sobota, 21 września 2013

Za Największy Power - Jednorazówka

Opowiadanie wielonarracyjne

(Kelly)
Od dobrej godziny krążyłam po wytwórni, zastanawiając się gdzie podziewa się Kandall.
- Kendall, wychodź natychmiast! - wrzeszczałam. - Dobrze wiesz, że Gustawo już jest wściekły, bo nie stawiliście się na czas...
Nagle urwałam, bo otworzyłam drzwi do magazynu z instrumentami. Kendall leżał na podłodze z dziwnie rozłożonymi kończynami.
- Kandall! - krzyknęłam, podbiegając do niego. Kiedy się pochyliłam, zobaczyłam, że jego twarz jest we krwi. Tak naprawdę nie tylko. Całe jego ciało, które nie było przykryte ubraniem wyglądało podobnie.
Delikatnie potrząsnęłam jego ramieniem. Nic.
- Gustawo! - krzyknęłam natychmiast. - Wezwij pogotowie, szybko!
-Znalazłaś ostatniego pieska? - wykrzyczał, jakby nie dotarł do niego sens moich słów.
W końcu stanął w drzwiach jak wryty. Wlepił oczy najpierw na mnie, potem dopiero w Kendalla.
- Co się stało? - zapytał. Wściekłość ustąpiła miejsce przerażeniu.
- Nie wiem. Dzwoń po karetkę, szybko. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
Powoli wyszedł na zewnątrz, szukając komórki w swoich workowatych spodniach.
Ponownie pochyliłam się nad Kendallem. Tym razem jeszcze niżej. Zauważyłam, że oddycha słabiej niż powinien.
- Szybciej! - wrzasnęłam z przerażeniem. - Z nim jest naprawdę źle.
Wciąż trzymałam go za ramię. Tych chłopców nie da się nie lubić. Szczególnie Kandalla. Tak naprawdę uwielbiam jego głupie przekomarzanki z Katie i to jak się godzą po pięciu minutach kłótni. On nie potrafi się długo gniewać.
Wrócił Gustawo. Stanął w drzwiach i powiedział:
- Pociąg pilnuje chłopaków, że się nie przedostali tutaj do przyjazdu pogotowia. - oznajmił cierpko.
- Jak zareagowali? - spytałam cicho.
- Przerazili się. Chcą wesprzeć Kandalla. Być przy nim.
- Może naprawdę lepiej, żeby teraz przy nim byli.
- Lepiej nie. Ja osobiście nie chciałbym oglądać swojego przyjaciela w takim stanie. Na niego też jest mi trudno patrzeć.
- Kiedy będzie pogotowie?
- Za piętnaście minut. W tej dzielnicy trudno dotrzeć na czas, kiedy to naprawdę potrzebne.
Westchnął. Resztę czasu spędziliśmy w ciszy. Po jakichś piętnastu, góra dwudziestu minutach przyjechało pogotowie. Zostaliśmy wyproszeni ze składziku. Po chwili wyszedł do nas jeden z sanitariuszy.
- Nie mam dobrych wieści. - powiedział smutno. - Chłopak został brutalnie pobity, ma połamane żebra. Na razie nie wiemy ile. Podejrzewamy krwiak i poważny uraz głowy. Zabieramy go do szpitala. Coś musi mu blokować drogi oddechowe, bo jego oddech jest bardzo słaby. Będziemy operować. Co z jego rodziną?
- Jego przyjaciele, mama i młodsza siostra mieszkają w Palm Woods. - wykrztusiłam. - Zaraz do niej zadzwonię. Gdzie go zabieracie?
- Do szpitala Świętej Elżbiety. Musi tam trafić jak najszybciej.

