czwartek, 30 stycznia 2014

54. Upragniona Kolacja

**Kendall**
Już jest wieczór. Pierwszy dzień w Saint Tropez powoli dobiegł końca. Chodziliśmy, zwiedzaliśmy... A Jen i tak wszystko przespała. Jutro pierwsza próba. Carlos i Logan poszli do klubu, a James ma ich pilnować. Podobno tej nocy gra sam DJ Antoine...
-Już jesteś? - rzuciłem w stronę Jamesa, który wszedł do naszego pokoju i rzucił się na łóżku. - Miałeś iść do klubu z Carlosem i Loganem.
-Tak, tylko jakoś nie uśmiecha mi się holowanie pijanego Logana. - żachnął się, sięgając po książkę Aliany, która leżała na stoliku obok.
-Wcześniej Ci to nie przeszkadzało. - zaśmiałem się, wiążąc krawat. Aliana jeszcze nie wróciła. Ma dopilnować jakichś formalności.
-Przeszkadzało, ale nic nie mówiłem. - oznajmił, gapiąc się w sufit. - A co się tak stroisz? - zapytał, nagle zmieniając temat. - Koszula, krawat? Dzieje się coś o czym, powinienem wiedzieć?
Przerwałem wiązanie krawata i spojrzałem w lusterko. Wyglądałem całkiem nieźle. Tylko ten siniak... Nie potrafię tego zamalować. Tak już musi zostać.
-Ja i Aliana nie mieliśmy jeszcze okazji zjeść kolacji we dwoje. - powiedziałem, pracując nad krawatem. - zawsze nam coś przeszkadzało, a teraz...
-Dobra, rozumiem. Na razie! - krzyknął i wyszedł trzaskając drzwiami.
Tylko o co mu chodziło? Pokręciłem głową i wróciłem do wiązania krawatu. Ta trasa koncertowa to po części nasze wakacje i mamy na nich też wypocząć. Nie wiem, czy szef wytwórni nie poszedł na łatwiznę, bo „tak jest dla niego taniej”. No, ale nie ważne.
Zamówiłem room serwis do pokoju. Nie jest to własnoręcznie ugotowana przeze mnie kolacja, ale tutejszy szef kuchni jest jakiś dziwny. Nie chciał mi nawet udostępnić jednego palnika i dwóch garnków... A zapłaciłbym ekstra. No trudno... Aliana musi się zadowolić tylko własnoręcznym nakryciem. A włożyła taką ładną sukienkę.
Poprawiłem serwetki, stojące przy świecach. Oby się nie zapaliły... A jeśli nawet... To najgorsze, co może nam przytrafić tego wieczora.
Nagle drzwi pokoju się otworzyły. Pośpiesznie wysłałem SMSa do kelnerki, która miała przynieść jedzenie. Tak, wiem. Nie wysilam się. No nie tym razem.
-Nie kładziesz się spać? - zapytała, wkładając do szafki torbę z aparatem. - Jest późno.
Uśmiechnąłem się do niej, zapalając świeczki. No, mamy blisko do łóżka.
-Zamówiłem dla nas kolację. - odpowiedziałem. - Wiem, że to nie jest moja kuchnia, ale może...
Nie zdążyłem dokończyć, bo Aliana namiętnie mnie pocałowała. Lubiłem, kiedy muskała językiem moje dziąsła. A jej usta były takie, takie słodkie.
**James**
Jen wciąż spała. Rety, jutro będzie okropna. Zawsze wszystkim dokucza, kiedy się wyśpi. A te pastylki dla dzieci aż za dobrze na nią podziałały.
Byłem ciekawy, co robi Kendall w pokoju naprzeciwko. Nakrył do stołu, włożył garnitur... Co w jego przypadku jest naprawdę dziwne. No i przygotował świeczki. A świeczki oznaczają jedno. Ten parszywy, romantyczny nastrój, którego mam w lutym powyżej uszu. No i znacznie chętniej wyjechałbym teraz na narty, niż na plażę.
Rozebrałem się do bokserek i wciągnęłam na siebie hotelowy szlafrok. Jakoś nie uśmiecha mi się świecenie gołą klatą, jeśli nie mam wejść do wody. Wiem, że praca to praca, ale muszę się jakoś wymrozić. No może to nie było do końca poczytalne z mojej strony, ale taka była prawda.
Odchyliłem zasłonę kabiny prysznicowej. Było tutaj całkiem przyjemnie.
Rzuciłem ubrania na krzesełko dla niepełnosprawnych stojące przy toaletce. Wyposażenie każdego pokoju... Akurat.
Kiedy w końcu się wykapałem, włożyłem slipki i lekki T-shirt, czyli coś w czym uwielbiałem spać. Położyłem się obok Jen i sięgnąłem po dzwoniący telefon. Całe szczęście, że wyłączyłem dźwięki. Spojrzałem na wyświetlacz. Logan. No to, będzie ładna makabra...
-Co chcesz? - jęknąłem do słuchawki.
-Stary, ale impra! - usłyszałem jak przekrzykuje głośną muzykę. - Żałuj, że Cię tu z nami nie ma!
Pokręciłem głową i spojrzałem na zegarek. Dochodziła jedenasta. No, znaczy, że impreza dopiero się rozkręca. Niestety.
-Jakoś mam inne zdanie. - wymamrotałem, głaszcząc Jen po włosach, kiedy się do mnie przytuliła. - Po co dzwonisz?
-Żeby Ci powiedzieć, że nie wrócimy na noc. - ryknął do słuchawki. - Będziemy jutro o szóstej rano. Impreza jest do piątej, więc...
-Nie odbiorę was, jeśli o to ci chodzi. - wymamrotałem, mrużąc powieki.
-Stary, nie bądź żyleta... - jęknął, udając błagalny ton.
-Jutro próba o jedenastej. Dobranoc.
I wyłączyłem komórkę rzucając ja na stolik. Nie będę ich szoferem! A już w szczególności, że są pijani. I to nieźle. Poradzą sobie. Zawsze sobie radzą.
**Aliana**
Kendall zrobił na mnie niemałe wrażenie. Miałam wrażenie, że żałuje tych razów, które nam nie wychodziły, ale mówi się trudno. Ale miło w końcu zjeść kolację ze swoim narzeczonym.
-Smakuje Ci? - zapytał, wkładając mi na talerz drugą porcję zapiekanki z warzywami.
-Tak, ale wolę twoje obiady. - wzruszyłam ramionami. - Są smaczniejsze i wkładasz w nie uczucie...
Kendall poczerwieniał na twarzy, jakbym powiedziała mu jakiś nieziemski komplement, ale taka była prawda. Słodki jest.
-Wiesz, że to ja dzisiaj jestem od prawienia innych komplementów? A przynajmniej dzisiaj. - wyszeptał, pochylając się do przodu, tak, ze w jego oczach odbyły się ogniki od świec.
-Słodki jesteś. - zaśmiałam się, kiedy wlewał wino do kieliszków.
-No i znowu to robisz. Prawisz mi komplementy. - westchnął.
-To nie był komplement, tylko prawda.
Kendall uśmiechnął się do mnie. W złotym blasku świec jego kości policzkowe wydawały się bardziej odstające, co dodawało mu uroku.
-Masz ochotę na deser? - zapytał, zmieniając nagle temat.
-Myślałam, że sobie odpuścimy. - zaśmiałam się, pokazując na ogromne porcje jedzenia na talerzach. - Tego i tak jest bardzo dużo.
-A zważywszy na tak... - urwał, patrząc mi głęboko w oczy. Mogłam niemal poczuć jak poraża mnie prąd jego spojrzenia. - Wspaniałą osobę, chyba będę musiał przyznać Ci rację.
Pokręciłam głową. On raczej nie był dobry w dłuższym rozmawianiu na żaden temat, co jak co, ale o dupie Marynie nie umiał klepać. Taki bezceremonialny rytuał przejścia. Idziemy do muzeum, kupujemy bilety na nie oglądaną wystawę i po prostu sobie chodzimy. To taki nasz rytuał.
-Może wybierzesz się ze mną jutro na plażę? - zaproponował.
-Oczywiście. - pokiwałam głową. - Z przyjemnością.
Kendall popatrzył na mnie przez chwile i uśmiechnął się jeszcze szerzej, ukazując swoje dołeczki.
-Kocham Cię. - wyszeptał.
-Ja Ciebie też. - odpowiedziałam, zakręcając na widelcu nitkę sera.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
BelloKris! Chyba nie muszę mówić, że ta notka jest dedykowana Tobie. Wiem, jak bardzo chciałaś, że by Kendall i Aliana poszli na romantyczną kolację... I PROSZĘ MASZ! Chociaż już pewnie o tym zapomniałaś...
No, na razie tyle. Mam nadzieję, że notka wam się podobała. Dziękuję za ostatnie 5 komentarzy. Może pod tą będzie więcej? Do następnej! Trzymajcie się cieplutko.

