czwartek, 28 listopada 2013

36. Kolacja

**Kendall**
Spakowałem już większość swoich rzeczy. Z dziewczynkami z sal naprzeciwko też zdążyłem się pożegnać. Bardzo polubiłem ich towarzystwo, mimo, że chciały ze mną oglądać Hannah Montanę i Disneyowskie bajki. Mimo wszystko jeszcze nie dostałem wypisu.
Zautomatyzowane drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł David, rzucając się na mnie z ramionami. Błyskawicznie podbiegł do łóżka wskakując mi na kolana.
-David, mówiłem ci coś! - krzyknął James, który wbiegł zaraz za nim. Z tyłu szła Aliana, która niosła papierową torbę. - Nie skacz na niego.
-Przepraszam. - odparł smutno, schodząc ze mnie i spuszczając głowę.
-Nie szkodzi. - pokręciłem głową, siadając trochę prościej. - Też się za tobą stęskniłem, młody.
-Mały przytulił mnie do siebie, a ja po przyjacielsku poderdałem go po głowie. - Chciałbym już stąd wyjść, ale nie dali mi jeszcze wypisu.
-Nam dali. - powiedziała cicho Aliana, podchodząc do mnie i całując w usta. - Zbieraj się.
No i tu Carlos znowu ma rację. Aliana wszystko mi wybaczy, a ja i tak zachowuję się jak ostatni kretyn. I głupek.
-Chodź, już wszyscy na Ciebie czekają. - odparła, kiedy wstawałem.
-Z szefem włącznie. - dodał James, który zarzucił sobie na ramię moją torbę, do której spakowałem rzeczy. - Chociaż Erin twój urlop jest nawet na rękę, bo...
-Bo znalazła sobie chłopaka. - dokończyła za niego Aliana. - Poza tym, szybko znalazł mi nowe zajęcie. To znaczy tymczasowe.
-I bez tego znalazłabyś sobie fuchę. - powiedziałem, przytulając ją do siebie. - Jesteś najlepsza w tej branży! - krzyknąłem, coraz mocniej ją obejmując.
Ta tylko oderwała się ode mnie, dysząc ciężko. Spojrzałem na nią ze śmiechem patrząc jak poprawia sobie torebkę. Chciała wyciągnąć sobie telefon z kieszeni, ale ten z trzaskiem upadł na podłogę. James schylił się i podniósł g, patrząc na wyświetlacz. Aliana szybko mu go zabrała, chcąc odebrać.
-Ostatnio często do Ciebie wydzwania. - powiedział, wsadzając ręce do kieszeni.
-Ma ważne sprawy. - odpowiedział wychodząc z sali.
Spojrzałem na niego pytająco, ale on tylko pokręcił głową, dając mi tym znak, żebym się tym lepiej nie interesował. Kiedy po dłuższym świdrowaniu wzrokiem, James się poddał, tylko spojrzał na mnie z rezygnacją. Później poruszył bezgłośnie ustami, jakby chciał powiedzieć „Reynolds”.
-A czego on chce? - zapytałem, kiedy David pociągnął mnie do drzwi.
-Chyba chce ją z kimś umówić na sesję. Nie wiem, tyle mi mówiła. - wzruszył ramionami.
-Idziemy!? - jęknął David, powodując, że obaj wyszliśmy z sali.
**Carlos**
Od dłuższego czasu wiedziałem, że z Loganem jest coś nie tak. Zachowywał się dziwie, można wręcz powiedzieć, że nasz kontakt był maksymalnie ograniczony. Nawet w pracy zachowywał pewien dystans. Graliśmy chwilowo bez Kendalla. Bo może właśnie jego brak tak na niego działał?
Od dłuższego czasu nie rozmawiał z nami, był wręcz na zupełnie innej orbicie. Aż do teraz. Jak Kendall wraca do domu. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Zazwyczaj nie gotuję, ale raz muszę się poświęcić. Wziąłem pokrojone warzywa i cisnąłem nimi na patelnię. Nie dokładnie wiem, jak się to robi, ale mam nadzieję, że niczego nie pomylę. W końcu Nathan nie bardzo miał czas, żeby mi to wyjaśniać.
-Słuchaj, może ja to za ciebie dokończę? - zaproponowała Roslyn, która już zdejmowała swój fartuch malarski. - Coś nie bardzo Ci to wychodzi.
-Cicho! - krzyknąłem. - Dam sobie radę.
Roslyn tylko się zaśmiała i przytuliła mnie do siebie. Czułem jak mną buja. Z daleka dochodził do mnie zapach jej francuskich perfum. Wiedziałem, że po kryjomu nazywa je „swoją małą ojczyzną”. Wiedziałem, że teraz byliśmy prawie sami, bo Jen i Nicole rozmawiały na piętrze.
-Jesteś pewien, że właśnie tak to się powinno robić? - zapytała, kiedy przekręciłem pierwszą porcję warzyw, a ona była spalona pomimo sporej ilości wody.
-Tak, nie wiem, dlaczego się pali. - oznajmiłem. - Powinno wyjść dobrze.
-Wiesz, kto używał tej patelni przed Tobą? - zapytała, siadając na blacie kuchennym.
-Wydaje mi się, że Logan, ale nie jestem pewny.
-No i wszystko jasne. - westchnęła.
-Co jest jasne? - zapytałem, zestawiając patelnię z ognia.
-Jak to co? - wzruszyła ramionami, zeskakując z blatu. - On nigdy nie zmywa po sobie naczyń. Mało to razy na niego narzekałeś?
No oczywiście. Mogłem na to wcześniej wpaść.
**Nicole**
Nie miałam pojęcia, gdzie podziewa się Logan. Od dłuższego czasu się nie odzywa, chociaż powinien wrócić do domu godzinę temu.
-Nicole, nie przejmuj się. - powtarzała mi Jennifer, siedząc z gitarą na kolanach. - Logan to pieprzony fuksiarz. Nic mu nie jest.
-Tak, łatwo Ci mówić. - wyszlochałam, odchodząc od zmysłów. - To nie Twój chłopak chodzi nie wiadomo gdzie. Ja się o niego martwię, zrozum!
-Przypominam Ci, że to mój kuzyn! - wrzasnęła, odkładając gitarę na bok. - Logan to Logan. Zawsze inni cierpią za jego szaleństwa, a on wychodzi bez szwanku.
Usiadłam na kanapie naprzeciwko niej. Nie wiem, jak by wyglądał nasz pokój, gdybym go nie sprzątała pewnie wyglądałby jak pobojowisko pobitewne. Z drugiej strony, trudno uwierzyć, że Logan potrafi zasyfić taki luksus.
Nagle drzwi się otworzyły i do środka weszła Aliana. Była bardzo cicho, prawie jej nie zauważyłyśmy. Chociaż bardzo potrzebowałam jej obecności, wiedziałam, że nie mogę jej powiedzieć wszystkiego.
-Nie ma Logana? - zapytała, rozglądając się po pokoju. - Miał być już jak tu przyjdziemy.
-Nie, ale pewnie zaraz wróci. - odpowiedziała Jen, chowając swoją gitarę do pokrowca. - A wy już ze szpitala? Carlos nie zdążył?
-Zdążył. - odpowiedziała Aliana, zapisując coś na kartce. - Ale nie do końca mu to wyszło, więc Kendall teraz po nim poprawia.
-Poprawia? - powtórzyłam, spoglądając na nią spod byka.
-Ratuje co się da. - machnęła ręką, pokazując, że wcale nie ma na myśli wyrzuconej kolacji i przygotowanie wszystkiego od nowa. - Carlos nie ma ręki do kuchni.
-W przeciwieństwie do Kendalla, który świetnie gotuje. - dodała Jen, przytupując obok mnie.
Aliana uśmiechnęła się pod nosem. Zawsze tak reagowała, kiedy... No wiadomo. Mogła tak po prostu pomyśleć o przyszłości, teraźniejszości i pracy, która dzięki Bogu nie była aktualnie zbyt ciężka i Allie nie musiała chodzić we wszystkie strony, żeby pokazać wszystko, co chciała.
Drzwi znowu się otworzyły, ale tym razem do pokoju wszedł David.
-Zrobiliśmy Kolację! - krzyknął, wpadając na Jen i kładąc się na jej kolanach.
-My? - zapytała, próbują go usadzić między mną, a sobą.
-Ja, wujek Carlos i wujek Kendall. - odpowiedział.
-Tak, szczególnie Carlos. - mruknęła Jen, ciągnięta przez Davida do drzwi. - Prędzej kurczak pofrunie niż Carlos ugotuje.
-Co, znowu oglądałyście stare odcinki „Teorii Wielkiego Podrywu”? - zapytała Alina, idąc za nimi, a ja poszłam za nią.
-Wiesz jakie to wciągające? - krzyknęła, kiedy byłyśmy już na schodach. - A pamiętasz ten odcinek z fotelem ze śmietnika? To było odlotowe.
-Tak, chyba nie wymyślili lepszego. - zaśmiała się, jak zeszłyśmy już na dół.
Teraz po praz pierwszy zobaczyłam Kendalla od czasu porwania. Miał rękę w gipsie i Bóg raczy wiedzieć ile zadrapań, ran i siniaków pod ubraniem. Na twarzy nie wyglądał tak źle. Miał tylko rozciętą głowę i kilka plastrów. Mimo wszystko jego twarz rozjaśniał szeroki uśmiech.
-Hej, przystojniaku! - powiedziałam, przytulając go do siebie po przyjacielsku. - Jak się czujesz?
-Dzięki, już lepiej. - odpowiedział, odpychając mnie od siebie. - strasznie się za wami stęskniłem.
-My za tobą też. - powiedziałam, łapiąc sztućce i rozkładając je na dużym stole.
Wciąż martwiłam się o Logana. Jen przekonywała mnie, że to nie ma sensu, bo pewnie po raz kolejny stracił poczucie czasu i nie ma się czym przejmować i że to to tylko kolejny raz, kiedy to mu się zdarza.
-Nicole, wszystko gra? - zapytał Carlos, patrząc na mnie z troską.
-Tak, nie martw się. - odpowiedziałam, nakładając sobie pstrąga na talerz.
-Jeśli chodzi o Logana, to się nie martw. - powiedział. - Napisałem do niego SMSa, odpisał, żebyśmy na niego nie czekali, bo wpadł na starych kumpli ze szkoły.
-Widzisz, mówiłam Ci. - odparła Jen, szturchając mnie w ramię. - Nic mu nie jest.
Wzruszyłam ramionami. No tak, tego można było się spodziewać.
**Logan**
Roslyn i Carlos męczyli mnie telefonami, ale nie odbierałem. Wiem, że dzisiaj Kendall wychodzi ze szpitala, ale są od tego znacznie ważniejsze sprawy, bo dla mnie bezpieczeństwo Nicole jest najważniejsze. Albo znajdę tego bydlaka, albo nie.
-Proszę, proszę... - usłyszałem za plecami głos z wyraźnie rosyjskim akcentem. - Kogo my tu mamy... Przydupas Brown we własnej osobie.
Odwróciłem się do niego przodem. Facet wyglądał jak ubogi mafiozo. Jego twarz znaczyła podłużna blizna. Poza tym wyglądał całkiem nieźle jak na przestępcę odżywionego radzieckimi sterydami na dopalaczach.
-Nie nazywaj nas tak. Kocham ją. - powiedziałem automatycznie.
-Na prawdę? - roześmiał się, wyjmując nuż zza pazuchy. - Jeszcze do Ciebie nie dotarło, jaka to jest suka? Widzi w tobie jedynie bogatego chłoptasia, który...
Nie zdążył dokończyć, bo szybkim, zgrabnym ruchem wyciągnąłem pistolet ukryty w spodniach i przystawiłem mu do szyi. Ale on nawet nie zadrżał.
-Widzę, że gwiazdor się przygotował... - zaśmiał się po raz kolejny. - Twój kumpel to tchórz. On ani śmiał się stawiać, a my robiliśmy z nim co chcieliśmy.
Wzmianka o Kendallu doprowadziła mnie do jeszcze większej furii, która i tak była spora, zważywszy na moje zdeterminowanie łączące z obroną Nicole.
-Skatowałeś mojego najlepszego przyjaciela prawie na śmierć! - wrzasnąłem, opluwając go prosto w twarz. - Pomiatałeś moją dziewczyną jak jakąś szmatą a teraz...
-Jest szmatą! - przerwał mi, podnosząc głos. - Niech to do Ciebie w końcu dotrze, bogaty chłoptasiu. Ona cię nie kocha, leci tylko na twoją kasę!
Zamachnąłem się dziko i uderzyłem go w skroń. Z jego czoła pociekła krew, a on upadł na ziemię nieprzytomny. Nie pozwolę, żeby taki śmieć kpił z mojej dziewczyny! Nie pozwolę.
Przeładowałem broń i wycelowałem w jego nieruchome ciało. Teraz wystarczyło go tylko dobić.
Byłe coraz bliższy pociągnięcia za spust. Drżała mi dłoń.
Nie! Nie mogę tego zrobić. Wtedy będę taki sam jak on!
Zabezpieczyłem broń, chowając ją z powrotem za pasek. Ostatni raz spojrzałem ze wstrętem na to ścierwo i obejrzałem się na pięcie. Wróciłem do samochodu. Emocje jeszcze nie opadły. Z wściekłością uderzyłem w kierownicę i ze świstem wypuściłem powietrze z płuc. Poczułem jak po policzku spływa mi pojedyncza łza.
Oddychając głęboko, odpaliłem silnik. Tak niewiele potrzeba, żeby doprowadzić mnie do ostateczności i... Jestem słaby. Powinienem strzelić. To by załatwiło wszystkie nasze problemy i w końcu byśmy się od niego uwolnili... To byłby koniec. Koniec problemów z sutenerami.
Musiałem wrócić do domu, ale wiedziałem, że do tej pory muszę dojść do siebie i zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Jakby nic się nie stało.
Jechałem przez mokre od deszczy ulice. Przez zaciemnione szyby nikt nie mógł mnie zobaczyć. Może to i lepiej. Może wystarczy powiedzieć w domu, że jestem zmęczony i nie będą o nic pytać. Może moja bajeczka o kumplach w zupełności wystarczy?
Z lekkim wahaniem zaparkowałem na podjeździe i wysiadłem z samochodu, wyjmując kluczyki z kieszeni. A może po prostu przywitam się z Kendallem i od razu pójdę spać. Może nikt nawet się nie zorientuje. Co najwyżej Jen na mnie naskoczy rano, że jechałem po pijaku, ale lepiej, żeby rzucała się z tego powodu, niż z prawdziwego.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i na dzisiaj tyle. Mam nadzieję, że wyszło lepiej jak wczoraj, no i że wam się podoba, bo było mi przykro, jak zobaczyłam jeden komentarz. Mam nadzieję, że po tej notce będzie lepiej. Do następnej notki! Pozdrawiam.  

