wtorek, 19 listopada 2013

33. Słodkich Snów

**Aliana**
Stałam pod drzwiami pokoju zabiegowego. Zobaczyłam przez szybę, jak Kendall wyciąga rękę w moją stronę. Przyłożyłam opuszki palców do zimnego szkła i uśmiechnęłam się do niego ponuro, dając mu znak, że wszystko będzie dobrze.
Nie mógł niczego powiedzieć, przez rurkę w gardle, przez którą pomagali mu oddychać. Nate wspominał mi coś o niewydolności oddechowej. Nie wiedziałam, że respirator był aż tak konieczny.
Kendall zaczepił Nate'a, szarpiąc go za ochronny fartuch wierzchni. Kiedy ten się do niego odwrócił, Kenny uniósł dłoń i wskazał w moją stronę. Wyprostowałam się i zaczęłam ich baczniej obserwować. Potem Nate coś powiedział do jednej z pielęgniarek, a ona wyjrzała za drzwi szukając kogoś wzrokiem. Potem się okazało, że szukała mnie.
-Pani Hamilton? - zwróciła się do mnie, kiedy mnie zauważyła. - Pacjent życzy sobie, żeby pani przy nim była.
-Oczywiście. - pokiwałam głową i weszłam zaraz za nią.
Podeszłam do wózka, na którym leżał Kendall i chwyciłam jego wyciągnięta dłoń.
-Już wszystko dobrze. - wyszeptałam, odgarniając mu grzywkę z czoła.
Nate dał mi dłonią znak, żebym spróbowała go uspokoić. No tak, w czasie znieczulenia musi mieć stabilne tętno. A nie byłoby łatwiej po prostu mu tego wszystkiego powiedzieć. Znieczulenie, które dali mu w karetce już dawno przestało działać.
-Już dobrze, kochanie. - szeptałam, jakbym chciała go ukołysać do snu. - Już po wszystkim. - powtarzałam. - Już po wszystkim.
Kiedy tętno Kendalla nieco się ustabilizowało, Nate skiną głową na jedną z pielęgniarek, a ona uniosło strzykawkę z jakimś przeźroczystym płynem i wepchnęła jej zawartość do kroplówki Kendalla. Zauważyłam, jak jego powieki stopniowo opadają.
-Słodkich snów, kochanie. - wyszeptałam, całując go w czoło. 
-Zabieramy go na blok. - oznajmił Nate, kiedy upewnił się, że zasnął. - Musimy zrobić laparotomię zwiadowczą, żeby naprawić, co ewentualnie zostało uszkodzone. Po operacji będziemy znali szerszą skale obrażeń.
-Proszę, nie mów tego przy nim. - powiedziałam, zanim wyszłam. - Obiecaj mi tylko, że wyzdrowieje. Że nic mu się nie stanie w trakcie zabiegów.
Nate popatrzył na mnie z uwagą. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Wpatrywałam się w niego, zamiast na pielęgniarki, przygotowujące Kendalla do zabiegu. Wiedziałam, że sobie poradzi, że jest na tyle silny, żeby się uporać z takimi obrażeniami, ale musiałam to usłyszeć jeszcze od Nate'a.
-Obiecuję. - powiedział, kiedy wózek z Kendallem podjechał pod wyjście.
Nie odpowiedziałam mu nic, tylko wyszłam na zewnątrz. Na korytarzu zauważyłam Kevina, brata Kendalla. Matko kochana, kto go ściągnął z Kansas?
-Kevin, co tu robisz? - zapytałam, kiedy do mnie podszedł. - Nie powinieneś być z rodzicami...
-Logan do mnie zadzwonił. - przerwał mi, kiedy chciałam już mu się tłumaczyć. - Wszystko mi powiedział. A myślę, że powinienem być przy bracie. No i sumienie mi podpowiada, że powinienem wesprzeć przyszłą szwagierkę.
Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. Ten spojrzał na mnie z zakłopotaniem.
-Co, jeszcze ci się nie oświadczył?
-Zupełnie nie mam pojęcia o czym ty teraz mówisz. - odparłam, patrząc na niego z uwagą. - O jakich zaręczynach w ogóle gadasz?