PS. Z boku jest info o konkursie. Zapraszam do udziału! 

wtorek, 28 stycznia 2014

53. Pierwszy Przystanek

**Aliana**
-Spakowana? - zapytał Kendall, kiedy wszedł do mojego mieszkania.
-Tak, możemy jechać. - pokiwałam głową, zasuwając zamek błyskawiczny w torebce. - Tylko pożegnam się z Nicole.
-A gdzie ona jest? - zapytał James, rozglądając się po mieszkaniu.
Nie wiedziałam, czemu przyszli tu we dwóch. Kendall wspomniał, że trzech pozostałych będzie czekać na lotnisku.
-W pokoju. - odpowiedziałam. - Mówi, że wasza willa jest dla nich za wielka, dlatego ona i Roslyn zostają tutaj. Wiesz, będą pilnować tego bałaganu.
Nagle drzwi otworzyły się z impetem i do środka weszła Nicole, niosąc papierową torbę i rzucając ją w stronę Jamesa, tak mocno, że zgiął się w pół.
-Zrobiłam kanapki. - oznajmiała, stawiając na stole jeszcze pięć dużych reklamówek. - Dobrze wiem, jaki z Carlosa obżarciuch i sądzę, że połowa tego powinna wystarczyć. Resztą się podzielicie.
Machnęła ręką i przyciągnęła do siebie Kendalla. Potem na szybko Jamesa i w końcu uścisnęła mnie. W jej uścisku było coś dziwnego. Coś, jakby się przywiązała emocjonalnie. I nie mówię tego jako szefowa fundacji.
-Pilnujcie Logana. - powiedziała na koniec. - Ma nie pić zbyt dużo, a jeśli przesadzi, to pomaga kefir i banany. Kiedy położy się obok Carlosa w nocy i się do niego przytuli... Niech Carlos mu pozwoli.
-O tym ostatnim wiemy. - Kendall wzruszył ramionami, zarzucając sobie na plecy moja torbę bagażową. - No i zazwyczaj przytulał się do Jamesa.
-A nie do Ciebie? - zmrużyłam oczy, patrząc na niego przenikliwie.
-Kiedyś próbował, ale ja za bardzo wierzgałem. - zaśmiał się, dając mi coś, co wyglądało jak dziecięcy zegarek w pełnym opakowaniu. - Otwórz dopiero w samolocie.
Nie wiedziałam, co ma na myśli, mówiąc, że wierzga. Zawsze spał jak małe dziecko. Spokojnie. Jak mógł skopać Logana przez sen, skoro przez cała noc nie poruszy się nawet o centymetr.
-Dobra, lećcie, zanim spóźnicie się na samolot. - odparła, całując każdego z nas z osobna. - Dołączę do was, jak tylko skończymy z tą akcją reklamową.
-To czekamy na Ciebie. - powiedział James, kiedy wychodziliśmy na zewnątrz.
**Carlos**
Trzy miesiące. Trzy ogromnie długie miesiące bez mojej Roslyn. Tak bardzo będzie mi jej brakowało podczas tej trasy. Ale dobrze, że przynajmniej Aliana i Jen jadą.
-Orientuj się, Pena! - usłyszałem krzyk Jeffa, naszego akustyka, a sekundę później coś przeleciało mi przed nosem i trafiło w guzik na ścianie, co skutkowało zasłonką na mojej głowie.
-Długo nad tym myślałeś? - rzuciłem jadowicie w jego stronę. A już prawie zasypiałem.
Oparłem głowę o zagłówek. Druga godzina lotu, a tylko Kendall śpi jak małe dziecko. Dlaczego ja tak nie mogę? No dlaczego?
-Carlos, chcesz coś do poczytania? - usłyszałem łagodny głos Aliany, która siedziała rząd za mną.
Odwróciłem się do niej, kiwając głową, a ona podała mi plik komiksów w archiwalnym segregatorze, które wyglądały jak kolorowa książka. Spojrzałem na okładkę.
-Hulk? - zapytałem, obserwując, jak okrywa Kendalla kocem i znowu sięga po książkę. - Archiwalne numery? Skont to masz?
-Z biblioteki. - wzruszyła ramionami. - Pozwolili mi wziąć takich pięć i trzymać do powrotu do LA. Tylko mam je oddać w nienaruszonym stanie. Tu są chyba cztery historie. Dwadzieścia zeszytów.
-Masz tylko Hulka?
-Nie, jest jeszcze Batman i X-Men. Nie mieli Spidermana. - odpowiedziała, przewracając stronę książki. - Ale nie wiem, które numery. Nie sprawdzałam.
-Dzięki, jesteś Boginią. - krzyknąłem uradowany, mając ochotę ją ucałować. Chociaż może to nie jest najlepszy pomysł.
-Ciesz się, że Kendall tego nie słyszy. - mruknęła pod nosem.
Hulk, przybywam! - krzyknąłem w myślach, otwierając segregator i przewracając okładkę pierwszego numeru. A jednak jesteśmy farciarzami.
**Jennifer**
Po lądowaniu, obsługa lotniska w Saint Tropez. Pierwsza faza Koncertowa. Potem lecimy do Moskwy, następnie gdzieś do Indii, a potem gdzieś w tropiki. Nie wiem, ale James zapewniał, że jest tam świetna plaża, na której będziemy mogli odpocząć.
-Chce się przespać. - jęknęłam, zarzucając sobie torebkę na ramię i marząc o ciepłym łóżku w hotelu. Ta podróż tak mnie wykończyła....
-Było spać w samolocie. - powiedział Logan, rzucając okiem na parking i szukając samochodu, który mieli nam podstawić ci z wypożyczalni. Trzymał już w ręku kluczyli z opisem i numerem rejestracyjnym. - To chyba tamten, chodźmy.
I zaczął iść w stronę bordowej furgonetki. Czy oni zawsze muszą wypożyczać minibusy? No oczywiście.
-Nie potrafię spać w samolocie. - krzyknęłam, na tyle głośno, że ludzie zaczęli się za nami oglądać. No oczywiście. Pewnie dawno nie widzieli kłócących się Amerykanów. No, ale nie ważne.
-Dobra, dobra, wsiadajcie.
No i kiedy już wszyscy byliśmy na swoich miejscach, Kendall zaczął coś majstrować przy radiu, ale jakimś dziwnym trafem, żadna stacja nie nadawała po angielsku.
-Ja chcę spać! - jęknęłam po raz kolejny, kiedy byliśmy w drodze na lotnisko.
-Albo się zamykasz, albo wysiadasz! - warknął Logan, kiedy zdołał na nowo nabrać prędkości.
-Dobra, zamykam się. - uniosłam ręce w geście obrony, a Aliana tylko pokręciła głową, szukając czegoś w torebce.
-Dobra, mam. - krzyknęła z tryumfem na twarzy, wyjmując coś niewielkiego.
Zanim zdążyłam się zorientować, wepchnęła mi to coś do ust. Poczułam słodki, miętowy smak i to coś szybko zaczęło mi się szybko rozpuszczać.
-Co to za cukierek? - wymamrotałam.
-To nie cukierek. - Odpowiedział Carlos, bawiąc się telefonem. - Tylko ziołowy środek uspokajający dla nadpobudliwych dzieci.
-Ale ja nie jestem nadpobudliwym dzieckiem. - Krzyknęłam, próbując to wypluć.
-Nie wysilaj się, lekarstwo już wsiąknęło w język. - powiedział James, gładząc mnie po ramieniu. - Nic Ci to nie zaszkodzi. Po prostu łatwiej zaśniesz, kiedy będziemy w hotelu.
-Dobra, bez żartów. Czyj to był pomysł? - ryknąłem, przekrzykując jakąś klubową nutę.
-Mój. - odpowiedział Logan, a ja zmroziłam go spojrzeniem. Szkoda, że on tego nie widział... Wielka szkoda, ale w hotelu się z nim policzę! Jeszcze mnie popamięta.
**Logan**
Jen nie doczekała własnej zemsty, którą przysięgała mi w samochodzie. Po prostu zasnęła i James zaniósł ją do pokoju, a zaraz potem wyskoczył i krzyknął, że chce kilka zdjęć w hotelu na pamiątkę.
-Myślisz, że Jen po tym nic nie będzie? - zapytała Aliana, zakładając obiektyw do aparatu.
-Na pewno. - uspokoiłem ją, wiedząc, że te pastylki to nic groźnego. - To dla dzieci. Same naturalne składniki. James kiedyś dawał je Davidowi.
-Właśnie, gdzie jest David?
-U dziadków.
Nie mówiliśmy jej jej jeszcze wszystkiego, więc mogła nie wiedzieć. No i nie wiem jak to by jej się nie spodobało. Sama nie bez powodu słówka nie pisnęła o propozycji angażu w Japonii. Wiedziała, że byśmy jej nie zatrzymywali, bez względu na to, co byśmy myśleli, czy czuli.
-Żałujesz? - zapytałem, wspominając, jak Kendall opowiadał mi o rozmowie telefonicznej z reżyserem. Ze szczegółami. - Że nie pojechałaś pracować przy Wolverinie?
-Oczywiście, że nie. - pokręciła głową. - Przecież jesteście warci więcej niż nawet najlepszy film Foxa. Bardziej mnie interesuje, jak Nate poradzi sobie z trzema psami.
Parsknąłem śmiechem, na wspomnienie jego miny. Przyszliśmy wtedy zdecydowanie nie w porę...
-Już to widzę... - zaśmiałem się przedrzeźniając jego ton. - „Zostaw! Wynajmuje to mieszkanie!”
Alaina zaczęła się śmiać razem ze mną. Ile bym dał, żeby Nicole też z nami była. Ale niestety. Umowa, to umowa. Dopóki nie skończy zlecenia nie ma mowy o wyjeździe.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- 

