wtorek, 10 grudnia 2013

39. Strzelanina

**Aliana**
Kiedy tylko Logan zadzwonił i powiedział, że natychmiast mamy się zjawić w willi chłopaków, zorientowałam się, że coś jest nie tak. Kendall zbierał swoje rzeczy, czekając, aż Nicole pozbiera wszystkie miary i schowa je do szafy. Niewiarygodne, że te sukienki były już rawie gotowe. Nie przeszkadzała mi nawet maszyna do szycia ustawiona na stole w jadalni.
Zgrałam na DVD wszystkie odcinki pierwszego sezonu, na wypadek, gdyby Jen i Roslyn znowu chciały je oglądać. Ciekawe, kiedy przejdą do drugiego.
-Kendall, Nicole! - krzyknęłam w stronę pokoju. - Ruszcie się!
-Idziemy! - odkrzyknęła Nicole. - Już prawie skończyłam.
Po dwóch, może trzech minutach dołączył po mnie Kendall, który przełożył sobie torbę przez ramię. Spuściłam z niego wzrok, bojąc się, że Nicole zorientuje się, co się stało w trakcie jej nieobecności. Jeszcze by tego brakowało. I tak dobrze znosi nasze migdalenie w pokoju.
-Już jestem. - powiedziała, kiedy otworzyłam drzwi, żeby wyjść.
We troje zbiegliśmy na dół do samochodu. Usiadłam za kierownicą, pilnując Kendalla, który jeszcze dobrze nie usiadł. Trochę niepokoiłam się tym nagłym wezwaniem Logana. Coś mi tu nie grało. Coś było z tym nie tak.
Jechaliśmy w ciszy. Niepokojącej ciszy. Nikt z nas nie śmiał się odezwać, puki nie stanęłam pod domem chłopaków. Kiedy tylko wysiedliśmy, pobiegłam do drzwi, czyjaś silna ręka wepchnęła mnie do środka. A za mną Nicole i Kendalla.
-Logan, co ty... - syknęłam, ale ten natychmiast mi przerwał.
-Ciszej! - wyszeptał, prowadząc nas do głównego salonu. - Wiecie, gdzie co leży.
Znaleźliśmy się w salonie. Jen i Roslyn też nie wyglądały na zadowolonych. Zupełnie, jakby coś wiedziały. Kendall stanął obok mnie, łapiąc mnie za rękę. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że stoimy kilka centymetrów od schowka z bronią. To blisko. Niebezpiecznie blisko.
-Co to jest grane? - zapytała Nicole, ale Logan niemal natychmiast ją uciszył. Chyba tylko on wiedział co się dzieje. I nie raczył nam nic powiedzieć. Zupełnie, jakby knuł coś złego.
Roslyn usiadła na kanapie, wpatrując się tempo w przeciwną ścianę. Nie chciałam jej pytać o co chodzi. Wiedziałam, że nie mogę, bo w tak gęstej atmosferze i tak niczego by mi nie powiedziała.
Logan wziął z szafki telefon i wykręcił jakiś numer. Potem przyłożył sobie słuchawkę do ucha i milczał, wbijając wzrok w zamknięty notes leżący na stoliku.
-James? - powiedział po chwili. - Tu Logan, jest z tobą mały? … To świetnie, bo mam w domu małą partaninkę do wykonania i wiesz... zalało całą kuchnię i lepiej, żeby mały tego nie oglądał. … Dobrze, to się nawet świetnie składa. … Nie, nie wiem co robią Roslyn i Jen. Zamknęły się w pokoju Carlosa. Nie chcą mnie wpuścić. … U szefa. Powinien wrócić dopiero późnym popołudniem. … Dobra, to na razie. Dam wam znać, kiedy skończę.
Odłożył słuchawkę i podszedł do Nicole, całując ją namiętnie. Tylko, że to nie witało jak zwykłe powitanie. Raczej pożegnanie.
-Zalana kuchnia? - zapytała Roslyn, wyraźnie sylabizując słowa, jak miała w zwyczaju, kiedy coś jej nie pasowało. - Żartujesz, prawda?
-Mogłeś coś lepszego wymyślić. - żachnęła się Jennifer, kiedy Logan odepchnął od siebie Nicole i sięgnął do jednego ze schowków.