wtorek, 26 listopada 2013

35. Troska

-I to wszystko? - zapytał Kendall, kiedy już wszystko mu opowiedziałam. - Na pewno?
-Tak. - pokiwałam głową, podając mu trochę kaszki. - co prawda Logan wciąż jeszcze się po wszystkim nie otrząsnął, ale James i Jen obiecali go pilnować.
Kendall przełknął kilka następnych kęsów. Przez kilka ostatnich dni tak wyglądało nasze życie. Jeździłam do szpitala, pomagałam go karmić, opowiadając mu wszystko, co się działo i gadaliśmy o mało istotnych sprawach. A później zazwyczaj ktoś nam przeszkadzał.
-Poza tym... - Ciągnęłam dalej. - David chciałby cię odwiedzić. Bardzo się za tobą stęsknił.
-Serio? - popatrzył na mnie ze zdziwieniem, usiłując zając wygodniejszą pozycję. - Też za nim tęsknię. Jak mu to wytłumaczyliście?
Wzruszyłam ramionami. Tym zajmowała się Jen, więc wiedziałam tylko tyle ile mi wyjaśniła.
-Jennifer próbowała znaleźć coś pomiędzy prawdą, a kłamstwem. - oznajmiłam, mieszając w porcelanowej misce. - Powiedziała, że miałeś wypadek i...
-Jaki wypadek? - przerwał mi, zatrzymując moją rękę. - O czym ty mówisz?
-Jennifer zmyśliła historię, że potrącił cię samochód. - powiedziałam. - No i, że jesteś zbyt chory, żeby móc przyjmować gości. Wszystko ładnie trzyma się kupy. Sama Ci to wyjaśni. Kilka spraw wytłumaczymy amnezją pourazową i będzie wszystko ok.
Chciałam podać mu kolejną porcję, ale ku mojemu zdziwieniu, Kendall nie otworzył ust, tylko patrzył na mnie ze zdziwieniem. Nie do końca jeszcze wszystko ogarniał, ale trzeba go jakoś zrozumieć. I wytłumaczyć.
-Nie przejmuj się. - powiedziałam. - Jen na pewno wszystko ci wytłumaczy. Szybko załapiesz, zobaczysz. - zapewniłam go, chcąc zeskrobać ostatnie resztki szpitalnego śniadania.
-Tak, jasne... A niby jakim sposobem miałbym...
-Próbowałeś uciekać i wpadłeś jednemu kolesiowi pod koła. - przerwałam mu, w nadziei, że teraz na pewno grzecznie zje. - Jennifer wszystko Ci wytłumaczy. Dobra, zjedz do końca, bo muszę jechać do pracy. - pogoniłam go, wiedząc, że nie chciał tego usłyszeć.
-To komu robisz teraz sesję? - zapytał.
-Nikomu. Szef kazał mi trochę popykać na „Victoria znaczy Zwycięstwo”. - wyjaśniłam, odkładając pustą miskę na szafkę nocną. - Małe zlecenie wewnątrz firmy. Nic takiego.
Kendall bacznie mnie obserwował, kiedy próbowałam wszystko posprzątać. Wiem, że krzątam się przy nim jak nad małym dzieckiem i wiadomo.
-Mówiłaś, że zawieszono produkcję serialu. - odezwał się nagle, kiedy wyrzuciłam plastikowe sztućce do śmietnika. - Możesz mi wyjaśnić, co robią chłopaki?
-Nagrywają osobne covery. - wyjaśniłam, siadając naprzeciwko jego łóżka. - Pomysł Kressa. - dodałam. - Policzył wszystkie i wyszło, że ty masz ich piętnaście razy więcej niż reszta.
-Nie liczy się. - wymamrotał, kiedy przypomniał sobie o swoim kanale na YT. - Robiłem je dawno temu. Nie ważne. - wymamrotał, sięgając po dodatkową poduszkę.
-Kendall, ja wiem. - powiedziałam, łapiąc go za rękę. - Ale dla Rusherek to jest ważne. Przecież wiesz kim one dla was są. To więcej niż fanki. Sam mi to tłumaczyłeś.
-Tak wiem. - powiedział, kładąc się na wznak. - Powinnaś już iść.
-No jasne... Ale i tak przyjdę po południu. - powiedziałam, delikatnie go całując. - Kocham cię.
-Ja Ciebie też. - zawołał cicho za mną, zanim zdążyłam wyjść.
**James**
Musiałem skończyć tą robotę, zanim Jen wróci z pracy. Logan i Nicole gdzieś poszli, Carlos chodzi po muzeum, a ja zostałem z małym, który jak gdyby nigdy nic ogląda bajkę. Przynajmniej nie przeszkadza mi, kiedy pracuję.
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Później znajome trzaśnięcie drzwiami i już byłem pewny, że to Jennifer. Podszedłem do holu, zostawiając papiery na stole.
-Hej... - powiedziała, ściągając buty. - Spisałeś już te nuty?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, wspięła się na palce i pocałowała mnie w usta.
-Właśnie jeszcze nie. - powiedziałem, obserwując jak się rozbiera. - Miałem nadzieję, że zdążę zanim wrócisz. - No ale trudno. Rozszyfruję te dźwięki wieczorem.
-A rozmawiałeś z Loganem o tej broni, którą kupił? - zapytała, kiedy szliśmy do salonu.
Nie chciałem, żeby David się powiedział o tych sprawach. To nie było dla niego zbyt dobre. Wiem, że popadam w paranoję, sprawdzając, czy broń Logana nadal jest pod łukiem. I naprawdę część kompletu znikała i co rano brakowało dwóch pistoletów. Tylko czemu dwóch? A nie jeden?
-Jeszcze nie. - odpowiedziałem, składając papier z pięciolinią i częściowo napisanymi nutami. - Nie wiem jak się do tego zabrać. Chyba wolę poczekać, aż sam nam o tym powie.
-On w ogóle potrafi się tym posługiwać? - zapytała, kręcą się obok miniaturowego magnetofonu stojącego na stole.
-Nic mi o tym nie wiadomo. - odparłam, zamykając teczkę z papierami. - Zawsze mógł się nauczyć po kryjomu. Trochę boli mnie, że nam o tym nie powiedział. Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi.
Jen usiadła mi na kolanach i pogłaskała po skroni. Zawsze mnie to uspokajało. Nie wiem, co chciała tym osiągną, ale to wprowadzało mnie w dziwny sposób ukojenia.
-Jesteście. - zapewniła mnie, nie przerywając czynności, ale zjeżdżając dłonią aż do mojej brody. - Jesteś kochany, ale musisz przyznać, że czasami trochę przesadnie i za nerwowo reagujesz. - wyjaśniła, wciąż głaszcząc mnie po twarzy. - Może właśnie tego się bał?
Zamyśliłem się na chwilę. Jen ma trochę racji. Kiedy znalazłem ten miniaturowy arsenał, poderwałem się i krzyknąłem. Pewnie zrobiłbym tak od razu, gdyby nie obecność Davida w domu.
-Możliwe, ale to nie zmienia faktu, że Logan czasami przegina.
-Przegina, ale... - powiedziała, przestając mnie głaskać. - Zrozum. On jest w rozsypce. Co ty byś zrobił, gdyby mnie, albo Davidowi coś groziło?
Zamyśliłem się na chwilę. To jednocześnie łatwe i trudne pytanie. Nie powinna o to pytać.
-Pewnie zrobiłbym wszystko, żeby was ochronić. - powiedziałem cicho. - Wszystko.
-Właśnie. I on też się stara, chociaż może nie do końca czystko się za to zabrał.
**Logan**
Szedłem z Nicole w stronę zacisznej kawiarenki. Tyle się ostatnio działo, że nie miałem głowy do muzyki. Wiedziałem, że muszę nagrać te projekty indywidualne, ale na razie nie miałem ochoty dzwonić do studia, żeby się umówić na nagranie.
-Usiądź proszę. - powiedziałem, wskazując na najbardziej ustronne miejsce w kawiarni.