(Logan)
Kendall trafia do szpitala? Nie, to nie może być prawda. Każdy, ale nie on. On jest... za silny. To jakiś głupi żart. Zaraz Kendall wpadnie tutaj uśmiechnięty od ucha do ucha i wrzaśnie. „Ale was nabraliśmy!” albo „I co? Dalej trzęsą portkami nad moim losem?” i zacznie się głośno śmiać. To by było do niego podobne.
Wciąż to sobie powtarzałem. Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Wciąż siedzieliśmy na kanapach w studiu nagrań. Carlos siedział w pozycji półleżącej w swoim ukochanym kasku, a James nie mógł usiedzieć w jednym miejscu. Ciągle chodził w kółko i zastanawiał się co będzie dalej. A ja? Starałem się opanować wzbierającą we mnie panikę.
- Zobaczycie, że dzisiaj jeszcze będziemy się wszyscy razem wygłupiać na basenie. A Kandall jak zwykle wepcha Jamesa do basenu beż jego zgody. - powiedział nagle Carlos.
- Myślę, że nie. - usłyszeliśmy głos Gustawo.
Właśnie wszedł do środka. Ni wyglądał na wściekłego jak zwykle, tylko przerażonego i zmartwionego. To było dziwne jak na Gustawo. To znaczyło, że jest naprawdę źle.
- Gdzie jest Kendall? - zapytałem w końcu.
- W drodze do szpitala. Lekarze będą go operować.
- A pani Knight?
- Kelly do niej dzwoni.
- Co się w ogóle stało? - wybuchł nagle James.
- Ktoś go pobił. Jeszcze nie wiemy kto.

(pani Knight)
Wpadliśmy do szpitala jak oszaleli. Ze zdenerwowaniem podeszłam do recepcjonistki i zapytałam:
- Dzień dobry. Szukam mojego syna. Kendall Knight.
- Proszę chwileczkę poczekać. - powiedziała miłym głosem, wystukując coś do komputera. - Pani syn jest właśnie operowany. Proszę zaczekać. Na razie i tak nie można nic zrobić.
Odwróciłam się powoli. Podeszłam do chłopców, Katie i Kelly.
Jakieś 2 i pół godziny później:
- Pani Knight? - ponownie usłyszałam głos recepcjonistki.
- Tak?- wstałam, otrząsając się z zamyślenia.
- Pani syn został właśnie przewieziony na salę. Lekarz chciałby z panią pomówić. - powiedziała mi, ciepło się do mnie uśmiechając.
- Gdzie możemy go znaleźć?
- Lekarz ma gabinet na drugim piętrze. Z lewej strony, na końcu korytarza. Z pewnością powie pani coś o synu.
- Dziękuję. - pokiwałam głową w jej stronę.
Podeszłam do reszty. Katie prawie usnęła na ramieniu Logana. Kelly musiała gdzieś zgubić swoją teczkę, Gustawo z trudem panował na swoimi emocjami, a Carlos bujał kolanem, siedząc okrako.
- Wstajemy. Muszę porozmawiać z lekarzem.
Wszyscy wstali, nieco się ociągając. Kiedy już stali o własnych siłach, poszłam schodami na drugie piętro. Oni na pewno podążyli za mną.

(Katie)
Mama wyszła z gabinetu lekarza, powoli ją otoczyliśmy.
- Lekarz powiedział, że Kendall ma złamane trzy żebra, niewielki uraz głowy i że zatamowali krwotok wewnętrzny do żołądka. - powiedziała. - Jest jeszcze nieprzytomny, ale możemy się z nim zobaczyć.
- Kiedy wyzdrowieje? - zapytałam.
- Żebra zrosną się za jakiś miesiąc, ale i tak nie będzie mógł tańczyć przez jakieś dwa miesiące.
- Chodźmy do niego. - powiedział przeciągle Carlos.
- Właśnie.
Wcale się nie ucieszyłam na widok brata. Kiedy tylko dorwę tego, kto mu to zrobił, skopię mu tak tyłek, że będzie w gorszym stanie. Był przeraźliwie blady. Włosy miał w jakimś dziwnym nieładzie i pokryty był chyba kilogramem siniaków.
Prawie jakby spał, tylko się nie poruszał, i nawet zaczynam tęsknić za jego śpiewaniem w czasie snu. A teraz kiedy go usłyszę? Za miesiąc?
Mama pochyliła się nad nim i delikatnie pogłaskała jego siny policzek.
- Obudź się, synku. - wyszeptała. - Zdrowiej jak najszybciej. Wszyscy tu są, wiesz. Otwórz oczy.
Nikt nie zareagował na te dziwna wypowiedź. Każdy miał smutną minę. Nikt już się nie odzywał. Po chwili Carlos przerwał milczenie.
- Zawsze mogło być gorzej. - wymamrotał.
- Jak by było gorzej? - warknął Logan. - jakby ten ktoś zatłukł go na śmierć?
- Spokojnie. - zaskrzeczała mama. - Szpital przekaże policji naskórek znaleziony za paznokciami Kendalla. Z pewnością znajdzie tego, kto to zrobił.
Nadal głaskała go po policzku.
- Trzymaj się, stary. - powiedział cicho James.