No i na dzisiaj... Tyle. Mam nadzieję, że się podobało. Trochę nad tym siedziałam i nie ukrywam, bardzo się starałam. Pisane przy Międzynarodowym Soundtracku z „Camp Rocka”. No i dziękuję za ostatnie sześć komentarzy. Dało mi to niezłego kopa energetycznego, ale większość zużyłam na notkę na X-Mena w notesie, którą muszę jeszcze dopieścić... Dziękuję wam. Wszystkim, którzy mnie nie olewają. Bo to na serio fajne uczucie być docenionym przynajmniej przez chwilę. Uwielbiam was. Do następnej notki!  

czwartek, 23 stycznia 2014

52. Konferencja Comic Conu

**Carlos**
Biegłem jednym z korytarzy szpitala okręgowego. Nie wiedziałem, co się dokładnie dzieje, ale coś wewnątrz kierowało moje stopy w kierunku głębi szerokiego przyjścia. Mijałem lekarzy i pielęgniarki. Miałem tylko jeden cel. Ale nie wiedziałem dlaczego.
Otworzyłem jedne z drzwi. Nie wiem, czemu wybrałem właśnie te. Jednak, to, co tam zobaczyłem, ujrzałem, zmroziło mi krew w żyłach.
Na stole zabiegowym leżał Kendall.
Ledwo go poznałem. Był cały we krwi. Ale wiedziałem, że to mój przyjaciel. Wszędzie bym go rozpoznał. Przecież jest moim bratem. Tylko co mu się stało? Kto go tak urządził?
-Co? - zacząłem, ale nie zdołałem skończyć, bo zauważyła mnie jedna z lekarek i natychmiast zaczęła mnie wypychać na zewnątrz.
-Proszę wyjść. Staramy się go uratować. - powiedziała, wypraszając mnie za drzwi.
Obudziłem się gwałtownie zlany potem. Rozejrzałem się dookoła i zdałem sobie sprawę, że leżę w sypialni Roslyn, w mieszkaniu Aliany. Rose leżała obok mnie. Nadal spała. Przez chwilę bałem się, że ją obudziłem, krzyknąłem, czy coś podobnego. Ale na szczęście nie.
Spojrzałem na budzik stojący na szafce nocnej. Było po pierwszej. Spaliśmy do tak późna? Nigdy więcej miłosnych maratonów filmowych.
Ostrożnie zsunąłem się w łóżka i wziąłem długą bluzę, która leżała na krześle obok rozkopanej pościeli. Gdyby nie ona, byłbym w samych bokserkach.
Wyszedłem do pokoju z kuchnią. Niemal natychmiast zauważyłem, że ktoś leży na kanapie.
-Hej, Carlos! - usłyszałem cichy krzyk Kendalla.
Spojrzałem na niego i zauważyłem, że się do mnie uśmiecha, odkładając czasopismo o malowaniu. Wszystko było z nim w prządku. Dzięki Bogu...
-Stary, co ty tutaj robisz? - zapytałem, marszcząc brwi.
-Nicole i Logan trochę się posprzeczali. - wyjaśnił, siadając na stoliku do kawy i wiążąc sobie sznurowadła. - Poszło kilka przedmiotów. Między innymi twój japoński serwis do herbaty i rękopis tego brytyjskiego poety, który James kupił na aukcji charytatywnej.
-Mój serwis? - krzyknąłem z oburzeniem. - Jak oni mogli zniszczyć mój serwis?
-Właściwie, to Nicole. - oznajmił Kendall, oklepując poduszkę kanapową, żeby zajmowała więcej miejsca. - Wiem, ile dla Ciebie znaczył. I jeśli cię to pocieszy, to wazon mojej babci też padł jej ofiarą.
Uśmiechnął się do mnie blado, powoli robić porządek na stoliku przed telewizorem. Zmiął do kupy opakowania po jogurtach owocowych i zaniósł je pod zlew za ladą.
-Wszystko w porządku? - zapytał, zwracając uwagę na mój brak aktywności fizycznej. - Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczył. To przez ten porcelanowy komplet?
-Tak. - skłamałem, potrząsając głową. Prawda była jednak trochę inna. Wciąż miałem przed oczami scenę ze snu. Jego nieruchome i zakrwawione ciało. - Powinienem nieźle zmyć Nicole głowę. Te filiżanki kosztowały majątek.
Minąłem go bez słowa. Rany, jak mogłem tak spanikować? Przecież to tylko głupi sen.
Ścisnąłem powieki i wszedłem do łazienki. Jestem głupi. Niewiarygodnie głupi.
**Aliana**
Stałam na desce dla fotografów. Moim zadaniem było tylko robienie mnóstwa zdjęć.
Sala konferencyjna była niewiarygodnie dobrze oświetlona i dlatego zrezygnowałam z flesza. Chociaż inni fotoreporterzy byli innego zdania i walili światłem po oczach. Nie tylko aktorów, ale też siebie nawzajem.
Joseph Morgan, facet, który jechał ze mną windą. Siedział nieco na uboczu, obserwując trójkę głównych aktorów. Po chwili chyba poczuł, że zaczęłam go obserwować, bo spojrzał mi w obiektyw, uśmiechając się nieśmiało. Skorzystałam z okazji i zrobiłam zdjęcie.
Spojrzałam w wyświetlacz i spojrzałam na swoje dzieło. To całkiem niezła fotka.
-Jak pan skomentuje związek swojego bohatera z Eleną? - zapytał jeden z dziennikarzy stojący obok mnie.
Aktorka siedząca obok człowieka, któremu zadano pytanie z zażenowaniem wywróciła oczami, jakby miała dość podobnych zapytań.
-Powiem tylko, że w jednym z odcinków związek Damona z Eleną w końcu zostanie zdefiniowany. - odpowiedział, pochylając się w stronę mikrofonu.
Ludzie zadawali pytania, aktorzy i scenarzyści odpowiadali pół wymijająco... Oczywiście, że mnie to nie obchodziło. Nawet się nie postarałam, żeby cokolwiek kojarzyć.
- ** -
Po skończonej konferencji urwałam się trochę z czerwonego dywanu. Już i tak zabrakło mi mi miejsca na karcie. Całe osiem giga. Chyba kupię dwie płyty, zgram to wszystko i dam zleceniodawcy. Nich to sobie sam sortuje. Ja NAWET NIE KUMAM O CO W TYM CHODZI!
-Pani tutaj? - usłyszałam męski głos.
Odwróciłam się i zobaczyłam tego Morgana, idącego w moją stronę w okularach przeciwsłonecznych na nosie.
-Widzę, że pan urwał się z czerwonego dywanu. - zauważyłam, pakując do torby komplet fotograficzny, zahaczając dłonią o samowywołujący aparat. Po co go jeszcze wożę? Nie używałam go od dwóch lat.
-Nie lubię tej całej cykanki fotoreporterów. - wzruszył ramionami. - Zazwyczaj mówię, że mam do załatwienia i spokojnie mogę iść. I tak przy okazji. Jestem Joseph Morgan. - oznajmił, wyciągając dłoń w moją stronę. - Znajomi mówią mi Joe.
-Miło mi. - odpowiedziałam, odwzajemniając uścisk. - Aliana Hamilton. Fotograf.
-Przysługa Cassidy. - wymamrotał.
-Słucham?
Nie zdążył mi odpowiedzieć, bo z daleka dobiegł do nas ogłuszający, dziewczęcy pisk. Chwilę później jakaś dziewczynka podbiegła do Josepha i objęła go mocno w pasie.
-Joseph Morgan! Nie wierzę! - krzyknęła, coraz mocniej obejmując faceta. Na jego policzkach pojawiły się szkarłatne rumieńce. - Jestem Mandy! Twoja największa fanka!
Nie mają tu ochroniarzy?
Chociaż z drugiej strony... Chyba właśnie spełnia się marzenie tej małej. Nawet jeśli cały parking powinien być strzeżony. Powinien. A czemu nie był? Strażnik wyskoczył na hamburgera...
-Koleżanki mi nie uwierzą! - wrzasnęła na tyle głośno, żeby spowodować natarczywe dzwonienie w moim uchu. I chyba nie tylko moim... - Dasz mi swój autograf? Mogę sobie zrobić z Tobą zdjęcie?
Słowa wylewały się z jej ust jak z wodospadu. Nie wiedziałam, że ktoś oprócz Erin i Eminema jest w stanie tak szybko nawijać. Dziewczyna powinna robić w kabarecie. O tak...
Bez wahania chwyciłam aparat leżący na podłodze pod tylnym siedzeniem. Może po latach zrobimy z niego użytek...
-Ustawicie się? - zaproponowałam, unosząc stare urządzenie.
-To Twoja dziewczyna? - zapytała, pokazując wszystkie swoje zęby.
-Co? Nie. Oczywiście, że nie. - nasze zaprzeczenie brzmiało dość dziwnie. Jakbyśmy z całych sił się przed tym bronili.
-To dobrze. - ucieszyła się, kiedy wyciągnęła z paszczy gotowe zdjęcie. Potem podałam je Morganowi i poszukałam w kieszeni czarnego mazaka. - To znaczy, że mam u Ciebie szanse.
Pokręciłam głową, kiedy Joseph podpisywał zdjęcie. Podniosłam rękę i spojrzałam na zegarek. W pół do trzeciej. Za pół godziny muszę być u chłopaków.
Poczułam wibracje w kieszeni. Wyjęłam komórkę ze spodni i otworzyłam SMSa.
Od: Kendall
W domu piekło. Czekam u Ciebie.
Uśmiechnęłam się krzywo pod nosem. Jednak sobie nie poradził.
**James**
-Nicole i Logan godzą się w pokoju obok. - oznajmiła Jen, wrzucając do kosza potłuczone kawałki porcelanowego zestawu do herbaty.
-Oni tak, ale boję się pomyśleć, co będzie jak Carlos zobaczy jak to wygląda.
Opróżniłem już chyba piąty kosz. Rety, postawienie kontenera pod oknem było genialnym pomysłem...
-Jen, wiesz, że cię kocham? - zacząłem, zbierając poduszki do kosza na bieliznę. Kilka pękniętych doniczek nie podziałało na nie za dobrze. I na bluzeczkę też.
-Dobra, mów czego chcesz.
-Chyba będziemy potrzebowali jakiegoś dobrego odplamiacza. - oznajmiłem, unosząc niebieską bawełnianą koszulkę.
Jen podeszła do mnie, jakby bała się dotknąć własnej bluzki.
-Moja ulubiona koszulka w serek... - zapiszczała, jakby się załamała.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wyprzedzając pytanie, które pewnie by się prędzej, czy później pojawiło. Nie jestem fanką „Pamiętników Wampirów”. Nawet nie wiem o co w tym chodzi. Więc ten fragment wyszedł... Mocno amatorsko. No cóż... Mam nadzieję, że się wam podobało. Dajcie mi znać, co myślicie. Do następnego! 

