czwartek, 5 grudnia 2013

38. Początek Przygotowań

Kiedy w końcu zaparkowałam pod mieszkaniem, wiedziałam, że Nicole od razu weźmie się do roboty. Maszyna do szycia była gotowa, inne rzeczy, których potrzebowała, właściwie też. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, zanim przyjedzie tu Kendall. On zawsze lubił się zjawiać w nieodpowiednim czasie i najmniej odpowiednim momencie. Kocham go, to fakt, ale czasami nie mogę znieść myśli, że wpadnie tu bez ostrzeżenia i zacznie gadać od rzeczy, co sumiennie robi od trzech dni. Nawet mi to nie przeszkadzało. Przeciwnie. Bawiło mnie to. Odkąd mógł już porządnie chodzić do pracy i robić wszystko co trzeba, zebrała się z nim nowa energia.
-To co masz zamiar zrobić? - zapytała Nicole, kiedy wyciągnęłam z teczki plik dokumentów, które musiałam przestudiować.
-Zrobię porządek z tymi papierami i zacznę gotować obiad. - oznajmiłam zupełnie szczerze.
-Nie o to mi chodziło. - odparła. - Tylko o samochód. Zamierzasz kupić nowy? - zapytała rozkładając ogromną tkaninę na podłodze. - Myśleli, że jesteś Roslyn. - odparła. - Zamierzasz go zmienić? Bo może powinnaś...
-Po co? - wzruszyłam ramionami. - przecież jeszcze jeździ. Jak coś, dam go Nate'owi, żeby...
Nie dokończyłam, bo do środka wpadł Kendall, demonstrując pełną sprawność swojej świeżo wygojonej nogi.
-Hej, kochanie. - powiedział, całując mnie w policzek. - Co robisz?
-Podatki, - westchnęłam, przepisując rozliczenia na czysty arkusz. - Do tej pory nie mogę pojąć, jak Nate'owi udaje się złożyć wszystko w terminie, a tak naprawdę dosłownie wszystko przekłada na ostatnią chwilę.
-Może ma sekretarkę? - zgadł, wciąż całując mnie po szyi.
-A nie wykluczone... - powiedziałam powoli, mimo wszystko próbując się skupić na rachunkach.
-Ej, ja tu ciągle jestem! - usłyszeliśmy oburzony krzyk Nicole, na co Kendall natychmiast się wyprostował i usiadł obrażony na kanapie.
-Wybacz. - wymamrotałam, odwracając się do niej, a ta kiwnęła głową i wróciła do swojego zajęcia. Spojrzałam na Kendalla, a ten obdarzył mnie krótkim, ale za to radosnym spojrzeniem. Pośpiesznie puścił mi oko i wrócił do zmieniania kanałów w telewizorze.
Pokręciłam głową i z powrotem pochyliłam się nad pompierami. Wygląda na to, że czeka mnie duużo pracy nad tym czymś.
**Logan**
Szedłem opuszczoną uliczką Los Angeles, która od zawsze była uważana za miejską meliniarnię. I dobrze. Takie miejsce jest w sam raz na spotkania z bandytami. Poprawiłem pod bluzką pasek na którym wisiała broń. Obawiałem się, że szwy puszczą i tyle z tego będzie.
Mimo wszystko szedłem dalej. Kiedy Kendall mi powiedział, że pierścionek po babci, który zamierzał dać Alianie zginął po porwaniu, stało się dla mnie jasne, że go okradziono. I to ze starej, rodzinnej pamiątki.
Upewniłem się, że kluczyki od samochodu nie wypadną mi z kieszeni i przyśpieszyłem, coraz mocniej ściskając torbę ze wczorajszymi bułkami. Mimochodem opuściłem ją na kolana młodego chłopaka siedzącego pod grubym, niskim murem.
Widząc znajome światła starego samochodu, puściłem się biegiem przed siebie. Czas to skończyć. Raz na zawsze. Taki był plan.
