czwartek, 28 listopada 2013

36. Kolacja

**Kendall**
Spakowałem już większość swoich rzeczy. Z dziewczynkami z sal naprzeciwko też zdążyłem się pożegnać. Bardzo polubiłem ich towarzystwo, mimo, że chciały ze mną oglądać Hannah Montanę i Disneyowskie bajki. Mimo wszystko jeszcze nie dostałem wypisu.
Zautomatyzowane drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł David, rzucając się na mnie z ramionami. Błyskawicznie podbiegł do łóżka wskakując mi na kolana.
-David, mówiłem ci coś! - krzyknął James, który wbiegł zaraz za nim. Z tyłu szła Aliana, która niosła papierową torbę. - Nie skacz na niego.
-Przepraszam. - odparł smutno, schodząc ze mnie i spuszczając głowę.
-Nie szkodzi. - pokręciłem głową, siadając trochę prościej. - Też się za tobą stęskniłem, młody.
-Mały przytulił mnie do siebie, a ja po przyjacielsku poderdałem go po głowie. - Chciałbym już stąd wyjść, ale nie dali mi jeszcze wypisu.
-Nam dali. - powiedziała cicho Aliana, podchodząc do mnie i całując w usta. - Zbieraj się.
No i tu Carlos znowu ma rację. Aliana wszystko mi wybaczy, a ja i tak zachowuję się jak ostatni kretyn. I głupek.
-Chodź, już wszyscy na Ciebie czekają. - odparła, kiedy wstawałem.
-Z szefem włącznie. - dodał James, który zarzucił sobie na ramię moją torbę, do której spakowałem rzeczy. - Chociaż Erin twój urlop jest nawet na rękę, bo...
-Bo znalazła sobie chłopaka. - dokończyła za niego Aliana. - Poza tym, szybko znalazł mi nowe zajęcie. To znaczy tymczasowe.
-I bez tego znalazłabyś sobie fuchę. - powiedziałem, przytulając ją do siebie. - Jesteś najlepsza w tej branży! - krzyknąłem, coraz mocniej ją obejmując.
Ta tylko oderwała się ode mnie, dysząc ciężko. Spojrzałem na nią ze śmiechem patrząc jak poprawia sobie torebkę. Chciała wyciągnąć sobie telefon z kieszeni, ale ten z trzaskiem upadł na podłogę. James schylił się i podniósł g, patrząc na wyświetlacz. Aliana szybko mu go zabrała, chcąc odebrać.
-Ostatnio często do Ciebie wydzwania. - powiedział, wsadzając ręce do kieszeni.
-Ma ważne sprawy. - odpowiedział wychodząc z sali.
Spojrzałem na niego pytająco, ale on tylko pokręcił głową, dając mi tym znak, żebym się tym lepiej nie interesował. Kiedy po dłuższym świdrowaniu wzrokiem, James się poddał, tylko spojrzał na mnie z rezygnacją. Później poruszył bezgłośnie ustami, jakby chciał powiedzieć „Reynolds”.
-A czego on chce? - zapytałem, kiedy David pociągnął mnie do drzwi.
-Chyba chce ją z kimś umówić na sesję. Nie wiem, tyle mi mówiła. - wzruszył ramionami.
-Idziemy!? - jęknął David, powodując, że obaj wyszliśmy z sali.
**Carlos**
Od dłuższego czasu wiedziałem, że z Loganem jest coś nie tak. Zachowywał się dziwie, można wręcz powiedzieć, że nasz kontakt był maksymalnie ograniczony. Nawet w pracy zachowywał pewien dystans. Graliśmy chwilowo bez Kendalla. Bo może właśnie jego brak tak na niego działał?
Od dłuższego czasu nie rozmawiał z nami, był wręcz na zupełnie innej orbicie. Aż do teraz. Jak Kendall wraca do domu. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Zazwyczaj nie gotuję, ale raz muszę się poświęcić. Wziąłem pokrojone warzywa i cisnąłem nimi na patelnię. Nie dokładnie wiem, jak się to robi, ale mam nadzieję, że niczego nie pomylę. W końcu Nathan nie bardzo miał czas, żeby mi to wyjaśniać.