wtorek, 21 stycznia 2014

51. Sprzeczka

**Aliana**
Spakowałam sprzęt. Konferencja jest za kilkanaście minut, więc... Do tej pory zastanawiałam się, dlaczego właśnie mnie zaprosili. Pewnie dlatego, że ten serial obchodzi mnie tyle, co kaloryfer w środku lata. Nie zadam za wielu pytań, pocykam kilka fotek i... Dobra, za innych fotografów nie ręczę. Tylko czemu będę tam w charakterze fotoreportera? Nie ja to wymyśliłam!
-Kochanie, wrócisz przed trzecią? - zapytał Kendall, podając mi termos z owsianką truskawkową. Ale wiecie... tam są prawdziwe truskawki.
-Postaram się. - odparłam, wkładając zbiornik do torby. Ostatnio tylko owsianka powstrzymuje mnie przed mdłościami... - Nie wiem ile się zejdzie. Nie wiem nawet, skąd wzięli mój adres.
-Pewnie od Cassie. - wymamrotał.
-Co? - Odwróciłam się w jego stronę. Ona dała im do mnie kontakt? Jak...
-Po prostu dała im Twój numer korespondencyjny. - powiedział. - Czy tam adres... Chciała ci tylko dołożyć robotę, wiedząc, że na naszych próbach nie masz jej wiele.
-Właśnie. - uniosłam palec, jakbym wpadła na jakiś pomysł. - Później do was wpadnę.
Nie zdążyłem zareagować, kiedy ona zwyczajnie podniosła się z krzesła i wrzuciła do torebki nową paczkę miętówek. Chyba tamtych jeszcze jej zostało...
-No nie patrz tak na mnie. Zaraz muszę wychodzić, a wtedy...
Nie zdążyłam dokończyć, bo przerwał mi głośny trzask otwieranych drzwi.
-Nie wasz się mnie tak traktować! - usłyszałam krzyk Nicole, która wbiegła do pokoju i zaczęła rzucać poduszkami w... Logana? - Jestem dorosła! Mogę sama podejmować decyzje!
Logan starał się unikać jej ciosy, ale tylko zdołał zakrywać głowę przed coraz mocniej rzucanymi poduszkami. Które powoli się kończyły...
-Nicole, pozwól mi wytłumaczy... - jąkał się, kiedy ona powoli się uspokajała. - Ten facet to na pewno jakiś zbok! Nie mogłem pozwolić, żeby... Och, na litość boską! Nikt normalny nie szuka modelek na ulicy. On mógł cię oszukać, zgwałcić...
-Nie chcę cię już słuchać, rozumiesz? - wrzasnęła, a ja i Kendall popatrzyliśmy po sobie porozumiewająco. - Zejdź mi z oczu! Wyprowadzam się!
I pobiegła na górę, mimo że Logan próbował ją powstrzymać, biegł za nią... ale Nicole rzuciła w niego wazonem Kendalla i Logan zleciał ze schodów.
-Ej! - wrzasnął za nią Kendall, jakby ona się tym jakkolwiek przejmowała. - To pamiątka rodzinna!
**James**
-Muszę ci coś powiedzieć. - oznajmiła, Jen, rozpinając guziki mojej koszuli.
Sama miała na sobie ponętny strój pielęgniarki. Kiedy wszedłem do sypialni i zobaczyłem ją leżącą na łóżku w seksownym stroju... Byłem zaskoczony.
-A to nie może trochę zaczekać? - zapytałem, pomiędzy kolejnymi pocałunkami.
Jen delikatnie mnie od siebie odepchnęła. Popatrzyliśmy sobie w oczy i ona zamrugała. Pod jej powiekami dostrzegłem ślady łez.
-Chodzi o to, James, że... - zaczęła, ostrożnie dobierając słowa. - Byłam u lekarza, bo mój ginekolog powiedział mi, że jestem bezpłodna.
Zmarszczyłem brwi. Więc, to dlatego płakała na przyjęciu... A nie mogła mi tego tak po prostu powiedzieć? Zrozumiałbym to.
-Uwierz mi, kocham cię bez względu na to, czy jesteś płodna, czy nie.
-Ja wiem, tylko... Chciałam się upewnić, zanim cokolwiek bym Ci powiedziała. - odparła, kiedy osunąłem się na poduszki obok niej, a ona położyła się na boku, żeby móc bezpośrednio patrzyć mi w oczy. - Byłam u specjalisty. Ta lekarka powiedziała, że mam złą gospodarkę hormonalną...
-Co? - skrzywiłem się, zastanawiając się, do czego ona zmierza.
-Nie ważne. - pokręciła głową, uśmiechając się szeroko. - Po protu będę musiała zacząć terapię, żeby wszystko naprostować i wtedy będę mogła mieć dzieci.
Mimo wolinie uśmiechnąłem się szeroko. Zaraz, to znaczy, że...
-Ty też chcesz mieć dziecko? - zapytałem, kiedy ona się oparła o poduszkę.
-Może nie tak od razu, ale kiedyś tak. - pokiwała głową, a ja delikatnie ją pocałowałem.
**Aliana**
Chciałam, czy nie chciałam, musiałam zostawić Nicole i Logana na głowie Kendalla. Mimo, że byłam gotowa zadzwonić do organizatora w Comic Conie, Kenny powiedział, że sam jakoś sobie poradzi. Nie uśmiechało mi się zostawianie go wśród przeróżnych fruwających przedmiotów, głównie za sprawą Nicole, która rzucała w Logana wszystkim, co miała pod ręką. Jak dotąd najcenniejszą rzeczą jaką udało jej się zniszczyć, był rękopis jakiegoś poety, którego ubóstwiał James. Tylko czemu on trzyma to na wierzchu?
Biegnąc do widny, wystawiłam rękę, żeby ją zatrzymać. W środku była tylko jedna osoba. Jakiś koleś z szklanką wody w ręku. A właściwie z papierowym kubeczkiem.
-Może pomogę? - zaproponował, kiedy zaczęłam wyciągać z torby sprzęt i wieszać sobie wszystkie paski na szyi. A było wyjść wcześniej.
-Nie, dziękuję, dam sobie radę. - odpowiedziałam, zarzucając sobie plecak na ramię.
Starałam się nie zwracać na niego uwagi, ale on ciągle się na mnie gapił. I wciąż, i wciąż. A jego policzki czerwieniały z każdą chwilą.
Drzwi winy się otworzyły. Facet, gestem ręki pokazał mi, żebym wyszła jako pierwsza.
-Joseph! - krzyknął jakiś facet. - Znowu odwaliłeś buraka w windzie? - usłyszałam, zanim odeszłam. - Na serio wystarczy obecność ładnej dziewczyny?
-Zamknij się. - wycedził. - Ona chyba nie jest fanką. Przynajmniej nie sprawiała takiego wrażenia.
