wtorek, 31 grudnia 2013

45. Awanturnik

(Kendall)
Stałem za podeście pod kamienicą Aliany, trzymając drobne zawiniątko w dłoniach. Od balu minęło już kilka dni, a emocje po nim wciąż nie opadły. Dobrze pamiętałem o urodzinach swojej dziewczyny, a teraz już właściwie narzeczonej.
-Co tutaj robisz? - usłyszałem ten słodki dla moich uszu głos.
Podniosłem głowę i zobaczyłem rudą grzywę Aliany, która w tym słońcu wydawała się pomarańczowa jak sztuczny śnieg w Bożonarodzeniowym promo Nicka.
-Pomyślałem, że wpadnę. - oznajmiłem. - Wiem, że miałem mieć dzisiaj kupę roboty, ale postanowiłem odłożyć to na kiedy indziej. W końcu są Twoje urodziny i...
-Serio? - Przerwała mi. - Gdyby nie wy, już dawno przestałabym je obchodzić.
Poszliśmy do środka, gdzie sąsiedzi porozwieszali świąteczne dekoracje. Bardzo chciałbym jechać do Kansas. Tutejsze święta wyglądają, jakby były zorganizowane w środku lipca.
Westchnąłem i poszedłem do mieszania. Aliana wpuściła mnie wcześniej, zapewne, żeby zamknąć za nami drzwi.
-Chcesz powiedzieć, że gdyby niemy, to Nate śmiało olewałby Twoje urodziny?
-Niezupełnie. - zaśmiała się, odkładając torebkę na stolik obok kanapy. - Po prostu nie obchodzilibyśmy ich tak hucznie. Już wystarczy, że ordynator wlepia mu dobowy dyżur w dzień jego urodzin.
Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem, a ta roześmiała się jeszcze głośnie.
-Dopiero po piątym razie z rzędu zaczęliśmy coś podejrzewać. Nie przejmuj się.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Jeszcze trochę, a sam zacznę podejrzewać, że za każdym razem, kiedy próbuję coś w domu napisać, mama albo babcia nagle mnie potrzebują.
-Może to tylko przypadek? - zgadłem. - Może nie należy winić szefa oddziału?
-Nate'owi to powiedz. - odparła, stawiając czajnik na gazie.
Nie wiem, czy ona też zauważyła, że jesteśmy dziwnie grzeczni, szczególnie biorąc pod uwagę, że jesteśmy sami w domu.
-Może zamiast pić herbatę... - powiedziałem powoli, opierając się łokciami o kuchenny blat.
-Nie przeginaj, ok? - odpowiedziała. - Za chwilę będzie tu Nate, żeby...
Nie słuchałem jej już. Zamiast tego, sięgnąłem po małą paczuszkę i postawiłem ją przed Alianą, jakby była barierą między nami.
-Wszystkiego najlepszego. - powiedziałem. - To nic oryginalnego i...
-Nigdy nie byłeś najlepszy w składaniu życzeń. - zaśmiała się, kiedy przeskoczyłem przez blat i mocno ją objąłem. - Nie trudź się, nie musisz.
-Tak bardzo Cię kocham. - wyszeptałem, całując ją delikatnie.
-Ja Ciebie też. - odpowiedziała, odwzajemniając pocałunek.
Oderwała się ode mnie, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. A robiło się tak pięknie... Miałem ochotę zabić osobę, która stoi za drzwiami, albo przynajmniej strzelić mu w łeb, ale to chyba jedno i to samo.
-Pójdę otworzyć. - powiedziała, zwinnie uskakując do drzwi.
Spojrzała przez wizjer i zwolniła zatrzask wewnątrz mieszkania. Potem odsunęła się na dwa kroki, żeby wpuścić... czarnego psa? I to bardzo wielkiego.
-Hej, siostrzyczko. - usłyszałem głos Nate'a. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
Obserwowałem jak ją przytula. Miał na sobie niebieskie spodnie i koszulkę pod bluzą. Po tym stroju można było łatwo wywnioskować, że urwał się z pracy.
-Dzięki, że przyszedłeś. - odparła, prowadząc go w stronę kuchniościanki. - Herbaty? I wytłumacz mi proszę, co to jest. - Wskazała na psa, który położył się na dywanie koło kanapy.
-Chętnie, ale muszę zaraz wracać do szpitala. - odparł, siadając na jednym z taboretów. - Cześć Kendall. A to jest Syriusz... Jego poprzedni właściciel poprosił w liście pożegnalnym, żeby oddać go w dobre ręce.
-Liście pożegnalnym? - powtórzyłem ze zdziwieniem, kiedy Aliana zalewała kubki z torebkami herbaty.