(pani Knight)
Następnego dnia rano:
Spędziłam przy Kendallu całą noc. Nadal był nieprzytomny.
- Proszę coś zjeść. - powtarzał mi lekarz, kiedy do niego zaglądał. Za każdym razem badał go pobieżnie. Siedziałam wtedy trochę dalej. Było mi żal syna, ale wiedziałam, że wytrwa i będzie dobrze.
- Najpierw muszę mu spojrzeć w oczy. - mówiłam.
Teraz była chyba dziewiąta rano. Dostałam chyba dziesięć esemesów od Logana o treści: „James grozi, ze się pochlasta, proszę odpisać, że będzie dobrze.”, albo „Gustawo wpisał nam wszystkim tygodniowy urlop, na serio się martwi.”
Nagle usłyszałam cichy jęk. Pochyliłam się nad Kendallem.
- Kendall, synku... Słyszysz mnie? - mówiłam cicho. - Otwórz oczy.
Powoli odwrócił głowę w moją stronę. Zamrugał i w końcu na mnie spojrzał.
- Mama? - powiedział cichym, ochrypłym głosem.
- Jestem tu, kochanie. - pogłaskałam go po głowie.
- Gdzie... Gdzie ja jestem? - rozejrzał się po pomieszczeniu.
- W szpitalu. Ktoś Cie pobił, pamiętasz?
- Pamiętam jak ten typ, powiedział, że chce ze mną rozmawiać. Potem poszliśmy razem do składziku z bębnami. Przyszli do nas jeszcze jacyś kolesie.
- Co dalej?
- Nie pamiętam.
- Teraz odpocznij, kochanie. - powiedziałam.
On nic nie odpowiedział, tylko na chwilę przymknął powieki, jakby nagle zrobiło mu się słabo. Widziałam, że jest bardzo osłabiony. Lekarz mi o tym mówił, chociaż właściwie nie musiał.
- Zawołam lekarza. Zostań tu. - wyszeptałam.
- Spokojnie. - powiedział z lekkim uśmiechem. - Nigdzie się nie wybieram.
Uśmiechnęłam się do niego. Całe szczęście, nadal ma nastrój do żartów.