-Ni tak. - doszedł do tego inny głos, tym razem kobiecy. - Bo jakby cię poprosiła, żebyś powiedział „kochanie”, chyba byś się hiperwantylował!
Pokręciłam głową. Zachowywali się zupełnie jak Erin i chłopaki w przerwach pomiędzy ujęciami. W końcu nie raz trzeba coś poprawić, czy doświetlić...
-Wszyscy dziennikarze już są? - zapytał koleś z identyfikatorem organizatora na szyi. Automatycznie sięgnęłam pod bluzkę i wyciągnęłam swój.
-Pamiętajcie, żeby zadawać pytania w ustalonej hierarchii. Najpierw bohaterowie główni, potem dopiero drugoplanowi. - O ile w ogóle będę zadawać jakiekolwiek pytania...
Grupa aktorów przeszła obok nas, udając, że nas nie widzi. Kobieta z brązowymi włosami szła obok faceta, który jechał ze mną w windzie.
Po krótkiej chwili poczułam, jak coś mokrego rozpływa mi się na koszuli.
-Tak bardzo panią przepraszam. - powiedział ten sam facet, starając się zetrzeć ze mnie rozlaną wodę. Dopiero teraz zauważyłam, że mój brzuch nabiera krągłości.
-Spokojnie, to tylko woda. - mruknęłam, odchylając koszulę, tak, żeby nie dotykała do stanika.
-Cały Joe. - usłyszałam znajomy, kobiecy głos. - Chodź, Garfield, dam Ci coś suchego.
W następnej chwili Cassidy pociągnęła mnie za rękę. Ładnie jej w tym zielonym czymś. Chociaż sukienką tego nazwać nie można (bo jest strasznie krótka).
Szłyśmy do charakteryzatorni. Nie wiedziałam, że w centrum konferencyjnym też mają makijażystów. Wydawało mi się, że aktorzy przygotowują się do nich sami.
-Trzymaj to. - powiedziała, kładąc ręce na paczuszce złożonych ubrań. - Mam to od czasów Smallville. Nie nosiłam tego, bo to nie jest styl na takie konferencje.
-Garnitur? - zapytałam, patrząc na drogi materiał.
-Tak, załóż koszulę. Powinna pasować. - oznajmiła.
Bez wahania ściągnęłam z siebie mokrą koszulkę i wciągnęłam tę suchą. Przez cały czas Cassidy patrzyła na mnie dość dziwnie. Jakby chciała rzucić jakiś zgryźliwy komentarz i powstrzymywała się przed tym z całych sił.
-Ciekawe, czemu mnie tu zaprosili. - oznajmiłam. - Nikogo tu nie znam. Kojarzę tylko kilku aktorów.
-Dałam im Twoje namiary. - powiedziała, oglądając sobie paznokcie. - Ostatnio narzekałaś na brak zajęcia, więc...
-A ty bierzesz udział w konferencji? - zapytałam, a ona nagle przestała się interesować swoim lakierem. Tylko odchyliła głowę do tyłu i spojrzała na mnie z tym swoim sztucznym uśmiechem.
-Jestem tu dla towarzystwa. - odparła. - Justin mnie zaprosił na posiedzenie „Emily Owans”, a wierz mi, kilka aktorek nic sobie nie robi z jego stanu cywilnego. Poprosił mnie na przyzwoitkę. Zgodziłam się.
-Tak, wiem, że go lubisz. - mruknęłam, wieszając sobie aparat na szyi. - A teraz muszę zrobić dużo zdjęć. Więc wybacz.
-Tak, wiem, - wywróciła oczami, przytulając mnie do siebie. - Sala w której jest prasówka „Pamiętników Wampirów” jest po lewej stronie, czwarte drzwi od męskiej toalety.
-Dzięki. - uśmiechnęłam się do niej. - Na razie.
**Logan**
-Nicole, przepraszam. - po raz setny powiedziałem, próbując się dobić do drzwi naszej łazienki. - Nie wyprowadzaj się, proszę.
-Zrobię jak będę chciała! - krzyknęła przez drzwi. - Tobie nic do tego! I pragnę Ci przypomnieć, że jestem DOROSŁA i SAMA podejmuję decyzje.
Krzyczeliśmy tak na siebie już od godziny. Kendall pochował cenniejsze rzeczy do szafy w pokoju gościnnym, zanim one też padłyby ofiarą wściekłości Nicole.
-Możecie się zamknąć? - krzyknął James. - Ani chwili spokoju!
-A co wy tam robicie? - zapytałam, krzycząc przez drzwi ich sypialni.
-Bawimy się w lekarza. - odpowiedział James.
-I pielęgniarkę! - dopowiedziała Jennifer.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i tyle... Mam nadzieję, że się podobało. Nie zrobiłam erotyka, jeśli ktoś by wnikał. Chociaż było blisko. Notka dedykowana Adzie M. Komentujesz każdą notkę. Te moje wypociny i za to Ci dziękuję. Ta pielęgniarka jest dla Ciebie. Chociaż to właściwie jesteś Ty.
Taka moja prośba. Jeśli ktoś chciałby mnie zaprosić na swojego bloga, czy nową notkę (tylko, jeśli nie mam oznaczonej obserwacji). To najpierw oceniacie przynajmniej ostatnią notkę.
Komentarze: "Zapraszam do siebie na [LINK]" itd... będą uznawane za "czysty spam" i usuwane. Myślę, że to nie jest zbyt wygórowany warunek, bo ja przed spamem zawsze czytam i komentuję.

czwartek, 16 stycznia 2014

50. Rozterka cz. 2


**Aliana**
Byłam na siebie zła. Nie dość, że James wziął sobie za punkt honoru wyprowadzanie mojego psa, to jeszcze Kendall nie wie o propozycji pracy w Japonii. A może po prostu odmówię i nic mu nie wspomnę? Będzie jakby tej propozycji nigdy nie było.
-Hej piękna... - usłyszałam jego ciepły głos za plecami. - Może coś przekąsimy?
-Nie mów, że chce Ci się jeszcze gotować. - zaśmiałam się, odkładając gazetę na stolik i pozwalając mu się przytulić. - Przed chwilą Carlos zjadł pół gara zupy, podwójną porcję drugiego dania. Musiałeś się nieźle napracować, żeby to wszystko przygotować.
Kendall uśmiechnął się szerzej i podał mi kopertę w kwiatki.
-Co to? - zapytałam, odwracając ją na sklejaną stronę.
-Otwórz i zobacz. - powiedział.
Powoli wyjęłam z koperty dwa złożone arkusze złożonego papieru kredowego. Dopiero po chwili zorientowałam się, co to jest.
-Zaproszenia do teatru. - stwierdziłam, czytając drobny druk.