Podbiegłem do samochodu, wyciągając pistolet i strzeliłem naładowaną kulą w przednią szybę pojazdu, tak, żeby nie trafić w kierowcę. Samochód zahamował gwałtownie, a ja wbiegłem do swojego auta. Oby Izzy miała rację i ten gbur do nas przyszedł. I to najlepiej z rodzinną pamiątką Schmidtów. Oby miała rację...
Maksymalnie przyśpieszyłem. Może zjawi się dzisiaj, może jutro... Izzy obiecała wysłać stały patrol pod nasz dom. Kiedy zaparkowałem pod domem, starałem się uspokoić. Wciąż szumiało mi w uszach, ale nie wiem, czy to był efekt ogłuszenia po huku, czy szok, który ogarnął mnie po tym wszystkim. Dopiero jak udało mi się ustabilizować spazmatyczny oddech, wysiadłem i wbiegłem po schodach na górę.
-Logan, zaczekaj! - usłyszałem głos Jen, która mierzyła coś co wyglądało na dół kostiumu seksownego króliczka. - Musimy porozmawiać.
Szybko odwróciłem wzrok. Chciałem jak najszybciej iść do pokoju. Wziąć garść tabletek i zasnąć jak na kacu. Tylko tego mi było trzeba.
-A ty dokąd? - usłyszałem głos Roslyn, która złapała mnie za rękę i pociągnęła do pokoju Carlosa.
Jak zwykle uderzyła mnie porządek panujący w całej sypialni. Wyjątkiem był stosik szmat na stoliku. Roslyn popchnęła mnie na łóżko, tak mocno, że upadłem na plecy.
-O co wam chodzi? Dziewczyny! - wrzasnęłam, wstając niezgrabnie i siadając na krawędzi ogromnego łóżka. - Nie mogę po prostu iść do siebie?
-Nie! - krzyknęły jednocześnie.
-Najpierw musisz nam wytłumaczyć, czemu jesteś taki dziwny po odnalezieniu Kendalla? - naskoczyła na mnie Jennifer, grożąc palcem jak małemu urwisowi.
Chciałem wstać, ale one mi na to nie pozwoliły. Zdołałem tylko usiąść bardziej przyzwoicie.
-A wy jak byście się zachowywały? - warknąłem, powoli tracąc cierpliwość. - Jakaś banda sku*****nów dręczy moją dziewczynę, jakby tego było mało, skatowali i brata do nieprzytomności i okradli go z rodzinnej pamiątki. I ja według was, dziwnie się zachowuję?
Roslyn i Jen spojrzały na siebie, jakby porozumiewały się bez słów. Nie do końca rozumiałem, co można sobie w ten sposób przekazać, nie poruszając się choćby o centymetr. Zdolności paranormalne? Raczej w to wątpię.
-Ma rację. - westchnęła Roslyn, podając Jen jakąś kusą bluzeczkę. - Chroni rodzinę.
Widziałem po minie Jen, że dość niechętnie przyznała mi rację. Wiem, że czasami zachowuję się jak gówniarz, ale kiedy jest wyższa konieczność zrobienia czegoś dla innych, to potrafię się wykazać. Jednak to nie zmienia faktu, że połowa nieszczęść, która nas spotyka dzieje się tylko z mojej winy.
Jen poddała się, odchodząc, kiedy zadzwonił jej telefon. Podniosła go i spojrzała na wyświetlacz. Po chwili odebrała. Nie mogłem zrozumieć, co mówi. Po tym strzale trochę ogłuchłem i nie miałem problem z wyraźniejszym zrozumieniem pojedynczych słów.
Po chwili wróciła i spojrzała na Roslyn.
-Dzwonili z uczelni, na której wykłada mama. - oznajmiła. - Znaczy, moja mama. Powiedzieli, że zamknęli mamę w szpitalu psychiatrycznym. Podobno zaczęła świrować na zajęciach w prosektorium. Proszą, żebym poinformowała tatę.