-To miała być niespodzianka. - wyjaśnił. - Wygadałem się, sorry.
-To jest teraz nieważne. - odparłam. - Najważniejszy jest teraz Kendall i to, żeby wyzdrowiał. O zaręczyny do których nie doszło, będziemy się martwić późnej. Co najwyżej będziemy udawać, że tego nie powiedziałeś.
Kevin popatrzył na mnie ze słabym uśmiechem. On i Kendall... Mieli właściwy identyczny uśmiech, kiedy się czymś martwili.
-A jak on się czuje? - odezwał się po dłuższej chwili.
Czekałam, aż o to zapyta. Nie mogłam go okłamywać. Za wiele powiedział, żebym mogła go okłamać, nawet, jeżeli sama siebie próbowałam okłamywać.
-Wiozą go na zabieg. - odpowiedziałam. - Wygląda strasznie i nic nie wskazuje, że jest lepiej niż wygląda. Zabierają go na operację. Po wszystkim powiedzą nam więcej.
**Nicole**
Siedziałam na ławce pod komisariatem policji. Właściwie już wszystko załatwiliśmy, ale Logan chce jeszcze coś sprawdzić. Nie wiem, co knuje, ale z pewnością nic dobrego.
Rozejrzałam się po ulicy i zauważyłam Jennifer, która biegła w moją stronę.
-Udało się? - zapytała, dysząc ciężko.
Pokręciłam głową. Nie chciałam jej mówić, gdzie poszedł Logan, ale z pewnością nie powinna wiedzieć, jakie rzeczy się tam załatwia. Miałam jej po prostu powiedzieć „Logan poszedł do przemytników broni. Nie mów nikomu, dobra?” Tego jej na pewno nie powiem.
-Chwilowo nic nie mogą z tym zrobić. - powiedziałam, wkładając torebkę na ramię. - Nikomu nic nie zrobił, ale...
-Ale co? - Jennifer zaczęła mnie ciągnąć na język, kiedy urwałam, ale nie chciałam jej powiedzieć tego na głos, bo sama myśl o tym powoduje u mnie ogromną falę wstydu. - No powiedz, bo czuję, że to ważne.
Przygryzłam dolną wargę, zgniatając sobie kciuk do bólu.
-Nicole, powiedz mi! - krzyknęła, kiedy się odwróciłam, żeby nie patrzeć jej w oczy. - Przecież jesteśmy przyjaciółkami.
-On zgwałcił każdą dziewczynę, która trafiła pod łapy Ricka. - powiedziałam. - Niektóre kilka razy. Mnie też.
-A ciebie? - zapytała, zmuszając mnie, żeby spojrzała jej w oczy. - Ile razy zgwałcił Ciebie?
-Trzy razy w tygodniu. - wychrypiałam. - Wciągu dwóch lat. Dokładnie tyle byłam prostytutką. I proszę... nie mów nikomu. Nawet Alianie. I Loganowi. Szczególnie jemu.
-Przecież powinnaś. - powiedziała, kiedy już wyszła z osłupienia. - Powinni wiedzieć. Obojgu bardzo na tobie zależy...
-Właśnie dlatego, nie chcę, żeby wiedzieli. - przerwałam jej, kiedy już chciała doda kolejne trzy grosze. - Nie chcę im jeszcze dokładać. Jeśli coś im się przeze mnie stanie...
Urwałam, kiedy zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie chcę powiedzieć tego na głos, bo te ciemne scenariusze, to tylko wytwór mojej wyobraźni. Był tylko jeden bardzo istotny szczegół. To obawy, które mogą się sprawdzić, jeżeli ci ludzie ich dopadną.
Przeszłam przez parking, aż do sportowego samochodu. Wiedziałam, że Logan zabrał ze sobą dużą walizkę, która teraz zniknęła z tylnego siedzenia. Tak bardzo chciałam, żeby wrócił.
Po kilku manipulacjach kluczykiem przy zamku, w końcu udało mi się otworzyć auto. Jeżeli Logan dowie się, o tym, co powiedziałam Jennifer... Teraz wolałam o tym nie myśleć.
