czwartek, 21 listopada 2013

34. Czekanie

Sześć złamanych żeber, niewydolność oddechowa i dwa zabiegi chirurgiczne. Doliczmy do tego jeszcze łatanie uszkodzonej wątroby, odmę opłucną i zmiażdżenie kości promieniowej. Tyle Kendall musiał przejść, zanim lekarze określili jego stan jako zadowalający.
-Jego stan jest ciężki, ale stabilny. - Powtarzał mi Nate, za każdym razem, kiedy do niego wchodziłam. Siadałam przy łóżku...
Patrzyłam w jego nieruchomą, beznamiętną i pogrążoną w sztucznym śnie twarz. Głuchy dźwięk wywoływany przez respirator i kardiomonitor odbijały się od pokrytych gipsem ścian. Głaskałam bezmyślnie jego miękkie, jasne włosy. Miałam nadzieję, że to tylko jakiś koszmarny sen, który zaraz minie.
Tata Kendalla wielokrotnie próbował mnie namówić, żebym poszła do domu, przespała się... Ale wolałam, żeby to Cassie wzięła wszystkich pod swoje skrzydła na ten rujnujący czas.
-Skarbie, prześpij się... - Nawet ona mnie do tego namawiała. Chyba tylko po to tu przychodziła.
-Dlaczego to właśnie on? - zapytałam, kiedy przytuliła mnie do siebie po przyjacielsku. - Dlaczego to jego spotkało? - wyszlochałam jej w ramię.
Cassidy pogłaskała mnie po włosach, jakby to miało mi dodać otuchy. Ona jako jedyna złamała mój zakaz pod tytułem: „Zostawcie mnie. Chcę być sama.”. Mimo wszystko muszę przyznać, że jej obecność pomagała. Bardzo pomagała. Wtedy nie myślałam, że Kendall jest w aż takim złym stanie. Ale Nate i ten drugi lekarz, którego nazwiska chwilowo nie pamiętałam, woleli utrzymywać Kenny'ego w śpiączce farmakologicznej, w nadziei, że dzięki temu organizm Kendalla zbierze większość sił, żeby wyzdrowieć. Ile to może potrwać? Nate twierdzi, że do kilku dni.
Od tamtej pory nie odstępowałam go właściwie na krok. Pani Schmidt nosiła różne rzeczy do szpitala, próbowała mnie karmić, ale i tak się nie dawałam.
Wiedziałam jak bardzo Kendall kocha muzykę. Dlatego tylko wczoraj pojechałam do domu, żeby zabrać ze sobą odtwarzacz i jakieś płyty. Po kilkudziesięciu próbach odtworzenie starego albumu skopiowanego na kompakt, zaczynałam znać na pamięć połowę piosenek Chucka Berry, a wcześniej byłam w stanie zaśpiewać tylko „Route 66” i tylko w wersji przyśpieszonej.
Wstałam z krzesła i podeszłam do otwartego okna. Ze szpitalnego ogrodu słychać było krzyk kilkorga dzieci. Jedno na wózku, kilku innych biegało wokół niego ze wstążeczkami do baletu.
Usłyszałam jak otwierają się drzwi. Automatyka w tym skrzydle była normą, ale wciąż nie lubiłam tego dźwięku. Kojarzył mi się z plastikowym więzieniem Magneta. Odwróciłam się w ich stronę i zobaczyłam jak do środka wchodzi Kevin, trzymając dwa kubki kawy na wynos.
-Trzymaj, to dla ciebie. - mruknął, podając mi jeden z nich. - Pewnie dawno nie spałaś. Przyda Ci się. A jak tutaj? - zapytał, kiedy wzięłam od niego kubek, mrucząc smętne „Dzięki”.
-Bez zmian. - odpowiedziałam, kiedy usiadł na jednym z krzeseł. - Nate mówi, że potrzebuje trochę czasu, ale nie wiem, czy jest jakiś sens mówienia co lekarze o tym sądzą.
-Nie ma. - odpowiedział, poprawiając Kendallowi koc, który zaczynał się zsuwać na podłogę. - gadałem z nimi. Poza tym Kendall to pierdoła, ale nie zostawi kobiety, którą kocha.
**James**
Patrzyłam z otwartymi ustami na zawartość walizki, którą Logan przyniósł do domu. Gdyby tu był, pewnie bym go udusił gołymi rękami. No i po co mu połowa arsenału militarnego w domu.