-Tak, przywieźli go do nas z dziurą w głowie. - wyjaśnił, wsypując sobie do kubka czwartą łyżeczkę cukru. - Jego narządy czekają na transplantologów. Miał facet ciężko, ale nie musiał się zabijać. Niestety, jego problemy okazały się za wielkie i w końcu strzelił sobie w łeb... Mam przestać?
Spojrzałem na Alianę, a ona trzymała się za brzuch i ogólnie rzecz biorąc wyglądała, jakby jej było niedobrze.
-Zajmij się tym psem, proszę... - powiedział nagle, przerywając ciszę. - W schroniskach mają ścisk, a nikt ze szpitala nie weźmie go do siebie.
-Dobrze, pies zostaje tutaj, tylko proszę, nie rób takiej miny.
-Okej. - powiedział, podnosząc kubek do ust.
**James**
Szedłem w kierunku apartamentowca w którym mieszkała Aliana. Spokojna okolica jak na pobocze centrum miasta. Jen pojechała do lekarza na jakieś badania okresowe. Nie wiem, o co chodzi, bo nie chciała powiedzieć.
-James! James! - usłyszałem krzyk Nate'a.
Odwróciłem się w stronę jego głosu. Stał przy swoim starym, wysłużonym samochodzie. Podbiegłem do niego, mijając kilka samochodów. Miał na sobie szpitalne ubranie, które zakładał zawsze, kiedy ubrudził krwią własne ciuchy.
-Idziesz do Aliany na urodziny? - zapytał, przekręcając kluczyk w zamku. - Zaczekaj. Kiedy wychodziłem, Kendall pchał ją do sypialni.
-Jasna, jasne. - wymamrotałem. - A ty już wychodzisz?
-Tak, przyprowadziłem jej psa i teraz muszę wracać do pracy. Po mnie przyjedzie tu Cassie. Dzwoniła, kiedy byłem na klatce.
-Aliana wie o tym? - zapytałem.
-Oczywiście, że nie. - zaśmiał się, wsiadając do samochodu. - Byłem prawie na dole i już nie wracałem.
No mogłem się tego spodziewać. Nate i jego przemożne lenistwo. Nie wejdzie z powrotem na dół, tylko, żeby powiedzieć kilka słów.
-Przepraszam, muszę już jechać. - odparł, zapalając wysłużony silnik. - Spróbuję się urwać wieczorem.
-Jasne, na razie. - powiedziałem na pożegnanie, patrząc jak odjeżdża.
Kendall zaciąga Alianę do sypialni... W życiu nie słyszałem głupszego zdania. Nadal kręcąc głową, pokonałem odległość, dzielącą mnie od drzwi apartamentowca.
W zwykle cichej i spokojnej klatce schodowej słychać było krzyki.
-Ty szmato! - wrzasnął jakiś mężczyzna.
Następny był wrzask przerażenia kobiety kilka pięter wyżej. Nie wahałem się. Pobiegłem tam natychmiast, przerażony dźwiękami wielokrotnego uderzenia. Kiedy dotarłem na miejsce krzyków, przeraziłem się jeszcze bardziej. Jednocześnie, jakby coś zaalarmowało innych sąsiadów i oni też zaczęli wychodzić z innych mieszkań.
-Tym razem pan przesadził, panie Roberts! - wrzasnęła jakaś starsza pani.
Kątem oka zobaczyłem rudą czuprynę Aliany, która zjawiła się w towarzystwie jakiegoś dużego kolesia. Facet podszedł, do wciąż wściekłego mężczyzny i razem ze mną przygwoździł go do ściany.
-To jak? - powiedziała kobieta około czterdziestki. - Wyjdzie pan sam, czy wezwać policję.
Obserwowałem jak Aliana pomaga wstać pobitej kobiecie. Patrzyła na mnie przepraszająco, jakby miała wyrzuty sumienia, że byłem światkiem sąsiedzkiej awantury.
Facet wyrwał się z naszego uścisku, który nie był już tak mocny jak wcześniej. Zbiegł ze schodów, rzucając wściekłe spojrzenia tej kobiecie i nam.
-Mówiłam wam, żebyście się nie wtrącali! - krzyknęła, wycierając sobie usta wierzchem rękawa.
-On panią bije, pani Roberts. - powiedziała łagodnie kobieta z czarnymi włosami, która wciąż stała w drzwiach otwartego mieszkania.
-Ile razy mam wam powtarzać, że to nie wasza sprawa! - krzyknęła i trzasnęła drzwiami swojego mieszkania. Grupa sąsiadów popatrzyła po sobie porozumiewawczo.
-Zgłaszamy to? - powiedziała trzydziestolatka, która wyprosiła tego faceta z apartamentowca.
-Nie możemy. - odezwał się dryblas stojący obok niej. - Jeżeli pani Roberts nie potwierdzi naszej wersji wydarzeń możemy zostać obciążeni kosztami za...
-Evans, chodzisz na prawo dopiero czwarty dzień. - westchnęła kobieta z czarnymi włosami. - Nie popisuj się, dobra?
