. To przez Ciebie.
Nicole otworzyła usta ze zdziwienia.
-Roslyn, odpuść. - powiedział Nate, który znienacka pojawił się za moimi plecami. - Aliana wiedziała czym to grozi. Znasz ją. Chyba nie chcesz, żeby miała do Ciebie pretensje, kiedy się o tym dowie.
Jego uwaga odrobinę mnie ostudziła. Nie musiał dwa razy powtarzać. Odwróciłam się w jego kierunku. Nie miał już okularów. Bez nich wyglądał lepiej. - Przebiegło mi przez myśl.
Strząsnęłam jego dłoń ze swojego ramienia. Ma rację. To Aliana powinna o tym decydować. Podeszłam do Carlosa, który stał nieco dalej od pozostałej trójki.
-Myślałam o tym, co mi powiedziałeś. - oznajmiłam, kiedy zostaliśmy trochę na uboczu. - Teraz, kiedy jesteśmy tu wszyscy razem... Coś sobie uświadomiłam.
Carlos patrzył na mnie wyczekująco. Wiedziałam, co chce usłyszeć. Chce potwierdzenia. Nie wiem, czy ja tego chcę. Nie wiem, czy chcę mu powiedzieć prawdę.
-Też Cię kocham, Carlos.
**Nicole**
Logan podszedł do mnie, całując mnie w policzek. Roslyn ma rację. To moja wina, że Aliana omal nie zginęła. Mogłam zniknąć już następnego dnia. Jednak pozwoliłam, na to, żeby Roslyn, Aliana i Cassidy kupiły mi ubrania. Potem spałam u niej i tym samym ją naraziłam.
Poczułam, jak Logan obejmuje mnie ramieniem. Nie wiem, czy zdawał sobie sprawę z moich wyrzutów sumienia.
-Ty też mnie obwiniasz? - zapytałam go, kiedy przestał mnie całować.
-Nie, kochanie. - powiedział, przytulając mnie do siebie. - Nie twoja wina, że masz kłopoty.
Zobaczyłam jak Cassidy idzie korytarzem. Podeszła do Roslyn, spoglądając na szybę.
-Przepraszam, nie mogłam szybciej. - powiedziała, witając się z małym Davidem, który trzymał się blisko nas. - Jak z Alianą.
-Lepiej trochę. - powiedziała Jennifer, która do tej pory rozmawiała z Carlosem. - Czekamy aż się obudzi. Dzięki, że przyszłaś.
-Nie ma sprawy. - powiedziała. - Aliana to też moja przyjaciółka. W końcu ruda rudą zawsze zrozumie, co nie?
-Słuchaj, Cassie... - zaczął James, kiedy ta na wpół przytuliła Kendalla. - Wzięłabyś ze sobą Davida? Szpital to nie jest odpowiednie miejsce dla małych dzieci, a ja nie za bardzo mam go z kim zostawić.
-Jasne, nie ma sprawy. - odpowiedziała, biorąc wyciągniętą rączkę Davida. - To gdzie idziemy? - zapytała go, kiedy ten nadal patrzył na Alianę, która leżała za szybą.
-Ciocia umrze? - zapytał, jakby nie usłyszał jej pytania. - Będzie aniołkiem?
Pociemniało mi przed oczami. Nie przewidziałam tego. Wyglądało na to, że wyczuwał nasz niepokój. Nie wiem, czy miał pojęcie o moim poczuciu winy.
-Nie, kochanie. - powiedział James, kucając naprzeciwko niego. - Ciocia wyzdrowieje, zobaczysz.
Przytulił się do niego, a mały oparł głowę na jego ramieniu.
-Kocham Cię tato. - powiedział, zanim się od niego oderwał.
-Ja Ciebie też.
Cassidy zaczęła wyprowadzać Davida, ale ten zatrzymał się przed Kendallem.
-Ucałuj ode mnie ciocię. Dobrze wujku? - poprosił.
-Jasne. - Kendall pokiwał głową, lekko pochylony w jego stronę. - Masz to jak w banku.
-To ode mnie też. - powiedziała Cassidy, kiedy mały do niej wrócił. - Gorsza nie będę.
**James**
Cassidy i David już sobie poszli. Zostaliśmy tylko my. Cass to dobra aktorka. Dobrze wiedziałem, że się martwi, a ona dobrze to ukrywała.
Podszedłem do Jennifer, mając zamiar jej wszystko powiedzieć.
-Możemy porozmawiać? - poprosiłem.
-Tak, oczywiście. - powiedziała, kiedy podała już Kendallowi szklankę wody.
Oddaliliśmy się w stronę jednego z męskich toalet, na tyle daleko, że inni nas nie słyszeli.
-O czym chciałeś pogadać? - zapytała, tarmosząc w dłoniach zużyty papierowy kubek.
-Chciałem dokończyć, to co zacząłem. - oznajmiłem, wyrywając jej tego śmiecia z rąk i wrzucając do kosza na śmieci. - Wiem, mam dziecko i może wyda Ci się, że to nie ma przyszłości.
-Powiedz do czego zmierzasz. - przerwała mi, kiedy nie mogła wytrzymać. Cierpliwa to ona nie jest...
-Powiem, gdy już trafię. Aliana mi powiedziała, że... że nie ufasz właściwie nikomu i trudno zasłużyć na twoje zaufanie...
-Ufam Alianie. - powiedziała, przerywając mi po raz kolejny.
-Ale, czy ufasz mi?
Zapadła cisza. Jennifer patrzyła na mnie przenikliwie. Rozumiałem, że facet z dzieckiem nie jest do końca odpowiednim materiałem na chłopaka.
-Streszczaj się, co?
-Jennifer, kocham Cię.
Nie odpowiedziała. Patrzyła na mnie z otwartą buzią.
-Zamknij tą buzię, dobra? - poprosiłem.
Czekałem na jej odpowiedź, ale ona milczała. Wiedziałem, że to bezcelowe, ale nadal stałem i czekałem.
W końcu spuściłem głowę i odwróciłem się do niej plecami, wiedząc, że nic już z tego nie będzie. Odszedłem do trójki pozostałych przyjaciół i usłyszałem jak o czymś żywo rozmawiają. Dziewczyn nie było chwilowo w pobliżu.
-Zgadnij co Logan wymyślił? - odezwał się Carlos, który stał ze splecionymi rękami.
Wzruszyłem ramionami, czekając na jego odpowiedź.
-Chciałem pospłacać długi Nicole. - powiedział Logan, który siedział na szpitalnej posadzce, opierając się o kolana Kendalla.
Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. Co mu strzeliło do głowy?
-Co? Jak mogłeś o czymś takim w ogóle pomyśleć? - wykrzyczałem, starają się, ściszyć głos.
-To samo mówiłem. - wymamrotał Carlos, wpatrując się w sufit.
-Stary, zrozum... Ona sama nie wie ile tych długów ma.
-Najwyżej dziewiętnaście tysięcy. Wiesz dobrze, ile mamy kasy.
Ręce mi opadły. Nie miałem pojęcia, dlaczego on chce to zrobić, ale chętnie się dowiem.
-Czemu? - zapytałem.
Zapadła cisza. Logan wpatrywał się we mnie uważnie. Jeszcze chwila i przestanę nad sobą panować? Ile on ją znał? Trzy tygodnie?
-Kocham ją. Co, nie zauważyłeś? Jesteśmy parą od tygodnia.
Nie spodziewałem się tego. Nie wiedziałem, że oni tak na poważnie. Myślałem, że znam swojego przyjaciela.
-Kendall, a co ty o tym myślisz? - zapytałem go, zauważając, że się nie odezwał.
-Jak się kogoś kocha, to zrobi się dla niego wszystko.
Nie poruszał się. Wbił wzrok w sufit, powstrzymując łzy. Był w rozsypce. Nie wiedziałem, co mu powiedzieć, jak go pocieszyć.
-A co by Aliana zrobiła? - zapytał Carlos, przerywając ciszę.
Zastanowiłem się na chwilę. Na pewno zrobiłaby wszystko, żeby pomóc. Ona nie jest skomplikowana. Nie mogłaby spłacić jej długów, bo nie ma tyle kasy, ale na pewno poszłaby na policję. Przynajmniej patrol sąsiedzki by zawiadomiła.
-Zrobiłaby wszystko, co może. - powiedziałem.
Nagle zadzwonił telefon Carlosa. Ten wyciągnął go z kieszeni. Spojrzał raz na wyświetlacz, raz na nas.
-Szef. - powiedział, gotowy odebrać połączenie.
-To odbieraj. - oznajmił Logan, podpierając brodę ramieniem. - Zobaczymy, co mądrego powie.
Carlos tylko wzruszył ramionami i przyłożył słuchawkę do ucha.
-Tak? …. - mówił. - Ktoś próbował zabić Alianę. … Co? … W szpitalu. … Powaliło Cię na starość? Aliana mogła umrzeć, a ty się martwisz, że nie masz fotografa? … Kończmy to, dobra? Może przynajmniej raz zachowasz się jak przyjaciel.
Carlos odłożył telefon do kieszeni. Wyglądał na wkurzonego. I to poważnie.
-Aż tak źle?
-Nawet nie pytaj. Łeb bym staruchowi ukręcił.
Podszedł do nas Nate. Wyglądał na smutnego.
-Słuchajcie... Nie ma sensu, żebyście tu dłużej siedzieli. Wracajcie do domu. Odpocznijcie. - powiedział, składając swoją teczkę.
-A co jeśli...
-Zadzwonię do was. - przerwał Carlosowi.
Pokiwałem głową. Nie bardzo chciałem się stąd ruszać. Aliana to moja przyjaciółka i chciałem przy niej zostać. Inni chyba też.
Jej nie dało się nie lubić. Zawsze pomagała, kiedy widziała potrzebujących. Pomaganie to taki jej nałóg. Nikt tego od niej nie oczekuje, a jednak robi to nadal, jakby w ten sposób miała uratować świat... W pewien sposób ratuje, bo świat trzeba tak ratować. Kawałek po kawałku.
A Jennifer jest... Kobietą mojego życia. Wiem, że to samo myślałem o matce Davida, ale wtedy byłem młody i głupi. Od tego czasu zmądrzałem.
-Wiem, że bardzo chcecie tu zostać. - ciągnął dalej. - Aliana tego od was nie wymaga. Jestem tego pewny. Przyjdziecie później. Teraz musicie odpocząć. Chyba nie chcecie wyglądać jak zombi, kiedy Aliana się obudzi.
Nie wiedziałem, czy żartuje, ale na pewno trafił w dziesiątkę. Nie chcemy, żeby Aliana się nas przestraszyła, kiedy nas zobaczy po przebudzeniu.
-Widzę, że się dogadaliśmy. Jeszcze jedno. - powiedział wyjmując z kieszeni jakiś gruby kawałek papieru. - Wiem, że Aliana uważa was za rodzinę, ale wy nie macie żadnego jej zdjęcia. Ona zrobiła je setki. Sam mam ich niewiele. To powinno wam się przydać. Ostatnie, które jej zrobiłem pod szpitalem.
Wręczył nam zdjęcie Aliany. A właściwie Carlosowi. Spojrzałem mu przez ramię. Aliana była... roześmiana. Taka jak zawsze. Zawsze się śmiała, cieszyła życiem.