(Kendall)
Czemu jestem w szpitalu i czemu wszystko mnie boli? A na dodatek mama miała minę, jakbym był bliski śmierci. No i wyglądała jakby nie spała w nocy.
Pomyślmy jeszcze raz... Jestem cały sztywny, leżę w łóżku szpitalnym podłączony do rożnych mechanicznych dziwactw, mama wygląda jak siedem nieszczęść i dlaczego ostatnią rzeczą jaką pamiętam było trzech napakowanych kolesi wchodzących do składziku z instrumentami, kiedy „Wane Wane” chciał ze mną gadać? To wyglądało bardzo, bardzo dziwnie.
Wróciła mama. Przyprowadziła ze sobą jakiegoś faceta ubranego na biało. To pewnie lekarz, który się mną zajmuje.
- Miło, że do nas wróciłeś. - powiedział na powitanie siadając obok mnie. - Doprowadzaliśmy Cię do porządku jakieś cztery godziny. Nieźle nas wczoraj wystraszyłeś.
- Wczoraj? - powtórzyłem kręcąc głową na poduszce.
- Tak. Menażer zespołu wezwał do Ciebie karetkę wczoraj o drugiej po południu. Teraz dochodzi dziesiąta rano. - mówił spokojnie. - Pamiętasz coś, zanim straciłeś przytomność?
- Niewiele. Ktoś chciał ze mną rozmawiać na osobności. - powiedziałem powoli.
- Na razie nie wezwę policji. Może potem, jak sobie coś przypomnisz. - oznajmił, kładąc mi dłoń na ramieniu. - Teraz odpocznij. Naturalny sen najlepiej pomaga leczyć.
- Co się właściwie stało? - zapytałem.
- Zostałeś pobity. Na pewno poczujesz się lepiej, kiedy się obudzisz.
I wyszedł. Mama podeszła bliżej. Spojrzała na mnie z tą swoją dziwną troską i usiadła obok.
- Mamo, wróć do domu. - poprosiłem. - Prześpij się, bo jak cię znam siedziałaś tu całą noc.
- Masz rację. - pokiwała głową. - Powiedz, jak się czujesz.
- Jak po przegranym meczu hokeja. - odpowiedziałem po namyśle.
Mama zaśmiała się nerwowo. Chyba załapała.

(Kelly)
Po nieprzespanej nocy zjawiłam się w biurze. Usiadłam na jednym z krzeseł w studiu nagraniowym i zaczęłam się zastanawiać, kto może tak nienawidzić Big Time Rush. Przecież oni są kochani. Nikomu nie zaszkodzili. Powoli wstałam i poszłam na drugie piętro. Magazyn w którym znalazłam Kendalla. Weszłam do środka i zapaliłam światło. Wczoraj trochę bałam się rozejrzeć po pomieszczeniu. Teraz już trochę ochłonęłam.
Policja nie sprzątnęła bałaganu po całym zajściu. Na podłodze, oprócz krwi Kendalla, leżała jakaś kartka. Kiedy ją podnosiłam, myślałam, że to spis asortymentu, jakieś potwierdzenie kurierskie... Coś w tym rodzaju, ale nie. To była jakaś ręcznie napisana notatka. Znałam pismo każdego z chłopaków, nawet Kate i mamy Kandalla. Jednak to pismo nie przypominało żadnego z nich. Jaka szkoda, ze w składziku nie ma kamery, można by sprawdzić... Zaraz, kamera! Właśnie! W składziku, może i nie ma, ale na korytarzach jest pełno monitoringu, a ten jest bezwarunkowo włączony. Musiała zarejestrować, kto wchodził do magazynu z Kendallem. Czas poprosić chłopaków z ochrony o oddanie przysługi.
Wyszłam ze składziku, wyciągając pośpiesznie komórkę.
- John? - powiedziałam kiedy usłyszałam w słuchawce jego głos. - Musisz mi pomóc.
- Kelly, kochaniutka, dla Ciebie wszystko. - powiedział ze śmiechem. - Czego potrzebujesz?
- Zapisu z monitoringu. Ze wczoraj. Drugie piętro. - wyjaśniłam.
- Ok, kochaneczko. Płytka będzie czekać za pół godziny. Przyjdź do nas.
- Dzięki.
Godzinę później:
Jak oszalała dorwałam się do biurka. Wsadziłam płytę do napędu i czekałam, aż komputer łaskawie odczyta film.
Nagle coś zwróciło moja uwagę. Zapis z pierwszej trzydzieści. Kendall wchodzi do składziku z instrumentami. Nie był sam. Ktoś z nim szedł. Kurczę, a skądś znam tego gostka. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, do środka weszło trzech umięśnionych dresów. Przewinęłam do przodu. Pół godziny później z magazynu wyszło czterech chłopaków, ale już bez Kendalla. Znowu przewinęłam i zobaczyłam siebie, krążącą po korytarzu. Cofnęłam jeszcze raz do momentu w którym Kendall wchodził do składziku. Ten drugi chłopak... Skądś go znam. Spojrzałam na kartkę. Było na niej napisane:
Bo ten członek BTR ma największy Power. Bez niego reszta nie zawiąże sobie nawet butów.
Zamyśliłam się przez chwilę. Trochę w tym racji jest, bo to właściwie Kendall ma z chłopców najwięcej energii. To on motywuje ich do działania i ma najlepsze pomysły.
Teraz tylko muszę pokazać to policji.