-Słuchaj, może ja to za ciebie dokończę? - zaproponowała Roslyn, która już zdejmowała swój fartuch malarski. - Coś nie bardzo Ci to wychodzi.
-Cicho! - krzyknąłem. - Dam sobie radę.
Roslyn tylko się zaśmiała i przytuliła mnie do siebie. Czułem jak mną buja. Z daleka dochodził do mnie zapach jej francuskich perfum. Wiedziałem, że po kryjomu nazywa je „swoją małą ojczyzną”. Wiedziałem, że teraz byliśmy prawie sami, bo Jen i Nicole rozmawiały na piętrze.
-Jesteś pewien, że właśnie tak to się powinno robić? - zapytała, kiedy przekręciłem pierwszą porcję warzyw, a ona była spalona pomimo sporej ilości wody.
-Tak, nie wiem, dlaczego się pali. - oznajmiłem. - Powinno wyjść dobrze.
-Wiesz, kto używał tej patelni przed Tobą? - zapytała, siadając na blacie kuchennym.
-Wydaje mi się, że Logan, ale nie jestem pewny.
-No i wszystko jasne. - westchnęła.
-Co jest jasne? - zapytałem, zestawiając patelnię z ognia.
-Jak to co? - wzruszyła ramionami, zeskakując z blatu. - On nigdy nie zmywa po sobie naczyń. Mało to razy na niego narzekałeś?
No oczywiście. Mogłem na to wcześniej wpaść.
**Nicole**
Nie miałam pojęcia, gdzie podziewa się Logan. Od dłuższego czasu się nie odzywa, chociaż powinien wrócić do domu godzinę temu.
-Nicole, nie przejmuj się. - powtarzała mi Jennifer, siedząc z gitarą na kolanach. - Logan to pieprzony fuksiarz. Nic mu nie jest.
-Tak, łatwo Ci mówić. - wyszlochałam, odchodząc od zmysłów. - To nie Twój chłopak chodzi nie wiadomo gdzie. Ja się o niego martwię, zrozum!
-Przypominam Ci, że to mój kuzyn! - wrzasnęła, odkładając gitarę na bok. - Logan to Logan. Zawsze inni cierpią za jego szaleństwa, a on wychodzi bez szwanku.
Usiadłam na kanapie naprzeciwko niej. Nie wiem, jak by wyglądał nasz pokój, gdybym go nie sprzątała pewnie wyglądałby jak pobojowisko pobitewne. Z drugiej strony, trudno uwierzyć, że Logan potrafi zasyfić taki luksus.
Nagle drzwi się otworzyły i do środka weszła Aliana. Była bardzo cicho, prawie jej nie zauważyłyśmy. Chociaż bardzo potrzebowałam jej obecności, wiedziałam, że nie mogę jej powiedzieć wszystkiego.
-Nie ma Logana? - zapytała, rozglądając się po pokoju. - Miał być już jak tu przyjdziemy.
-Nie, ale pewnie zaraz wróci. - odpowiedziała Jen, chowając swoją gitarę do pokrowca. - A wy już ze szpitala? Carlos nie zdążył?
-Zdążył. - odpowiedziała Aliana, zapisując coś na kartce. - Ale nie do końca mu to wyszło, więc Kendall teraz po nim poprawia.
-Poprawia? - powtórzyłam, spoglądając na nią spod byka.
-Ratuje co się da. - machnęła ręką, pokazując, że wcale nie ma na myśli wyrzuconej kolacji i przygotowanie wszystkiego od nowa. - Carlos nie ma ręki do kuchni.
-W przeciwieństwie do Kendalla, który świetnie gotuje. - dodała Jen, przytupując obok mnie.
Aliana uśmiechnęła się pod nosem. Zawsze tak reagowała, kiedy... No wiadomo. Mogła tak po prostu pomyśleć o przyszłości, teraźniejszości i pracy, która dzięki Bogu nie była aktualnie zbyt ciężka i Allie nie musiała chodzić we wszystkie strony, żeby pokazać wszystko, co chciała.