Teatr „Fireworks” zaprasza:

Les Miserables. Nędznicy 

15 stycznia o godzinie 6.30 przed zachodem słońca.

-To jedyna sztuka, ma którą były jeszcze bilety. - wyjaśnił. - Dawniej musical był dość popularny...
-Chyba oboje wiemy dlaczego... - powiedziałam, chowając eleganckie bilety znowu do koperty.
-Czyli... pójdziesz? - zapytał, patrząc n mnie z wyczekiwaniem.
-Z przyjemnością. - odpowiedziałam, kiedy uśmiechnął się do mnie, jakby... jakbym istniała tylko ja. Jakby oprócz nas niczego nie było.
Kendall zbliżył się do mnie i zaczął mnie delikatnie całować. Tak, jak zawsze jesteśmy sami. Oboje tego pragnęliśmy.
-Ej, gołąbeczki... - usłyszeliśmy głos Logana, wchodzącego do pokoju. - David wciąż jest na górze, ale zawsze może zejść. Ostatnio coraz częściej korzysta z sarkazmu.
Kendall spiorunował go wzrokiem, jakby przynajmniej kogoś zabił. Pokręciłam głową i spojrzałam na wyświetlacz komórki, która zaczęła dzwonić.
Kendall odsunął się ode mnie i usiadł na drugim końcu kanapy.
Dzwonią z wytwórni. Chyba wiem, co usłyszę. Musiałam to zrobić. Teraz, albo nigdy.
Odebrałam.
-Dzień Dobry, pani Hamilton. Mówi James Mangold, reżyser „The Wolverine”.
-Dzień dobry, spodziewałam się pańskiego telefonu. - odpowiedziałam, kiedy Kendall, Logan i Nicole (która właśnie przyszła do pokoju).
-Jak już pewnie powiedział pani Hugh, chcemy pani zaproponować wyjazd do Japonii.
-Proszę mi wybaczyć, ale muszę odmówić. - odpowiedziałam, czując na sobie spojrzenie Kendalla. - Japonia przeszkodzi mi w mojej stałej pracy i na dodatek spodziewam się dziecka.
-Rozumiem pani obawy, jednak muszę powiedzieć, że nie wybrałem pani bez powodu. Dogaduje się pani z ekipą i robi pani świetne zdjęcia, więc...
-Przykro mi. - powiedziałam, przerywając jego wypowiedź. - To moje ostatnie słowo. Może przy następnym filmie.
-W porządku. - powiedział z rezygnacją w głosie. - To pani decyzja. Liczę na współpracę przy innym filmie. Do zobaczenia.
Rozłączył się, zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć.
-Jaka Japonia? - zapytał Kendall z udawanym spokojem. - O co chodziło?
Mój Boże... skarciłam się w myślach. Czy ja musiałam wypowiedzieć na głos słowo „Japonia”? Westchnęłam i spojrzałam na niego znad okładki książki.
-Chcieli mi zaproponować pracę w Japonii. Przy The Wolverinie. - odparłam, wiedząc, że i tak już tego nie ukryję. - Ale odmówiłam. Wiedziałam, że odmówię. Hugh ich wyprzedził, żeby dać mi czas na zastanowienie.
-Czemu mi wcześniej nie powiedziałaś? - zapytał prawie szeptem. - Przecież wiem, jaka to dla Ciebie szansa.
-Wiedziałam, że odmówię. - przerwałam mu, mówiąc równie cicho jak on. Kątem oka zobaczyłam, jak Nicole wypycha Logana z pomieszczenia. - Wiedziałam o tym już jak Hugh mi powiedział, kiedy jest wyjazd. Już mam umowę z wami i naszym szefem. Jadę na trasę koncertową.
-To przeze mnie? - powiedział z cieniem winy w głosie. - To przeze mnie zrezygnowałaś z marzenia? Przecież...
-Moim marzeniem jest poprowadzenie sesji Nickolasa Cage'a. - odpowiedziałam, nie dając mu dokończyć. - Nie rozmawiajmy już o tym, dobrze? - poprosiłam. - To moja decyzja. I ja nie chcę się z Tobą rozstawać. Nawet dla filmu największych gabarytów.
Kendall uśmiechnął się, jakbym jednym ruchem dłoni rozgrzeszyła nas oboje. Potem oparł czoło o moje ramię i nagle podniósł głowę i pocałował mnie w nos.

**Carlos**
-Gotowy? - krzyknąłem do Davida, który siedział w łazience. - Zaraz musimy wychodzić.
-Jeszcze chwilę, wujku. - odkrzyknął. - Za chwilę będę gotowy.
Westchnąłem i oparłem się o ścianę. On jest okropny! Spędza w łazience więcej czasu niż James i Roslyn razem wzięci.
-Człowieku, musimy już iść! - wrzasnąłem wkurzony.
-Już jestem gotowy, dobra?
-I to rozumiem. - mruknąłem, kładąc mu dłoń na ramieniu, kiedy w końcu wyszedł z łazienki.
-To idziemy do taty? - zapytał, kiedy schodziliśmy po schodach. - Myślałem, że wyprowadza Syriusza.
Swoją drogą, poprzedni właściciel pas musiał być fanem „Harry'ego Pottera”.
-Tak, ale są takie kawiarnie, gdzie pozwalają przyprowadzać zwierzęta. - wyjaśniłem.
-To fajnie. - odpowiedział, próbując doskoczyć do kurtki, która wisiała na stojaku przy drzwiach. Automatycznie go uprzedziłem i ściągnąłem ją z wieszaka. Potem sięgnąłem po swoją bluzę.
Klimat w Los Angeles nieco się ochłodził, ale to nawet i lepiej. Jest styczeń, a i tak nie mam co liczyć, że w tym roku zobaczę śnieg, bo po trasie koncertowej wracamy do normalnej pracy, a wakacje... Wakacje będą w przerwie między koncertami, próbami, wywiadami...
-Wujku! - zniecierpliwiony głos Davida wyrwał mnie z zamyślenia. - Idziemy?
-Idziemy, idziemy... - pomerdałem go po głowie, kiedy schodziliśmy na dwór.
Zbiegłem po frontowych schodach. Jak to jest, że ten dzieciak ma tyle energii? Mógłby spokojnie pasać bydło w Teksasie i imprezować całą noc a i tak miałby na drugi dzień tyle samo... eee... siły.
Kendall i Aliana wciąż są na dole. O czymś rozmawiają, ale nie wygląda, jakby się kłócili. Lubię, kiedy tak siedzą, rozmawiają.... Niczym się nie przejmując.
James i Jennifer niewiele ze sobą gadali. Jen chyba ma jakiś sekret i ja nic na to nie poradzę. Wiem, że jeśli to naprawdę jakaś tajemnica, to na pewno nikomu tego nie powie.
Pomagałem małemu wsiąść do samochodu. Trzeba uważnie dopilnować, żeby pasy w foteliku były zapięte... To już mamy. A teraz... Klucze!
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dobra, dzisiaj starczy. Nie wiem, czy to dobrze dla was, czy to źle, ale... Reaktywowałam Zakochanego Nicka Jonasa! Mam na niego taką mega wenę, że normalnie... Aż chce się pisać w zeszycie.
Dobra, dajcie znać jak się podobało. Na razie! Trzymajcie się!

