wtorek, 3 grudnia 2013

37. Drogówka

**Kendall**
Bystre światło słoneczne doszło do moich oczu. Byłem pewien, że zasunąłem zasłony... - pomyślałem podnosząc się na przedramieniu.
-Co się stało? - zapytałem, przecierając sobie oczy. No i znowu uderzyłem się nadgarstkiem, który wciąż był w gipsie. I tak wygląda mój pierwszy poranek po powrocie z tego białego więzienia... Pomyślałby kto. -Która godzina?
-Jest dziesiąta. - usłyszałem obok siebie głos Aliany. - Za dwie godziny macie nagranie w studiu, więc... Trochę czasu Ci jeszcze zostało.
Dopiero teraz zauważyłem, że leży obok mnie w kompletnym ubraniu.
-Dzień dobry. - wymruczała, pochylając się nad moja twarzą i delikatnie mnie całując. - Jak się spało?
-Nigdy nie byłem bardziej wypoczęty - odpowiedziałem, odwzajemniając pocałunek. - Długo tak siedzisz? - zapytałem, siadając na łóżku, przeginając się z wysiłku.
-Dopiero pół godziny. - odpowiedziała, odkładając czytaną książkę na stolik. - Spałeś jak zabity. Te prochy naprawdę działają.
Pokręciłem głową, usiłując wstać, ale niestety, znowu złapał mnie skurcz w nodze, która była zmiażdżona dwa tygodnie temu. Ortopeda twierdzi, że wszystko będzie dobrze, tylko muszę chodzić na ćwiczenia.
-Znowu ta łydka?- zapytała, łapiąc mnie w ostatniej chwili. Nie no, ja to zawsze muszę zrobić z siebie błazna...
-Tak, ale nie przejmuj się. - powiedziałem, z jej pomocą stając na nogi.
-Kendall... - zaczęła, podając mi kulę, która leżała pod łóżkiem. - Musisz uważać. Poczekaj chwilę, pomogę Ci w łazience.
Gdyby nie te okoliczności, pewnie bym się nawet ucieszył... A teraz? Byłem zmuszony do odegrania roli emeryta przez swoją własną dziewczyną, która musiała mi usługiwać. Tylko za nic nie mogłem znaleźć pierścionka po babci. Miałem zamiar oświadczyć się Alainie po imprezie. Miałem go w kieszeni marynarki, gdy... to się stało. Izzy twierdzi, że przy mnie go nie było, więc musieli go zabrać. Był sporo warty. Wciąż miałem cichą nadzieję, że jednak go odzyskam.
Drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie i do środka wpadł James, rozglądając się po całej sypialni. Spojrzałem na niego spode łba, dając mu tym do zrozumienia, żeby jednak dał nam odrobinę prywatności.
-O, już nie śpicie! - zawołał, jakby to było coś niezwykłego. - Dostaliśmy zaproszenie na Bal Bożonarodzeniowy. - oznajmił, opierając się o futrynę.
-Na co? - zapytała Aliana, patrząc na niego ze zdziwieniem.
-Taka impreza w przedszkolu na drugi dzień świąt. - wyjaśnił, wciąż nic sobie nie robiąc z moich krytycznych spojrzeń. - Całe przyjęcie ma charakter karnawałowy, więc konieczne są kostiumy. A teraz się ogarnijcie. Szczególnie ty, Kendall.
I wyszedł jak gdyby nigdy nic. Aliana rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie. Wyglądała na rozbawioną, co nie do końca można było wytłumaczyć.
Kiedy w końcu udało mi się pozbierać do jednego, logicznego kawałka, zszedłem na dół z pomocą Aliany. Teraz po raz pierwszy w życiu żałowałem, że byłem przeciw budowy windy w domu. Na dole wszyscy już byli przy stole. James coś krzyczał o przygotowywaniu kostiumów, a Carlos powtarzał, żeby poczekał na resztę.
-Wiecie co jest nie tak? - zapytała Roslyn, rozkładając sztućce. - Po raz pierwszy od bardzo dawna nasze mieszkanie stało puste.
-Nawet nie zauważyłam. - mruknęła Aliana, stawiając przede mną talerz z parówkami. - A tak właściwie, to gdzie jest Logan? - zapytała po chwili.
Właśnie. Nawet nie zauważyłem, że go tu nie ma. Zamiast tego poczułem czyjeś małe rączki na moich kolanach i zauważyłem Davida, który próbował się wdrapać na moje kolana.