-Tato, zobacz, co Jennifer zrobiła! - usłyszałem krzyk Davida i pośpiesznie schowałem walizkę pod łózko, udając, że ścieram kurze z obicia tylnego.
David podbiegł do mnie, a ja odrzuciłem na bok szczotkę do czyszczenia. Ten wskoczył mi na kolana, kiedy siadałem po podłodze. Mały podał mi coś, co wyglądało jak trzy połączone ze sobą gofry, sklejone syropem z owoców.
-Świetne! - uśmiechnąłem się do niego, patrząc jak mały odwija jedno z ciastek ukazując wzorek z czekolady ukryty w środku. - Czemu tego jeszcze tego nie zjadłeś? - zapytałem.
-Bo chcę wszystkim pokazać. - wytłumaczył. - Może dzisiaj przyjedzie ciocia Aliana i wujek Kendall? Bardzo im się spodoba. I ciocia Roslyn? Pewnie będzie próbowała zrobić takie sama.
Posmutniałam na chwilę. I jak teraz dziecku wytłumaczyć, jak przedstawia się sytuacja? W szpitalu u Kendalla byłem tylko raz. A kiedy go zobaczyłem, od razu zrobiło mi się niedobrze.
-David, posłuchaj - powiedziała Jennifer, kiedy zauważyła, że nie wiem co powiedzieć. - Wujek Kendall jest teraz bardzo chory i musi zostać w szpitalu.
-A ja nie mogę go odwiedzić? - zapytał, robiąc oczy szczeniaczka.
-Nie, kochanie. - powiedziałem, pomagając mu wstać. - Wujek jest zbyt chory, żeby mógł przyjmować gości. Ciocia Aliana się nim opiekuje i dlatego nie może do ciebie przyjść.
-A może ja pójdę do nich? - zapytał.
-Nie, kochanie. - odpowiedziała za mnie Jen. - Kiedy będziesz mógł odwiedzić wujka Kendalla, na pewno Cię do niego zabierzemy.
David wstał bez słowa i wyszedł z pokoju. Zawsze tak robił, jak tylko zostawał na przegranej pozycji. Odetchnąłem z ulgą i spojrzałem na walizkę, która leżała pod łóżkiem.
-Co się stało? - zapytała. - Jesteś jakiś zakłopotany.
-Logan kupił broń. - odpowiedziałem.
-Domyśliłam się. - odpowiedziałam siadając na łóżku. - Nicole mu powiedziała gdzie można załatwić takie rzeczy nielegalnie. - odparła, wyprzedzając moje następne pytanie.
-Tylko po co mu ta broń? - wykrzyczałem, nie do końca zdjąć sobie sprawę, co robię.
Jen wpatrywała się we mnie, trochę tak, jakby się mnie bała. Dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę, że stoję na równych nogach.
-Chce chronić Nicole. - odparła. - Nic na to nie poradzisz.
**Carlos**
Trzy dni później:
Obserwowałem Roslyn, która od dłuższego czasu siedział pod oknem w sypialni. Nie wiem co tam robiła, ale nie śmiałem podchodzić bliżej, bo wiedziałem, że czasami bywa niebezpieczna. Wydarzenia z ostatnich kilku dni dały nam się mocno we znaki. Nienawidziłem tego całego napięcia. Kevin trochę doprowadzał mnie do szału. To, co posprzątałem, to on rozwalał, tłumacząc, że szuka czegoś w rzeczach Kendalla. Rano przyszedł tu z jakimś pudełkiem biżuterii, mówiąc coś o zaręczynach. Jemu już całkiem się w głowie poprzewracało.
Podszedłem do Roslyn, obejmując ją delikatnie. O dziwo nie nie odepchnęła, mimo że był rozdrażniona.
-Jest Ci smutno? - zapytałem, wtulając się w jej szyję.
-Tak jakby. - odpowiedziała, patrząc na karmnik, który ustawił James. - Po prostu martwię się o Alianę. Od kilku dni nie je, nie śpi... Chodzi w tych samych ciuchach i właściwie nie odchodzi od łóżka Kendalla. Mogłaby się przespać, zjeść coś normalnego...
-Poczekaj jeszcze. - powiedziałem. - Kiedy Kendall się obudzi, na pewno przemówi jej do rozsądku.