Dobra, czas się zbierać.
---------------------
Na dzisiaj to tyle. Jak widać, połączyłam Logana i Nicole za waszymi plecami. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. Liczę, też, że będziecie pod notką aktywni i skomentujecie te moje wypociny. Mam nadzieję, że się wam podobało.

środa, 25 września 2013

13. Podejrzenia

Jakimś sposobem udało mi się ogarnąć Kendalla. Wciąż drżał i wyglądał, jakby miał zemdleć, ale bardzo dzielnie znosił wszystko, co sobie postanowił.
Zawiadomił chłopaków i kazał im jechać do szpitala. Nie pozwolił mi zrobić tego za niego. Czuł się w obowiązku, pomimo że sam był na skraju załamania nerwowego. Brata Aliany też wziął na siebie. Cały czas zapominam jak on ma na imię. Próbowałam, a właściwie chciałam mu coś podać, ale Aliana trzyma w domu tylko Ibuprofen i to całe nie ruszone opakowanie.
Do szpitala jechaliśmy samochodem Kendalla, ale on nie był w stanie prowadzić, więc to ja siadłam za kółko.
-Kendall, oddychaj głęboko, słyszysz? - powtarzałam mu w czasie jazdy.
Starałam się nie przekraczać prędkości. Jednak wiem, że nie udało mi się tego dokonać, jeżdżąc sportowym wozem i na dodatek się śpieszyłam. Miałam pełne portki.
Zaparkowałam, a właściwie gwałtownie zahamowałam pod szpitalem. Biegliśmy po korytarzu, olewając krzyki lekarzy.
-Kendall! Jennifer! - usłyszałam krzyk Jamesa.
Zaraz? Jamesa? Co on tu robi?
Odwróciłam się w kierunku głosu, powodując, że Kendall prawie się na mnie przewrócił.
Zobaczyłam Jamesa, który stał po jedną z sal. Miał na sobie wytarte, porwane Jeansy i skórzaną kurtkę. Na rękach trzymał Davida, który przytulił się do jego ramienia. Sprawiał wrażenie, jakby spał. Nie wiem. Nie widziałam jego buzi.
-Wiesz już coś? - zapytałam. - Gdzie ona jest?
-W sali. - odpowiedział, pokazując brodą na szybę. Niestety, nie mogłam zobaczyć co jest w środku. Było zasłonięte żaluzjami. - Podłączyli ją do respiratora. Nic więcej nie powiedzieli.
Rozejrzałam się po korytarzu. Jakiś lekarz biegł od przypadku do przypadku, wykrzykując coś do pielęgniarek.
-A gdzie jej brat? - zapytałam, patrząc w jego szkliste oczy.
-Jest przy niej. - oznajmił. - Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Nate zawsze zachowywał zimną krew, ale kiedy ją zobaczył, całkiem zmiękł.
Oboje spojrzeliśmy na Kendalla, który stał tuż obok, dysząc ciężko, jakby miał poważne problemy z oddychaniem. To nie wyglądało jak zwykła zadyszka.
-Może powinieneś usiąść? - zaproponował mu James, a ja popchnęłam go na jedno z krzeseł.
Kendall coraz trudniej oddychał, robił się siny. Dotknęłam dłonią jego policzka. Był gorący.
-Hiperwentyluje się! - krzyknęłam. - Zawołaj jakąś pomoc!
James posadził Davida na krześle i pobiegł w stronę pielęgniarek. Ponownie spojrzałam na Kendalla. Teraz już byłam pewna, że ma atak paniki. Ścisnęłam jego palce.
-Kendall uspokój się. Wszystko będzie dobrze. - powtarzałam mu, sama chcąc w to wierzyć.
Wrócił James. Przyprowadził ze sobą jakiegoś starszego lekarza, który na dobry początek zajrzał Kendallowi do oczu.
-Atak paniki. - stwierdził jednoznacznie. - Syny, uspokój się, słyszysz? Skup się. Brał ostatnio jakieś leki? - zapytał nas.
-W tamtym tygodniu wyleczył się z zapalenia płuc. - odpowiedział James. - Na nic przewlekle nie choruje. Dawałaś mu jakieś leki? - zapytał mnie, ale pokręciłam głową.
Lekarz próbował go jakoś uspokoić, ale nic to nie dało. W końcu w bezsilności zawołał:
-Siostro! Podajemy jeden miligram lorazeptamu! Nie musieliśmy długo czekać na odpowiedź, bo przyszła jedna z pielęgniarek, no właściwie przybiegła i wbiła Kendallowi igłę w ramię.
Oddech Kendalla zelżał, a jego oczy się zamknęły.
-Zasypia. - wyszeptała pielęgniarka. - Trzeba go na czymś położyć.
-Ściągnij wózek. - powiedział.
Pielęgniarka zniknęła. Zostaliśmy ze starszym lekarzem na osobności.
-To państwa synek? - zapytał znienacka.
-Nie. - odpowiedział James. - Mój. Jego matka miała inne plany na życie.
-A czekacie tu na kogoś dzieci? - zadał kolejne pytanie, wciąż podtrzymując Kendalla, który bezwładnie znieruchomiał.
-Przywieziono tu naszą przyjaciółkę.
-Aliana Hamilton. - dokończyłam za niego.
-A, już kojarzę. Ofiara dusiciela. Niestety, nie pomogę wam. To nie moja pacjentka.
Wróciła pielęgniarka, przyprowadzając nosze na kółkach.
-Pomóżcie nam go położyć. - Powiedział, podtrzymując mu głowę.
Położyliśmy go na wózku. Teraz znacznie zbladł. Ten lekarz, Doktor Ross, sądząc po plakietce. Delikatnie odsunął zamek błyskawiczny kurtki Kendalla i włożył mu dłoń za koszulkę, przykładając mu na pierś membranę stetoskopu.
-Wszystko w normie. Za góra godzinę powinien się obudzić. - powiedział, odwracając się w naszą stronę. - Mam nadzieję, że z waszą przyjaciółką wszystko będzie w porządku.
Nic więcej nie powiedział.
Martwiłam się o Alianę. Wiele dla mnie zrobiła. Znamy się tylko od trzech tygodni, ale i tak już zdążyłyśmy się zaprzyjaźnić.
Przez jakiś czas James siedział w ciszy. W końcu się odezwał, tuląc do siebie śpiącego Davida.
-Od dłuższego czasu próbuję Ci coś powiedzieć. - zaczął, tuląc do siebie syna.
-Nie zaczyna się ciekawie... - mruknęłam.
James nie zwrócił na to uwagi. Zamiast tego odwrócił się bardziej w moją stronę.
-Chciałem powiedzieć, że Aliana ma jedną cechę charakteru, której czasami nienawidzę. - mówił, wciąż patrząc mi w oczy. Dopiero teraz zauważyłam, że są dwukolorowe. Brązowozielone. - Jest spostrzegawcza. Piekielnie spostrzegawcza.
James spojrzał wymownie w sufit. Miałam wrażenie, że chce mu się płakać.