wtorek, 14 stycznia 2014

49. Szamanka

**Jennifer**
-Jest mi niezmiernie trudno przyznać rację doktorowi Hamiltonowi. - odpowiedziała kobieta w średnim wieku, która okazało się lekarką o pseudonimie „Szamanka”. - Oczywiście będzie mogła pani mieć dzieci, ale dopiero po zastosowaniu odpowiedniej terapii hormonalnej.
-To znaczy, że nie jestem bezpłodna? - zapytałam, ignorując fakt, że stwierdzam coś oczywistego.
-Nie do końca. - pokiwała głową, zdejmując z nosa okulary i kładąc je przed sobą. - Pani gospodarka hormonalna funkcjonuje inaczej niż u większości kobiet. Jednak, wbrew pozorom coś takiego nie jest wcale takie rzadkie.
Spojrzałam na swoje splecione dłonie. Dziwne, że wcześniej o niczym podobnym nie słyszałam.
-Młode kobiety, które nie planują dzieci cieszą się, kiedy słyszą taką diagnozę. - ciągnęła dalej, wyjmując z szuflady jakieś ulotki. - Rozumiem, że pani planuje zajść w ciążę w najbliższym czasie.
-Nie, to znaczy... - przerwałam przełykając ślinę. - Nie planowałam dzieci już na teraz. Może za kilka lat, ale nie teraz, ale zawsze chciałam mieć swojego syna, albo córkę.
-Dobrze panią rozumiem. Jednak, musi pani wiedzieć, że nie może pani przyjmować żadnych leków, które działają antykoncepcyjne chociaż w najmniejszym stopniu. To mogłoby zaburzyć pani biozegar i doprowadzić do całkowitej bezpłodności.
-To znaczy? - zapytałam, nie dokładnie rozumiejąc jej słowa.
-Takie działanie dodatkowe mają niektóre środki dermatologiczne. - wyjaśniła. - Nie mówię tu o maściach, kremach, czy peelingach, ale o silnych pigułkach i zastrzykach. Często ludzie je przyjmują i nie wiedzą jakie jest ich całkowite działanie.
-Przepisze mi pani terapię już teraz? - zapytałam, upewniwszy się, że wszystko zrozumiałam.
-Nie, najpierw chciałabym powtórzyć badania. Sama pani wie, jaki jest stosunek lekarzy do niepewnych wyników...
Niepewnych wyników... - powtórzyłam w myślach, przełykając ślinę. Przez chwilę nie słuchałam, co do mnie mówi ta lekarka. Bardziej była zajęta myśleniem, co pomyśli James, kiedy się dowie, że jego dziewczyna nie jest do końca kobietą. To dla mnie trochę krępujące i nadal nie chciałam mu o tym mówić.
-Tu ma pani skierowanie na ponowne badania. - jej głos dotarł do mnie jak przez mgłę. - Proszę je zrobić u nas. Najlepiej niech pani zadzwoni jutro. Wtedy znajdziemy dobry dla pani termin.
-Dziękuję, pani doktor. - powiedziałam, zabierając z biurka podsunięty do przodu i ściskając jej dłoń. Wstałam z krzesła, chcąc jak najszybciej wyjść.
**Kendall**
-Comic con? - powtórzyła Aliana, wpatrując się w kawałek tekturki, który przyszedł w jednej z kopert.
-Co to jest? - zapytałem, podnosząc głowę znad garnka zupy.
-Zaproszenie na konferencję. - odparła, wkładając tekturkę do torebki. - Za dwa dni.
-Plany na „The Wolverine”? - zgadłem, dodając trochę pieprzu.
-Nie. - pokręciła głową. - Nowy sezon „Pamiętników Wampirów”.
Nalałem śmietany do kubeczka i wsypałem do niego resztę przypraw, pilnując, żeby zupa rybna nie wykipiała. Może wszyscy będą zadowoleni, bo to jest coś świeżego. Eksperyment.
Aliana wstała z kanapy i oparła się o nasz blat kuchenny. Właściwie na nim usiadła. Jej szczupła ręka objęła regał z przyprawami, wyprzedzając moje słowa i wyciągając carry spod ściany.
-Skąd... - zacząłem, kiedy spojrzałem na etykietę.
-Przejrzałam historię w swoim laptopie i całkiem przypadkiem zobaczyłam przepis na hinduską zupę rybną. - odpowiedziała.
-Sprawdzasz mnie? - zapytałem, całując ją w usta.
-Nie. - pokręciła głową, owijając ręce wokół mojej szyi. - Szukałam linku do starej galerii. Pamiętam, że niedawno ją przeglądałam.
-Ty i ten twój porządek w komputerze. - zamruczałem całując ją coraz mocniej.
Pewnie trwałoby to jeszcze bardzo długo, gdyby nie dzwoniący telefon w kieszeni moich spodni.
-Odbierz. - zaśmiała się, zeskakując z szafki i biorąc się siekanie świeżego majeranku. - Do wszystkiego dajesz majeranek? - zapytała, kładąc pęczek na desce do krojenia.
Uśmiechnąłem się, zamiast odpowiedzieć. Znała moje ulubione przyprawy i dla mniej wyjątkowo dziwne było dawanie majeranku do każdej potrawy, ale za to lubiła, kiedy sypałem cynamon do cappuccino.
-Słucham? - powiedziałem do słuchawki, odbierając połączenie.
-Kendall? - usłyszałem po drugiej stronie głos szefa. Nie powiem, żebym był tym zachwycony. - Co się dzieje z chłopakami? Od godziny próbuję się do nich dodzwonić.
-Nie wiem – wzruszyłem ramionami, chociaż on nie mógł tego zobaczyć. - Mają jakieś sprawy do załatwienia na mieście. James jest z Davidem na wycieczce, a Carlos i Logan...
-Nie obchodzi mnie to! - wrzasnął, jakby do niego nic nie dotarło. - Chcę mieć z wami tylko stały kontakt, żeby się z wami dogadać w trakcie potrzeby.
-Ale dzisiaj jest niedziela... - powiedziałem, chcąc usprawiedliwić chłopaków i przy okazji go jakoś udobruchać. - Pewnie powytłaczali telefony. Mają być w domu na obiad.
-To też mnie nie obchodzi. Macie być w moim biurze jutro o siódmej rano. Nie toleruję spóźnienia.
I rozłączył się bez słowa. Aliana spojrzała na mnie ze współczuciem.
-Wściekły pies? - zapytała retorycznie, podnosząc łyżkę do ust. Jogurt, który stał naprzeciwko niej, był szeroko otwarty.
-Jakbyś zgadła. - westchnąłem, wlewając do garnka śmietanę z przyprawami. - Dobra, to czekamy na chłopaków. Trzeba im powiedzieć o jutrzejszym dywaniku o siódmej rano?
-O której? - zmarszczyła brwi, ze zdziwieniem.
-Bardzo rano. Też to zauważyłem. - odpowiedziałem, wsypując do garnka pokrojone przyprawy.
-Później będę musiał wrócić do domu. No wiesz, mam jeszcze posprzątać po szklarzu. - oznajmiła, siadając na krzesełku przy kuchence.
-Wstawił Ci szybę?
-Wstawił, ale zostawił bałagan.
**James**
Pomogłem Davidowi wysiąść z samochodu. Jeszcze tylko kilka chwil i będziemy w barze kanapkowym. Jen prosiła, żeby zostawić ją samą. Jej decyzja.
-Hej, jednak przyszliście. - usłyszałem za plecami głos Cassidy.
-Namówiłem tatę. - powiedział David, podchodząc do niej bliżej.
Patrzyłem jak Cassie kuca i daje Davidowi coś w rodzaju niewielkiej zabawki ze sklepu z pamiątkami. Była niebieska i przypominała konia.
-Nie musiałaś mu niczego kupować. - powiedziałem, kiedy szliśmy do środka baru rodzinnego.
Na dużej sali podzielonej boksami z podłużnymi półkanapami i stołami z dębu pokrytymi obrusami z postaciami z bajek.
-Nie kupiłam. - odparła, biorąc do ręki kartę dań. - Mam je już kilka lat. Nie pytaj, nie chcesz znać tej historii, a ja wolę zachować ją dla siebie.
Spojrzałem na nią znad karty, kiecy usiedliśmy na jednej z kanap. Taki tekst słyszałem zawsze, kiedy kobieta mocno nie chciała mówić o pewnym temacie.