Wsiadłam do samochodu, kiedy zauważyłam Logana biegnącego w stronę parkingu. W końcu rzucił trzymaną walizkę na tylne siedzenie i wsiadł na stronę kierowcy.
-Jen, jedziesz z nami? - zapytał, odpalając silnik. - Wolę mieć obok siebie jakąś silną laskę, kiedy dorwie mnie Aliana.
-Dlaczego miałaby Cię dorwać? - zapytałam, siadając z tyłu, tuż obok walizki, wolałam, żeby to Jen siedziała z przodu. Może przynajmniej nie będzie na mnie patrzeć z tą pieprzoną litością.
-Zadzwoniłem do Kevina i...
-Jakiego Kevina? - zapytałam, kiedy już jechał w stronę szpitala.
-Brata Kendalla. - wytłumaczył. - Jak znam życie, to przyjedzie z całą rodziną, a wolę ich nie zostawiać sam na sam z Alianą, bo ona tego nie wytrzyma.
**Roslyn**
-Klinuj... Klinuj... - Nic innego nie słyszałam od ostatnich kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu minut. - Teraz stopuj. Ostrożnie, to cenne dzieło sztuki.
Czy szef muzeum musi do mnie dzwonić w najmniej oczekiwanym momencie? I jeszcze na dodatek najmniej powołanej do tego chwili.
-Wy tam, pośpieszcie się! - usłyszeliśmy jego krzyk. - Jutro „Słoneczniki” jadą dalej, musi być w dobrym stanie przed odjazdem!
-A czy nie mógł nam tego powiedzieć, kiedy mieliśmy jeszcze godziny pracy? - Odkrzyknął Robert, puszczając ramę, która obecnie była przez nas szlifowana.
-Jestem twoim przełożonym, młody człowieku! W dodatku jesteś ode mnie młodszy stażem i w tej branży beze mnie nie znaczysz nic.
Robert, popchnął obraz Van Gocha w moją stronę, a ja w ostatniej chwili uratowałam go przed upadkiem.
-Bo co? Zwolni mnie pan?
-Mógłbym w każdej chwili. Twoja koleżanka też może wylecieć w każdej chwili! - oznajmił ty swoim przemądrzałym tonem.
-Nie zrobi pan tego! - powtórzył piąty raz w tym tygodniu. - Jesteśmy za dobrzy.
Wcale się nie przestraszyłam tej kłótni. Oni tak często. Powoli zaczynało mnie to nudzić. Wiem, że teraz powinnam być teraz w szpitalu, czekać z resztą przy Kendallu.
Komórka zadzwoniła mi w kieszeni. Ostrożnie ustabilizowałam obraz, żeby nie spadł ze sztalugi i wyciągnęłam go, spoglądając na wyświetlacz. Odebrałam połączenie, nie znając nadawcy.
-Słucham?
-Roslyn? - usłyszałam znajomy, chłopięcy głos. - To Kevin, brat Kendalla.
-Wiem, poznałam. - powiedziałam, wtykając pędzel do woskowania do puszki z gorącym, stale ogrzewanym płynem. - Jesteście już w szpitalu? - zapytałam.
-Tak, ale jeszcze nic nie wiemy. Zabrali Kendalla na operację. Nie wiemy, kiedy skończą. Podobno powiedzą nam jak będzie po wszystkim.
-A teraz wiecie coś nowego? - zapytałam, czekając na koniec kłótni szefa i Roberta.
-Nie. A tobie długo się zejdzie?
-Zależy. - odpowiedziałam. - Zadzwonię do Carlosa, kiedy będę wolna. Obiecał, że mnie odbierze.
-No jak, chcesz. Na razie.
-Cześć.
Usłyszałam jak się rozłączył. Popatrzyłam przez chwilę na obraz. Oni się kłócą, a ja nie mam czasu. Sama skończę! Chwyciłam szpachelkę i zeskrobałam nadmiar wosku z ramy. Czy nas naprawdę nie stać na lepsze środki konserwacyjne, czy mamy tak po prostu czekać na dofinansowanie? Bezczynnie... Z założonymi rękami...
Prawie skończyłam. Bez Roberta i jego przerośniętym ego też szło mi całkiem nieźle. Powoli przepędzlowałam ramę, żeby ostatecznie zetrzeć jego kurz, a kurz na ramie był bardzo niepożądany...
-Skończyłaś? - zapytał Robert ze zdziwieniem.