-Oby. - wzruszyła ramionami. - Miejmy taką nadzieję. Nie chcę, żeby się pochorowała.
-Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. - powiedziałem, głaszcząc ją po głowie. - A co to jest? - zapytałem, zabierając z parapetu podkładkę do wyszywania. - Szydełkujesz? - zapytałem oglądając z bliska wyhaftowane kwiatki.
-W końcu to też jest jakaś sztuka. - wzruszyła ramionami.
Nagle drzwi otworzyły się z cichym trzaskiem. Do środka zajrzał Kenneth. Oboje spojrzeliśmy na niego jednocześnie.
-Jest już obiad, więc jak jesteście głodni, to... - zaczął cicho.
-Jasne, zaraz zejdę. - powiedziałem cicho. - Musimy jeszcze przez chwilę porozmawiać.
-Nie ma sprawy. - odpowiedział i natychmiast się wycofał. Mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby się przekonać, że Kenneth gotuje równie dobrze jak Kendall.
**Logan**
Podszedłem do jednego z większych automatów pod pokojem lekarskim. Drzwi były uchylone, więc bez problemu mogłem zobaczyć Nate'a, który pisał coś w komputerze. Nie wiem, czy to miało jakiś związek z Kendallem i na razie wolałbym się tego nie dowiadywać.
Wrzuciłem pieniążek do otworu, wciąż go obserwując. Był wyraźnie zaniepokojony. Nie wiedziałem, czy martwi się o Alianę, a może o Kendalla. Osobiście martwiłem się o oboje. Są moimi przyjaciółmi, a Aliana na razie była na najlepszej drodze do wykończenia. Nie mogłem tak po prostu do niej iść i tak w prost jej powiedzieć: „Aliana, idź do domu. Długo tak nie pociągniesz.”. To ma w ogóle jakiś sens? Może miałoby przynajmniej odrobinę, gdybym miał jej upór. A tak? Nie rozumiałem dlaczego to robi? Mogła iść do domu, przespać się, odpocząć. A co mogłem w tej chwili zrobić? Kawę jej donosić.
Właśnie, kawa. - przypomniałem sobie, wystukując dodatkowy cukier i cappuccino z czekoladą, które Aliana tak bardzo lubiła. Miało to niewiele kofeiny, ale Allie nie była przyzwyczajona do kawy, więc działała na nią nawet taka odrobina.
-Proszę pana? - usłyszałem głos jakiejś starszej pani. - Wszyscy czekają, a pan tylko blokuje kolejkę. - upomniała mnie, kiedy z dziurki wyskoczył już gotowy napój.
-Oczywiście. - powiedziałem, pośpiesznie zabierając papierowy kubeczek. - Przepraszam, już odchodzę. - najszybciej jak tylko potrafiłem, zabrałem kubek i odszedłem do głębi korytarza.
Nie spoglądając już na Nate'a, poszedłem do drzwi, na którymi był barek. Mogłem kupić tą kawę, po tym, jak zabrało mi się na przemyślenia.
**Aliana**
Oparłam głowę o łóżko Kendalla. Teraz pozostało mi tylko czekać. Nate już go ekstubował. Teraz wystarczą tylko rurki do nosa. Powiedział, że podano mu już leki, które powinny go wybudzić.
Pogłaskałam jego dłoń. Była taka delikatna pod bandażem... Rodzina Kendalla jeszcze o tym nie wiedziała. Roberts powiedział, że do nich zadzwoni. Tylko kiedy?
Wyprostowałam się, sięgając drugą ręką do grzywki Kendalla, która była rozsypana w nieładzie na jego czole. Ostrożnie odgarnęłam ją na bok, robiąc z nią porządek. Poprawiłam jeszcze poduszkę.
No i od nowa zaczęłam się wpatrywać w jego zamknięte oczy. Już sama myśl o tym, że za chwilę może się obudzić powodowała u mnie dziwne podniecenie, co sprawiało, że czułam się jak zakochana po uszy nastolatka. I owszem byłam zakochana.
Nagle powieka Kendalla drgnęła. Momentalnie podniosłam podniosłam się z krzesła i delikatnie położyłam dłoń na jego policzku. Kiedy spojrzał na mnie swoimi bystrymi, jasnymi oczami, poczułam jakby zdarzyło się coś na co od dawna czekałam.
Kendall odzyskał przytomność. W końcu był ze mną. Tak naprawdę.