(Kate)
- LOGAN! JAMES! CARLOS! - krzyczałam, ganiając po całym mieszkaniu.
- Co się dzieje, młoda? - zapytał Logan, wychodząc z łazienki.
- Dzwoniła mama! - wykrzyczałam. - Kendall się obudził!
- Dzwonimy do Kelly. - powiedział, podchodząc do telefonu.
Wykręcił numer do Kelly i czekał przez chwilę. Dziwne było to, że trzunsł nogą kiedy czekał, aż Kelly się odezwie.
- Kelly, przyjedź jak najszybciej!.. Dzwoniła pani Knight. Powiedziała, że Kendall już odzyskał przytomność. … Dobra, czekamy. Dzięki.
Odłożył słuchawkę.
- Kelly będzie za piętnaście minut. - powiedział. - Niech wszyscy się przygotują.

(Pani Knight)
Kendall właśnie zasnął. W końcu normalnie sobie odpocznie. Pomimo siniaków na twarzy, wciąż delikatnie się uśmiechał. Jak zawsze, kiedy śpi. Lubiłam to. Wydawał się wtedy taki niewinny. Jakby znowu miał osiem lat.
- Pani Knight? - usłyszałam cichy głos Logana.
- Tak? - potrząsnęłam głową, żeby odgonić sen.
- Słyszeliśmy, że Kendall się obudził i...
- Oczywiście. Wejdźcie, tylko cicho, bo przed chwilą usnął.
Chłopcy weszli do środka w towarzystwie Kate i Kelly.
- Jak Kendall? - zapytała Kate.
- Jest obolały, ale kiedy się prześpi, poczuje się lepiej. - Odpowiedziałam.
- Proszę pojechać do domu. - zaproponowała Kelly. - Na pewno jest pani zmęczona.
- Nie chcę, żeby był sam. - pokręciłam głową.
- Nie będzie. - zapewniła mnie Kelly. - Będziemy przy nim.
- Ale jak to, wszyscy? - zdziwiłam się.
- Nie koniecznie. - powiedziała Kate.
- Będziemy się zmieniać. - James przejął inicjatywę. - W ten sposób pani wypocznie, a Kendall nie będzie sam.
- Teraz posiedzimy tu razem, ale potem pojedziemy do Palm Woods. - mówił dalej Carlos. - Tylko kto zostanie? Ja mogę...
- I ja! - Logan podniósł rękę.
- Dzięki. - usłyszeliśmy słaby głos Kendalla.
- Za co, kochanie? - zapytałam, pochylając się nad nim.
- Że jesteście.
- Kumpla nie zostawimy. - powiedział Logan.
- Właśnie. - wszyscy pokiwali głowami.