-Nie ma na to czasu. Ważne, że prędko tu nie przyjdzie. - oznajmiał, zamykając pustą walizkę po wyjęciu z niej kilku pistoletów. - Ale on może tu być zaraz.
Pośpiesznie schował broń pod poduszki kanapy. To jego kryjówki na ważne rzeczy odkąd pamiętam. Zawsze to robił. Zawsze.
Usłyszałam kroki, jak tylko Logan usiadł na kanapie obok Roslyn. Byłam pełna obaw, jeśli chodzi o ten z pozoru zwyczajny dźwięk.
-A więc wszystkie ptaszki w gnieździe. - usłyszałam gruby, męski głos z wyraźnym wschodnioeuropejskim akcentem. - Znakomicie.
-Ivan. - wyszeptała Nicole, tak cicho, że tylko ja i Logan mogliśmy ja usłyszeć.
**James**
Logan był jakiś dziwny przez telefon. Jakoś nie chce mi się wierzyć w tę bajeczkę o zalanej kuchni. Kłamał. Pewnie przeskrobał coś naprawdę poważnego i próbuje to teraz odkręcić.
-Proszę. - powiedziałam, stawiając przed Davidem pucharek z kremem i miękkimi wafelkami. - Nie mieli truskawek. Syrop może być?
Mały pokiwał głową i wskazał palcem na kogoś idącego w naszą stronę. Podniosłem głowę i zobaczyłem Cassidy idącą w naszą stronę. Uśmiechała się szeroko, niosąc swojego ptysia, a przynajmniej coś co wyglądało jak ptyś.
-Hej, przystojniaku! - powiedziała, siadając obok małego, tak, ze byłem naprzeciwko niej. - Jak to jest, że nie mogę was spotkać w stacji, a widzę was w cukierni.
-Przypadek. - powiedziałem, zdając sobie sprawę, że nie mamy niczego do picia. - Przyniosę kawy, chcesz? - zapytałem, podnosząc się z miejsca.
-Gdybyś był tak miły... - powiedziała, biorąc do ręki obrazek, który David jej podsuną.
-Oczywiście. - zaśmiałem się, wyjmując z kieszeni dwa banknoty. - Posiedzisz z małym?
-Z przyjemnością. - pokiwała głową, pochylając się nad rysunkiem.
Podszedłem do tej młodej kasjerko-barmanki, która swoją drogą była bardzo ładna... wróć! James, opanuj się! Pamiętaj, że jesteś z Jennifer.
-Mogę jeszcze dwie kawy i kakao? - poprosiłem, kładąc oba banknoty na ladzie. - do jednej proszę dodać cynamon.
-Oczywiście. - powiedziała, wybijając rachunek. - To pańska żona? - zapytała, podając mi kwit. - wydaje mi się, że widziałam ją w telewizji.
-A to nawet bardzo możliwe, jest aktorką, ale nie jesteśmy razem. To moja dobra znajoma.
-Rozumiem. - powiedziała, zanim odszedłem. - Napoje będą gotowe za pięć minut. Przyniosę do stolika. - obiecała, kiedy odwróciłem się do niej plecami.
Usiadłem na krześle, obserwując Cassidy, która zaczęła z Davidem już drugi rysunek. Po raz pierwszy ktoś wziął mnie za czyjegoś męża. Ale czemu tak okropnie czuję się z tego powodu? Przecież nie mogę ponosić odpowiedzialności za czyjeś głupie pomyłki. No zastanówmy się przez chwilę nad tym.
-Coś Cię martwi? - zapytała, odrywając wzrok od kartki papieru.
-Wszystko gra. - skłamałem. - Mamy w domu drobną awarię i Logan prosił, żebyśmy na razie nie wracali. Często wymykają mu się spod kontroli różne sprawy. Wiesz jaki on jest.
-Nie, niestety. - pokiwała głową, dorysowując coś na kartce.
**Nicole**
Ivan przeszedł przez pokój, upewniając się, że nie zrobimy niczego, czego on nie zaplanował.
-Skoro jesteśmy tu w komplecie, mam dla was propozycję. - oznajmił powoli.
-Nie wrócę do Ciebie. - powiedziałam, odsuwając się w stronę Kendalla.
-Nie bądź tego taka pewna, Krasnaja. - zaśmiał się, powodując u mnie jeszcze większe obrzydzenie. - Mam coś, no co na pewno Cię wymienię.