-Chciałeś porozmawiać. - zaczęła, kiedy się rozglądałem, żeby się upewnić, czy nikt nas nie obserwuje, ani nie podsłuchuje.
-Tak, otwórz torebkę. - oznajmiłem, sięgając do neseseru. - Mam coś dla Ciebie.
Nicole wykonała moje polecenie, mimo, że wciąż była w lekkim szoku. Nie wiedziała, co przyniosłem i nie mogła wiedzieć. Jeszcze nikomu nie mówiłem, że to mam.
Drżącymi rękami wyjąłem mniejszy egzemplarz i włożyłem go do torebki Nicole. Ona popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. Wyglądała, jakby się tego zupełnie nie spodziewała.
-Nie sądziłam, że na prawdę to kupisz. - powiedział cicho, zamykając torebkę i odkładając ją za siebie. - Ale też wydało mi się podejrzane, że pytasz o producentów.
-Bardzo prosty w obsłudze. - wyszeptałem. - Magazynek jest pełny. Żeby przeładować, musisz...
-Wiem, potrafię strzelać. - przerwała mi, a ja uniosłem brwi, patrząc na nią w szoku. - Kiedyś nauczyła mnie jedna z dziewczyn w agencji. Zabili ją, kiedy się wydało, że jest z FBI.
Patrzyłem jej głęboko w oczy. Nie spodziewałem się tego. Nie wiedziałem, że kobieta, którą kocham przeszła aż tyle. Gdybym tylko mógł ją przed tym uchronić... Sprawić, że to by się nie stało, na pewno bym to zrobił.
-Więc, wiesz jak tego użyć? - zapytałem, nie wiedząc co mam jeszcze powiedzieć.
-Tak, nie musisz mi wyjaśniać.
**Carlos**
W ciągu ostatnich dni wszystko było takie, jakie nie powinno być. Kendall w szpitalu, a Nicole nie wiadomo co grozi. A najgorsze jest to, że nie możemy nic zrobić. Właściwie policja się tym zajmuje, ale ta bezczynność i bezradność dawała nam się mocno we znaki. Nie wiem jak inni, ale ja znosiłem to okropnie. Najgorsze jest to, że nikt z nas nie może nic poradzić. Że ja nie mogłem nic poradzić.
Szedłem bocznymi ulicami Los Angeles. Szpital i muzeum w którym pracuje Roslyn jest na tej samej ulicy, a wcześniej osobiście mnie wyrzuciła, mówiąc, że „ta wystawa nie jest ciekawa”. Więc skoro nie chce mnie w muzeum, to zaproponowałem, że spotkamy się u Kendalla, a ona na to „Czemu nie.”. Wtedy ja ją pocałowałem i... Dobra, już się zamykam.
Poszedłem więc do szpitala i wsiadłem do windy. Kendall leżał na najbardziej zautomatyzowanym oddziale, nie licząc sal do neurochirurgi i rehabilitacji. Nie bez powodu Nate żartował sobie, mówiąc, że to „Strefa VIPów”. Kiepski żart, ale było w tym ziarenko prawdy.
Kiedy wszedłem do sali, zauważyłem, że Kendall nie śpi. Leżał tylko bez ruchu, wpatrując się w ekran telewizora. Uśmiechnąłem się i podszedłem bliżej.
-Ciekawy program? - zapytałem, siadając obok łóżka.
Kendall oderwał wzrok od telewizora i wyłączył go pilotem. Potem odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął się blado.
-Wybacz, zamyśliłem się. - powiedział cicho. - Co w domu? - zapytał.
-James próbuje rozgryźć nuty, a Logan chodzi gdzieś z Nicole. - powiedziałem. - No i mały ciągle o Ciebie pyta. Kazał cię pozdrowić.
-Dzięki. - mruknął, wyjmując coś spod poduszki. - Cukierka? - zapytał, rozwijając paczkę żelków. - Mam ich tu sporo.
-Ale jak? - parsknąłem, biorąc do ręki kilka żelowych misiów.
-Małe dziewczynki. - wytłumaczył. - Ja im daję rysunki, a one dzielą się ze mną słodyczami. Robią to same. Nic od nich nie wyciągam.
-Jasne, przecież nic nie mówię. - uniosłem dłonie w geście obronnym. - Wyluzuj.
-Dzięki, ostatnio mam więcej czasu, żeby rozmyślać, ale to chyba na marne. - powiedział zrezygnowanym tonem.
-Co masz na myśli? - spytałem, zupełnie zbity z tropu.
-Chodzi o to, że... - zaczął, biorąc głęboki oddech. - Rano była tu Aliana. Pomaga mi, opiekuje się mną, a ja ją prawie wyrzuciłem.
-Nie przejmuj się. - poklepałem go po ramieniu. - To Aliana. Ona wybaczy Ci wszystko. Na pewno.
-Myślisz? - spojrzał na mnie z nadzieją.
-Jestem pewny. - pokiwałem głową. - A jak się czujesz?
Głupie pytanie. Pewnie czuje się tak, jak wygląda. Kilka porządnych siniaków wciąż znaczyło jego bladą skórę. Ręka w gipsie spoczywała na prześcieradle. No i inne zranienia, które były ukryte pod koszulą i kocem. Nie lubiłem patrzeć na niego w takim stanie, ale wiedziałem jak bardzo mu to jest potrzebne. Musi wiedzieć, że ma bliskich. Musi mieć pewność, że nie jest z sam.
Pomogłem mu wygodniej usiąść, a on oparł się o poduszkę, którą zdołałem postawić tak, żeby była w wygodniejszej pozycji.
-Wszystko w porządku? - zapytałem, kiedy po raz kolejny się speszył.
-Tak, tylko chciałbym wrócić do domu. - odpowiedział. - Zaczynam się tutaj nieswojo czuć.
-Stary, spokojnie. - uniosłem dłonie, chcąc go jakoś załagodzić. - Twój lekarz mówi, że za tydzień albo dwa dojdziesz do siebie.
-To mnie pocieszyłeś... - westchnął, patrząc w sufit.
Nagle usłyszałem otwieranie zautomatyzowanych drzwi. Do środka weszła Roslyn, trzymając w ręku swoją skórzaną kurtkę.
-Cześć chłopaki. - powiedziała podchodząc bliżej i całując mnie w policzek. - O czym rozmawiacie.
-Nienawidzę tego szpitala. - powiedział wciąż wpatrując się w sufit.
-Nie przesadzaj! - krzyknęła, po przyjacielsku merdając go po głowie. - Jakoś to wytrwasz! Nie zostawimy Cię. - powiedziała, siadając na jego łóżku. - Alina na pewno tez nie.
-Właśnie. - westchnął. - Aliana. Ja zachowuję się jak kretyn, a ona...
-Bo cię kocha. - przerwała mu, opierając głowę o moje ramię. - Znam ją dłużej niż wy i wiem, że przyjdzie tu jeszcze dzisiaj i będzie zachowywała jak gdyby nigdy nic. - powiedziała z pełnym przekonaniem. - Jestem tego w stu procentach pewna.
Kendall uśmiechnął się do niej, podając jej kilka misiowych żelków, które zostały w torebce. Odwróciłem się ponownie, kiedy drzwi znowu się otworzyły.
-Widzę, że świetnie się bawicie. - oznajmiła Aliana, wchodząc do środka. - Mam dobrą wiadomość.
Podeszła do Kendalla i pocałowała go w policzek. Roslyn teatralnie wywróciła oczami.
-Za trzy dni wychodzisz. - oznajmiła. - Tylko musisz stawiać się co kilka dni na kontrolę i brać leki.
-Poważnie? - ucieszył się, zupełnie jakby zapomniał o swoim zachowaniu sprzed sekundy.
-Tak, tylko... Uwaga cytuję: „Bez żadnych numerów”!
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i na dzisiaj tyle Podobało wam się? Mam nadzieję, że tak. No i podziękowania za te siedem komentarzy pod ostatnią notką. To chyba rekord. Dziękuję, jesteście wspaniali!  