(Logan)
Kelly i pani Knight już pojechały z Kate i Jamesem. Carlos jest w toalecie. Dobrze wiedziałem, że Kendall nie śpi, chociaż by bardzo tego chciał. Leżał tylko nieruchomo, nic nie mówiąc. Dobrze wiedziałem, ze teraz nie ma siły na nic.
- Logan, jadłeś trochę dziś rano? - zapytał, po chwili bezczynnego leżenia.
- Nie bardzo, a co? - odpowiedziałem, nie wiedząc skąd mu przyszło do głowy... Chociaż miał rację.
- Idź do stołówki. Mają niezłe, chude steki.
- Jeszcze nie jestem głodny. - odparłem.
- Jesteś. - upierał się.
- Wcale nie!
- To czemu ci burczy w brzuchu?
- Skąd wiesz?
- Słyszę. - wzruszył ramionami. - Idź do tej stołówki i w końcu coś zjedz. - powiedział ostro. - Długo tak nie pociągniesz.
Westchnąłem. W końcu kto, jak nie Kendall potrafi być taki uparty i przekonujący?
Wyszedłem, zostawiając go samego. I tak nie da mi spokoju, puki nie postawi na swoim.
Pani w stołówce była bardzo miła. Dala mi podwójną porcję, kiedy zapłaciłem za pojedynczą. Powiedziała, że jestem z chudy. Prawdę mówiąc, nie tylko ona tak sadziła.
- Smakowało? - zapytała, zabierając pusty talerz.
- Tak. Nawet się nie spodziewałem, że to będzie takie dobre.
- No tak, bo w końcu szpitalne jedzenie to bezsmakowe wióry... - zaśmiała się. - Pewnie dlatego jeszcze mnie nie wyrzucili.
Uśmiechnąłem się do niej. Podobało mi się jej podejście do życia. Takie... matczyne.
- Z tym gotowaniem nie wyrzucą.
- Jak masz na imię? - zapytała nagle.
- Logan.
- Naprawdę? Wcale nie pasuje do Ciebie to imię. - oznajmiła, podając mi herbatę.
- Dlaczego?
- Zupełnie jak ten facet z „X-Mena”. On był strasznym gburem.
- Zna Pani „X-Mena”? - zdziwiłem się, unosząc brwi.
- Tak. Mój syn to uwielbiał.
- To teraz już nie lubi?
Kobieta zasmuciła się. Nie wiedziałem dlaczego, puki nie odpowiedziała.
- Tony zginą pół roku temu w wypadku.
- Przepraszam, nie chciałem...
- Nic się nie stało, kochaneczku. Sama zaczęłam ten temat. Powiedz, kogo tu odwiedzasz. - zmieniała nagle temat. Ten na pewno był dla niej drażliwy i bolesny.
- Przyjaciela. Kendall został tu przewieziony wczoraj po pobiciu. - odpowiedziałem.
- To twój kolega? Widziałam wczoraj. Nie wyglądało to wesoło.
- Skąd pani wie, że to on?
- Dawno nie przywieziono tutaj nikogo o tym imieniu. Poproszono mnie, żebym mu umyła głowę po operacji. Kiedy włosy wyschły, były o wiele jaśniejsze. Jak on się czuje?
- Lepiej, obudził się, teraz jest przy nim Carlos.
- To dobrze. Wieczorem będę nosiła kolację, to z nim porozmawiam.
- Na pewno będzie mu bardzo miło.

(Kendall)
Logan wrócił po dwóch godzinach. W tym czasie zdążyłem już napisać pół piosenki z Carlosem. Jest beznadziejna. Wyrzucimy do kosza.
- Najadłeś się? - zapytałem, kiedy usiadł na krześle.
- Tak. Miałeś rację. Niezłe te steki. - pokiwał głową.
- Już je jadłem. Kiedy byliśmy tu z Gustavo. Kelly przyprowadziła mnie do stołówki, bo chciała ze mną pogadać. Pamiętacie?
Pokiwali głowami. Pozwoliłem im chwilę odsapnąć. Zresztą... Sam byłem oklapły, jak balon z którego właśnie spuszczono powietrze. Rozwiązał żyłkę i pozwolił, żeby ten kawałek gumy opadł na ziemię. Musiałem się przespać, odpocząć. Obecność przyjaciół w pewnym sensie pomagała.
Z Carlosem i Loganem było lepiej. Na kilka minut udawało mi się zapomnieć, że jestem w szpitalu.
Po obchodzie była pora na „zmianę warty”, jak nazywał to Logan.
Drzwi pokoju otworzyły się z cichym trzaskiem. Do środka weszła Kelly.
- Hej Kendall. - uśmiechnęła się do mnie. - Jak się czujesz?
- Lepiej. - odpowiedziałem, kiedy mnie uściskała. - I powoli mam dość tego pytania.
- Wydobrzejesz nam tutaj. - zapewniła mnie. - Po leczeniu odpoczniesz trochę w domu i będziesz jak nowo narodzony.
- Dzięki.
- Jutro Pociąg Cię odwiedzi. - powiedziała nagle. - Chciałby sprawdzić jak się miewasz. - i zwróciła się do Carlosa i Logana. - A na was Bitters czeka na dole.
- Jasne, idziemy. To na razie Kendall. Wpadniemy jutro. - pomachałem im ręką i wyszli.
Kelly spojrzała na mnie z uwagą.
- Chce Ci się spać? - zapytała.
Pokręciłem głową.
- Spałem trochę rano. - odparłem, kiedy usiadła. - Dzięki za towarzystwo.
- Nie ma sprawy. I... - zawahała się na chwilę. - Muszę Ci coś powiedzieć.
- To mów.
- Przeglądałam zapisy z monitoringu. Wiem kto Cię pobił. Ty musisz to tylko potwierdzić przed policją. - powiedziała cicho.
- Obstawa niegrzecznego chłopca. - mruknąłem.
Kelly pokiwała głową. Miała podkrążone oczy.