Drzwi znowu się otworzyły, ale tym razem do pokoju wszedł David.
-Zrobiliśmy Kolację! - krzyknął, wpadając na Jen i kładąc się na jej kolanach.
-My? - zapytała, próbują go usadzić między mną, a sobą.
-Ja, wujek Carlos i wujek Kendall. - odpowiedział.
-Tak, szczególnie Carlos. - mruknęła Jen, ciągnięta przez Davida do drzwi. - Prędzej kurczak pofrunie niż Carlos ugotuje.
-Co, znowu oglądałyście stare odcinki „Teorii Wielkiego Podrywu”? - zapytała Alina, idąc za nimi, a ja poszłam za nią.
-Wiesz jakie to wciągające? - krzyknęła, kiedy byłyśmy już na schodach. - A pamiętasz ten odcinek z fotelem ze śmietnika? To było odlotowe.
-Tak, chyba nie wymyślili lepszego. - zaśmiała się, jak zeszłyśmy już na dół.
Teraz po praz pierwszy zobaczyłam Kendalla od czasu porwania. Miał rękę w gipsie i Bóg raczy wiedzieć ile zadrapań, ran i siniaków pod ubraniem. Na twarzy nie wyglądał tak źle. Miał tylko rozciętą głowę i kilka plastrów. Mimo wszystko jego twarz rozjaśniał szeroki uśmiech.
-Hej, przystojniaku! - powiedziałam, przytulając go do siebie po przyjacielsku. - Jak się czujesz?
-Dzięki, już lepiej. - odpowiedział, odpychając mnie od siebie. - strasznie się za wami stęskniłem.
-My za tobą też. - powiedziałam, łapiąc sztućce i rozkładając je na dużym stole.
Wciąż martwiłam się o Logana. Jen przekonywała mnie, że to nie ma sensu, bo pewnie po raz kolejny stracił poczucie czasu i nie ma się czym przejmować i że to to tylko kolejny raz, kiedy to mu się zdarza.
-Nicole, wszystko gra? - zapytał Carlos, patrząc na mnie z troską.
-Tak, nie martw się. - odpowiedziałam, nakładając sobie pstrąga na talerz.
-Jeśli chodzi o Logana, to się nie martw. - powiedział. - Napisałem do niego SMSa, odpisał, żebyśmy na niego nie czekali, bo wpadł na starych kumpli ze szkoły.
-Widzisz, mówiłam Ci. - odparła Jen, szturchając mnie w ramię. - Nic mu nie jest.
Wzruszyłam ramionami. No tak, tego można było się spodziewać.
**Logan**
Roslyn i Carlos męczyli mnie telefonami, ale nie odbierałem. Wiem, że dzisiaj Kendall wychodzi ze szpitala, ale są od tego znacznie ważniejsze sprawy, bo dla mnie bezpieczeństwo Nicole jest najważniejsze. Albo znajdę tego bydlaka, albo nie.
-Proszę, proszę... - usłyszałem za plecami głos z wyraźnie rosyjskim akcentem. - Kogo my tu mamy... Przydupas Brown we własnej osobie.
Odwróciłem się do niego przodem. Facet wyglądał jak ubogi mafiozo. Jego twarz znaczyła podłużna blizna. Poza tym wyglądał całkiem nieźle jak na przestępcę odżywionego radzieckimi sterydami na dopalaczach.
-Nie nazywaj nas tak. Kocham ją. - powiedziałem automatycznie.
-Na prawdę? - roześmiał się, wyjmując nuż zza pazuchy. - Jeszcze do Ciebie nie dotarło, jaka to jest suka? Widzi w tobie jedynie bogatego chłoptasia, który...
Nie zdążył dokończyć, bo szybkim, zgrabnym ruchem wyciągnąłem pistolet ukryty w spodniach i przystawiłem mu do szyi. Ale on nawet nie zadrżał.
-Widzę, że gwiazdor się przygotował... - zaśmiał się po raz kolejny. - Twój kumpel to tchórz. On ani śmiał się stawiać, a my robiliśmy z nim co chcieliśmy.