**Kendall**
Aliana położyła się na plecach, dysząc ciężko. Nicole pojechała po jakieś wstążeczki, więc skorzystaliśmy z okazji. Oboje byliśmy upojeni do granic możliwości. Tak wspaniałej i szalonej kobiety nie poznałem wcześniej. Ona jest królową. Moją królową.
-Muszę przyznać, że jak na faceta w gibie nie jesteś wcale taki sztywny. - zażartowała, wciąż oddychając ciężko.
-Jakoś muszę za tobą nadążyć. - wydyszałem, odwracając głowę w jej stronę.
Spojrzałem na nią, uśmiechając się szeroko. Ona też się do mnie uśmiechała. Potem pochyliła się nade mną i namiętnie pocałowała.
-Pójdę się wykąpać, zanim wróci Nicole. - oznajmiła, wstając i wyciągając z szafy czystą koszulę. - Nie powinna nas zaskoczyć w takim stanie.
Ostatni raz spojrzała na mnie i wyszła z pokoju, zabierając ze sobą czyste ubrania.
Są takie chwile, że coraz głębiej zaczynam wierzyć w powiedzenie „Głupi ma szczęście.” Ze mną to się szczególnie identyfikowało. Pewnie sam też będę musiał się umyć. Jak zwykle po takich przeżyciach. Usiadłem na łóżku i wyjąłem komórkę z kieszeni spodni leżących na podłodze. Niedaleko leżała moja kamizelka barkowa leżała obok zwinięta w niezgrabną kulkę. Przycisnąłem do piersi rękę, która wciąż była usztywniona.
Zebrałem swoje ciuchy, kiedy usłyszałem jak odblokowują się drzwi łazienki. No to też muszę się jakoś ogarnąć. Bez niczyjej pomocy.
Przelotnie pocałowałem Alianę, kiedy mijałem ją w drzwiach. Carlos chyba powinien... O rety, zupełnie zapomniałem. Odkręciłem wodę w zaworze prysznicowym i wszedłem do kabiny. Krótkie, ekologiczne prysznice to moja specjalność. Pośpiesznie wytarłem się czystym ręcznikiem i ubrałem tak jak umiałem najlepiej. Wciąż były małe problemy z tą ręką i jakoś musiałem sobie poradzić. Kiedy w końcu byłem gotowy, wyszedłem z łazienki i zobaczyłem jak Aliana plami keczupem bluzkę, którą wcześniej miała na sobie.
-Co ty robisz, zapytałem, siadając przy stole.
-Musze jakoś wytłumaczyć Nicole, dlaczego się przebrałam. - oznajmiła, zwijając koszulę w kłębek i wrzucając ją do kosza na bieliznę, który stał za drzwiami łazienki.
Usiadła obok mnie, rozkładając papiery, które prawie skończyła. Teraz naprawdę musiała to skończyć.
Nagle otworzyły się drzwi mieszkania i do środka wpadła Nicole, która przyniosła ze sobą jakąś papierową torbę i rzuciła ją na kanapę.
-Znudziło Ci się oglądanie kreskówek? - zapytała, kiedy podeszła do blatu i nalała sobie trochę lemoniady do czystej szklanki. - Ej, Kendall! Głuchy jesteś?
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że mówi do mnie. Odwróciłem się i chwyciłem wolną szklankę, podnosząc ją do ust.
-Co? Ja? - jąkałem się, próbując zachować w tajemnicy to, co się przed chwilą stało. - Tak, no wiesz... Ile można oglądać te same kreskówki.
-Kendall... - powiedziała, wpatrując się we mnie z uwagą.
-Słucham? - zapytałem uprzejmie.
-Ta szklanka jest pusta. - oznajmiła. - Nic w niej nie ma.
Spojrzałem na puste, podłużne naczynie i wziąłem dzbanek z sokiem i nalałem trochę do środka. No i znowu wpadka.