(Kelly)
Dwójka policjantów opuściła już pokój Kendalla.
- Prokurator jeszcze dzisiaj wyda nakaz aresztowania Wallacea Dooley'a. - oznajmił mi. - Słowa poszkodowanego są jednoznaczne.
- Dziękuję. - uścisk dłoni był pożegnaniem.
- To nasz praca.
Weszłam do środka. Kendall leżał twarzą do ściany.
- Jak było?
- Lepiej niż się spodziewałem. - odpowiedział, nie zmieniając pozycji.
Jego głos był stłumiony. Odkręcił się w moja stronę dopiero, kiedy podeszłam bliżej.
- Kelly... Zabierz mnie na spacer. - poprosił.
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- Oj, proszę. Mam już dosyć tych czterech białych ścian.
- Zapytam lekarza. Zaczekaj chwilę.
- Dzięki. - powiedział z uśmiechem.
Wyszłam z sali i zaczęłam szukać lekarza. Doktor Johanson wychodził właśnie ze swojego gabinetu.
- Doktorze, mogę na słówko?
- Tak?
- Kendall poprosił mnie, żebym zabrała go na spacer. Chciałam zapytać, czy...
- Oczywiście. Tylko proszę wziąć wózek. Nie powinien jeszcze chodzić. A świeże powietrze dobrze mu zrobi.
- Dziękuję. A skąd...
- A, przepraszam. Emily. - zwrócił się do jednej z pielęgniarek. - Możesz przyprowadzić wózek do dwójki. Pacjent chciałby iść na spacer.
- Oczywiście, doktorze.
- Proszę iść do Kendalla. - pogonił mnie. - Na pewno nie powinien być sam. Przynajmniej nie zbyt długo.
Odeszłam w stronę pokoju. Trafiliśmy na dobrego lekarza.
Kendall leżał na plecach, trzymając nad głową jakąś kartkę.
- Przygotuj się. - powiedziałam mu. - zaraz wychodzimy.
- Mogę? - zapytał z radością w głosie.
- Jasne. Gdzie masz jakąś bluzę, czy coś takiego?
- Tam powinien być sweter. - powiedział, wskazując na jeden z rogów pomieszczenia.
Odeszłam do wskazanego przez niego kąta. Szary sweter leżał złożony na krześle. Kiedy odwróciłam się z powrotem w jego stronę, zobaczyłam, że próbuje usiąść. Ból malował się na jego twarzy.
- Zaczekaj, pomogę ci. - podeszłam do niego najszybciej jak mogłam i złapałam go z tyłu, podpierając mu plecy ręką.
- Dzięki. - wydyszał, oddychając szybko.
- Spokojnie, będzie dobrze. Nie masz jeszcze dość siły. Następnym razem, po prostu zawołaj. Kendall wypuścił powietrze z płuc. Spojrzał wymownie w sufit.
- Nie musisz się peszyć. - powiedziałam cicho. - Wiem, że jest ci ciężko, wszystko cię boli i tak dalej. Wiesz, że Cię nie zostawimy?
Pokiwał głową.
- Po prostu czuję się taki... słaby. Nie mogę sam usiąść, bo nawet to mnie boli.
Miał łzy w oczach. Przyciągnęłam go do siebie i pogłaskałam po głowie.
- Masz połamane żebra. Tak to zazwyczaj jest. I jesteś po prostu osłabiony. Nie musisz się tym zadręczać. Tyle razy pomogłeś innym, więc czemu inni nie mogą pomóc Tobie? - oznajmiła, akcentując ostatnie słowo. - Widziałam, jak pomagałeś Jamesowi dostać się na kasting. Jak go broniłeś na pierwszym przesłuchaniu w Minnesocie. Wiem, jak pomagałeś Camille Roberts zdobyć rolę w musicalu i nie oczekiwałeś niczego w zamian. Mam wymieniać dalej?
Pokręcił głową.
- Nie musisz czuć się zakłopotany. To minie, zobaczysz. Odzyskasz siły, a złamania się zrosną.
- Przepraszam. - wyjąkał.
- Nie masz za co. Każdy miewa chwile słabości. Ja najczęściej.
Uśmiechnął się przez łzy.
- Dobra, wytrzemy buzię. - powiedziałam szukając chusteczki na szafce nocnej. Otarłam mu łzy. Nawet go to śmieszyło. - I idziemy na spacerek. Zgoda?
Pokiwał głową.