-Może to nie czas i miejsce na takie wyznania, ale...
James musiał przerwać. Nagle podbiegli do nas Carlos, Logan, Nickole i Roslyn. Wszyscy byli bardzo zdenerwowani.
-Możecie nam powiedzieć, co się do jasnej cholery stało? - wykrzyczała Roslyn, ignorując piorunujące spojrzenia personelu.
-Ktoś próbował udusić Alianę. - wyjaśniłam, czując się w obowiązku. - Na razie nic nie wiemy. Czekamy.
-Co się stało Kendallowi? - zapytał Carlos, wskazując na nosze na których leżał jego przyjaciel.
-Dostał ataku paniki, to lekarz podał mu środek na uspokojenie. - wyjaśniłam. - Nie jego wina, że zareagował tak, a nie inaczej.
-O Alianie jeszcze nic nie wiecie? - zapytała Nicole, którą Logan obejmował ramieniem.
Zaraz... Obejmował? Co tu jest grane?
-Nie, cały czas czekamy. - odpowiedział James. - Trzeba czekać...
Roslyn nie wyglądała tak jak zwykle. Zawsze elegancka, teraz z żółtawym płóciennym fartuchu. W rękach trzymała coś, co wyglądało na okulary z dodatkowymi soczewkami.
-Wiem, że ostatnio Aliana mailowała z Amber. - powiedziała.
-Z kim? - wypowiedzieliśmy prawie jednocześnie.
-Znają się ze studiów. Amber była na grafice komputerowej. - wyjaśniła. - Przygotowuje to portfolio dla Nicole. Jednak kilka dni temu Aliana wysłała jej jakieś zdjęcie, które zrobiła w nocy telefonem. Nie wiem, czy to ma jakiś związek, ale wiem, że dzisiaj miały zamiar się spotkać, żeby odebrać to zdjęcie. Nie wiem, czy to ma jakiś związek, ale od tego zdjęcia zaczęły się wszystkie kłopoty. Niedawno odwiedził mnie jakiś koleś. Taki duży...
-Czarne włosy, skórzana kurtka ze smokiem? - wtrąciłam, przypominając sobie szczegóły sprzed kilku godzin. - Taki dusił Alianę.
-Właśnie. - pokiwała głową. Wszyscy wpatrywali się w nią z uwagą. Jedynie Nicole wyglądała na wystraszoną. - Dorwał mnie pod muzeum dwa dni temu. Pytał o moją rudą koleżankę. Wyglądał na zaskoczonego, kiedy zobaczył moją twarz. Miałam torebkę i płaszcz Aliany.
James i Carlos popatrzyli po sobie. Nacole zbladła.
-Nicole, co jest z tobą? - zapytałam. - Nie wyglądasz najlepiej.
-Bo to był mój sutener. - powiedziała ledwo słyszalnie. - Mam u niego długi.
James głośno zaczerpnął powietrza.
-Dużo? - zapytał Logan nadal ją obejmując.
-Kilkadziesiąt tysięcy.
(Włączcie sobie do nastroju. Pisałam przy tej piosence.)
Drzwi otworzyły się powoli i wyszedł z nich Nate, brat Aliany. Miał podkrążone oczy, jakby nie spał od kilku dni.
-Co z Alianą? - pytaliśmy.
-Opanowaliśmy sytuację. - odpowiedział. - Nadal nie oddycha za dobrze, więc jeszcze jest pod respiratorem.
-Jest przytomna? - zapytałam.
-Nie. - Nate pokręcił głową. Pociągnął nosem, jakby powstrzymywał się od płaczu. - Kręgosłup jest cały, ale jeszcze przez kilka dni po ekstubowaniu nie będzie mogła mówić.
-Afonia? - wyszeptałam.
-Chwilowa. Jej struny głosowe są zmiażdżone. Na szczęście to odwracalne, chociaż jej głos może już nigdy nie zabrzmieć tak jak przedtem. Zagoi się trochę później niż wybroczyny na szyi, ale będzie dobrze.
Kątem oka zauważyłam, że Kendall siada na noszach. Wciąż drżał. Ja i Carlos pomogliśmy mu wstać. Wygląda na to, że wszystko słyszał.
-Możemy ją zobaczyć? - zapytała Roslyn.
-Tylko przez okno. To jeszcze nie koniec badań. - odparł. - Kidy z nią skończą, będziecie mogli przy niej posiedzieć. Teraz przepraszam. Muszę do niej wrócić. Co prawda, nie jestem jej lekarzem, ale chciałbym być blisko niej.
Zniknął za drzwiami. Zauważyliśmy jak odsuwają się żaluzje. Teraz wszyscy mogliśmy zobaczyć Alianę.
Miała na sobie luźną, szpitalną koszulę. Jej oczy były zamknięte. Mankiet podtrzymujący zakrywał jej usta. Szyja był sina. Kardiomonitor wybijał rytm jej serca. Jedynie jej płomienne włosy zachowały swój blask.
W tym momencie nasze podejrzenia przestały mieć znaczenie. Patrzyliśmy na nią przez tą szybę. Wyglądała tak niewinnie... Tak krucho. Zupełnie nie jak Aliana, którą znaliśmy.
-Ciocia śpi? - zapytał David, przerywając ciszę, jakby ktoś rzucił na nas zaklęcie wyciszające. Cały świat przestał istnieć. Dla nas liczyła się tylko Aliana.
Nie jednemu uratowała tyłek i to pewnie nieraz. Nie znam wszystkich ludzi, którym pomogła do tej pory. W żartach porównywałam ją do siostry miłosierdzia, tylko takiej bez habitu.
-Tak. Jest chora. - odpowiedział mu James. - Ale wyzdrowieje.
Jak to wytłumaczyć dziecku? Nie miałam pojęcia.
Kendall położył dłoń na zimnym szkle. Pojedyncza łza spłynęła po jego policzku. Był już spokojny, za spokojny. Lek przyniósł nieprzewidziany skutek. Jego emocje zostały zamknięte, ale mimo to, jakaś część nich wydostała się na zewnątrz.
Szkło zaparowało od oddechu Carlosa, który stał najbliżej Kendalla. Widziałam, jak kładzie dłoń na ramieniu przyjaciela.
-Wyjdzie z tego, słyszysz? - powiedział cicho. - Słyszałeś Nate'a?
Kendall wciąż płakał, chociaż nie wydobywał żadnego dźwięku.
-Ja ją kocham, rozumiesz? - powiedział beznamiętnie ochrypłym głosem. - Nie mogę jej stracić. Po prostu nie mogę.
Wszystkich zszokowała jego wypowiedź.
Dobrze wiedziałam, że w dramatycznych okolicznościach można powiedzieć więcej niż normalnie. Był szczery. Zazwyczaj trzymał to w tajemnicy, ale teraz... Nie mógł tego dłużej dusić w sobie.
To by było na tyle. Przynajmniej dzisiaj. Jak już pewnie zdążaliście się zorientować, wzięło mnie na łzawe kawałki. Pisałam to jakieś dwa dni. Mam nadzieję, że się wam podoba.
Liczę na wasze komentarze.
No i w zakładce „Bohaterowie” zmieniłam zdjęcie Aliany. Sami oceńcie, czy jest lepsze od poprzedniego. I dziękuję za trzy komentarze pod ostatnią notką. 

poniedziałek, 23 września 2013

12. Realne Zagrożenie

**Aliana**
Po kilku dniach wszystko wróciło do normy. Kendall jednak nie wytrzymał tygodnia w domu i wrócił na plan już po dwóch dniach. Nate kazał mu tylko brać jakieś witaminy. Na wszelki wypadek.
Czyli wszystko wróciło do normy. Jen i Nicole już czuły się jak u siebie. Dokładały się do czynszu i stosowały się do zasad wymyślonych przez Roslyn.
Pozwoliłam Nicole spać w swojej pracowni. Tak był dla nas znacznie wygodniej. Roslyn wpadła na pomysł podzielenia pracowni na dwie części, więc kupimy jej jakieś kwiatki albo motylki na ścianę. Obie świetnie się dogadywały. Roslyn zaopatrzyła szafę Nicole w kilka ubrań w których już nie chodzi i takich, które kupiłyśmy z własnej kieszeni. Może nie były za drogie, ale Nicole bardzo się podobały.
Właśnie kończyłam wysyłać zdjęcia do pracodawców. Głównie do przestarzałych aktorek, które wmawiają sobie, że nadal są piękne i młode. Jedyną, która wciąż zachowała swoje piękno była Diane Kruger. Podobno trafiła do mnie przez Cassidy, chociaż ja nic nie wiem o ich współpracy.
Kilka ostatnich kliknięć i byłam wolna.
Powoli wstałam, wyłączając komputer. Kendall i Jen zaraz tu będą. A ja jeszcze nie wyrobiłam się z całym nakładem. Co prawda Amber pisała, że wszystko jest już gotowe, ale ja wciąż nie wiedziałam, dlaczego ona nie chce mi tego teraz wysłać.
Usłyszałam jak drzwi się otwierają.
-Cześć Jennifer! - zawołałam w pewności, że to ona. - Przyprowadziłaś Kendalla, czy nie dał się tu zaciągnąć.
Poczułam mocne uderzenie, które przewróciło mnie na wykładzinę. Jęknęłam z bólu. Przede mną wcale nie stała Jennifer, ani nawet Kendall. Tylko jakiś tępy osiłek.
Przez jakiś czas nie mogłam skojarzyć, skąd znam tę paskudną twarz. Dopiero później zorientowałam się, że zrobiłam mu zdjęcie tamtej nocy.
-Napadać mnie w moim własnym mieszkaniu? - zawołałam w jego stronę. - Wstydziłbyś się!
Powoli wstałam z podłogi. Bolało mnie ramię po uderzeniu, ale dało się znieść.
-Jakoś nigdy nie uznawałem etykiety. -wzruszył ramionami, podchodząc do mnie bliżej. - Gadaj gdzie jest ta lalunia, ty ruda żmijo!
-Znalazłbyś ją, gdybyś się postarał. - powiedziałam, wiedząc, że to go drażni. - Tu jej nie ma.
-Zabrałaś ją tu ze sobą. Musisz wiedzieć gdzie ona jest.
-Wynajęła sobie mieszkanie. Nie wiem gdzie. Pomogłam jej raz i puściłam wolno. - skłamałam. - Teraz nie wiem, co się z nią dzieje.
Osiłek parsknął śmiechem, jakby mi nie wierzył. Zawsze wiedziałam, że jestem kiepskim kłamcą, ale teraz musiało zadziałać. Po prosu musiało.
-Pomagasz nieodpowiednim ludziom, wiewióro. - odparł, zbliżając się do mnie tak blisko, że stałam już przy ścianie.
Wiewióro? Od podstawówki nikt mnie tak nie nazwał. Koleś ma słownictwo na poziomie przedszkolaka, jak nie niżej...
-Albo powiesz, gdzie ona jest... - Nie kończył zdania, tylko zacisnął dłoń na mojej szyi. - Zmieniłaś już zdanie?
Zaciskał dłoń coraz mocniej. Czułam jak brakuje mi tchu...
Jak przez mglę zauważyłam otwierające się drzwi.
**Jennifer**
Otworzyłam drzwi. Kendall szedł tuż za mną. Pierwsze, co zobaczyłam to jakiś koleś duszący Alianę. Widziałam jak mdleje. Jak jej oczy powoli się zamykają. Jak przestaje się bronić...
-Ej, co ty tu robisz? - wrzasnęłam, kiedy on się odwrócił.
Dobrze pamiętałam kurs samoobrony. Kopnęłam go w krocze i wywaliłam za drzwi. Skurczybyk był bardzo ciężki.
Spojrzałam na Alianę. Kendall się nad nią pochylał. Spojrzał na mnie ze łzami w oczach.
-Jennifer, ona nie oddycha. - wychrypiał.
Nie, nie, nie, nie... - Pomyślałam, rzucając się przy niej na kolana i przewracając ją na plecy.
Położyłam dwa palce na jej szyi, starając się wyczuć tętno. Słyszałam jak Kendall płacze, ale pomimo stresu udało mi się wyczuć słaby puls. Odetchnęłam z ulgą, obserwując jej nieruchomą klatkę piersiową.
Niewiele pamiętałam ze studiów, ale teraz musiałam wziąć się w garść.
-Kendall, dzwoń na pogotowie. - powiedziałam, kładąc dłonie na jej piersiach. Zaczęłam uciskać. - Aliana, nie rób mi tego! - zawołałam, wiedząc, że i tak mnie nie słyszy. - No już!
Uciskałam jej klatkę, doliczając do trzydziestu. Potem odchyliłam jej głowę do tyłu, zatykając jej nos i wdmuchując powietrze do ust. Jej klatka piersiowa uniosła się delikatnie. Potem jeszcze raz.
Wróciłam do ucisków. Raz, dwa, trzy, cztery...
-Zaraz tu będą. - powiedział Kendall, klękając po jej drugiej stronie.
… Dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć, trzydzieści.
-Wdmuchaj powietrze. - powiedziałam. Kiedy pochylił się nad nią, ponownie położyłam palce na jej szyi. Bez zmian. Puls ani odrobinę się nie umocnił.
Wróciłam, do ucisków. Aliana, błagam Cię. - myślałam. - Nie możesz mi tego zrobić. Jesteś najlepszym, jakie mnie tu spotkało.
Potem się zamieniliśmy. Kendall dosłownie przez cały czas płakał. Aliana to jego przyjaciółka, więc nie mam się czego dziwić.
Ratownicy prawie wyważyli drzwi i podbiegli do Aliany leżącej na podłodze.
-Co tu się stało? - zapytała kobieta o ciemno blond włosach z plakietką lekarza, rozpinając Alianie bluzkę.
-Ktoś ją dusił. - odpowiedziałam dysząc ze zmęczenia.
-Dajcie kołnierz! - zawołała w stronę swoich kolegów. - Reanimowaliście ją?
-Cały czas. - pokiwałam głową, kiedy ta ją osłuchiwała.
-Potrzebny zestaw do intubacji. - powiedziała. - Uratowaliście jej życie.
Przenieśli ją na nosze. Unieruchomili i sztucznie wentylowali.
-Dokąd ją zabieracie? - zapytałam, kiedy zbierali się do wyjścia.
-Do szpitala okręgowego. - odpowiedziała ta sama lekarka. - teraz proszę zając się swoim kolegą. Macie w domu jakieś środki uspokajające?
Pokiwałam głową. Zamknęli za sobą drzwi, a ja podeszłam do Kendalla, który wciąż klęczał na podłodze. Jego łzy kapały na podłogę w miejscu, w którym jeszcze niedawno leżała Aliana.
Podłożyłam mu dłonie pod pachy. Wyglądał, jakby puściły mu nerwy. Podniosłam go i poprowadziłam do kanapy.
-Chcesz jakieś proszki? - zapytałam go cicho.
Pokręcił głową, nadal szlochając.
-Kendall, spokojnie. Wszystko będzie dobrze. - wyszeptałam, kładąc mu dłoń na ramieniu.
Kendall westchnął, wstając i podchodząc do telefonu.
-Co robisz? - zapytałam, wnikliwie go obserwując.
-Dzwonię do Nate'a. - powiedział wykręcając jakiś numer.
-Lepiej, żeby się dowiedział od nas, zanim sam zobaczy. 
--------------------------------------------------------------------------
Na dzisiaj byłoby na tyle. Mam nadzieję, że się wam podobało. Ta notka jest dedykowana Adzie, która ponoć nie mogła się doczekać. Liczę, że jesteście zadowoleni. Dajcie zdać, czy wam się podobało. 

sobota, 21 września 2013

Za Największy Power - Jednorazówka

Opowiadanie wielonarracyjne

(Kelly)
Od dobrej godziny krążyłam po wytwórni, zastanawiając się gdzie podziewa się Kandall.
- Kendall, wychodź natychmiast! - wrzeszczałam. - Dobrze wiesz, że Gustawo już jest wściekły, bo nie stawiliście się na czas...
Nagle urwałam, bo otworzyłam drzwi do magazynu z instrumentami. Kendall leżał na podłodze z dziwnie rozłożonymi kończynami.
- Kandall! - krzyknęłam, podbiegając do niego. Kiedy się pochyliłam, zobaczyłam, że jego twarz jest we krwi. Tak naprawdę nie tylko. Całe jego ciało, które nie było przykryte ubraniem wyglądało podobnie.
Delikatnie potrząsnęłam jego ramieniem. Nic.
- Gustawo! - krzyknęłam natychmiast. - Wezwij pogotowie, szybko!
-Znalazłaś ostatniego pieska? - wykrzyczał, jakby nie dotarł do niego sens moich słów.
W końcu stanął w drzwiach jak wryty. Wlepił oczy najpierw na mnie, potem dopiero w Kendalla.
- Co się stało? - zapytał. Wściekłość ustąpiła miejsce przerażeniu.
- Nie wiem. Dzwoń po karetkę, szybko. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
Powoli wyszedł na zewnątrz, szukając komórki w swoich workowatych spodniach.
Ponownie pochyliłam się nad Kendallem. Tym razem jeszcze niżej. Zauważyłam, że oddycha słabiej niż powinien.
- Szybciej! - wrzasnęłam z przerażeniem. - Z nim jest naprawdę źle.
Wciąż trzymałam go za ramię. Tych chłopców nie da się nie lubić. Szczególnie Kandalla. Tak naprawdę uwielbiam jego głupie przekomarzanki z Katie i to jak się godzą po pięciu minutach kłótni. On nie potrafi się długo gniewać.
Wrócił Gustawo. Stanął w drzwiach i powiedział:
- Pociąg pilnuje chłopaków, że się nie przedostali tutaj do przyjazdu pogotowia. - oznajmił cierpko.
- Jak zareagowali? - spytałam cicho.
- Przerazili się. Chcą wesprzeć Kandalla. Być przy nim.
- Może naprawdę lepiej, żeby teraz przy nim byli.
- Lepiej nie. Ja osobiście nie chciałbym oglądać swojego przyjaciela w takim stanie. Na niego też jest mi trudno patrzeć.
- Kiedy będzie pogotowie?
- Za piętnaście minut. W tej dzielnicy trudno dotrzeć na czas, kiedy to naprawdę potrzebne.
Westchnął. Resztę czasu spędziliśmy w ciszy. Po jakichś piętnastu, góra dwudziestu minutach przyjechało pogotowie. Zostaliśmy wyproszeni ze składziku. Po chwili wyszedł do nas jeden z sanitariuszy.
- Nie mam dobrych wieści. - powiedział smutno. - Chłopak został brutalnie pobity, ma połamane żebra. Na razie nie wiemy ile. Podejrzewamy krwiak i poważny uraz głowy. Zabieramy go do szpitala. Coś musi mu blokować drogi oddechowe, bo jego oddech jest bardzo słaby. Będziemy operować. Co z jego rodziną?
- Jego przyjaciele, mama i młodsza siostra mieszkają w Palm Woods. - wykrztusiłam. - Zaraz do niej zadzwonię. Gdzie go zabieracie?
- Do szpitala Świętej Elżbiety. Musi tam trafić jak najszybciej.

(Logan)
Kendall trafia do szpitala? Nie, to nie może być prawda. Każdy, ale nie on. On jest... za silny. To jakiś głupi żart. Zaraz Kendall wpadnie tutaj uśmiechnięty od ucha do ucha i wrzaśnie. „Ale was nabraliśmy!” albo „I co? Dalej trzęsą portkami nad moim losem?” i zacznie się głośno śmiać. To by było do niego podobne.
Wciąż to sobie powtarzałem. Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Wciąż siedzieliśmy na kanapach w studiu nagrań. Carlos siedział w pozycji półleżącej w swoim ukochanym kasku, a James nie mógł usiedzieć w jednym miejscu. Ciągle chodził w kółko i zastanawiał się co będzie dalej. A ja? Starałem się opanować wzbierającą we mnie panikę.
- Zobaczycie, że dzisiaj jeszcze będziemy się wszyscy razem wygłupiać na basenie. A Kandall jak zwykle wepcha Jamesa do basenu beż jego zgody. - powiedział nagle Carlos.
- Myślę, że nie. - usłyszeliśmy głos Gustawo.
Właśnie wszedł do środka. Ni wyglądał na wściekłego jak zwykle, tylko przerażonego i zmartwionego. To było dziwne jak na Gustawo. To znaczyło, że jest naprawdę źle.
- Gdzie jest Kendall? - zapytałem w końcu.
- W drodze do szpitala. Lekarze będą go operować.
- A pani Knight?
- Kelly do niej dzwoni.
- Co się w ogóle stało? - wybuchł nagle James.
- Ktoś go pobił. Jeszcze nie wiemy kto.

(pani Knight)
Wpadliśmy do szpitala jak oszaleli. Ze zdenerwowaniem podeszłam do recepcjonistki i zapytałam:
- Dzień dobry. Szukam mojego syna. Kendall Knight.
- Proszę chwileczkę poczekać. - powiedziała miłym głosem, wystukując coś do komputera. - Pani syn jest właśnie operowany. Proszę zaczekać. Na razie i tak nie można nic zrobić.
Odwróciłam się powoli. Podeszłam do chłopców, Katie i Kelly.
Jakieś 2 i pół godziny później:
- Pani Knight? - ponownie usłyszałam głos recepcjonistki.
- Tak?- wstałam, otrząsając się z zamyślenia.
- Pani syn został właśnie przewieziony na salę. Lekarz chciałby z panią pomówić. - powiedziała mi, ciepło się do mnie uśmiechając.
- Gdzie możemy go znaleźć?
- Lekarz ma gabinet na drugim piętrze. Z lewej strony, na końcu korytarza. Z pewnością powie pani coś o synu.
- Dziękuję. - pokiwałam głową w jej stronę.
Podeszłam do reszty. Katie prawie usnęła na ramieniu Logana. Kelly musiała gdzieś zgubić swoją teczkę, Gustawo z trudem panował na swoimi emocjami, a Carlos bujał kolanem, siedząc okrako.
- Wstajemy. Muszę porozmawiać z lekarzem.
Wszyscy wstali, nieco się ociągając. Kiedy już stali o własnych siłach, poszłam schodami na drugie piętro. Oni na pewno podążyli za mną.

(Katie)
Mama wyszła z gabinetu lekarza, powoli ją otoczyliśmy.
- Lekarz powiedział, że Kendall ma złamane trzy żebra, niewielki uraz głowy i że zatamowali krwotok wewnętrzny do żołądka. - powiedziała. - Jest jeszcze nieprzytomny, ale możemy się z nim zobaczyć.
- Kiedy wyzdrowieje? - zapytałam.
- Żebra zrosną się za jakiś miesiąc, ale i tak nie będzie mógł tańczyć przez jakieś dwa miesiące.
- Chodźmy do niego. - powiedział przeciągle Carlos.
- Właśnie.
Wcale się nie ucieszyłam na widok brata. Kiedy tylko dorwę tego, kto mu to zrobił, skopię mu tak tyłek, że będzie w gorszym stanie. Był przeraźliwie blady. Włosy miał w jakimś dziwnym nieładzie i pokryty był chyba kilogramem siniaków.
Prawie jakby spał, tylko się nie poruszał, i nawet zaczynam tęsknić za jego śpiewaniem w czasie snu. A teraz kiedy go usłyszę? Za miesiąc?
Mama pochyliła się nad nim i delikatnie pogłaskała jego siny policzek.
- Obudź się, synku. - wyszeptała. - Zdrowiej jak najszybciej. Wszyscy tu są, wiesz. Otwórz oczy.
Nikt nie zareagował na te dziwna wypowiedź. Każdy miał smutną minę. Nikt już się nie odzywał. Po chwili Carlos przerwał milczenie.
- Zawsze mogło być gorzej. - wymamrotał.
- Jak by było gorzej? - warknął Logan. - jakby ten ktoś zatłukł go na śmierć?
- Spokojnie. - zaskrzeczała mama. - Szpital przekaże policji naskórek znaleziony za paznokciami Kendalla. Z pewnością znajdzie tego, kto to zrobił.
Nadal głaskała go po policzku.
- Trzymaj się, stary. - powiedział cicho James.

(pani Knight)
Następnego dnia rano:
Spędziłam przy Kendallu całą noc. Nadal był nieprzytomny.
- Proszę coś zjeść. - powtarzał mi lekarz, kiedy do niego zaglądał. Za każdym razem badał go pobieżnie. Siedziałam wtedy trochę dalej. Było mi żal syna, ale wiedziałam, że wytrwa i będzie dobrze.
- Najpierw muszę mu spojrzeć w oczy. - mówiłam.
Teraz była chyba dziewiąta rano. Dostałam chyba dziesięć esemesów od Logana o treści: „James grozi, ze się pochlasta, proszę odpisać, że będzie dobrze.”, albo „Gustawo wpisał nam wszystkim tygodniowy urlop, na serio się martwi.”
Nagle usłyszałam cichy jęk. Pochyliłam się nad Kendallem.
- Kendall, synku... Słyszysz mnie? - mówiłam cicho. - Otwórz oczy.
Powoli odwrócił głowę w moją stronę. Zamrugał i w końcu na mnie spojrzał.
- Mama? - powiedział cichym, ochrypłym głosem.
- Jestem tu, kochanie. - pogłaskałam go po głowie.
- Gdzie... Gdzie ja jestem? - rozejrzał się po pomieszczeniu.
- W szpitalu. Ktoś Cie pobił, pamiętasz?
- Pamiętam jak ten typ, powiedział, że chce ze mną rozmawiać. Potem poszliśmy razem do składziku z bębnami. Przyszli do nas jeszcze jacyś kolesie.
- Co dalej?
- Nie pamiętam.
- Teraz odpocznij, kochanie. - powiedziałam.
On nic nie odpowiedział, tylko na chwilę przymknął powieki, jakby nagle zrobiło mu się słabo. Widziałam, że jest bardzo osłabiony. Lekarz mi o tym mówił, chociaż właściwie nie musiał.
- Zawołam lekarza. Zostań tu. - wyszeptałam.
- Spokojnie. - powiedział z lekkim uśmiechem. - Nigdzie się nie wybieram.
Uśmiechnęłam się do niego. Całe szczęście, nadal ma nastrój do żartów.

(Kendall)
Czemu jestem w szpitalu i czemu wszystko mnie boli? A na dodatek mama miała minę, jakbym był bliski śmierci. No i wyglądała jakby nie spała w nocy.
Pomyślmy jeszcze raz... Jestem cały sztywny, leżę w łóżku szpitalnym podłączony do rożnych mechanicznych dziwactw, mama wygląda jak siedem nieszczęść i dlaczego ostatnią rzeczą jaką pamiętam było trzech napakowanych kolesi wchodzących do składziku z instrumentami, kiedy „Wane Wane” chciał ze mną gadać? To wyglądało bardzo, bardzo dziwnie.
Wróciła mama. Przyprowadziła ze sobą jakiegoś faceta ubranego na biało. To pewnie lekarz, który się mną zajmuje.
- Miło, że do nas wróciłeś. - powiedział na powitanie siadając obok mnie. - Doprowadzaliśmy Cię do porządku jakieś cztery godziny. Nieźle nas wczoraj wystraszyłeś.
- Wczoraj? - powtórzyłem kręcąc głową na poduszce.
- Tak. Menażer zespołu wezwał do Ciebie karetkę wczoraj o drugiej po południu. Teraz dochodzi dziesiąta rano. - mówił spokojnie. - Pamiętasz coś, zanim straciłeś przytomność?
- Niewiele. Ktoś chciał ze mną rozmawiać na osobności. - powiedziałem powoli.
- Na razie nie wezwę policji. Może potem, jak sobie coś przypomnisz. - oznajmił, kładąc mi dłoń na ramieniu. - Teraz odpocznij. Naturalny sen najlepiej pomaga leczyć.
- Co się właściwie stało? - zapytałem.
- Zostałeś pobity. Na pewno poczujesz się lepiej, kiedy się obudzisz.
I wyszedł. Mama podeszła bliżej. Spojrzała na mnie z tą swoją dziwną troską i usiadła obok.
- Mamo, wróć do domu. - poprosiłem. - Prześpij się, bo jak cię znam siedziałaś tu całą noc.
- Masz rację. - pokiwała głową. - Powiedz, jak się czujesz.
- Jak po przegranym meczu hokeja. - odpowiedziałem po namyśle.
Mama zaśmiała się nerwowo. Chyba załapała.

(Kelly)
Po nieprzespanej nocy zjawiłam się w biurze. Usiadłam na jednym z krzeseł w studiu nagraniowym i zaczęłam się zastanawiać, kto może tak nienawidzić Big Time Rush. Przecież oni są kochani. Nikomu nie zaszkodzili. Powoli wstałam i poszłam na drugie piętro. Magazyn w którym znalazłam Kendalla. Weszłam do środka i zapaliłam światło. Wczoraj trochę bałam się rozejrzeć po pomieszczeniu. Teraz już trochę ochłonęłam.
Policja nie sprzątnęła bałaganu po całym zajściu. Na podłodze, oprócz krwi Kendalla, leżała jakaś kartka. Kiedy ją podnosiłam, myślałam, że to spis asortymentu, jakieś potwierdzenie kurierskie... Coś w tym rodzaju, ale nie. To była jakaś ręcznie napisana notatka. Znałam pismo każdego z chłopaków, nawet Kate i mamy Kandalla. Jednak to pismo nie przypominało żadnego z nich. Jaka szkoda, ze w składziku nie ma kamery, można by sprawdzić... Zaraz, kamera! Właśnie! W składziku, może i nie ma, ale na korytarzach jest pełno monitoringu, a ten jest bezwarunkowo włączony. Musiała zarejestrować, kto wchodził do magazynu z Kendallem. Czas poprosić chłopaków z ochrony o oddanie przysługi.
Wyszłam ze składziku, wyciągając pośpiesznie komórkę.
- John? - powiedziałam kiedy usłyszałam w słuchawce jego głos. - Musisz mi pomóc.
- Kelly, kochaniutka, dla Ciebie wszystko. - powiedział ze śmiechem. - Czego potrzebujesz?
- Zapisu z monitoringu. Ze wczoraj. Drugie piętro. - wyjaśniłam.
- Ok, kochaneczko. Płytka będzie czekać za pół godziny. Przyjdź do nas.
- Dzięki.
Godzinę później:
Jak oszalała dorwałam się do biurka. Wsadziłam płytę do napędu i czekałam, aż komputer łaskawie odczyta film.
Nagle coś zwróciło moja uwagę. Zapis z pierwszej trzydzieści. Kendall wchodzi do składziku z instrumentami. Nie był sam. Ktoś z nim szedł. Kurczę, a skądś znam tego gostka. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, do środka weszło trzech umięśnionych dresów. Przewinęłam do przodu. Pół godziny później z magazynu wyszło czterech chłopaków, ale już bez Kendalla. Znowu przewinęłam i zobaczyłam siebie, krążącą po korytarzu. Cofnęłam jeszcze raz do momentu w którym Kendall wchodził do składziku. Ten drugi chłopak... Skądś go znam. Spojrzałam na kartkę. Było na niej napisane:
Bo ten członek BTR ma największy Power. Bez niego reszta nie zawiąże sobie nawet butów.
Zamyśliłam się przez chwilę. Trochę w tym racji jest, bo to właściwie Kendall ma z chłopców najwięcej energii. To on motywuje ich do działania i ma najlepsze pomysły.
Teraz tylko muszę pokazać to policji.

(Kate)
- LOGAN! JAMES! CARLOS! - krzyczałam, ganiając po całym mieszkaniu.
- Co się dzieje, młoda? - zapytał Logan, wychodząc z łazienki.
- Dzwoniła mama! - wykrzyczałam. - Kendall się obudził!
- Dzwonimy do Kelly. - powiedział, podchodząc do telefonu.
Wykręcił numer do Kelly i czekał przez chwilę. Dziwne było to, że trzunsł nogą kiedy czekał, aż Kelly się odezwie.
- Kelly, przyjedź jak najszybciej!.. Dzwoniła pani Knight. Powiedziała, że Kendall już odzyskał przytomność. … Dobra, czekamy. Dzięki.
Odłożył słuchawkę.
- Kelly będzie za piętnaście minut. - powiedział. - Niech wszyscy się przygotują.

(Pani Knight)
Kendall właśnie zasnął. W końcu normalnie sobie odpocznie. Pomimo siniaków na twarzy, wciąż delikatnie się uśmiechał. Jak zawsze, kiedy śpi. Lubiłam to. Wydawał się wtedy taki niewinny. Jakby znowu miał osiem lat.
- Pani Knight? - usłyszałam cichy głos Logana.
- Tak? - potrząsnęłam głową, żeby odgonić sen.
- Słyszeliśmy, że Kendall się obudził i...
- Oczywiście. Wejdźcie, tylko cicho, bo przed chwilą usnął.
Chłopcy weszli do środka w towarzystwie Kate i Kelly.
- Jak Kendall? - zapytała Kate.
- Jest obolały, ale kiedy się prześpi, poczuje się lepiej. - Odpowiedziałam.
- Proszę pojechać do domu. - zaproponowała Kelly. - Na pewno jest pani zmęczona.
- Nie chcę, żeby był sam. - pokręciłam głową.
- Nie będzie. - zapewniła mnie Kelly. - Będziemy przy nim.
- Ale jak to, wszyscy? - zdziwiłam się.
- Nie koniecznie. - powiedziała Kate.
- Będziemy się zmieniać. - James przejął inicjatywę. - W ten sposób pani wypocznie, a Kendall nie będzie sam.
- Teraz posiedzimy tu razem, ale potem pojedziemy do Palm Woods. - mówił dalej Carlos. - Tylko kto zostanie? Ja mogę...
- I ja! - Logan podniósł rękę.
- Dzięki. - usłyszeliśmy słaby głos Kendalla.
- Za co, kochanie? - zapytałam, pochylając się nad nim.
- Że jesteście.
- Kumpla nie zostawimy. - powiedział Logan.
- Właśnie. - wszyscy pokiwali głowami.

(Logan)
Kelly i pani Knight już pojechały z Kate i Jamesem. Carlos jest w toalecie. Dobrze wiedziałem, że Kendall nie śpi, chociaż by bardzo tego chciał. Leżał tylko nieruchomo, nic nie mówiąc. Dobrze wiedziałem, ze teraz nie ma siły na nic.
- Logan, jadłeś trochę dziś rano? - zapytał, po chwili bezczynnego leżenia.
- Nie bardzo, a co? - odpowiedziałem, nie wiedząc skąd mu przyszło do głowy... Chociaż miał rację.
- Idź do stołówki. Mają niezłe, chude steki.
- Jeszcze nie jestem głodny. - odparłem.
- Jesteś. - upierał się.
- Wcale nie!
- To czemu ci burczy w brzuchu?
- Skąd wiesz?
- Słyszę. - wzruszył ramionami. - Idź do tej stołówki i w końcu coś zjedz. - powiedział ostro. - Długo tak nie pociągniesz.
Westchnąłem. W końcu kto, jak nie Kendall potrafi być taki uparty i przekonujący?
Wyszedłem, zostawiając go samego. I tak nie da mi spokoju, puki nie postawi na swoim.
Pani w stołówce była bardzo miła. Dala mi podwójną porcję, kiedy zapłaciłem za pojedynczą. Powiedziała, że jestem z chudy. Prawdę mówiąc, nie tylko ona tak sadziła.
- Smakowało? - zapytała, zabierając pusty talerz.
- Tak. Nawet się nie spodziewałem, że to będzie takie dobre.
- No tak, bo w końcu szpitalne jedzenie to bezsmakowe wióry... - zaśmiała się. - Pewnie dlatego jeszcze mnie nie wyrzucili.
Uśmiechnąłem się do niej. Podobało mi się jej podejście do życia. Takie... matczyne.
- Z tym gotowaniem nie wyrzucą.
- Jak masz na imię? - zapytała nagle.
- Logan.
- Naprawdę? Wcale nie pasuje do Ciebie to imię. - oznajmiła, podając mi herbatę.
- Dlaczego?
- Zupełnie jak ten facet z „X-Mena”. On był strasznym gburem.
- Zna Pani „X-Mena”? - zdziwiłem się, unosząc brwi.
- Tak. Mój syn to uwielbiał.
- To teraz już nie lubi?
Kobieta zasmuciła się. Nie wiedziałem dlaczego, puki nie odpowiedziała.
- Tony zginą pół roku temu w wypadku.
- Przepraszam, nie chciałem...
- Nic się nie stało, kochaneczku. Sama zaczęłam ten temat. Powiedz, kogo tu odwiedzasz. - zmieniała nagle temat. Ten na pewno był dla niej drażliwy i bolesny.
- Przyjaciela. Kendall został tu przewieziony wczoraj po pobiciu. - odpowiedziałem.
- To twój kolega? Widziałam wczoraj. Nie wyglądało to wesoło.
- Skąd pani wie, że to on?
- Dawno nie przywieziono tutaj nikogo o tym imieniu. Poproszono mnie, żebym mu umyła głowę po operacji. Kiedy włosy wyschły, były o wiele jaśniejsze. Jak on się czuje?
- Lepiej, obudził się, teraz jest przy nim Carlos.
- To dobrze. Wieczorem będę nosiła kolację, to z nim porozmawiam.
- Na pewno będzie mu bardzo miło.

(Kendall)
Logan wrócił po dwóch godzinach. W tym czasie zdążyłem już napisać pół piosenki z Carlosem. Jest beznadziejna. Wyrzucimy do kosza.
- Najadłeś się? - zapytałem, kiedy usiadł na krześle.
- Tak. Miałeś rację. Niezłe te steki. - pokiwał głową.
- Już je jadłem. Kiedy byliśmy tu z Gustavo. Kelly przyprowadziła mnie do stołówki, bo chciała ze mną pogadać. Pamiętacie?
Pokiwali głowami. Pozwoliłem im chwilę odsapnąć. Zresztą... Sam byłem oklapły, jak balon z którego właśnie spuszczono powietrze. Rozwiązał żyłkę i pozwolił, żeby ten kawałek gumy opadł na ziemię. Musiałem się przespać, odpocząć. Obecność przyjaciół w pewnym sensie pomagała.
Z Carlosem i Loganem było lepiej. Na kilka minut udawało mi się zapomnieć, że jestem w szpitalu.
Po obchodzie była pora na „zmianę warty”, jak nazywał to Logan.
Drzwi pokoju otworzyły się z cichym trzaskiem. Do środka weszła Kelly.
- Hej Kendall. - uśmiechnęła się do mnie. - Jak się czujesz?
- Lepiej. - odpowiedziałem, kiedy mnie uściskała. - I powoli mam dość tego pytania.
- Wydobrzejesz nam tutaj. - zapewniła mnie. - Po leczeniu odpoczniesz trochę w domu i będziesz jak nowo narodzony.
- Dzięki.
- Jutro Pociąg Cię odwiedzi. - powiedziała nagle. - Chciałby sprawdzić jak się miewasz. - i zwróciła się do Carlosa i Logana. - A na was Bitters czeka na dole.
- Jasne, idziemy. To na razie Kendall. Wpadniemy jutro. - pomachałem im ręką i wyszli.
Kelly spojrzała na mnie z uwagą.
- Chce Ci się spać? - zapytała.
Pokręciłem głową.
- Spałem trochę rano. - odparłem, kiedy usiadła. - Dzięki za towarzystwo.
- Nie ma sprawy. I... - zawahała się na chwilę. - Muszę Ci coś powiedzieć.
- To mów.
- Przeglądałam zapisy z monitoringu. Wiem kto Cię pobił. Ty musisz to tylko potwierdzić przed policją. - powiedziała cicho.
- Obstawa niegrzecznego chłopca. - mruknąłem.
Kelly pokiwała głową. Miała podkrążone oczy.

(Kelly)
Dwójka policjantów opuściła już pokój Kendalla.
- Prokurator jeszcze dzisiaj wyda nakaz aresztowania Wallacea Dooley'a. - oznajmił mi. - Słowa poszkodowanego są jednoznaczne.
- Dziękuję. - uścisk dłoni był pożegnaniem.
- To nasz praca.
Weszłam do środka. Kendall leżał twarzą do ściany.
- Jak było?
- Lepiej niż się spodziewałem. - odpowiedział, nie zmieniając pozycji.
Jego głos był stłumiony. Odkręcił się w moja stronę dopiero, kiedy podeszłam bliżej.
- Kelly... Zabierz mnie na spacer. - poprosił.
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- Oj, proszę. Mam już dosyć tych czterech białych ścian.
- Zapytam lekarza. Zaczekaj chwilę.
- Dzięki. - powiedział z uśmiechem.
Wyszłam z sali i zaczęłam szukać lekarza. Doktor Johanson wychodził właśnie ze swojego gabinetu.
- Doktorze, mogę na słówko?
- Tak?
- Kendall poprosił mnie, żebym zabrała go na spacer. Chciałam zapytać, czy...
- Oczywiście. Tylko proszę wziąć wózek. Nie powinien jeszcze chodzić. A świeże powietrze dobrze mu zrobi.
- Dziękuję. A skąd...
- A, przepraszam. Emily. - zwrócił się do jednej z pielęgniarek. - Możesz przyprowadzić wózek do dwójki. Pacjent chciałby iść na spacer.
- Oczywiście, doktorze.
- Proszę iść do Kendalla. - pogonił mnie. - Na pewno nie powinien być sam. Przynajmniej nie zbyt długo.
Odeszłam w stronę pokoju. Trafiliśmy na dobrego lekarza.
Kendall leżał na plecach, trzymając nad głową jakąś kartkę.
- Przygotuj się. - powiedziałam mu. - zaraz wychodzimy.
- Mogę? - zapytał z radością w głosie.
- Jasne. Gdzie masz jakąś bluzę, czy coś takiego?
- Tam powinien być sweter. - powiedział, wskazując na jeden z rogów pomieszczenia.
Odeszłam do wskazanego przez niego kąta. Szary sweter leżał złożony na krześle. Kiedy odwróciłam się z powrotem w jego stronę, zobaczyłam, że próbuje usiąść. Ból malował się na jego twarzy.
- Zaczekaj, pomogę ci. - podeszłam do niego najszybciej jak mogłam i złapałam go z tyłu, podpierając mu plecy ręką.
- Dzięki. - wydyszał, oddychając szybko.
- Spokojnie, będzie dobrze. Nie masz jeszcze dość siły. Następnym razem, po prostu zawołaj. Kendall wypuścił powietrze z płuc. Spojrzał wymownie w sufit.
- Nie musisz się peszyć. - powiedziałam cicho. - Wiem, że jest ci ciężko, wszystko cię boli i tak dalej. Wiesz, że Cię nie zostawimy?
Pokiwał głową.
- Po prostu czuję się taki... słaby. Nie mogę sam usiąść, bo nawet to mnie boli.
Miał łzy w oczach. Przyciągnęłam go do siebie i pogłaskałam po głowie.
- Masz połamane żebra. Tak to zazwyczaj jest. I jesteś po prostu osłabiony. Nie musisz się tym zadręczać. Tyle razy pomogłeś innym, więc czemu inni nie mogą pomóc Tobie? - oznajmiła, akcentując ostatnie słowo. - Widziałam, jak pomagałeś Jamesowi dostać się na kasting. Jak go broniłeś na pierwszym przesłuchaniu w Minnesocie. Wiem, jak pomagałeś Camille Roberts zdobyć rolę w musicalu i nie oczekiwałeś niczego w zamian. Mam wymieniać dalej?
Pokręcił głową.
- Nie musisz czuć się zakłopotany. To minie, zobaczysz. Odzyskasz siły, a złamania się zrosną.
- Przepraszam. - wyjąkał.
- Nie masz za co. Każdy miewa chwile słabości. Ja najczęściej.
Uśmiechnął się przez łzy.
- Dobra, wytrzemy buzię. - powiedziałam szukając chusteczki na szafce nocnej. Otarłam mu łzy. Nawet go to śmieszyło. - I idziemy na spacerek. Zgoda?
Pokiwał głową.