czwartek, 21 listopada 2013

34. Czekanie

Sześć złamanych żeber, niewydolność oddechowa i dwa zabiegi chirurgiczne. Doliczmy do tego jeszcze łatanie uszkodzonej wątroby, odmę opłucną i zmiażdżenie kości promieniowej. Tyle Kendall musiał przejść, zanim lekarze określili jego stan jako zadowalający.
-Jego stan jest ciężki, ale stabilny. - Powtarzał mi Nate, za każdym razem, kiedy do niego wchodziłam. Siadałam przy łóżku...
Patrzyłam w jego nieruchomą, beznamiętną i pogrążoną w sztucznym śnie twarz. Głuchy dźwięk wywoływany przez respirator i kardiomonitor odbijały się od pokrytych gipsem ścian. Głaskałam bezmyślnie jego miękkie, jasne włosy. Miałam nadzieję, że to tylko jakiś koszmarny sen, który zaraz minie.
Tata Kendalla wielokrotnie próbował mnie namówić, żebym poszła do domu, przespała się... Ale wolałam, żeby to Cassie wzięła wszystkich pod swoje skrzydła na ten rujnujący czas.
-Skarbie, prześpij się... - Nawet ona mnie do tego namawiała. Chyba tylko po to tu przychodziła.
-Dlaczego to właśnie on? - zapytałam, kiedy przytuliła mnie do siebie po przyjacielsku. - Dlaczego to jego spotkało? - wyszlochałam jej w ramię.
Cassidy pogłaskała mnie po włosach, jakby to miało mi dodać otuchy. Ona jako jedyna złamała mój zakaz pod tytułem: „Zostawcie mnie. Chcę być sama.”. Mimo wszystko muszę przyznać, że jej obecność pomagała. Bardzo pomagała. Wtedy nie myślałam, że Kendall jest w aż takim złym stanie. Ale Nate i ten drugi lekarz, którego nazwiska chwilowo nie pamiętałam, woleli utrzymywać Kenny'ego w śpiączce farmakologicznej, w nadziei, że dzięki temu organizm Kendalla zbierze większość sił, żeby wyzdrowieć. Ile to może potrwać? Nate twierdzi, że do kilku dni.
Od tamtej pory nie odstępowałam go właściwie na krok. Pani Schmidt nosiła różne rzeczy do szpitala, próbowała mnie karmić, ale i tak się nie dawałam.
Wiedziałam jak bardzo Kendall kocha muzykę. Dlatego tylko wczoraj pojechałam do domu, żeby zabrać ze sobą odtwarzacz i jakieś płyty. Po kilkudziesięciu próbach odtworzenie starego albumu skopiowanego na kompakt, zaczynałam znać na pamięć połowę piosenek Chucka Berry, a wcześniej byłam w stanie zaśpiewać tylko „Route 66” i tylko w wersji przyśpieszonej.
Wstałam z krzesła i podeszłam do otwartego okna. Ze szpitalnego ogrodu słychać było krzyk kilkorga dzieci. Jedno na wózku, kilku innych biegało wokół niego ze wstążeczkami do baletu.
Usłyszałam jak otwierają się drzwi. Automatyka w tym skrzydle była normą, ale wciąż nie lubiłam tego dźwięku. Kojarzył mi się z plastikowym więzieniem Magneta. Odwróciłam się w ich stronę i zobaczyłam jak do środka wchodzi Kevin, trzymając dwa kubki kawy na wynos.
-Trzymaj, to dla ciebie. - mruknął, podając mi jeden z nich. - Pewnie dawno nie spałaś. Przyda Ci się. A jak tutaj? - zapytał, kiedy wzięłam od niego kubek, mrucząc smętne „Dzięki”.
-Bez zmian. - odpowiedziałam, kiedy usiadł na jednym z krzeseł. - Nate mówi, że potrzebuje trochę czasu, ale nie wiem, czy jest jakiś sens mówienia co lekarze o tym sądzą.
-Nie ma. - odpowiedział, poprawiając Kendallowi koc, który zaczynał się zsuwać na podłogę. - gadałem z nimi. Poza tym Kendall to pierdoła, ale nie zostawi kobiety, którą kocha.
**James**
Patrzyłam z otwartymi ustami na zawartość walizki, którą Logan przyniósł do domu. Gdyby tu był, pewnie bym go udusił gołymi rękami. No i po co mu połowa arsenału militarnego w domu.
-Tato, zobacz, co Jennifer zrobiła! - usłyszałem krzyk Davida i pośpiesznie schowałem walizkę pod łózko, udając, że ścieram kurze z obicia tylnego.
David podbiegł do mnie, a ja odrzuciłem na bok szczotkę do czyszczenia. Ten wskoczył mi na kolana, kiedy siadałem po podłodze. Mały podał mi coś, co wyglądało jak trzy połączone ze sobą gofry, sklejone syropem z owoców.
-Świetne! - uśmiechnąłem się do niego, patrząc jak mały odwija jedno z ciastek ukazując wzorek z czekolady ukryty w środku. - Czemu tego jeszcze tego nie zjadłeś? - zapytałem.
-Bo chcę wszystkim pokazać. - wytłumaczył. - Może dzisiaj przyjedzie ciocia Aliana i wujek Kendall? Bardzo im się spodoba. I ciocia Roslyn? Pewnie będzie próbowała zrobić takie sama.
Posmutniałam na chwilę. I jak teraz dziecku wytłumaczyć, jak przedstawia się sytuacja? W szpitalu u Kendalla byłem tylko raz. A kiedy go zobaczyłem, od razu zrobiło mi się niedobrze.
-David, posłuchaj - powiedziała Jennifer, kiedy zauważyła, że nie wiem co powiedzieć. - Wujek Kendall jest teraz bardzo chory i musi zostać w szpitalu.
-A ja nie mogę go odwiedzić? - zapytał, robiąc oczy szczeniaczka.
-Nie, kochanie. - powiedziałem, pomagając mu wstać. - Wujek jest zbyt chory, żeby mógł przyjmować gości. Ciocia Aliana się nim opiekuje i dlatego nie może do ciebie przyjść.
-A może ja pójdę do nich? - zapytał.
-Nie, kochanie. - odpowiedziała za mnie Jen. - Kiedy będziesz mógł odwiedzić wujka Kendalla, na pewno Cię do niego zabierzemy.
David wstał bez słowa i wyszedł z pokoju. Zawsze tak robił, jak tylko zostawał na przegranej pozycji. Odetchnąłem z ulgą i spojrzałem na walizkę, która leżała pod łóżkiem.
-Co się stało? - zapytała. - Jesteś jakiś zakłopotany.
-Logan kupił broń. - odpowiedziałem.
-Domyśliłam się. - odpowiedziałam siadając na łóżku. - Nicole mu powiedziała gdzie można załatwić takie rzeczy nielegalnie. - odparła, wyprzedzając moje następne pytanie.
-Tylko po co mu ta broń? - wykrzyczałem, nie do końca zdjąć sobie sprawę, co robię.
Jen wpatrywała się we mnie, trochę tak, jakby się mnie bała. Dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę, że stoję na równych nogach.
-Chce chronić Nicole. - odparła. - Nic na to nie poradzisz.
**Carlos**
Trzy dni później:
Obserwowałem Roslyn, która od dłuższego czasu siedział pod oknem w sypialni. Nie wiem co tam robiła, ale nie śmiałem podchodzić bliżej, bo wiedziałem, że czasami bywa niebezpieczna. Wydarzenia z ostatnich kilku dni dały nam się mocno we znaki. Nienawidziłem tego całego napięcia. Kevin trochę doprowadzał mnie do szału. To, co posprzątałem, to on rozwalał, tłumacząc, że szuka czegoś w rzeczach Kendalla. Rano przyszedł tu z jakimś pudełkiem biżuterii, mówiąc coś o zaręczynach. Jemu już całkiem się w głowie poprzewracało.
Podszedłem do Roslyn, obejmując ją delikatnie. O dziwo nie nie odepchnęła, mimo że był rozdrażniona.