Przerażała mnie jego pewność siebie. Zawsze taki był w obliczu słabszych.
-Twój przydupas właśnie mi ciebie sprzedaje. - roześmiał się, wkładając rękę do kieszeni. Wyciągnął coś małego i błyszczącego. Nie miałam pojęcia, co to jest, dopóki nie wyciągnął dłoni w naszą stronę. Kiedy wszyscy dostrzegliśmy mały, błękitny brylant, zapadła głucha cisza.
-Moja oferta jest nadal aktualna. - powiedział, kiedy my wciąż wstrzymywaliśmy oddechy. - Wymienicie tę małą sukę na symbol tego szajsu, który nazywacie prawdziwą miłością?
Nikt z nas nic nie odpowiedział. Patrzyliśmy na niego tempo. Kendall miał otwarte usta, jakby nie wierzył, że to wszystko się dzieje naprawdę.
-Pierścionek babci... - wyszeptał, ledwo słyszalnie.
-Oddam wam go, jeśli tylko przyjdziesz do mnie i wrócisz do zawodu. - powiedział mi, a ten jego podły uśmieszek wciąż nie schodził z jego twarzy.
-Nie!- krzyknął Kendall, który jak dotąd stał jak sparaliżowany.
Ivan patrzył na niego zszokowany. Tego była dla niego za wiele. Zdecydowanie nie lubił, jak coś szło nie po jego myśli.
-Przecież chcesz odzyskać rodzinną pamiątkę, prawda chłopczyku? - powiedział, wciąż wymachując pierścionkiem przed naszymi oczami. - A potem poprosić tę rudą żmiję o rękę.
-Nie zrobię tego! - krzyknął Kendall, już znacznie dosadniej. - Nie wymienię pierścionka za przyjaciółkę.
Ciśnienie, które podniosło się w pokoju było wyczuwalne nawet na zewnątrz. Nie musiałam tego sprawdzać. Chciałam, żeby to był jakiś koszmarny sen, który minie jak tylko się obudzę.
-Aliana, chciałem Ci się oświadczyć, ale pierścionek... - ciągnął dalej, patrząc na nią ze zbolałą miną. - Nie wiedziałem co miałem zrobić, ale on przepadł. Jak nie ten pierścionek, to inny.
Aliana pokiwała głową, mając łzy w oczach. Powinni się zgodzić! - pomyślałam. - Nie wiedzą, do czego ten skurczybyk jest zdolny.
-W takim razie. - odparł, rzucając pierścionek na podłogę i wyciągając z kieszeni pistolet. - Przekonam was trochę inaczej.
Tego właśnie się obawiałam. Musiałam coś zrobić, że nie wykonał tej podłej wersji swojego planu. Oni mnie uratowali, a ja byłam im coś winna.
-Nie rób im krzywdy. - wrzasnęłam. - Pójdę z tobą, ale nie rób im krzywdy!
-Już za późno, Krasnaja! - odkrzyknął. - Zdania nie zmienię.
Zanim zdążyłam się zorientować, rozległa się seria strzałów. Logan padł na ziemię. Nawet nie zdążył wyciągnąć własnej broni ze schowka pod poduszką.
Zatkałam sobie uszy dłońmi, ale i tak zdążyłam ogłuchnąć. Wokół mnie zapadła cisza spowodowana głośnym hukiem po przełamanym oporze powietrza.
Widziałam brygadę policjantów. Krzyczeli, ale ich nie słyszałam. Spojrzałam na Izzy, która mówiła coś do swojego kolegi, antyterrorysty. Dopiero teraz zobaczyłam jego twarz. Dwóch innych pochylało się nad Ivanem, który leżał nieruchomo na podłodze.
-Potrzebne dwie karetki. - usłyszałam, kiedy już odzyskałam słuch. - Mamy dwóch rannych i jednego trupa. - powiedział jeden z nich do radia.
Dwóch rannych? Jeden trup? Mój Boże... Wstałam z podłogi i rozejrzałam się po salonie. Roslyn i Kendall klęczeli obok Aliany, która leżała na podłodze. Logan podbiegał do mnie, pytając, czy wszystko gra, ale już nie mogłam nic z tego zrozumieć. Nagle zapanowała ciemność...