-Wszystkiego najlepszego, Kendall. - wyszeptałam, kiedy moja zabłąkana łza kapnęła na jego koszulę nocną.
-Co? - wyjąkał ze zdziwieniem. - Jaki jest dzisiaj dzień?
-Jest piątek. - odpowiedziałam, ocierając łzę wierzchem dłoni. - Twoje urodziny. - dodałam, wciąż myśląc o słowach Kevina, które przekazała mi Roslyn. Znaleźli pudełko z biżuterią. Turkusową!
Kendall patrzył na mnie ze zdumieniem. Sprawiał wrażenie, jakby chciał mnie do siebie przytulić, ale nie miał na to wystarczająco dużo siły.
-Jak długo to trwało? - zapytał zachrypniętym głosem, sięgając dłonią do obolałego gardła.
Ostrożnie odłożyłam jego rękę z powrotem na pościel.
-Kilka dni. - powiedziałam, przytulając jego dłoń do swojej twarzy. - Niewiele się działo w tym czasie, więc nie masz niczego żałować. Nie ominęło cię nic ważnego.
-Opowiedz mi wszystko. - powiedział, robiąc swoją firmową minę smutnego psiaczka.
Zaśmiałam się przez łzy. Czego ja się spodziewałam? Wrócił mój Kendall. Ten, za którym tak bardzo tęskniłam.
-Później. - powiedziałam, ostrożnie całując jego pokaleczoną dłoń. - najpierw musi Cię zbadać lekarz. Będziemy mieli jeszcze dużo czasu, żeby porozmawiać.
Już prawie sięgnęłam wolną dłonią do tego przeklętego przycisku wzywającego pielęgniarkę, ale Kenny strącił ją, kiedy była w połowie drogi.
-Proszę, nie. - wyjęczał, niczym małe dziecko bojące się dentysty. - To naprawdę nie może poczekać? - zapytał.
-Miejmy to już z głowy. - odpowiedziałam, w końcu wciskając alarm. - Zaraz będziemy mieli czas, żeby pogadać. Zobaczysz. Nigdzie się nie wybieram. Zostanę z Tobą, obiecuję.
Kendall popatrzył na mnie przez chwilę, starając się ukryć ból. Po tak długim czasie leki przeciwbólowe przestały działać. To było więcej niż pewne.
-I po raz kolejny upadłem, a ty mi pomogłaś. - wyszeptał na wpół przymkniętymi powiekami.
-To takie twoje hobby? - zażartowałam, głaszcząc go po głowie. - Spadanie z różnych rzeczy?
-Tylko jeśli Ty mnie złapiesz. - odpowiedział całkiem poważnie, a ja pochyliłam się nad nim niżej i delikatnie pocałowałam go w czoło.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak, wiem... Ściągnęłam tekst z „Zaczarowanej”. Oglądałam to przy pisaniu końcówki. Mam nadzieję, że się wam podobało. Liczę, że tak. Dajcie mi, proszę, znać pod spodem. Do następnej notki! Pozdrawiam!

7 komentarzy:

  1. Kurde, Logan z tą bronią to nieźle pojechał. Tekst z "Zaczarowanej zawsze fajny ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze że z Kendallem wszystko już dobrze ale Logan mnie zaskoczył :) Też lubię turkusowy :D Czekam nn:******

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze ze z Kendallem jest już wszystko w porządku. Czekam nn ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie <3 Końcówka najlepsza.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ohhhhhhh jaka końcówka *_* zakochać się i umrzeć! :D
    Logan jaki Bad Boy ^^ nie poznaje już go... dzieciaki tak szybko dorastają ;D
    Czekam na nn i pozdraaawiam :***

    OdpowiedzUsuń
  6. :o
    emmm.. hehehe... "Tylko jeśli Ty mnie złapiesz"- ale wiesz Kendall, jak tak będziesz spadać cały czas to zamęczysz bidulkę :(
    dajże jej ulgowe i zafunduj jakieś wspólne romantyczne wakacje w tropikach ;p
    Rozdział cudowny, a Logan strasznie zaskakujący O.o ale ja tam lubię bad boy' ów
    o ile potrafią się opamiętać w ważnych sytuacjach xd no ;) zawsze warto wiedzieć kiedy przestać (już się zamykam :D )
    czekam nn ! :*
    i jeszcze tylko zapraszam do siebie :) http://welcome-in-my-lifeee.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń