czwartek, 12 grudnia 2013

40. Znaczenie Kochania

**Kendall**
Byłem już wykończony. Znowu siedziałem w szpitalu, wpatrując się w szybę pokoju zabiegowego. A myślałem, że nic gorszego nie może nas już spotkać. Odkąd tylko tu przyjechaliśmy, Logan powędrował do Nicole, która zemdlała z szoku. Roslyn jest przy Jen, w trakcie zszywania, a z Alianą jest trochę gorzej. Dostała w ramię, ale Beckham powiedział, że będzie dobrze.
Przeszedłem przez korytarz, sprawdzając, czy co się zmieniło tam za drzwiami.
Nate stał przy kozetce, na której leżała Aliana. Zawsze się upierał, żeby zostać przy Alianie. Zawsze przy niej był. Pomagał Beckhamowi, jak tylko mógł. A ja musiałem tu siedzieć bezczynnie, ze świadomością, że Aliana cierpi. Właśnie teraz. Za ścianą. A ja nie mogę jej nawet potrzymać za rękę. Przynajmniej tyle mógłbym dla niej zrobić.
-Kendall... - usłyszałem głos Izzy, która szła w moją stronę.
Odwróciłem się, patrząc na nią. Nie miała już tego czarnego kombinezonu. Przeciwnie. Wyglądała, jakby szła trenować. Trzymała dłonie w kieszeniach bluzy.
-Jak z nimi? - zapytała. - Szef mnie puścił, ale za dwie godziny muszę być znowu na komendzie.
-Nate powiedział, że Jen miała więcej szczęścia niż rozumu. - oznajmiłem. - Pocisk tylko musnął jej łydkę, nie pozostawiając cięższych obrażeń. Nicole śpi po lekach uspokajających, Logan jest przy niej, a Aliana... - przerwałem.
-No, co z Alianą? - zapytała, kiedy oparłem się o ścinę.
-Straciła sporo krwi, a nie mają zapasów do transfuzji. - oznajmiłem, z ledwością powstrzymując łzy. - Nate robi jakiś błyskawiczne badania, kombinują, gdzie może być kula. Ona tam ciągle siedzi.
-Kendall, nie martw się. - powiedziała, kładąc mi dłoń na ramieniu. - Wszystko będzie dobrze. Aliana sobie poradzi, zobaczysz...
-Mam nadzieję. - wymamrotałem.
Przez dłuższą chwilę nic nie mówiliśmy. Izzy, podobnie jak ja wpatrywała się w szybę, za którą była Aliana. Gęste, brązowe włosy Izzy były rozsypane na jej ramionach.
-Muszę ci coś oddać. - powiedziała po dłuższej chwili milczenia.
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. Ona po prostu wyciągnęła z kieszeni szmacianą serwetkę.
-To jest dowód w sprawie, ale... - powiedziała, rozwijając serwetkę. - prokurator zgodził się, żeby oddać ci go jeszcze dzisiaj.
Wręczyła mi pierścionek babci. Obejrzałem go z każdej strony. Był nienaruszony. Taki, jaki go dostałem. Taki, jakiego zapamiętałem.
-Ale jak... - zacząłem, ale Izzy natychmiast mi przerwała.
-Wiem, jakie to było dla Ciebie ważne. - powiedziała, przekrzykując panujący wokoło gwar. - A teraz weź głęboki oddech i zrób z nim co uważasz.
Potem odwróciła się i wyszła, jak gdyby nigdy nic. A ja stałem na środku korytarza jak ostatni kołek, wpatrując się w pierścionek po babci.
**Logan**
Siedziałem przy łóżku Nicole, trzymając ją za rękę. Dobrze wiedziałem, że jeszcze w najbliższych dziesięciu minutach muszę zadzwonić do Jamesa, żeby powiedzieć mu, co się stało. Może się wściekać, może mnie nawet udusić, ale nie mogłem mu tego wszystkiego od razu powiedzieć.
W głębi duszy cieszyłem się ze śmierci tego bydlaka. To oznaczało koniec naszych problemów. Przynajmniej dokąd reszta tej niewesołej zgrai siedzi za kratkami.
Kątem oka zauważyłem, jak Nicole delikatnie się poruszyła. Leki przestają działać, więc zaczyna się powoli budzić. Wstałem jak oparzony, jednocześnie ciesząc się i obawiając, tego, co za chwilę będę musiał jej powiedzieć.
-Logan? - wyszeptała słabym głosem. - Co się stało?
-Jestem przy tobie. - odpowiedziałem. - Już po wszystkim. Zemdlałaś.
-A co się stało zresztą? - zapytała, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami. - Policjant powiedział, że jest jeden trup.
Nie sądziłem, że to do niej dotrze. Myślałem, że była w zbyt wielkim szoku, żeby to zrozumieć.
-To Ivan. - powiedziałem. -To Ivan nie żyje.
-A dwóch rannych? - zapytała ponownie zachrypniętym głosem.
-Jen i Aliana. - powiedziałem, głaszcząc ją uspokajająco po policzku. - Ale wyliżą się. Nie martw się. Teraz już wszystko będzie dobrze.
Usłyszałem ciche pukanie. Odwróciłem się w stronę drzwi i zobaczyłem Jamesa stojącego w drzwiach. Nie wyglądał na smutnego, czy zmartwionego... Przeciwnie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Szedł w naszą stronę z kamiennym wyrazem twarz.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś? - warknął zamiast powitania. - Mogłem coś z tym zrobić. Pomóc wam jakoś, cokolwiek...
-I co by to dało? - zacząłem, nadal gładząc dłoń Nicole, po której policzkach pociekły łzy. - Musiałem to sam załatwić. Policjanci powiedzieli mi, co mam zrobić, żeby zwabić go do domu. Mieli rację. Zadziałało w kilka godzin.
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Po prostu siedzieliśmy w milczeniu.
-To moja wina. - powiedziała Nicole, przerywając ciszę. - Gdybym się nie pojawiła, to to by się nie stało. - oznajmiała, ocierając łzy wierzchem dłoni.
-Co ty pleciesz? - James pokręcił głową. - Nie twoja wina, że wcześniej trafiłaś na nieodpowiednich ludzi. Teraz wszyscy siedzą. Nie grożą nikomu, kto miałby jakikolwiek związek z tymi bydlakami.
Nicole sprawiała wrażenie, jakby chciała coś odpowiedzieć, ale tylko otworzyła usta, wzięła głęboki oddech i zamknęła buzię z powrotem, jakby zrezygnowała w ostatniej chwili.
-Co z Jennifer? - zapytałem go, chcąc jakoś zmienić temat.
-Odpoczywa. - odpowiedział. - Zostawiłem z nią małego i Roslyn.
Znowu byliśmy zmuszeni do martwego milczenia. Nicole wciąż się obwiniała. Wyczuwałem to na kilometr. Chciałem jej coś powiedzieć, pocieszyć ją... cokolwiek.
**Roslyn**
Żałowałam, że nie mogłem być teraz przy Alianie. To moja przyjaciółka, a Jen nie pomagała mi swoim paplaniem. Wciąż tylko gadała, gadała... i gadała.
-Siostra, nie martw się! - powtórzyła po raz setny. - Może Aliana nie ma takiego fuksa jak Logan, ale z taką błahostką sobie poradzi.
-Błahostką? - powtórzyłam z niedowierzaniem. - Ona została postrzelona. Rozumiesz?
-Rozumiem, ale nie jest tak źle. Aliana da sobie radę. Jest silna.
-Nie martw się ciociu. - powiedział David, rozpakowując wafelka. - Ciocia szybko wróci do domu. Jak zawsze. Nie martw się.
Nie martw się. Łatwo im mówić. Jeszcze nigdy wcześniej się tak nie martwiłam. Nigdy.
-Roslyn, nie histeryzuj. - powiedziała Jen, na co ledwo zwróciłam uwagę. - Zawsze mogło być gorzej. Spójrz na mnie. Moja matka siedzi w psychiatryku i ja ciągle jakoś się trzymam.
Tyle, że to nie jest Twoja matka. Z trudem powstrzymałam się przed powiedzeniem tego na głos. Wiem, że ludzki mózg nie tak szybko przyzwyczaja się do... Rety, muszę przestać. Gadam jak jakiś naukowiec. Muszę natychmiast zacząć gadać jak artysta. Właściwie zawsze tak gadam.
Zanim zdołałam pomyśleć choćby jedno zdanie, drzwi otworzyły się z trzaskiem i do środka wszedł Carlos, niosąc jakąś dużą torbę.
-Cześć dziewczyny. - powiedział, stawiając torbę z zakupami na łóżku Jen i całując mnie w policzek. - Jen, słyszałem, że zostajesz do rana i pomyślałem, że przyda Ci się prowiant.
Jennifer popatrzyła na niego z lękiem i zajrzała do torby. Po chwili zbladła i zatrzęsła jej się broda, jakby próbowała powstrzymać płacz.
-Carlos, zostaję do rana, a nie do następnego tygodnia. - oznajmiła, jakby Carlos był małym dzieckiem. - A tego jedzenia wystarczy przynajmniej na tydzień. I możesz mi wyjaśnić, co to jest?
Mówiąc to, wyciągnęła z torby paczkę cukierków. Nie wyglądała, jakby już je jadła, a i tak była wściekła, że Carlos ośmielił się jej coś takiego przynieść.
-Żelki-klejki w kształcie dinozaurów. - oznajmił. - Szybko ich nie przegryziesz. Jeśli ich nie chcesz, to oddaj małemu.
-Tata zabrania mi to jeść. - powiedział David, przypominając nam o swojej obecności.
-To lepiej mu nie oddawaj. - odparł, machając ręką. - James byłby wściekły.
Pokręciłam głową nad jego tymczasowym roztargnieniem. Kocham go i jest słodki, ale czasami to się robi męczące. Bardzo męczące.
**Kendall**
Po kilku minutach stania bez ruchu, powróciłem do rzeczywistości. Prokurator zrobił wyjątek... A może od razu zrobię z tego użytek? I może się uda?
Ignorując wściekłe spojrzenia i pokrzykiwania personelu, wbiegłem do zabiegowego. Bez najmniejszego zastanowienia uklęknąłem przy stole na którym leżała Aliana.
-Proszę... - zaczęła jedna z nich, ale Nate powstrzymał ją, unosząc rękę.
-Aliana, wiem, że to może nie jest miejsce na to, co właśnie usiłuję teraz zrobić, ale... -przełknąłem ślinę, chcąc zebrać słowa. - Zbyt długo na to czekałem...
Gadałem tak bez sensu, patrząc w jej piękne, niebieskie oczy. Wiedziałem, że ją boli, wiedziałem, że właśnie teraz powinienem przy niej być. Trzasły mi się ręce, chciałem to zrobić szybki i jednocześnie dobrze, ale wiedziałem, że to nie jest możliwe.
-Mój dziadek kupił ten pierścionek dla babci, żeby ją poprosić o rękę. Bardzo się kochali. Kochają nadal, właściwie odkąd tylko pamiętam. - paplałem. - Przed porwaniem dostałem ten pierścionek od babci, a potem go straciłem. Ale teraz już go mam. Chcę teraz zrobić coś, na co nie miałem wcześniej ani czasu, ani odwagi, ani możliwości. Chciałbym wiedzieć, czy... - przerwałem na chwilę, wyciągając pierścionek z kieszeni. - Czy zgodzisz się zostać moją żoną?
Zapadła cisza. Było słychać tylko przyśpieszone pikanie kardiomonitora, do którego przypięta była Aliana. Nikt nie śmiał się poruszyć. Becham wciąż trzymał opatrunek uciskowy, ale teraz jakby zamarł bez ruchu. Aliana wciąż wpatrywała się we mnie ze zdziwieniem.
-Kendall, ja... - zaczęła zachrypniętym głosem.
-Wystarczy jedno słowo. - powiedziałem, trzymając ją za rękę.
-Tak. - wyszeptała.
Poczułem, jak łzy spływają mi po policzkach. Chciałem ją pocałować, ale obecność innych ludzi, a w szczególności Nate'a, mi na to nie pozwalała. Chciałem ją do siebie przytulić, wtulić się w jej włosy... Żądałem niemożliwego, wiem o tym.
-Nie wkładaj jej teraz pierścionka. - powiedział dr Beckham, nadal uciskając ranę Aliany. - Możesz
Nate stanął naprzeciwko nas, jakby na coś czekał. Wpatrywał się w kartkę, na której były, jak podejrzewałem, wyniki badań krwi.
-Rozumiem, że chcecie, żebym wam udzielił błogosławieństwa. - oznajmił, wzdychając. - Zrobię to, ale później, jak Aliana będzie odpoczywać. Jednak jest coś, co powinniście wiedzieć teraz. Będziecie mieli dziecko.
Łzy stanęły mi w oczach. Będę tatą! Nie wierzę... Będę ojcem. Spojrzałem na Alianę, ale ona wyglądała na równie zszokowaną jak ja.
-Co? - wykrztusiliśmy jednocześnie.
-No, Aliana jest w ciąży. - powiedział, jakby wziął nas za kompletnych bałwanów.
-To akurat zrozumieliśmy. - westchnęła, krzywiąc się z bólu.
-Czyli wszystko jasne... - westchnął Nate, kręcą głową. - Spaliście ze sobą, tak! Jesteście razem, tak! Kochacie się, tak! Więc teraz nie ma żadnego problemu.
Przyszła jakaś pielęgniarka, trzymając jakąś podkładkę.
-Sala operacyjna jest już gotowa. - oznajmiła.
-Dobra, to jedziemy. - westchnął Beckham. - A narzeczony wynocha!
Wywieźli Alianę, a ona pomachała mi zdrową ręką. Odwzajemniłem ten gest, wciąż stojąc na zakrwawionej podłodze. Czyli nasze kochanie jednak coś znaczy...

No i dzisiaj na tyle... Trudno było, ale jakoś wytrwałam. Co chwila wyłączali prąd. Straciłam w sumie półtorej strony tekstu... Ale notka jest. Krótsza o kilka linijek niż norma, ale jest. Mam nadzieję, że wam się podobało. Liczę, na wasze komentarze i trzymajcie się cieplutko. Do następnej notki.  

8 komentarzy:

  1. OMG <3 Dzięki za linka do tego bloga <3 Zakochałam się <3 Jesteś genialna <3 oddaj połowę talentu <33

    OdpowiedzUsuń
  2. Aliana postrzelona, zaręczona i do tego w ciąży. KOBIETO. ZA DUŻO JAK NA MOJE JUŻ I TAK NADWYRĘŻONE SERCE. Ale oświadczyny słodkie!!!!!!!!!!!!!
    CHociaż w sumie myślałam, że K3 jest rozsądny i wie do czego służą prezerwatywy xDDD

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział jak zwykle super, ale patrząc na całość historii to zawsze robisz z Aliany męczennicę. Wiem, że to główna bohaterka, ale daj jej odpocząć. Dzięki temu unikniesz monotonii, która się wkradła do Twoich opowiadań. Jesteś artystką, więc myślę, że krytyka w dobrym tonie zadowoli Cię tak samo jak pochwała. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze, że Ivan nie żyje w końcu każdy się uwolni od problemów. A co do rozdziału to jak zwykle boski :D Czekam nn ^_^

    OdpowiedzUsuń
  5. W ciązy?! O matko to SUUUPER :D Dobrze że nikomu nic nie jest i że ten typek juz nie żyje... Boziu będzą rodzicami awwww :) Czekam nn:******

    OdpowiedzUsuń
  6. OMG ! Ciąża !! Nie mogę się doczekać następnego :3

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudny rozdział. Dużo się dzieje, ale to bardzo dobrze. Czekam na nn.

    Klaudia Schmidt

    OdpowiedzUsuń
  8. Co ja robie? Czytam bloga zamiast sie uczyc ale tak mnie to wciagnelo...

    OdpowiedzUsuń