-David, nie męcz wujka. - powiedział James, kiedy ten pomimo trudności nie dawał za wygraną.
-Usiądź obok mnie, dobrze? - zaproponowałem mu, kiedy James odciągnął go ode mnie dosłownie siłą. Też za nim tęskniłem, a tan naprawdę wymyślnie to okazuje.
Mały ze zrezygnowaniem pokręcił głową i przysunął sobie krzesło obok mnie.
-To ja pójdę sprawdzić co z Loganem. - oznajmiła Nicole, wstając z miejsca. - Za chwilę wrócę.
Zauważyłem jak Aliana patrzy jak odchodzi, a kiedy zniknęła za drzwiami, ta znowu zaczęła grzebać z swojej porcji klusek w sosie pomidorowym.
**Nicole**
Kiedy weszłam na górę i otworzyłam drzwi do naszej sypialni, zauważyłam, że jego już nie ma. Pośpiesznie zbiegłam z powrotem na dół i zaczęłam biegać po całym parterze.
-Nicole, co się stało? - zatrzymał mnie James, który ubierał Davida.
-Nie widzieliście gdzieś Logana? - zapytałam ich, wciąż się rozglądając po całym przedpokoju. - Jak rano schodziłam na śniadanie, to jeszcze spał, a teraz go nie ma.
Byłam kompletnie spanikowana. Nie mogłam pozwolić, żeby... żeby coś mu się przeze mnie stało.
-Nicole, uspokój się. - powiedział, kładąc mi dłoń na ramieniu. - Logan wyszedł tylnymi drzwiami, zaraz, jak poszłaś na górę. Mnie też nie podoba się to jego milczenie. Mogłabyś mnie oświecić, co się dzieje? - poprosił.
-No bo... - zaczęłam przygryzając wargę. - Moglibyście tu wszyscy przyjść? - krzyknęłam, wiedząc, że oprócz Logana jeszcze nikt nie wyszedł. Nie chciałam tego powtarzać kilka razy, bo to było dla mnie bardzo trudne. Wyjaśnianie tego od początku i jeszcze raz i jeszcze raz.
Kiedy wszyscy już tu przyszli, w kompletnych ubraniach, gotowi do wyjścia, wzięłam głęboki oddech. Teraz musiałam to powiedzieć.
-Logan kupił broń. - oznajmiałam, biorąc głęboki oddech.
-Co? - powtórzył Carlos, podtrzymując Kendalla, który prawie upadł. - Jak? Przecież nikt mu by nie sprzedał broni. Przecież nie ma pozwolenia.
-Powiedziałam mu, gdzie można ją kupić bez papierów. - powiedziałam. - Nielegalnie. Mogłam się zorientować, dlaczego o to pyta, ale zdałam sobie z tego sprawę, dopiero, kiedy dał mi jeden egzemplarz. Przepraszam, nie powinnam mu tego mówić.
Kiedy skończyłam, zapanowała cisza. Możliwe, że nie musiałam tego mówić przy małym, ale musiałam to mieć już za sobą. Musiałam.
-Dlaczego nam o niczym nie powiedział? - zapytał Kendalla, który jako pierwszy obudził się z osłupienia. - Powinniśmy o tym wiedzieć.
-Nie chciał was w to wciągać. - oznajmiłam, kręcą głową.
-Wciągną nas w to, kiedy ją tu przyniósł. - oznajmił James, podpierając się o ścianę. - Broń jest nielegalna, więc wszyscy możemy za to beknąć.
-Co to znaczy beknąć? - zapytał David, który przysłuchiwał się całej rozmowie i jak widać nie znał jeszcze wszystkich zwrotów. - Wujek Carlos często beka, jak pije kolę.
-W tym przypadku, to znaczy, pójść do więzienia. - wyjaśnił. - Wiem że, chce cię chronić, ale moim zdaniem źle zabiera się do tej wojny...
-Człowieku, on robi co może, rozumiesz? - przerwał mu Carlos, który chwycił Davida za rączkę. - Powinien z nami o tym porozmawiać, racja, ale skoro on nie bardzo wie, jak się do tego zabrać, to może my powinniśmy zacząć tą rozmowę pierwsi?
Zamyśliłam się na chwilę. Nie bez powodu Carlos był uważany za tego najrozsądniejszego, ale zawsze wiedziałam, że Logan też ma swój rozum. Kocham go, to fakt, ale czarami jego głupota sięga zenitu. I to też jest fakt.
-Masz rację. - oznajmiła Aliana.- Musimy z nim porozmawiać, zanim znowu zrobi coś głupiego.
-Jest tylko jeden maleńki szczegół. - powiedziała Jen, która jak dotąd siedziała cicho. - Logan załatwił tej broni całkiem sporo.
-Pomyślał o nas wszystkich. - wymamrotałam pod nosem. - Jest po sztuce dla każdego.
Popatrzeliśmy po sobie porozumiewawczo.
-W tej chwili kostiumy na bal to nasz najmniejszy problem. - oznajmił Carlos, zapinając małemu bluzę. - To może lepiej już wyjdźmy, bo się jeszcze spóźnimy.
**Aliana**
Kilka dni później:
Po długiej i jakże męczącej rozmowie z Loganem, wspólnie uzgodniliśmy, że na razie nie będziemy się wychylać. Tylko Roslyn wpadła na zastosowanie zasady „Trzydziestu Metrów” i wspólnie pochowaliśmy kilka sztuk w domu chłopaków i naszym mieszkaniu. Nie bardzo mi się to podobało, ale trudno. No i Izzy musiała się o wszystkim dowiedzieć. Po uroczystym zaprzysiężeniu, że nie będziemy strzelać bez najwyższej konieczności, postanowiła nas przeszkolić.
Jeśli chodzi o kostiumy, dobraliśmy się w pary. Kendall z Carlosem, James z Loganem, Ja z Nicole, Roslyn z Jennifer. No i został jeszcze David, którego dołączyliśmy do Jamesa i Logana.
Jedyne, co mnie zdziwiło, to zapał Nicole. Postanowiła przebrać nas dwie za dwie Disnejowskie księżniczki.
-Dlaczego po prostu nie kupimy gotowych sukienek? - zapytałam, kiedy już trzeci dzień ciągała mnie po sklepach i pasmanteriach z artykułami do szycia.
-Bo wtedy nie będzie zabawy. - odpowiedziała, wnikliwie studiując wydrukowany portret Królewny Śnieżki. - Zrobimy wszystko same.
-Powinnaś być projektantką mody, a nie modelką. - oznajmiałam, patrząc z jakim profesjonalizmem dopiera materiały i dodatki.
Na mnie też, niestety miała już pomysł. Bez żadnego zająknięcia pokazała mi zdjęcie Giselle z „Zaczarowanej”, oznajmiając, że zrobi mi właśnie taką sukienkę.
-Żartujesz z tym, prawda? - zapytałam, kiedy pokazywała mi niebieską i różową tkaninę. -Na pewno nie! Zapomnij!
-Aliana, proszę... - jęknęła, kiedy chciałam odejść ze stoiska. - Tak ładnie Ci w niebieskim.
-Przestań tak na mnie... - wycedziłam, kiedy znowu spojrzała na mnie jak kot ze Shreka. I znowu to robi! - Oj... No dobra, niech już Ci będzie.
Nicole poklaskała z radością, pokazując mi coś, co wyglądało na kwiatki do włosów.
-O nie! - krzyknęłam z wściekłością. - Na pewno nie.
-Widziałaś kiedyś Giselle bez kwiatów we włosach? - zapytała, ładując kwiatki do torebki i dając sprzedawcy zapłatę. - Niczym się nie przejmuj. Będziesz wyglądała lepiej niż Amy Adams.
-Właśnie tego się obawiam. - wymamrotałam pod nosem.
-Co? - odwróciła się do mnie, pochylając się nad wyświetlaczem komórki.
-Nic, nic... - odpowiedziałam, idąc pokornie za nią.
Skoro sprawia jej to taką frajdę, to może lepiej jej tego nie odmawiać. W końcu to tylko trochę uroczej tkaniny i nic mi się przez to nie stanie. Co najwyżej przewrócę się o to długie coś i wybiję sobie zęby, ale mniejsza z tym. W końcu w Święta chodzi o to, żeby uszczęśliwić innych.
Chodziłyśmy jeszcze przez kilkanaście minut, szukając wstążek i innych ozdób do sukienek. Nicole szczególnie przypadły do gustu żółte kokardki, które znalazłam. No i trzeba było jej jeszcze znaleźć czerwoną wstążkę, którą wpięła by sobie jako przepaskę. A może kupimy jeszcze przepaskę i zrobimy z tego jedną rzecz? Nie wiem, nigdy nie byłam najlepsza w stylizacjach.
-Jeszcze tylko ostatnie przymiarki i... Mogę się brać za szycie. - oznajmiła z radością, kiedy pakowała wszystkie torby do samochodu.
-Znaczy, wprowadzasz się z powrotem? - zapytałam, siadając za kierownicę.
-Tylko chwilowo. Robimy te kostiumy w parach, a ja wiem, jak bardzo jesteś zapracowana. - odparła, kiedy w końcu udało mi się uruchomić silnik. - A ja jestem wolna przez cały dzień, przynajmniej na razie.