Wzmianka o Kendallu doprowadziła mnie do jeszcze większej furii, która i tak była spora, zważywszy na moje zdeterminowanie łączące z obroną Nicole.
-Skatowałeś mojego najlepszego przyjaciela prawie na śmierć! - wrzasnąłem, opluwając go prosto w twarz. - Pomiatałeś moją dziewczyną jak jakąś szmatą a teraz...
-Jest szmatą! - przerwał mi, podnosząc głos. - Niech to do Ciebie w końcu dotrze, bogaty chłoptasiu. Ona cię nie kocha, leci tylko na twoją kasę!
Zamachnąłem się dziko i uderzyłem go w skroń. Z jego czoła pociekła krew, a on upadł na ziemię nieprzytomny. Nie pozwolę, żeby taki śmieć kpił z mojej dziewczyny! Nie pozwolę.
Przeładowałem broń i wycelowałem w jego nieruchome ciało. Teraz wystarczyło go tylko dobić.
Byłe coraz bliższy pociągnięcia za spust. Drżała mi dłoń.
Nie! Nie mogę tego zrobić. Wtedy będę taki sam jak on!
Zabezpieczyłem broń, chowając ją z powrotem za pasek. Ostatni raz spojrzałem ze wstrętem na to ścierwo i obejrzałem się na pięcie. Wróciłem do samochodu. Emocje jeszcze nie opadły. Z wściekłością uderzyłem w kierownicę i ze świstem wypuściłem powietrze z płuc. Poczułem jak po policzku spływa mi pojedyncza łza.
Oddychając głęboko, odpaliłem silnik. Tak niewiele potrzeba, żeby doprowadzić mnie do ostateczności i... Jestem słaby. Powinienem strzelić. To by załatwiło wszystkie nasze problemy i w końcu byśmy się od niego uwolnili... To byłby koniec. Koniec problemów z sutenerami.
Musiałem wrócić do domu, ale wiedziałem, że do tej pory muszę dojść do siebie i zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Jakby nic się nie stało.
Jechałem przez mokre od deszczy ulice. Przez zaciemnione szyby nikt nie mógł mnie zobaczyć. Może to i lepiej. Może wystarczy powiedzieć w domu, że jestem zmęczony i nie będą o nic pytać. Może moja bajeczka o kumplach w zupełności wystarczy?
Z lekkim wahaniem zaparkowałem na podjeździe i wysiadłem z samochodu, wyjmując kluczyki z kieszeni. A może po prostu przywitam się z Kendallem i od razu pójdę spać. Może nikt nawet się nie zorientuje. Co najwyżej Jen na mnie naskoczy rano, że jechałem po pijaku, ale lepiej, żeby rzucała się z tego powodu, niż z prawdziwego.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i na dzisiaj tyle. Mam nadzieję, że wyszło lepiej jak wczoraj, no i że wam się podoba, bo było mi przykro, jak zobaczyłam jeden komentarz. Mam nadzieję, że po tej notce będzie lepiej. Do następnej notki! Pozdrawiam.  

5 komentarzy:

  1. Jak zawsze notka ekstra i jak zawsze mój komentarz jako pierwszy :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedny Logan no i Nicole. Czy wkońcu dadzą im spokój?! Dobrze że z Kendallem już jest okey i że wyszedł ze szpitala :D Czekam nn:*****

    OdpowiedzUsuń
  3. Logan i jego kontakty z mafią! I ten tekst o gotowaniu xd

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeju biedacy... tak mi szkoda Logana i Nicole, mam nadzieje że będzie wszystko ok, dajcie im żyć ludzie!
    Czekam niecierpliwie na nn i pozdrawiaaaam :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Logan mnie rozwala!! Kurcze coś czuję,że tak to się nie skończy.

    OdpowiedzUsuń