(Kendall)
Muszę przyznać, że nie znałem Kelly od tej strony. Kiedy się rozkleiłem, było mi wstyd. A ona zaczęła mnie pocieszać. Kelly chyba to rozumie. Wie, ze na swój pokręcony sposób jakoś tego potrzebuję.
A ten spacer... Był dla mnie kompletnym zaskoczeniem.
Kelly prowadziła mój wózek po alejkach szpitalnego ogrodu. Było bardzo miło. Nawet tolerowała moje osłabienie, czego ja nienawidziłem.
- Kelly, a Gustavo jest bardzo wściekły? - zapytałem, kiedy usiadła na ławce.
- Nie był wściekły. Raczej zmartwiony. - odpowiedziała.
- Jak to? - wyjąkałem.
- Zależy mu na Tobie. - oznajmiła. - Zawsze zależało. Na chłopakach... Dopiero teraz to okazał.
Uśmiechnęła się do mnie ciepło, podając mi wafelka z galaretką.
- Skąd...
- Od Twojej mamy. Zawsze ci takie robi, kiedy jesteś chory.
Położyła mi rękę na przedramieniu. Jakby chciała mi tym dodać otuchy.
- Nie załamuj się. - wyszeptała. - Za jakiś czas wszystko wróci do normy.
- Myślisz, że uda mi się o tym zapomnieć?
Pokiwała głową.
- Nie od razu, ale w końcu ci się uda. To co się teraz dzieje pójdzie w niepamięć i nie będziesz już o tym myślał. Hmm?
Odwzajemniłem jej uśmiech. Cieszyłem się, że jest tu ze mną. Czułem się, jakbym... Miał jeszcze jedną siostrę.
Nagle Kelly pokazała palcem na jedną z alejek. Spojrzałem w tamtym kierunku. W moją stronę szedł Jett. Miał nieodgadnioną minę.
Podszedł do mnie i popatrzył mi w oczy. Nie wiedziałem, co chce mi powiedzieć.
- Ja... - zaczął. - Chciałem tylko powiedzieć, że odpuszczę z Jo. - powiedział. - Ona już nie ma dla mnie znaczenia. Była dla mnie tylko kolejną laską do zaliczenia.
Popatrzyłem na niego z zaskoczeniem. Nie miałem pojęcia, czy on mówi na serio, czy tylko ściemnia.

- Wracaj do zdrowia. To nie powinno Cię spotkać.

KONIEC!  

3 komentarze:

  1. Świetna jednorazówka. Biedny Kendall prawie się rozpłakałam... Podobało mi się. Świetnie piszesz. Tak trzymaj! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. rewelacyjne to opowiadanie dziewczyno jesteś genialna morze napiszesz książkę zyczliwa koleżanka :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Brawo! Jak dla mnie super :)

    OdpowiedzUsuń