-Prawie. - pokiwałam głową. - Mógłbyś dokończyć za mnie? Muszę już jechać.
-A coś się stało? - zapytał, kiedy wysłałam do Carlosa SMSa.
-Tak, właśnie coś się stało. Cześć.
Czym prędzej wzięłam torebkę i wybiegłam do szatani. Po godzinach pracy mogliśmy trzymać rzeczy w pracowni. Sygnał powracającego SMSa przyszedł, kiedy wkładałam bluzę, którą nosiłam wieczorami. Otworzyłam skrzynkę i zobaczyłam odpowiedź Carlosa.
Wiadomość od: Carlos
Już prawie jestem. Za pięć minut stoję pod bramą.”
Pięć minut? O kurteczka! Ledwo mam czas, żeby umyć ręce, a co dopiero włożyć na siebie wszystko jak należy. Pośpiesznie podwinęłam rękawy i włożyłam dłonie pod gorącą wodę. Inaczej nie dało się zmyć wosku, a to był jedyny sposób. Już dawno przyzwyczaiłam się do tej temperatury, mimo że moje dłonie jeszcze przez kilka minut będą zaczerwienione.
Po wytarciu dłoni ręcznikiem pozbierałam resztę swoich rzeczy i wybiegłam z muzeum. Niestety, spóźniłam się. Carlos już na mnie czekał.
**Aliana**
Minuty mijały. Naokoło kwadratowej poczekali przed salą operacyjną byli już wszyscy. Nawet James i David, który po dłuższym czekaniu podszedł do krzesła na którym siedziałam i wdrapał mi się na kolana, przytulając się do mnie.
-Mój biedny synek... - szlochała pani Schmidt. - Mój mały Kendall...
-Proszę się nie martwić, pani Schmidt – powiedział Carlos, kiedy Roslyn usiadła obok mnie. - Na pewno wszystko będzie dobrze. Kendall sobie poradzi.
-Mam nadzieję Carlos. - powiedział cicho Kenneth, który siedział najbliżej bloku operacyjnego. - Obyś miał rację. Wiesz Aliana... - oznajmił po dłuższej chwili, zmuszając mnie, żebym na niego spojrzała. - Nigdy wcześnie Kendall nie był tak szczęśliwy jak teraz. Żadna inna dziewczyna nie potrafiła go doprowadzić do takiego stanu.
Pan Schmidt położył mi dłoń na ramieniu, obserwując mnie uważnie.
-Dobre z Ciebie dziecko... - powiedział.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dobra, tyle starczy. Pamiętaliście o piosence? Mam nadzieję. Pisałam to w pełnej trzeźwości umysłu, więc myślę, że nie wyszło Źle. Czy wyszło? Opinię już pozostawiam wam. Liczę na wasze komentarze. To do następnej notki!

6 komentarzy:

  1. "Pisałam to w pełnej trzeźwości umysłu" - to zazwyczaj piszesz pod wpływem czegoś mocniejszego? Alkohol? Dragi? Zdradź swój sekret, może na mnie też podziała :D btw jak zwykle super rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale się martwie o Kendalla :( On musi przeżyć! Dla Aliany i reszty!!!! Czekam nn:*********

    OdpowiedzUsuń
  3. Dołączam się do pytania Ady xDD
    Końcówka podoba mi się najbardziej!

    OdpowiedzUsuń
  4. Boże.. oby Kendzio wyzdrowiał.. Zaraz co 'oby' nie! On na pewno wyzdrowieje! Jestem optymistką więc w to wierzę ;D Że what? "Jeszcze ci się nie oświadczył" No to na co on kuźwa czeka? Schmidt masz się jej natychmiast oświadczyć ^^ Rozdział jest extra! Czekam na nn :* Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobre z ciebie dziecko... Ah.. Słodkie, słodkie. Skąd ty masz taki talent?! JA SIĘ PYTAAM!?? :O Kocham, kocham <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Własnie miałam się pytać gdzie jest rodzina Kendzia,a tu proszę, są wszyscy. Super!!

    OdpowiedzUsuń