-Jest Ci smutno? - zapytałem, wtulając się w jej szyję.
-Tak jakby. - odpowiedziała, patrząc na karmnik, który ustawił James. - Po prostu martwię się o Alianę. Od kilku dni nie je, nie śpi... Chodzi w tych samych ciuchach i właściwie nie odchodzi od łóżka Kendalla. Mogłaby się przespać, zjeść coś normalnego...
-Poczekaj jeszcze. - powiedziałem. - Kiedy Kendall się obudzi, na pewno przemówi jej do rozsądku.
-Oby. - wzruszyła ramionami. - Miejmy taką nadzieję. Nie chcę, żeby się pochorowała.
-Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. - powiedziałem, głaszcząc ją po głowie. - A co to jest? - zapytałem, zabierając z parapetu podkładkę do wyszywania. - Szydełkujesz? - zapytałem oglądając z bliska wyhaftowane kwiatki.
-W końcu to też jest jakaś sztuka. - wzruszyła ramionami.
Nagle drzwi otworzyły się z cichym trzaskiem. Do środka zajrzał Kenneth. Oboje spojrzeliśmy na niego jednocześnie.
-Jest już obiad, więc jak jesteście głodni, to... - zaczął cicho.
-Jasne, zaraz zejdę. - powiedziałem cicho. - Musimy jeszcze przez chwilę porozmawiać.
-Nie ma sprawy. - odpowiedział i natychmiast się wycofał. Mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby się przekonać, że Kenneth gotuje równie dobrze jak Kendall.
**Logan**
Podszedłem do jednego z większych automatów pod pokojem lekarskim. Drzwi były uchylone, więc bez problemu mogłem zobaczyć Nate'a, który pisał coś w komputerze. Nie wiem, czy to miało jakiś związek z Kendallem i na razie wolałbym się tego nie dowiadywać.
Wrzuciłem pieniążek do otworu, wciąż go obserwując. Był wyraźnie zaniepokojony. Nie wiedziałem, czy martwi się o Alianę, a może o Kendalla. Osobiście martwiłem się o oboje. Są moimi przyjaciółmi, a Aliana na razie była na najlepszej drodze do wykończenia. Nie mogłem tak po prostu do niej iść i tak w prost jej powiedzieć: „Aliana, idź do domu. Długo tak nie pociągniesz.”. To ma w ogóle jakiś sens? Może miałoby przynajmniej odrobinę, gdybym miał jej upór. A tak? Nie rozumiałem dlaczego to robi? Mogła iść do domu, przespać się, odpocząć. A co mogłem w tej chwili zrobić? Kawę jej donosić.
Właśnie, kawa. - przypomniałem sobie, wystukując dodatkowy cukier i cappuccino z czekoladą, które Aliana tak bardzo lubiła. Miało to niewiele kofeiny, ale Allie nie była przyzwyczajona do kawy, więc działała na nią nawet taka odrobina.
-Proszę pana? - usłyszałem głos jakiejś starszej pani. - Wszyscy czekają, a pan tylko blokuje kolejkę. - upomniała mnie, kiedy z dziurki wyskoczył już gotowy napój.
-Oczywiście. - powiedziałem, pośpiesznie zabierając papierowy kubeczek. - Przepraszam, już odchodzę. - najszybciej jak tylko potrafiłem, zabrałem kubek i odszedłem do głębi korytarza.
Nie spoglądając już na Nate'a, poszedłem do drzwi, na którymi był barek. Mogłem kupić tą kawę, po tym, jak zabrało mi się na przemyślenia.
**Aliana**
Oparłam głowę o łóżko Kendalla. Teraz pozostało mi tylko czekać. Nate już go ekstubował. Teraz wystarczą tylko rurki do nosa. Powiedział, że podano mu już leki, które powinny go wybudzić.
Pogłaskałam jego dłoń. Była taka delikatna pod bandażem... Rodzina Kendalla jeszcze o tym nie wiedziała. Roberts powiedział, że do nich zadzwoni. Tylko kiedy?
Wyprostowałam się, sięgając drugą ręką do grzywki Kendalla, która była rozsypana w nieładzie na jego czole. Ostrożnie odgarnęłam ją na bok, robiąc z nią porządek. Poprawiłam jeszcze poduszkę.
No i od nowa zaczęłam się wpatrywać w jego zamknięte oczy. Już sama myśl o tym, że za chwilę może się obudzić powodowała u mnie dziwne podniecenie, co sprawiało, że czułam się jak zakochana po uszy nastolatka. I owszem byłam zakochana.
Nagle powieka Kendalla drgnęła. Momentalnie podniosłam podniosłam się z krzesła i delikatnie położyłam dłoń na jego policzku. Kiedy spojrzał na mnie swoimi bystrymi, jasnymi oczami, poczułam jakby zdarzyło się coś na co od dawna czekałam.
Kendall odzyskał przytomność. W końcu był ze mną. Tak naprawdę.
-Wszystkiego najlepszego, Kendall. - wyszeptałam, kiedy moja zabłąkana łza kapnęła na jego koszulę nocną.
-Co? - wyjąkał ze zdziwieniem. - Jaki jest dzisiaj dzień?
-Jest piątek. - odpowiedziałam, ocierając łzę wierzchem dłoni. - Twoje urodziny. - dodałam, wciąż myśląc o słowach Kevina, które przekazała mi Roslyn. Znaleźli pudełko z biżuterią. Turkusową!
Kendall patrzył na mnie ze zdumieniem. Sprawiał wrażenie, jakby chciał mnie do siebie przytulić, ale nie miał na to wystarczająco dużo siły.
-Jak długo to trwało? - zapytał zachrypniętym głosem, sięgając dłonią do obolałego gardła.
Ostrożnie odłożyłam jego rękę z powrotem na pościel.
-Kilka dni. - powiedziałam, przytulając jego dłoń do swojej twarzy. - Niewiele się działo w tym czasie, więc nie masz niczego żałować. Nie ominęło cię nic ważnego.
-Opowiedz mi wszystko. - powiedział, robiąc swoją firmową minę smutnego psiaczka.
Zaśmiałam się przez łzy. Czego ja się spodziewałam? Wrócił mój Kendall. Ten, za którym tak bardzo tęskniłam.
-Później. - powiedziałam, ostrożnie całując jego pokaleczoną dłoń. - najpierw musi Cię zbadać lekarz. Będziemy mieli jeszcze dużo czasu, żeby porozmawiać.
Już prawie sięgnęłam wolną dłonią do tego przeklętego przycisku wzywającego pielęgniarkę, ale Kenny strącił ją, kiedy była w połowie drogi.
-Proszę, nie. - wyjęczał, niczym małe dziecko bojące się dentysty. - To naprawdę nie może poczekać? - zapytał.
-Miejmy to już z głowy. - odpowiedziałam, w końcu wciskając alarm. - Zaraz będziemy mieli czas, żeby pogadać. Zobaczysz. Nigdzie się nie wybieram. Zostanę z Tobą, obiecuję.
Kendall popatrzył na mnie przez chwilę, starając się ukryć ból. Po tak długim czasie leki przeciwbólowe przestały działać. To było więcej niż pewne.
-I po raz kolejny upadłem, a ty mi pomogłaś. - wyszeptał na wpół przymkniętymi powiekami.
-To takie twoje hobby? - zażartowałam, głaszcząc go po głowie. - Spadanie z różnych rzeczy?
-Tylko jeśli Ty mnie złapiesz. - odpowiedział całkiem poważnie, a ja pochyliłam się nad nim niżej i delikatnie pocałowałam go w czoło.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak, wiem... Ściągnęłam tekst z „Zaczarowanej”. Oglądałam to przy pisaniu końcówki. Mam nadzieję, że się wam podobało. Liczę, że tak. Dajcie mi, proszę, znać pod spodem. Do następnej notki! Pozdrawiam!