-Aliana, dlaczego się przebrałaś? - zapytała, a Allie znieruchomiała na chwilę, wpatrując się tępo w przestrzeń. - Przecież tamta bluzka była jeszcze czysta.
-Zaplamiłam ją. - odpowiedziała bez mrugnięcia okiem. - Przebrałam się, i wrzuciłam ją do prania.
**James**
Wziąłem Davida z a rękę, mając zamiar go wyprowadzić z budynku przedszkolnego. Nie wiem, jakim sposobem udało się nam zakończyć prace nad sezonem przed świętami, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, ale wystarczyło zgrać kilka niewykorzystanych scen, wykorzystać dwa nakręcone wcześniej teledyski i umiejętnie schować gips Kendalla pod długim rękawem.
-Tato, a Jennifer nie może zobaczyć mojego przebrania? - zapytał, kiedy byliśmy na placu prywatnego przedszkola.
-Nie, bo wtedy nie byłoby niespodzianki. - powiedziałem, prowadząc go do samochodu.
On najlepiej wszystko pokazałby Jennifer. Wiem, że ją lubi, ale na coś się umawialiśmy. Mamy dotrzymać tajemnicy i zobaczyć swoje kostiumy dopiero w dzień balu. Sam za wiele się nie wysiliłem, a Logan swój kostium trzyma w tajemnicy nawet przede mną. Nie wiem, co on kombinuje, ale na pewno wie co robi. Nie wiem ile to ma wspólnego z Nicole, ale na pewno bardzo wiele. Zresztą... w ogóle ze sobą ostatnio nie rozmawiamy. Można śmiało powiedzieć, że się mijamy. Kiedy ja wchodzę na śniadanie, to oznajmia, że ma coś ważnego do załatwienia i tak po prostu sobie jedzie.
-I Jennifer też nie wie, że przebierasz się za Supermana? - zapytał, jak już przypiąłem go do fotelika. - A nie myślisz, że ta koszulka jest trochę za mała?
-Taka ma być, rozumiesz? A Jennifer cicho sza, rozumiemy się?
Mały pokiwał głową, przykładając palec do ust na znak, że milczy. Pokiwałem głową, uśmiechając się do niego i zamykając przed nim drzwi.
Pośpiesznie przebiegłem naokoło samochodu i usiadłem za kierownicą. Zapaliłem silnik i ruszyłem. Miałem zamiar jechać do domu, ale...
-Tato? - usłyszałem głos Davida, który wciąż bawił się starym gameboyem na tylnym siedzeniu. - A pójdziemy na gofra? - poprosił, nie spuszczając wzroku z wyświetlacza.
-Chcesz iść na gofra? - powiedziałem, skręcając na skrzyżowaniu. - A na jakiego masz ochotę?
-Takiego z bitą śmietaną i truskawkami. - odpowiedział, odkładając grę na bok.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Niech mu będzie. Dawno nie jedliśmy niczego na mieście. Zresztą, sam bym zjadł coś słodkiego. I co z tego, że to się wiąże z podwójnym treningiem na siłowni.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i dzisiaj na tyle. Mam nadzieję, że wam się podobało. Bella, doczekasz się tej kolacji, obiecuję, tylko jeszcze jest na to za wcześnie. Poza tym... staram się! komentujcie, proszę... 

5 komentarzy:

  1. Mogłabyś w bohaterach dodać syna James'a ? :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Szybka akcja hahahaha ;-) mmmm gofry mniam!!!! Zrobiłaś mi smaka XD Czekam nn:****[

    OdpowiedzUsuń
  3. Goferki, tajemnice, przebrania :) Fajna atmosferka :) Ja chce już swięta

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Na kolacji nie byli a w łóżku już dwa razy xd. I nie cenzuruj przekleństw!

    OdpowiedzUsuń