-Rozejście się! - dobiegł nas stłumiony przez drzwi krzyk.
Sąsiedzi Aliany jeszcze raz po sobie spojrzeli i odwrócili się plecami. Po dłuższej chwili zostałem tylko ja, Aliana i Kendall...
-Chciałabym coś dla niej zrobić. - westchnęła, kiedy dotarliśmy do jej mieszkania.
-Jak? - zapytałem, kiedy zamykała za nami drzwi. - Sam słyszałem, że ona odmawia pomocy.
Przeszedłem do stołu i czekałem aż Kendall usiądzie naprzeciwko mnie.
-Proponowałam jej pomoc w znalezieniu pracy i dobrego prawnika, ale ona sama powiedziała, że fundacja nie wchodzi w grę. - odparła, zalewając kubek z cappuccino wrzątkiem i wsypując do niego trzy łyżeczki cukru. Tak, jak lubię.
-Jaka fundacja? - zapytał Kendall, odwracając się w stronę blatu kuchennego. - Nie wspominałaś nic o fundacji.
Aliana przygryzła wargę, jakby nieumyślnie zdradziła czyjś sekret. Wyglądała na speszoną, kiedy siadała z nami przy stole.
-Założyłyśmy z Nicole fundację, ok? - wybuchła, kiedy spiorunowałem ją wzrokiem. - Na bieżąco szukamy pracodawców, poszukujących ludzi i mamy kontakty do noclegowni dla bezdomnych i samotnych. Jak trzeba, mamy jeszcze adwokatów po swojej stronie.
-A ten babsztyl z piętra wyżej? - zapytał Kendall. - Ją też macie po swojej stronie?
-Ona nic nie wie. - Machnęła ręką. - Jest sędzią, więc nie może się dowiedzieć, kiedy niewielu wyciągnęliśmy z dołka.
Kendall popatrzył na nią zaskoczony, trochę, jakby miał jej za złe, że nie powiedziała mu o tym wcześniej.
-Nie patrz tak na mnie! - jęknęła, jakby zrozumiała, co ma na myśli. - Chciałyśmy wam powiedzieć, ale dopiero w czwartek. A puki co, Logan i Carlos nie mogą się o niczym dowiedzieć.
Uśmiechnąłem się w jej stronę, jakbym jej coś obiecywał.
-Dobra, nie ważne. - zaśmiałem się, wyjmując kopertę z kieszeni marynarki. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. - powiedziałem, przysuwając ją w jej stronę.
-Chyba nie dajesz mi kasy.
-Nie, otwórz, a zobaczysz.
Aliana wyjęła z koperty kilka biletów lotniczych, wraz z potwierdzeniem pobytu w hotelu.
-Wakacje? - pokręciła głową, czytając bilety.
-Nie do końca. - Kendall wzruszył ramionami. - Transport funduje Nick, ale reszta idzie z naszej kieszeni. Mamy tam kilka koncertów do zagrania, ale pozostały czas możemy spędzić jak tylko mamy ochotę.
-Ale... - jęknęła. Wiedziałem, że zaraz zaczną się wymówki, dlatego postanowiłem jej przerwać.
-Żadne „ale”. Pracujemy ze sobą od zawsze, więc to jasne, że jedziesz z nami w trasę.
-Groll miał jechać. - zauważyła.
-Przekonaliśmy szefa, żeby zamienić Grolla na ciebie.
Nasza rozmowa została przerwana przez otwierające się drzwi. Po chwili zobaczyłem zapłakaną Jen, która z nerwów nie mogła wyciągnąć klucza od drzwi.
Podszedłem do niej, próbując ją objąć, ale ona natychmiast się ode mnie odsunęła, zwinnie mnie omijając.
-Zostaw mnie! - krzyknęła, biegnąc w stronę swojego pokoju.
Chciałem za nią pójść, ale Aliana mnie powstrzymała.
-Zastaw. Pogadam z nią.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nie bijcie... Wybaczcie, ale przeszłam małe załamanie natchnienia. Poza tym jak chcecie winnego, to proszę. Czytam książkę. Poza nią czekają jeszcze dwie w kolejce. No i to jest ostatnia notka... W tym roku. Dajcie znać, co myślicie.  

5 komentarzy:

  1. No właśnie co się stało Jen ? A i notka genialna ! Powinnaś napisać książkę, która będzie przebojem ! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Badania i zapłakana Jen? Coś tu nie gra :o Pieseł *.* Oczywiście czekam :* i zapraszam ;d http://btr-opowiesc.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Też uwielbiam cappuccino <3 Ale co z Jennifer?! Ciekawość mnie zżera od środka!!!! Dawaj szybko nowy!!! Czekam nn:*******

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawe co z Jen...
    Jaka książka? Jakie dwie w kolejce? xDDD
    TYLKO LITERÓWKI. ZNOWU.

    OdpowiedzUsuń