wtorek, 19 listopada 2013

33. Słodkich Snów

**Aliana**
Stałam pod drzwiami pokoju zabiegowego. Zobaczyłam przez szybę, jak Kendall wyciąga rękę w moją stronę. Przyłożyłam opuszki palców do zimnego szkła i uśmiechnęłam się do niego ponuro, dając mu znak, że wszystko będzie dobrze.
Nie mógł niczego powiedzieć, przez rurkę w gardle, przez którą pomagali mu oddychać. Nate wspominał mi coś o niewydolności oddechowej. Nie wiedziałam, że respirator był aż tak konieczny.
Kendall zaczepił Nate'a, szarpiąc go za ochronny fartuch wierzchni. Kiedy ten się do niego odwrócił, Kenny uniósł dłoń i wskazał w moją stronę. Wyprostowałam się i zaczęłam ich baczniej obserwować. Potem Nate coś powiedział do jednej z pielęgniarek, a ona wyjrzała za drzwi szukając kogoś wzrokiem. Potem się okazało, że szukała mnie.
-Pani Hamilton? - zwróciła się do mnie, kiedy mnie zauważyła. - Pacjent życzy sobie, żeby pani przy nim była.
-Oczywiście. - pokiwałam głową i weszłam zaraz za nią.
Podeszłam do wózka, na którym leżał Kendall i chwyciłam jego wyciągnięta dłoń.
-Już wszystko dobrze. - wyszeptałam, odgarniając mu grzywkę z czoła.
Nate dał mi dłonią znak, żebym spróbowała go uspokoić. No tak, w czasie znieczulenia musi mieć stabilne tętno. A nie byłoby łatwiej po prostu mu tego wszystkiego powiedzieć. Znieczulenie, które dali mu w karetce już dawno przestało działać.
-Już dobrze, kochanie. - szeptałam, jakbym chciała go ukołysać do snu. - Już po wszystkim. - powtarzałam. - Już po wszystkim.
Kiedy tętno Kendalla nieco się ustabilizowało, Nate skiną głową na jedną z pielęgniarek, a ona uniosło strzykawkę z jakimś przeźroczystym płynem i wepchnęła jej zawartość do kroplówki Kendalla. Zauważyłam, jak jego powieki stopniowo opadają.
-Słodkich snów, kochanie. - wyszeptałam, całując go w czoło. 
-Zabieramy go na blok. - oznajmił Nate, kiedy upewnił się, że zasnął. - Musimy zrobić laparotomię zwiadowczą, żeby naprawić, co ewentualnie zostało uszkodzone. Po operacji będziemy znali szerszą skale obrażeń.
-Proszę, nie mów tego przy nim. - powiedziałam, zanim wyszłam. - Obiecaj mi tylko, że wyzdrowieje. Że nic mu się nie stanie w trakcie zabiegów.
Nate popatrzył na mnie z uwagą. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Wpatrywałam się w niego, zamiast na pielęgniarki, przygotowujące Kendalla do zabiegu. Wiedziałam, że sobie poradzi, że jest na tyle silny, żeby się uporać z takimi obrażeniami, ale musiałam to usłyszeć jeszcze od Nate'a.
-Obiecuję. - powiedział, kiedy wózek z Kendallem podjechał pod wyjście.
Nie odpowiedziałam mu nic, tylko wyszłam na zewnątrz. Na korytarzu zauważyłam Kevina, brata Kendalla. Matko kochana, kto go ściągnął z Kansas?
-Kevin, co tu robisz? - zapytałam, kiedy do mnie podszedł. - Nie powinieneś być z rodzicami...
-Logan do mnie zadzwonił. - przerwał mi, kiedy chciałam już mu się tłumaczyć. - Wszystko mi powiedział. A myślę, że powinienem być przy bracie. No i sumienie mi podpowiada, że powinienem wesprzeć przyszłą szwagierkę.
Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. Ten spojrzał na mnie z zakłopotaniem.
-Co, jeszcze ci się nie oświadczył?
-Zupełnie nie mam pojęcia o czym ty teraz mówisz. - odparłam, patrząc na niego z uwagą. - O jakich zaręczynach w ogóle gadasz?
-To miała być niespodzianka. - wyjaśnił. - Wygadałem się, sorry.
-To jest teraz nieważne. - odparłam. - Najważniejszy jest teraz Kendall i to, żeby wyzdrowiał. O zaręczyny do których nie doszło, będziemy się martwić późnej. Co najwyżej będziemy udawać, że tego nie powiedziałeś.
Kevin popatrzył na mnie ze słabym uśmiechem. On i Kendall... Mieli właściwy identyczny uśmiech, kiedy się czymś martwili.
-A jak on się czuje? - odezwał się po dłuższej chwili.
Czekałam, aż o to zapyta. Nie mogłam go okłamywać. Za wiele powiedział, żebym mogła go okłamać, nawet, jeżeli sama siebie próbowałam okłamywać.
-Wiozą go na zabieg. - odpowiedziałam. - Wygląda strasznie i nic nie wskazuje, że jest lepiej niż wygląda. Zabierają go na operację. Po wszystkim powiedzą nam więcej.
**Nicole**
Siedziałam na ławce pod komisariatem policji. Właściwie już wszystko załatwiliśmy, ale Logan chce jeszcze coś sprawdzić. Nie wiem, co knuje, ale z pewnością nic dobrego.
Rozejrzałam się po ulicy i zauważyłam Jennifer, która biegła w moją stronę.
-Udało się? - zapytała, dysząc ciężko.
Pokręciłam głową. Nie chciałam jej mówić, gdzie poszedł Logan, ale z pewnością nie powinna wiedzieć, jakie rzeczy się tam załatwia. Miałam jej po prostu powiedzieć „Logan poszedł do przemytników broni. Nie mów nikomu, dobra?” Tego jej na pewno nie powiem.
-Chwilowo nic nie mogą z tym zrobić. - powiedziałam, wkładając torebkę na ramię. - Nikomu nic nie zrobił, ale...
-Ale co? - Jennifer zaczęła mnie ciągnąć na język, kiedy urwałam, ale nie chciałam jej powiedzieć tego na głos, bo sama myśl o tym powoduje u mnie ogromną falę wstydu. - No powiedz, bo czuję, że to ważne.
Przygryzłam dolną wargę, zgniatając sobie kciuk do bólu.
-Nicole, powiedz mi! - krzyknęła, kiedy się odwróciłam, żeby nie patrzeć jej w oczy. - Przecież jesteśmy przyjaciółkami.
-On zgwałcił każdą dziewczynę, która trafiła pod łapy Ricka. - powiedziałam. - Niektóre kilka razy. Mnie też.
-A ciebie? - zapytała, zmuszając mnie, żeby spojrzała jej w oczy. - Ile razy zgwałcił Ciebie?
-Trzy razy w tygodniu. - wychrypiałam. - Wciągu dwóch lat. Dokładnie tyle byłam prostytutką. I proszę... nie mów nikomu. Nawet Alianie. I Loganowi. Szczególnie jemu.
-Przecież powinnaś. - powiedziała, kiedy już wyszła z osłupienia. - Powinni wiedzieć. Obojgu bardzo na tobie zależy...
-Właśnie dlatego, nie chcę, żeby wiedzieli. - przerwałam jej, kiedy już chciała doda kolejne trzy grosze. - Nie chcę im jeszcze dokładać. Jeśli coś im się przeze mnie stanie...
Urwałam, kiedy zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie chcę powiedzieć tego na głos, bo te ciemne scenariusze, to tylko wytwór mojej wyobraźni. Był tylko jeden bardzo istotny szczegół. To obawy, które mogą się sprawdzić, jeżeli ci ludzie ich dopadną.
Przeszłam przez parking, aż do sportowego samochodu. Wiedziałam, że Logan zabrał ze sobą dużą walizkę, która teraz zniknęła z tylnego siedzenia. Tak bardzo chciałam, żeby wrócił.
Po kilku manipulacjach kluczykiem przy zamku, w końcu udało mi się otworzyć auto. Jeżeli Logan dowie się, o tym, co powiedziałam Jennifer... Teraz wolałam o tym nie myśleć.
Wsiadłam do samochodu, kiedy zauważyłam Logana biegnącego w stronę parkingu. W końcu rzucił trzymaną walizkę na tylne siedzenie i wsiadł na stronę kierowcy.
-Jen, jedziesz z nami? - zapytał, odpalając silnik. - Wolę mieć obok siebie jakąś silną laskę, kiedy dorwie mnie Aliana.
-Dlaczego miałaby Cię dorwać? - zapytałam, siadając z tyłu, tuż obok walizki, wolałam, żeby to Jen siedziała z przodu. Może przynajmniej nie będzie na mnie patrzeć z tą pieprzoną litością.
-Zadzwoniłem do Kevina i...
-Jakiego Kevina? - zapytałam, kiedy już jechał w stronę szpitala.
-Brata Kendalla. - wytłumaczył. - Jak znam życie, to przyjedzie z całą rodziną, a wolę ich nie zostawiać sam na sam z Alianą, bo ona tego nie wytrzyma.
**Roslyn**
-Klinuj... Klinuj... - Nic innego nie słyszałam od ostatnich kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu minut. - Teraz stopuj. Ostrożnie, to cenne dzieło sztuki.
Czy szef muzeum musi do mnie dzwonić w najmniej oczekiwanym momencie? I jeszcze na dodatek najmniej powołanej do tego chwili.
-Wy tam, pośpieszcie się! - usłyszeliśmy jego krzyk. - Jutro „Słoneczniki” jadą dalej, musi być w dobrym stanie przed odjazdem!
-A czy nie mógł nam tego powiedzieć, kiedy mieliśmy jeszcze godziny pracy? - Odkrzyknął Robert, puszczając ramę, która obecnie była przez nas szlifowana.
-Jestem twoim przełożonym, młody człowieku! W dodatku jesteś ode mnie młodszy stażem i w tej branży beze mnie nie znaczysz nic.
Robert, popchnął obraz Van Gocha w moją stronę, a ja w ostatniej chwili uratowałam go przed upadkiem.
-Bo co? Zwolni mnie pan?
-Mógłbym w każdej chwili. Twoja koleżanka też może wylecieć w każdej chwili! - oznajmił ty swoim przemądrzałym tonem.
-Nie zrobi pan tego! - powtórzył piąty raz w tym tygodniu. - Jesteśmy za dobrzy.
Wcale się nie przestraszyłam tej kłótni. Oni tak często. Powoli zaczynało mnie to nudzić. Wiem, że teraz powinnam być teraz w szpitalu, czekać z resztą przy Kendallu.
Komórka zadzwoniła mi w kieszeni. Ostrożnie ustabilizowałam obraz, żeby nie spadł ze sztalugi i wyciągnęłam go, spoglądając na wyświetlacz. Odebrałam połączenie, nie znając nadawcy.
-Słucham?
-Roslyn? - usłyszałam znajomy, chłopięcy głos. - To Kevin, brat Kendalla.
-Wiem, poznałam. - powiedziałam, wtykając pędzel do woskowania do puszki z gorącym, stale ogrzewanym płynem. - Jesteście już w szpitalu? - zapytałam.
-Tak, ale jeszcze nic nie wiemy. Zabrali Kendalla na operację. Nie wiemy, kiedy skończą. Podobno powiedzą nam jak będzie po wszystkim.
-A teraz wiecie coś nowego? - zapytałam, czekając na koniec kłótni szefa i Roberta.
-Nie. A tobie długo się zejdzie?
-Zależy. - odpowiedziałam. - Zadzwonię do Carlosa, kiedy będę wolna. Obiecał, że mnie odbierze.
-No jak, chcesz. Na razie.
-Cześć.
Usłyszałam jak się rozłączył. Popatrzyłam przez chwilę na obraz. Oni się kłócą, a ja nie mam czasu. Sama skończę! Chwyciłam szpachelkę i zeskrobałam nadmiar wosku z ramy. Czy nas naprawdę nie stać na lepsze środki konserwacyjne, czy mamy tak po prostu czekać na dofinansowanie? Bezczynnie... Z założonymi rękami...
Prawie skończyłam. Bez Roberta i jego przerośniętym ego też szło mi całkiem nieźle. Powoli przepędzlowałam ramę, żeby ostatecznie zetrzeć jego kurz, a kurz na ramie był bardzo niepożądany...
-Skończyłaś? - zapytał Robert ze zdziwieniem.
-Prawie. - pokiwałam głową. - Mógłbyś dokończyć za mnie? Muszę już jechać.
-A coś się stało? - zapytał, kiedy wysłałam do Carlosa SMSa.
-Tak, właśnie coś się stało. Cześć.
Czym prędzej wzięłam torebkę i wybiegłam do szatani. Po godzinach pracy mogliśmy trzymać rzeczy w pracowni. Sygnał powracającego SMSa przyszedł, kiedy wkładałam bluzę, którą nosiłam wieczorami. Otworzyłam skrzynkę i zobaczyłam odpowiedź Carlosa.
Wiadomość od: Carlos
Już prawie jestem. Za pięć minut stoję pod bramą.”
Pięć minut? O kurteczka! Ledwo mam czas, żeby umyć ręce, a co dopiero włożyć na siebie wszystko jak należy. Pośpiesznie podwinęłam rękawy i włożyłam dłonie pod gorącą wodę. Inaczej nie dało się zmyć wosku, a to był jedyny sposób. Już dawno przyzwyczaiłam się do tej temperatury, mimo że moje dłonie jeszcze przez kilka minut będą zaczerwienione.
Po wytarciu dłoni ręcznikiem pozbierałam resztę swoich rzeczy i wybiegłam z muzeum. Niestety, spóźniłam się. Carlos już na mnie czekał.
**Aliana**
Minuty mijały. Naokoło kwadratowej poczekali przed salą operacyjną byli już wszyscy. Nawet James i David, który po dłuższym czekaniu podszedł do krzesła na którym siedziałam i wdrapał mi się na kolana, przytulając się do mnie.
-Mój biedny synek... - szlochała pani Schmidt. - Mój mały Kendall...
-Proszę się nie martwić, pani Schmidt – powiedział Carlos, kiedy Roslyn usiadła obok mnie. - Na pewno wszystko będzie dobrze. Kendall sobie poradzi.
-Mam nadzieję Carlos. - powiedział cicho Kenneth, który siedział najbliżej bloku operacyjnego. - Obyś miał rację. Wiesz Aliana... - oznajmił po dłuższej chwili, zmuszając mnie, żebym na niego spojrzała. - Nigdy wcześnie Kendall nie był tak szczęśliwy jak teraz. Żadna inna dziewczyna nie potrafiła go doprowadzić do takiego stanu.
Pan Schmidt położył mi dłoń na ramieniu, obserwując mnie uważnie.
-Dobre z Ciebie dziecko... - powiedział.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dobra, tyle starczy. Pamiętaliście o piosence? Mam nadzieję. Pisałam to w pełnej trzeźwości umysłu, więc myślę, że nie wyszło Źle. Czy wyszło? Opinię już pozostawiam wam. Liczę na wasze komentarze. To do następnej notki!