-Czyli masz jakieś nowe zlecenie? - zgadałam, nie spuszczając wzroku z jezdni.
-Tak, tuż przed Wigilią. - oznajmiła. - Mam być pomocnicą Świętego Mikołaja w hipermarkecie.
Parsknęłam śmiechem, kiedy zjechałam ze skrzyżowania. Nicole zaczęła się śmiać razem ze mną i tak wygląda głupawka za kierownicą... Aliana, opanuj się! - skarciłam się w myślach. - Parz na drogę! Gwałtownie pokręciłam głową, żeby się jakoś opanować, ale niestety, nie zdążyłam. Bo tak o to w magiczny sposób, znienacka pojawiła się drogówka.
Zjechałam bez słowa na pobocze, kiedy zauważyłam znajomą niebieską migawkę, która migała do mnie, co było dziwne, bo nawet nie przekroczyłam prędkości.
Wyjęłam wszystkie swoje papiery i przygotowałam je tak, jak zawsze chce ich drogówka.
-Za co cię zatrzymali? - zapytała Nicole, zanim podszedł do nas policjant.
-A bo ja wiem? - mruknęłam, kiedy podszedł do nas policjant.
-Dzień dobry, pani Waker. Kontrola drogowa. - usłyszałam męski głos. - Przefarbowała pani włosy, ale i tak panią poznałem. Proszę przygotować prawo jazdy i dowód rejestracyjny.
Waker? Matko kochana, ile wykroczeń Roslyn popełniła tym samochodem? Bez słowa wręczyłam temu facetowi dokumenty o które prosił.
-Hamilton? - mruknął ze zdziwieniem. - Miło, że mam przyjemność z właścicielką pojazdu. Przekroczyła pani prędkość.
O ile? Dwa kilometry na godzinę?
-Będzie mandat. - oznajmił, podsuwając mi pod nos jakiś papier i oddając dokumenty. - Płatne na poczcie w ciągu tygodnia. Przyjmuje pani, czy kierujemy sprawę do sądu cało...
-Przyjmuję. - przerwałam mu, podpisując papierek własnym długopisem i oddając ją policjantowi.
-Przynajmniej pani nie robi awantury... - mruknął wręczając mi mandat.
-Roslyn robi awanturę? - zapytałam, zdając sobie sprawę z jego słów.
-Nawet sobie pani nie wyobraża jak wielką. - zachichotał. - Na przyszłość, proszę nie pożyczać przyjaciółce samochodu. Ta kobieta za kierownicą jest jak gwiazda na niebie. My ją widzimy, a ona nas już nie.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na dzisiaj tyle. Muszę tylko odpowiedzieć na komentarz, który pojawił się pod stroną z Bohaterami. Drogi Anonimie! Nie, Victoria Justice nie może być dziewczyną Jamesa. Z prostego powodu. Dziewczyny dla Jamesa i Logana zostały wybrane z Facebookowego konkursu. Poza tym Jennifer nie może przejść nagłej operacji twarzy i procedury zmiany nazwiska. Nawet, gdybym wykopała Jen i wstawiła Victorię, opowiadanie nie byłoby już takie jak od początku je kreuję. To by mi rozwaliło cały plan, rozumiesz?

No i poza tym, mam nadzieję, że dzisiejsza notka się wam podobała. Liczę na wasze komentarze! Do następnej notki!  

5 komentarzy:

  1. Na miejscu Aliany nie dawałabym Roslyn samochodu ;) Biedny Kendall musi tak cierpieć :( Notka świetna i przeczytana na matematyce :P Czekam hm:******

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział jak zwykle cudny :D Sorka, że nie komentowałam,ale po prostu dopiero teraz nadrobiłam wszystkie zaległości. Mam nadzieję że mi wybaczysz?

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak będę mieć swój samochód to nikomu go nie dam prowadzić :) fajny rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozwalił mnie Kendall z windą xd.
    Liczę na jakąś romantyczną kolację Kendalla z Alianą. I niech znajdzie pierścionek babci. Najlepiej, żeby ten przyszedł do niego sam :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Dwa ostatnie zdania-mistrzostwo :)

    OdpowiedzUsuń