(Kendall)
Muszę przyznać, że nie znałem Kelly od tej strony. Kiedy się rozkleiłem, było mi wstyd. A ona zaczęła mnie pocieszać. Kelly chyba to rozumie. Wie, ze na swój pokręcony sposób jakoś tego potrzebuję.
A ten spacer... Był dla mnie kompletnym zaskoczeniem.
Kelly prowadziła mój wózek po alejkach szpitalnego ogrodu. Było bardzo miło. Nawet tolerowała moje osłabienie, czego ja nienawidziłem.
- Kelly, a Gustavo jest bardzo wściekły? - zapytałem, kiedy usiadła na ławce.
- Nie był wściekły. Raczej zmartwiony. - odpowiedziała.
- Jak to? - wyjąkałem.
- Zależy mu na Tobie. - oznajmiła. - Zawsze zależało. Na chłopakach... Dopiero teraz to okazał.
Uśmiechnęła się do mnie ciepło, podając mi wafelka z galaretką.
- Skąd...
- Od Twojej mamy. Zawsze ci takie robi, kiedy jesteś chory.
Położyła mi rękę na przedramieniu. Jakby chciała mi tym dodać otuchy.
- Nie załamuj się. - wyszeptała. - Za jakiś czas wszystko wróci do normy.
- Myślisz, że uda mi się o tym zapomnieć?
Pokiwała głową.
- Nie od razu, ale w końcu ci się uda. To co się teraz dzieje pójdzie w niepamięć i nie będziesz już o tym myślał. Hmm?
Odwzajemniłem jej uśmiech. Cieszyłem się, że jest tu ze mną. Czułem się, jakbym... Miał jeszcze jedną siostrę.
Nagle Kelly pokazała palcem na jedną z alejek. Spojrzałem w tamtym kierunku. W moją stronę szedł Jett. Miał nieodgadnioną minę.
Podszedł do mnie i popatrzył mi w oczy. Nie wiedziałem, co chce mi powiedzieć.
- Ja... - zaczął. - Chciałem tylko powiedzieć, że odpuszczę z Jo. - powiedział. - Ona już nie ma dla mnie znaczenia. Była dla mnie tylko kolejną laską do zaliczenia.
Popatrzyłem na niego z zaskoczeniem. Nie miałem pojęcia, czy on mówi na serio, czy tylko ściemnia.

- Wracaj do zdrowia. To nie powinno Cię spotkać.

KONIEC!  

piątek, 20 września 2013

11. Ukryte uczucia

**Kendall**
Od kilku dni przebywałem głównie na kanapie. Czułem się już lepiej, ale brat Aliany kazał mi jeszcze przez tydzień siedzieć w domu. Sama Aliana od godziny siedziała nad laptopem i zdaje się sortowała zdjęcia. 
Wcześniej nie zauważyłem, że jest taka słodka. 
Poznałem jeszcze Nickole. Dziewczynę, której pomogła Aliana w dniu, w którym się rozchorowałem. Ona próbowała się trzymać ode mnie z daleka. Rozmawiała tylko z dziewczynami. Teraz Jennifer załatwiła jej pracę w sklepie muzycznym.dzisiaj jest jej pierwszy dzień.
Oparłem się o poduszkę, czekając na chłopaków. Mają tu zaraz być. Podobno. 
-A nie mogę po prostu sam iść do domu? - zaproponowałem, znudzony czekanie.
-Nie. - opowiedziała krótko. - Logan musi odpokutować. Wykorzystaj to.
Do końca nie wiedziałem, co ma na myśli. Musiała mieć na prawdę dużo maili do wysłania i załączników do podpięcia, skoro nawet na chwilę na mnie nie spojrzała.
-Co masz na myśli, mówiąc odpokutować?
-Mam rozumieć, że nic nie pamiętasz? - zapytała, odkładając komputer i podchodząc do mnie mnie bliżej.
-Pobiłeś kilka własnych rekordów. - Odparła, kręcąc głową i podpierając dłonie na biodrach. - Nazwałeś Cassidy Królewną Śnieżką i zwymiotowałeś na sukienkę Jen, a godzinę później miała być na randce. Reszta to przy tym pryszcz. 
Pokręciłem głową, zastanawiając się nad tym przez chwilę. Nie mogłem zrobić z siebie aż takiego idioty! To już niemożliwe. 
-Jak to się stało, że nazwałem Cassidy Królewną Śnieżką? - zapytałem, zanim zdołałem ugryźć się w język. 
Aliana zachichotała bezgłośnie. Już dawno zauważyłem jak jej zielone, niczym szmaragdy, oczy błyszczały, kiedy się uśmiechała. 
-Pamiętasz jej gościnny występ w Once Upon a Time?
Pokiwałem głową, nie do końca wiedząc do czego zmierza.
-Pamiętam. A co to ma do rzeczy?
-Włożyła ten kostium. - wyjaśniła i wtedy mnie olśniło. Jeśli miała na sobie te ciuchy, to czym się dziwić? Miałem gorączkę, więc nad sobą nie panowałem.
-Co ona na to? - zapytałem, bojąc się odpowiedzi.
-Na początku była w lekkim szoku, ale później jej wszystko wyjaśniliśmy, więc zrozumiała. Nie martw się. - odparła, wracając do komputera. - Wciąż lubi Cię tak samo. Mimo, że wie o twoich odpałach, kiedy dostajesz gorączki.
Westchnąłem, z powrotem kładąc się na kanapie. Jej akurat mogłem tego oszczędzić. 
Jednak zastanowiły mnie jeszcze inne słowa Aliany
-Co miałaś ma myśli, że Logan ma odpokutować? - zapytałem, wiedząc, że już wróciła do pracy.
-Wystawił Cię dla jakiejś panny, z którą na pewno nie pójdzie na randkę po raz drugi. - oznajmiła, powoli szukając miejsca na którym skończyła. - Przez to się rozchorowałeś i chwilowo cofnąłeś się do przedszkola...
-Ej! - krzyknąłem, przerywając jej wypowiedź.
-Nie gniewaj się, ale kiedy chorujesz jesteś gorszy niż małe dziecko. - odparła, wzruszając ramionami. - Chcę powiedzieć, że tak Logana ochrzaniliśmy, że spełni każde Twoje życzenie.
Zastanowiłem się przez chwilę. Doszedłem do wniosku, że jednego życzenia Logan nie może spełnić. Bo przecież nie powie Alianie, co mi leży na wątrobie, a właściwie na sercu, bo ta właśnie o to serce mi chodzi. 
Westchnąłem po raz kolejny, kiedy drzwi otworzyły się raptownie i weszli Logan, James i Carlos.
-Stary! - wrzasnął Carlos, gotowy zabrać mnie do naszego wspólnego domu. - Zbieraj swoje fraki!
Kiedy mieszkamy razem, łatwiej dojechać na zdjęcia i do studia. To rozwiązanie wymyślił oczywiście Logan, który został już w pracy okrzyknięty "spóźnialskim na wieki wieków i koniec". To był co prawd taki żart sytuacyjny, ale jak najbardziej życiowy.
Davida z nami nie było, mimo, że mieszkał z nami. Pewnie został w domu z opiekunką. Pewnie James nie chciał go ciągać po mieście, tylko dlatego, żeby mnie odebrać od dziewczyn.
-Gotowy już od jakiegoś czasu. - odpowiedziałem, kiedy james zabierał moje manatki. 
-Narozrabiał coś w między czasie? - zapytał Carlos, jakby odbierał ze szkoły swojego syna. 
-Nie, grzeczny był. - Odpowiedziała, niczym pani przedszkolanka. - Trochę narzekał, ale nic nie narozrabiał. 
Carlos zaśmiał się pod nosem. 
-A nie ma Roslyn? - zapytał.
-Ma dzisiaj jakiś super ważną konserwację w podziemiach muzealnych, więc wróci późno.
Roslyn? Ostatnio Carlos sporo o niej mówi. Nie wiem, czy to ma coś wspólnego z ich ostatnią kłótnia, ale od tamtego czasu Roslyn była na niego śmiertelnie obrażona.
-To idziemy? - zapytałem, wstając i zapinając bluzę. 
-Idziemy. - James, pokiwał głową, podtrzymując mnie za ramię. Pewnie Nate nagadał im głupot, że jestem osłabiony. 
Odwróciłem się zanim wyszedłem i ostatni raz spojrzałem na Alianę.
-Do zobaczenia! - zawołałem za nią. 
-Na razie! 
Wyszliśmy, machając jej na pożegnanie.
-----------------------------
I to by było dzisiaj na tyle. Chciałam jakoś zakończyć wątek choroby Kendalla i zająć się kolejnym tematem, który mi chodzi po głowie. zacznę go już w następnej notce.
Dzisiaj uważałam na błędy, ale mogłam coś pominąć. Jeśli pominęłam, przepraszam.
Dajcie znać, czy wam się podobało. Następna notka najwcześniej w poniedziałek. Na razie!