czwartek, 14 listopada 2013

32. Ulga

**Carlos**
Minęły trzy dni. Trzy dni okropnej ciszy. Izzy powiedziała, że mamy tylko trzymać Alianę w ryzach. Na początku nie było to łatwe, ale potem Nate zaczął jej dawać jakieś prochy i jakoś się uspokoiła. A ja nie mogłem uwierzyć, że mój przyjaciel został porwany, kiedy ja siedziałem w koncie upijając się do nieprzytomności. A to wszystko przez głupią imprezę. Jestem fatalnym przyjacielem. Tego mogłem być pewien.
Obserwowałem jak Roslyn bazgrze bez sensu po sztaludze. Od tamtej pory, albo chodziła po ulicy rozdając ulotki ze zdjęciem Kendalla, albo malowała bez sensu, wyrzucając zużytą makietę.
Do poszukiwań przyłączyli się Rayan Reynolds, Nathan Kress i Hugh Jackman. Ten ostatni wmanewrował w to swoje dzieci i przekonał kilku ludzi z ekipy filmu, który teraz nagrywa. I to wszystko ze względu na Alianę, bo podobno dobrze mu się z nią pracowało.
Teraz po ulicy chodzili Nathan i Tanya. Dobrze wiedzieliśmy, że to bezcelowe, ale trzeba było jakoś zatuszować, kto naprawdę porwał Kendalla. Nie mogliśmy przecież tak po prostu wyjść do Rushers i powiedzieć: „Ej, były sutener dziewczyny Logana porwał nam kumpla. Nie martwcie się. Na pewno znajdzie się cały i zdrowy po kilku dniach.” Nie no, bez jaj. Wcisnęliśmy prasie kit, że ktoś go porwał dla okupu i pozostało nam tylko liczyć, że oni w to uwierzą.
-Dowiedziałeś się czegoś? - zapytała Jennifer, rzucając ulotki na krzesło.
-Nie. Jeszcze czekamy na telefon od Izzy. Teraz jest na bazie, ale podobno mają ją wziąć ze sobą, gdyby mieli jechać po Kendalla.
Jennifer usiadła na stole do kawy, chowając twarz w dłoniach. Wiedziałem, że nie tylko zaginięcie Kendalla na nią tak działa, ale jeszcze psychiczny stan Aliany.
-Przykro mi. - powiedziałem cicho. - To moja wina.
Spuściłem wzrok na swoje stopy. Czułem się winny. Mogłem się tak z Loganem nie upijać. Logan to już standard, ale ja? Mogłem sobie odpuścić.
Wstałem i podszedłem do drzwi głównych. Spojrzałem na wysokie ogrodzenie dzielące drogę i ogródek sąsiadów... Pomyśleć, że tak całkiem niedawno Kendall spadł tam, próbując przejść przez płot w poszukiwaniu skradzionego przez wiatr tekstu piosenki.
**Aliana**
Wysypałam rozdrobnione tabletki do szklanki z sokiem. Nadal byłam trochę otępiała i nie docierały do mnie niektóre rzeczy. Miałam tylko jeden cel. Odnaleźć Kendalla.
Prochy, które Roslyn brała, żeby utrzymać się na nogach po nieprzespanej nocy były dokładnym przeciwieństwem leków, które podał mi Nate. Mógł mi tego nie podawać, bo teraz szumiało mi w głowie i byłam otępiała.
Wypiłam zawartość szklanki jednym susem. Kiedy odłożyłam naczynie, zakręciło mi się w głowie. Chwilę później upadłam na posadzkę, dysząc ciężko. Głęboki oddech nie powstrzymał kolejnych zawrotów głowy. Leżałam wpatrując się w sufit. Po chwili wszystko przeszło i znowu poczułam jasność umysłu.
Podniosłam z podłogi, wciąż trzęsąc się okropnie. Teraz byłam sobą. Udało mi się stworzyć odtrutkę na leki uspokajające. Podeszłam do zlewu i zwilżyłam sobie twarz zimną wodą.
-Aliana, co ty robisz? - usłyszałam głos Logana, który już zdołał się załatwić.
-Zbieram się. - odpowiedziałam. - Sam mi powiedziałeś, gdzie szukać Kendalla, więc nie widzę problemu. Po prostu mi nie przeszkadzaj.
Minęłam go, zabierając torbę z wcześniej przygotowanymi ubraniami. Wyjęłam sukienkę z niebieskimi cekinami i zamknęłam się w łazience.
-Aliana, to niebezpieczne! - krzyknął Logan, waląc pięścią w drzwi. - Nie mogę Ci na to pozwolić!
-Mam to gdzieś! - odkrzyknęłam, kończąc się ubierać. - Zrobię co będę chciała. Pamiętasz, że trzymamy w łazience paralizator? Nie zawaham się go użyć!
-Jesteś jeszcze pod działaniem leków!
-Już nie!
Spojrzałam w lustro. Wyglądałam okropnie. Może czegoś zdążyłam nauczyć się od Emily i jakimś sposobem uda mi się to zatuszować...
Zaczęłam się malować. Najpierw puder, a potem reszta. Specjalnie przesadzałam z ilością, żebym na pewno wyglądała jak dziwka. Co najwyżej ktoś mnie zgwałci, ale mam to gdzieś. Kendall jest ważniejszy.
Dzwonek telefonu wyrwał mnie z zamyślenia. Podeszłam do pralki, na której leżała dzwoniąca komórka. Na wyświetlaczu zobaczyłam numer Izzy. Odebrałam drżącymi rękami.
-Tak?
-Aliana, namierzyliśmy go. - usłyszałam jej głos.
Poczułam jak łzy ulgi spływają mi po policzkach. Jakie szczęście. W końcu Kendall wróci do domu. Będzie wolny. I jeśli tylko uda im się aresztować tych bydlaków... Problemy Nicole już się skończą. Milczałam, rozkoszując się tą chwilą.
-Gdzie mam przyjechać? - zapytałam. - Będę gotowa za kwadrans.
-Daniel przyjedzie po Ciebie za dwadzieścia minut. Będzie pod Twoim domem. Daj mi porozmawiać z Loganem.
-Za chwilę. - odblokowałam drzwi łazienki i dałam komórkę Loganowi, który stał pod wejściem. - Izzy chce z Tobą pogadać.
Cofnęłam się, jak tylko poczułam jak zabiera mój telefon. Zmiana planów. Zamiast dziwkarskiego stroju, czas włożyć coś bardziej normalnego.
Chwyciłam błękitną koszulę i beżowe spodnie. Zrzuciłam z siebie sukienkę i włożyłam bardziej codzienne ubrania. Potem zmyłam makijaż i umalowałam się na nowo. Tak jak na co dzień. Wyglądałam trochę lepiej.
Kiedy byłam gotowa, minęło może pięć minut i wyszłam na zewnątrz. Wytarłam nos i wcisnęłam zużytą chusteczkę do kosza.
-Ej, zaczekaj na mnie! - zawołał Logan, kiedy chciałam zamknąć przed nim drzwi. - Samej Cię nie puszczę. - Kiedy to powiedział, oddał mi moją komórkę, a ja pośpiesznie wsadziłam ją do kieszeni spodni. - Izzy wszystko mi wyjaśniła.
To dobrze. - pomyślałam, zbiegając na dół. Jeszcze tylko chwila. Góra pół godziny i zobaczę Kendalla. Upewniłam się, że zamknęłam drzwi na wszystkie możliwe spusty i zbiegłam na dół, a Logan podreptał za mną.
Na Daniela czekaliśmy kilka minut. Momentalnie odwróciłam się w stronę jego biszkoptowego fiata. Patrz, co żona robi z człowiekiem. - przebiegło mi przez myśl, ale zaraz się opanowałam.
-Aliana, wyglądasz okropnie. - powiedział, kiedy odpalił silnik.
-Dzięki, kobiety lubią to słyszeć. - odszczekałam.
Droga dłużyła się niemiłosiernie. Powoli zaczynałam dostawać kręćka na tym tylnym siedzeniu.
**Kendall**
Leżałem na podłodze w tej piwnicy brudny, obolały i głodny. Królestwo za wodę. Tylko tyle było mi trzeba. Westchnęłam, przełykając odrobinę krwi, która sączyła się z mojego dziąsła. Chyba będę musiał iść do tego faceta, który pomagał odświeżyć uzębienie Cassie. O ile w ogóle uda mi się przeżyć.
Spojrzałem na dziewczynę, która została tu zamknięta „za karę”. Dalej było ich jeszcze kilka, ale nie rozmawiałem z nimi. A ona na początku myślała, że jestem klientem, ale wszystko jej wyjaśniłem i potem zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Gadaliśmy o książkach, bo jak się okazało, lubimy czytać te same. W ten sposób czas lepiej płynął i nie myślałem o bólu. A tak bardzo chciałem zobaczyć Alianę. Tylko ona trzymała mnie przy życiu.
Usłyszałem skrzypienie drzwi, które towarzyszyło tym bandytom za każdym razem, kiedy przychodzili mnie męczyć. Westchnąłem ze zmęczenia, kiedy wejście zamknęło się z trzaskiem.
-I co panie gwiazda? - wrzasnął najgorszy z nich. - Nadal uważasz, że Brown nie jest dziwką?
-Nadal! - odpowiedziałem, próbując wstać. - dajcie jej spokój. Nic wam nie zrobiła.
-Odeszła. I to wystarczyło!
Po jego krzyku poczułem kolejne kopnięcie i piekący ból po powstającym właśnie śladzie od ciężkiego buta. Boże, jak ja chciałem wrócić do domu...
Następne, co usłyszałem, to krzyki. Straszne krzyki. Kilka dziewczyn krzyczało, rozległ się strzał. Chwilę później ktoś przewrócił mnie na plecy i zobaczyłem nad sobą jakiegoś policjanta.
-Dajcie karetkę! - krzyknął, kiedy zobaczył, jak bardzo jestem zakrwawiony. - Chłopak jest w kiepskim stanie.
Ej, ja tu jestem! - chciałem wykrzyknąć, ale nie miałem na to siły. Chciałem tylko wrócić do domu, przytulic się do Aliany i porządnie wypocząć. Chcę znowu zobaczyć chłopaków, posłuchać mało przyzwoitych żartów Logana i przygotować obiad dla wszystkich swoich przyjaciół.
-Trzymaj się synu. - powiedział, delikatnie mnie podnosząc.
-Aliana. - zdołałem wyszeptać.
-Twoja dziewczyna już jedzie. -powiedział, próbując mnie ogrzać kurtką. - Spokojnie. Już po wszystkim. Zabierzemy Cię do lekarza.
„Już po wszystkim.” Jego słowa dudniły w mojej głowie, odbijając się echem po czaszce. Uwierzę, jak zobaczę. Wtedy się o tym przekonam.
Westchnąłem, kiedy usłyszałem czyjeś kroki. Ale te były inne. Takie lekkie, delikatne... Chwilę później zobaczyłem nad sobą zmartwioną twarz Aliany. W końcu ją zobaczyłem. Miała cienie pod oczami, jakby nie spała od kilku dni.
-Przyszłaś po mnie... - wyszeptałem z ulgą.
Ona tu jest, naprawdę tu jest. Wyciągnąłem rękę i wytarłem jej spływającą po policzku łzę. Chciałem ją przytulić, ale ona tylko pochyliła się nade mną i ucałowała w czoło.
-Jestem przy Tobie, kochanie. - wyszeptała przez łzy. - Już wszystko w porządku.
**Logan**
Obserwowałem jak Aliana obejmuje Kendalla, jak go trzyma, jakby się obawiała, że gdzieś jej się rozpłynie. Też chciałem podejść, ale nie miałem do tego odwagi. To przeze mnie go porwali. Gdyby Aliana nie musiała mnie odwozić pijanego do domu, to nic by się nie stało.
Był w strasznym stanie. Nie musiałem być lekarzem, żeby to stwierdzić. Widziałem jaki jest słaby, cały we krwi... Nie miałem słów, żeby to określić. Ze wszystkich najstraszniejszych rzeczy, widok najlepszego przyjaciela w takim stanie był najgorszy. Chciałem go jakoś pocieszyć, przeprosić...
Poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem Nate'a. Brata Aliany. Uśmiechnął się do mnie ciepło, jakby chciał mnie pocieszyć.
Dopiero, kiedy położyli Kendalla na noszach i Nate zaczął go badać, podszedłem bliżej.
-Oddech świszczący. - oznajmił. - Kwalifikuje się do intubacji.
-Zrobisz to tutaj? - zapytał starszy ratownik.
-Nie. - odpowiedział, kręcą głową. - Jest przytomny, a nie mamy środków zwiotczających.
Spojrzałem na Alianę, które trzymała go za rękę. Potem pogłaskałam go po głowie, kiedy Nate zakładał mu tlen. Widziałem jak ciężko oddycha, ale nie mogłem nic zrobić. Bardzo tego żałowałem. Nate posłał mi porozumiewawcze kiwnięcie głowy. Tyle wystarczyło, żebym zrozumiał. Mamy jechać za nim do szpitala.
Potem odwrócił się do Aliany, a ona pokiwała, głową, kiedy na szybko ją przytulił. Kiedy się od siebie oderwali, patrzyła jak pakują Kendalla do karetki. On też nie spuszczał z niej wzroku.
Kiedy karetka odjechała, Aliana odwróciła się do ściany i ze złości uderzyła w pobliski mur. Nawet nie pisnęła z bólu, chociaż na kej dłoni pojawiły się krwiste zmiażdżenia. Musiała naprawdę mocno przywalić.
Objąłem ją ramieniem i poczułem jak się trzęsie, ale nie powiedziałem jej tego na głos. Ona chyba nie do końca zdawała sobie z tego sprawę. Widziałem jak się trzęsie z nienawiści, jak jej niebieskie oczy płoną. Kiedy się rozejrzałem, zobaczyłem Nicole, która biegnie tuż przed eskortą policji.
Przytuliła się do mnie gwałtownie i mocno.
-Ivan im uciekł. - powiedziała, wtulona w moje ramię.
-Spokojnie, ochronię cię. - wyszeptałem, głaszcząc ją po głowie.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i na dzisiaj tyle. Myślałam, że szlag mnie trafi, bo trzy razy straciłam sporą część tekstu. Czy oni muszą bawić się bezpiecznikami, akurat jak piszę? Liczę, że wyszło mi nie gorzej niż wersja pierwotna. Końcówkę pisałam przy Don McLean - American Pie. Tak, wiem. Mam na dysku takie piosenki, że się można przestraszyć.
PS. Na czytanie wtorkowej notki przygotujcie sobie piosenkę James Arthur – Impossible gdzieś na wierzchu. Przyda się wam.

Mam nadzieję, że się wam podobało. Dajcie znać w komentarzach. Do następnej notki. Trzymajcie się cieplutko!