**Carlos**
Szedłem jedną z bocznych ulic Los Angeles. Musiałem jeszcze kupić prezenty. Wszedłem do niewielkiego sklepu z artykułami plastycznymi. Spojrzałem na zestawy palet i dużych sztalug, porozkładanych na ścianie.
-Dzień dobry. - usłyszałem za swoimi plecami głos jakiejś starszej kobiety. - Może panu pomogę?
Odwróciłem się w stronę staruszki, która szeroko się do mnie uśmiechała.
-Bardzo chętnie skorzystam. Widzi pani, kompletnie się na tym nie znam. - powiedziałem, stając naprzeciwko niej.
-Pan jest studentem? - wywnioskowałam, kiedy przechadzaliśmy się po alejce w sklepie.
-Nie, to dla mojej dziewczyny. - powiedziałem. - Ona jest zawodowcem i nie chciałbym jej rozczarować. Nie ukrywam, że jej sprzęt jest dość stary i sądzę, że przydałby jej się nowy.
-Bardzo pan troskliwy. - zaśmiała się, wyciągając spod stolika jakiś obszarpany, wygnieciony katalog. - A czym zajmuje się pańska dziewczyna?
-Jest konserwatorem sztuki i maluje na zlecenie. - odpowiedziałem, spoglądając na jej poczynania.
-A zna pan przynajmniej markę jej sprzętu? - zapytała ponownie, a ja powoli zaczynałem tracić cierpliwość.
-Nie, niestety. - pokręciłem głową. - Ale pamiętam, że logo z drugiej strony słupka jest czerwone.
-Czerwone? - pokiwała głową. - Dobra firma. Chyba wiem, z czego pańska dziewczyna będzie zadowolona.
W końcu sprzedawczyni wybrała dużą sztalugę, z której korzystają profesjonaliści. Nic dziwnego, bo nie ukrywam, że całkiem sporo za to zapłaciłem.
Kiedy udało mi się wszystko schować do środka, wsiadłem za kierownicę i pojechałam do domu. Ale niestety... To, co tam zastałem, było dla mnie szokiem samym w sobie. Pod domem stało kilka radiowozów, w tym jeden duży i dwie karetki.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na dzisiaj to tyle. Pozostało tylko jedno ogłoszenie, do Anonima, który zapytał, czy nie mogę zamieścić w bohaterach synka Jamesa. Odpowiedź brzmi: Nie, nie mogę. Już wyjaśniam dlaczego. To nie ma sensu. Mały David ma dopiero dwa latka i nie podejmuje prawdziwych decyzji, które mają większy wpływ na fabułę. Wiem, że toczył się o niego spór, ale on go nie spowodował. Powodem byli James i Jess. To jego matka to zaczęła, w trakcie, kiedy mały David nie wiedział co tak naprawdę się dzieje. Wyczuwał napiętą atmosferę, ale nie mógł z tym nic zrobić. Gdyby był zbuntowanym nastolatkiem, z którym są problemy, wtedy bym go wpisała, bo jego rola byłaby większa. I tak na przyszłość, byłoby lepiej, gdyby jakieś spostrzeżenia i propozycje były kierowany na forum prywatnym. Mam maila, Facebooka, Gadu-Gadu i Aska. Nazwy i numery są znane, więc nie ma z tym problemu.

No i ta tyle... Mam nadzieję, że wam się podobało. Liczę na wasze komentarze! Do następnej notki! Trzymajcie się cieplutko!

4 komentarze:

  1. Jeden trup? OMG oby to nie był któryś z chłopaków. Nie wiem co dalej napisać wiec po prostu czekam nn ^_^

    OdpowiedzUsuń
  2. Trup to ten mafiozo mam nadzieję?
    Wiesz co? To nie fair. K3 już ma pierścionek i może się oświadczyć, to ty mu dziewczynę postrzeliłaś... Dalej czekam na romantyczną kolację! A tak wgl.. Dzięki tobie mam fajny pomysł :D

    OdpowiedzUsuń
  3. O cholercia, ale sie porobilo. Super sie czyta jak cos sie dzieje. Ech ten Logan :)

    OdpowiedzUsuń
  4. What?! Jak to jeden trup?! Boże oby nie któreś z nich :( Czekam nn:******

    OdpowiedzUsuń