wtorek, 12 listopada 2013

31. Pomyłka

**James**
Widziałem jak David do mnie podbiega. Zauważyłem, że wcześniej podbiegł za Kendallem, który wyszedł na zewnątrz i zostawił Jennette i Nathana pogrążonych w rozmowie.
-Wujek Kendall! - krzyknął, szarpiąc mnie za marynarkę. - Taki duży pan uderzył go i zabrał ze sobą! - krzyczał zupełnie chaotycznie, a ja nie mogłem nic z tego zrozumieć. Wciąż byliśmy na imprezie pożegnalnej „iCarly”.
-Synku, powoli – powiedziałem łagodnie, chcąc goi uspokoić. - Powiedz co się stało.
David zaczął głęboko oddychać. Widziałem, że jest spanikowany i za nic nie mogłem go uspokoić.
-James, on chyba nam powiedział, że ktoś porwał Kendalla. - powiedziała Jennifer, podając małemu trochę soku w szklance.
Podniosłem na nią wzrok. Oboje wiedzieliśmy co widział David, ale tylko ona była na tyle odważna, żeby powiedzieć to na głos. Nie wiedziałem, co ma czuć, co mam zrobić.
-Dzwonimy do Izzy. - oznajmiłem, wyjmując komórkę.
**Kendall**
-Kretyni! - usłyszałem czyjś gruby głos. - Wzięliście nie tego, co trzeba.
-Szefie, tylko jego dało się wziąć. - usłyszałem kolejny gruby głos. - Tylko on był sam.
W końcu odważyłem się otworzyć oczy. Leżałem na zimnej, zakurzonej podłodze. Nade mną stało trzech facetów, którzy byli pochłonięci rozmową, o ile można tak nazwać ich obecną wymianę zdać, bo tylko jeden krzyczał na drugiego, a ten trzeci tylko się im przyglądał.
-Wiedziałem, że nie można wam powierzyć żadnej poważnej roboty. - krzyczał ten drugi. - Tysiące razy wam powtarzałam, że ma czarne włosy, w wy wzięliście blondyna! Czy wy używacie tego czegoś, co macie pod czaszką, czy zamiast tego macie tylko kawałek zgniłego orzecha.
Ten drugi, chyba w końcu zauważył, że się obudziłem i szturchnął jednego z tych facetów, na co ten natychmiast przestał krzyczeć.
-Zbudziła się nasza śpiąca królewna! - wykrzyczał nagle. - Wiesz, co tu robisz?
Usiłowałem się podnieść, ale ból głowy trochę mi w tym przeszkodził. Nagle zdałem sobie sprawę, że ze skroni leci mi krew, co mogło być jedną z przyczyn zawrotów głowy.
-To musi być jakaś pomyłka. - wykrztusiłem, po wielu nieudanych próbach podniesienia się na nogi. - Wypuście mnie.
-Chyba w twoich snach. - prychnął ten drugi. - Najpierw ta mała suka musi do nas wrócić.
-Nie wiem, o czym mówicie. - wymamrotałem.
-Nicole Brown, mówi Ci to coś?
-Jej dług został spłacony. - oznajmiłem, wiedząc, co Logan zrobił, żeby ją ratować.
-Dług tak, ale teraz więcej moich dziewczyn chce pójść w cholerę. - wyjaśnił. - A jeżeli odzyskam tę małą dziwkę, inne wybiją sobie z głowy pomysły.
-Nie nazywaj jej tak. - wykrztusiłem przez zaciśnięte zęby.
Kopnięcie w brzuch powstrzymało mnie przed ponowna próbą wstania z podłogi.
-Nawet nie próbuj z żadnymi numerami. Znałem lepszych od Ciebie. - wykrzyczał, kopiąc mnie po raz kolejny, co spowodowało kolejną falę bólu. Przecie z chciałem, żeby tylko zostawili mnie w spokoju. Niczego więcej nie pragnąłem. Chciałem tylko wrócić do przyjaciół.
**Aliana**
Kiedy James mi powiedział, co się stało, myślałam, że oszaleję. Jak ktoś mógł porwać Kendalla? I David to widział? To jest coś niewiarygodnie okropnego!
Pośpiesznie zadzwoniłam do marka, mówić mu, żeby sam sobie jakoś poradził i natychmiast pojechałam na posterunek, do Izzy. Ona musi coś z tym zrobić. Na pewno. Ma za sobą całą jednostkę antyterrorystyczną. Wsiadłam do samochodu i pojechałam na posterunek.
Kiedy w końcu stanęłam przed budynkiem, wybiegłam z auta i wpadłam do środka, szukając Izzy.
Dobrze znałam rozmieszczenie biurek i pokoi, więc, nie było żadnego problemu z odnalezieniem dziewczyny mojego brata.
-Co się stało? - zapytałam, kiedy tylko ją zobaczyłam.
-Aliana, proszę, tylko się nie denerwuj... - zaczęła. - porwano Kendalla, ale już go szukamy. - powiedziała. - Już go szukamy. Mamy nagrania z monitoringu. Przy odrobinie szczęścia uda nam się zidentyfikować porywacza.
Obróciłam się na pięcie, omal nie robiąc fikołka. Przed zaliczeniem gleby uratował mnie James, który pojawił się tuż za mną.
-Znajdziemy go. - powiedział z pełnym przekonaniem.
Miałam ochotę płakać. Czym prędzej usiadłam na kanapie, która stała pod ścianą.
James położył mi dłoń na ramieniu i przytulił. To nie mogło się zdarzyć! To jakiś okropny koszmar, który minie jak tylko się obudzę.
Nie przysłuchiwałam się rozmowie policjantów i Jamesa, który puścił mnie po kilku minutach. Po jakimś czasie do środka weszli pozostali, w wyjątkiem Carlosa i Logana. O dziwo, przy Nicole i Jen był jeszcze Rayan, który został powiadomiony przez nie wiadomo kogo.
**Jennifer**
Aliana była strzępkiem nerwów. Chciałam ją jakoś pocieszyć, ale nie za bardzo wiedziałam jak. Po raz pierwszy widziałam kogoś na skraju załamania nerwowego i naprawdę nie wiedziałam co mam jej powiedzieć, jak ją pocieszyć.
-Aliana, zadzwoniłam po twojego brata. - powiedziała Cicho Bella. - Nie powinnaś być teraz sama.
-Poradzę sobie. - wyszeptała przez łzy. - On na pewno ma teraz dużo innej roboty, niż trzymanie mnie za rączkę.
Chciałam do niej podejść, objąć, pocieszyć, ale nie wiedziałam, czy to cokolwiek da. Aliana usiadła na krześle, wpatrując się w okno.
-Dlaczego Logan musiał się upić akurat teraz? - powiedziała przez łzy. - Tylko on tam był...
Poparzyliśmy po sobie, po oczach Jamesa widziałam, że wie, co ona kombinuje, ale on miał zamiar jej przeszkodzić. Gdyby nie ta nocna opiekunka, to nie wiem, co zrobilibyśmy z Davidem.
-Nicole, powiedz, jak tam trafić. - wstała nagle, podchodząc do niej bliżej. - muszę tam pojechać. To musi coś dać. - dodała.
-Wiesz, że nie możemy Ci na to pozwolić? - powiedział James. - To zbyt niebezpieczne. - dodał, kiedy ta jak gdyby nigdy nic podeszła do Nicole, wręczając jej kartkę, na której ta miała zapisać adres do burdelu w którym ją przetrzymywali.
-James, ma to gdzieś, rozumiesz?
Widziałam jej determinację, ale nie wiedziałam, jak ją powstrzymać, bo w takim stanie narobi głupich rzeczy i jeszcze bardziej się narazi.
Nagle zobaczyłam, jak upada na podłogę, leżąc bezwładnie. Wszyscy spojrzeliśmy na Izzy, która stała naprzeciwko niej z wyciągniętą bronią.
-Postrzeliłaś ją? - wykrzyczała Nicole, która jako pierwsza była zdolna do mówienia. - Dlaczego?
-Paralizator. - odparła, odkładając broń na biurko. - Tylko dla jej dobra. Zabierzcie ją stąd. Połóżcie do łóżka. - oznajmiła, kiedy James się nad nią pochylił.
-A co z Kendallem? - zapytał, kiedy w końcu udało mu się podnieść jej bezwładne ciało.
-Ja się nim zajmę. - odparła Izzy, dzwoniąc do kogoś ze stacjonarnego.
**Aliana**
Poczułam jak wracam do rzeczywistości. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że leżę w swoim własnym łóżku. Po kilku minutach wróciły do mnie wspomnienia. Kendall...
Wstałam, plącząc sobie nogi w falbaniastej sukience. Czekaj... Jak się tu znalazłam? Pobiegłam do kuchni, gdzie siedziała Roslyn. Wstała z krzesła, jak tylko mnie zobaczyła.
-Gdzie są wszyscy? - zapytałam. - Gdzie jest Kendall? Co...
-Aliana, spokojnie. - powiedziała powoli, żeby mnie uspokoić. - Już go szukają. Izzy prosiła, żebym dopilnowała, żebyś nigdzie nie wychodziła i...
Nie chciałam słuchać jak kończy. Zamiast tego ściągnęłam z siebie sukienkę i zamknęłam się w łazience. Odkręciłam wodę, nie patrząc, czy odkręcam ciepłą, czy zimną. Ważne, żeby tylko płynęła z rur na moje spięte ramiona.
Przypomniałam sobie chwilę, kiedy Kendall gładził mnie po pokrytej piegami skórze zaraz po wspólnie spędzonej nocy. Jedynej do tej pory. Otworzyłam gwałtownie oczy i wyszłam spod kabiny, owijając się ręcznikiem. Przypomniałam sobie swój wczorajszy pomysł. Teraz Logan musiał wytrzeźwieć. Pojadę do niego i... Wtedy się zobaczy.
Minęłam Roslyn, wpadając do swojej sypialni. Wyciągnęłam z szafy bieliznę i jakieś spodnie... Dobra, bijemy rekord ubierania.
Kiedy skończyłam, wbiegłam do naszego „pomieszczenia gospodarczego”, jak mówiła na to Roslyn. Włożyłam bluzę i rozejrzałam się za torebką.
-Co ty kombinujesz? - wykrzyczała Rose, kiedy zobaczyła, co próbuję zrobić. - Proszę cię, nie rób nic głupiego... - wykrzyczała, stając mi na drodze.
Po prędce pozbierałam wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, a już w szczególności kluczyki do samochodu. Nie przejmowałam się jej rozgorączkowaniem, tylko po prostu ignorowałam jej zachowanie, chcąc się dostać do domu chłopaków.
Nie zwracając uwagi na jej próby powstrzymania mnie przed wyjściem z domu, wybiegłam na zewnątrz i zauważyłam swój samochód zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Wsiadłam za kierownicę i zauważyłam karteczkę przylepioną na klaksongu.
Spuściłem Ci paliwo, sorry. Ryan.”
Szlag by to trafił. Mam tylko nadzieję, że nie wyrzucił mi zapasowego karnista z garażu. Wysiadłam i poszłam do swojej szopy, gdzie trzymałyśmy różne graty. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmienił. Poszłam ostrożnie do kryjówki, w której chowałam różne osobiste rzeczy, których nie da się trzymać w domu. Ostrożnie podniosłam metalową bańkę, która była tak samo ciężka, jak wtedy, kiedy ją tam kładłam. Uśmiechnęłam się z satysfakcją i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Podeszłam do samochodu, otwierając otwór do baku. Ostrożnie wlałam te kilka litrów paliwa, które miałam w garażu na wszelki wypadek, a kiedy skończyłam, rzuciłam pusty zbiornik do bagażnika i wsiadłam do środka. Liczę, że nie przedziurawili mi skrzyni...
Odpaliłam silnik, jadąc do domu chłopaków. Kiedy w końcu zobaczyłam budynek, odetchnęłam z ulgą. Otwarte drzwi balkonowe. Logan jest w środku.
Zostawiłam samochód przed budynkiem i pognałam do środka. Logan otworzył mi po kilku sekundach. Miał wyraźnego kaca.
-Pamiętasz, jak spłacałeś dług Nicole? - zaczęłam bez żadnego powitania. - Gdzie to było?
Logan popatrzył na mnie nieprzytomnie. No tak, jeszcze tylko tego brakowało. Przepuścil mnie w drzwiach i zamknął drzwi.
-O czym ty mówisz? - wymamrotał, wyrzucając do kosza pustą butelkę po wodzie.
-No mów. - pogoniłam go,.chcąc jak najszybciej wyciągnąć od niego te informacje. - Porwali wczoraj Kendalla i ja naprawdę nie mam czasu na jakiekolwiek gierki. - powiedziałam. - Mówisz, czy nie? - dodałam, widząc jak powoli dociera do niego mój przekaz.
-Nie wejdziesz tam. - powiedział. - Wstęp mają tam tylko mężczyźni i prostytutki.
-To przebiorę się za prostytutkę. - powiedziałam po chwilę. - Albo ty tam pójdziesz.
-Mnie już znają. I z tego, co wiem, to policja już się tym zajmuje. Nie martw się. - zakończył, ale ja nie miałam zamiaru dawać za wygraną.
**Kendall**
Leżałem na brudnej, zimnej podłodze. Byłem poważnie obolały, ale miałem nadzieję, że to zaraz minie. Ci kolesie zdążyli mnie już porządnie skopać.
Przekręciłem się na plecy, czując w ustach smak krwi. Kilka porządnych ciosów w szczękę i wizyty u dentysty poszły w cholerę. Miałem talent do pakowania się w kłopoty, ale porwanie to dla mnie nowość. Miałem tylko nadzieję, że szybko mnie znajdą i sprowadzą do domu.
Ciężko mi się oddychało. To pewnie przez te kopnięcia w klatkę piersiową. Dyszałem, czekając na jakikolwiek ruch. Ale i tak wiedziałem, że kiedy te drzwi się otworzą, to będzie oznaczało kolejną fazę w biciu. A nie chciałem, żeby posunęli się jeszcze dalej.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i dzisiaj na tyle. Wiem, wyszło słabo, ale na więcej nie ma już siły. Mimo to, mam nadzieję, że wam się spodoba. Liczę na wasze komentarze. To do następnej notki!