-Skoro tak twierdzisz... - wzruszyłem ramionami. - To... Co zamawiamy?
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na więcej nie mam siły. Najpierw awaria komputera, potem musiałam wszystko pisać od nowa. Miałam część w notesie i telefonie, więc jakieś odciążenie to było. No dobra... Komentujcie, pliss... Starałam się.  Na serio.  Dzisiaj jest ociupinkę dłużej, więc mam nadzieję, że was nie rozczarowałam. 

czwartek, 9 stycznia 2014

48. Rozterka cz. 1

**Aliana**
Weszłam do jednaj z kawiarni w dzielnicy Hollywood. Rozejrzałam się po ogromnej sali w poszukiwaniu znajomych, szerokich ramion. Kiedy w końcu zauważyłam postać w znajomym garniturze w paski.
-Cześć, chciałeś porozmawiać. - powiedziałam, siadając naprzeciwko niego.
-Tak, dzięki, że przyszłaś. - powiedział Hugh, kiedy kerner podał kawę i sernik. - Wiem, że masz swoje zobowiązania, dlatego chciałem Cię uprzedzić o zamiarach wytwórni.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Nie na co dzień Jackman zaczyna od wymijającego zdania.
-Mów, o co chodzi. - kiwnęłam głową, wsypując do filiżanki cukier trzcinowy.
-Chcą cię zaprosić do współpracy. - oznajmił. - Do Japonii.
Spojrzałam na niego uważnie, a on wciąż miał ten swój niepokojący wyraz twarzy. Skupienie mieszane z obawą. Nie lubiłam tego.
-Kiedy? - zapytałam, nie chcąc, żebym zaoferowała się z czymś, co byłoby dla mnie niewykonalne.
-Na początku przyszłego miesiąca....
-Mowy nie ma. - odpowiedziałam, odkładając łyżeczkę na serwetkę. - Wtedy jest trasa koncertowa.
-Tak właśnie myślałem, chciałem, żebyś się nad tym zastanowiła.
A nad czym tu się zastanawiać? Te niewypowiedziane słowa uderzyłyby w niego jak kryptonitowy pocisk w pierś Supermana. Nie mogę wybierać pomiędzy przyjaciółmi, a wielkim zleceniem.
-Nie mogę. - powiedziałam, upijając trochę gorzkiego, pomimo posłodzenia, kakao. - Nie zostawię przyjaciół na lodzie. Po prostu nie mogę.
-Tu chodzi o Twoją karierę. - nalegał. - Z takim punktem w życiorysie miałabyś szansę w każdej wytwórni filmowej. A Twojego talentu szkoda marnować.
Szkoda marnować talentu? Przecież ja nie mam żadnego talentu. Robię dobre zdjęcia, ale nic poza tym. On chyba trochę nie bardzo rozumie pojęcie przyjaźni. Przynajmniej czasami.
-Pamiętasz, jak zrezygnowałeś z roli W „Hrabim Monte Christo”? - zaczęłam, próbując mu przypomnieć, jak się wtedy czuł. - Odmówiłeś, bo twoja żona potrzebowała wsparcia.
-To co innego. - wymamrotał.
-Wcale nie. Nie mogę zostawić chłopaków. Nie mogę zostawić Kendalla. - powiedziałam, najbardziej przekonująco, jak tylko umiałam.
-Poradzą sobie bez ciebie. Mają tylko wyjść na scenę, zrobić swoje i zejść. To nie jest takie trudne. Oni Cię nie potrzebują, nie tak bardzo, jak my potrzebujemy ciebie...
-Kendall to mój narzeczony. - przerwałam mu, kiedy straciłam cierpliwość do jego argumentów. - Potrzebujemy siebie nawzajem. Jestem z nim w ciąży.
Hugh wyglądał, jakbym wylała na niego kubeł zimnej wody. Sprawiał wrażenie, jakby nie mógł z siebie wykrztusić ani jednego słowa.
-Nic mi wcześniej nie mówiłaś. - wykrztusił, kiedy w końcu odzyskał głos. - Ale w ciąży? Nie wiecie do czego służą prezerwatywy?
-I teraz będziesz mi robił wykład o antykoncepcji? Daruj sobie, ok? Syndrom ojcowski ci się odezwał?
Po tym tekście twarz Hugh poczerwieniała. Wyglądał trochę jak rozjuszony smok, tylko tym razem nie grał, a jego wyraz był właściwie równie przekonujący. Kilka chwil później jego rysy złagodniały.
-Dobrze. - oznajmił spokojniejszym tonem. - Wiem, że co by się nie działo, to sobie poradzisz. Tylko... zastanów się nad propozycją wytwórni, zanim do Ciebie przyjdą.
**James**
Postawiłem szklankę wony przed krzesłem, w którym zamierzałem usiąść. Zostało mi jeszcze trochę pracy, więc nie wiem, kiedy będę wolny.
Usiadłem przed komputerem i spojrzałem na zdjęcia, które Aliana zostawiła mi na flaszu. „Dokończ to za mnie, muszę iść na spotkanie”, powiedziała, zanim pośpiesznie wyszła. Tylko czemu akurat na mnie to zrzuciła? Pewnie dlatego, że kiedyś jej powiedziałem „Te fotki mogłaś lepiej dobrać.”. Potem wszyscy obrócili to w żart, a Carlos mi obiecywał, że Aliana pewnego dnia się na mnie po prostu zemści. Chociaż ja nie wziąłbym tego za zemstę.
-Co wy tam robicie? - wrzasnąłem w stronę Kendalla i Roslyn, którzy coś kombinowali w kącie.
-Uczę Kendalla malować! - odkrzyknęła. -Rysowanie już opanował.
Rozejrzałem się po salonie. Nie było Logana, który spał za ścianą pijany i Jen, która pojechała do szpitala. Wciąż trzyma w tajemnicy przede mną, to, co się wtedy stało. Może ktoś ją skrzywdził, albo stało się coś złego.
-Poradzisz sobie teraz? - zapytał Carlos, popychając zeszyt w stronę Davida. Literki. Coś niezmiernie trudnego dla mojego syna.
Nie patrzyłem na nich, wlepiwszy wzrok w monitor komputera. Tak naprawdę wszystkie zdjęcia mi się podobały, ale do oficjalnej galerii można wstawić nie więcej niż dwadzieścia.
Denerwowałem się sprawą Jen. Ostatnio była przerażająco spokojna. A może tylko mi się wydawało? Mało ze sobą rozmawialiśmy, można śmiało powiedzieć, że mnie unikała. Odbierałem to tak, bo... Bo tak właściwie było.
**Jennifer**
Siedziałam przed stolikiem Nate'a, który w luzackiej pozycji przeglądał te wymazy z hormonów.
-Jen... - powiedział nagle, przerywając ciszę.
-Słucham? - zapytałam, bojąc się jego odpowiedzi.
-Zmień lekarza. - powiedział spokojnie, składając papiery z powrotem do koperty. - Bo ten Davis jest głupszy niż ustawa przewiduje.
-Ale...
-Wcale nie jesteś bezpłodna, rozumiesz? - powiedział, unosząc trochę głos. - Masz tylko poprzestawiane hormony. To coś w rodzaju naturalnego systemu antykoncepcyjnego. Wystarczy odpowiednia terapia i będziesz mogła zajść w ciążę. Gdybyś przyszła z tym w wieku czterdziestu kilku lat, wtedy nie można by było nic zrobić.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, kiedy jak gdyby nigdy nic sięgnął po kanapkę (sądząc po zapachu) z resztkami zimnego kurczaka.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

To chyba będzie standardowa objętość notki. Na serio mam sporo zajęć i wciąż mam nadzieję, że wam się podoba. I dzięki za wasze komentarze! To na serio mocno motywuje. Trzymajcie się!

wtorek, 7 stycznia 2014

47. Konsekwencje

**Kendall**
Szedłem za Alianą, która była prowadzona przez sąsiadkę do mieszkania pani Roberts. Jej mina była niepewna. Kiedy usłyszała opowieść o nagłym łomocie za drzwiami.
Aliana zawahała się pod drzwiami i ostrożnie zapukała.
-Pani Roberts, wszystko w porządku? - zapytała.
-Odejdź. - krzyknęła jakaś kobieta, nie otwierając drzwi.
-Pani Roberts, chcielibyśmy sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
-Nic nie jest w porządku. Odejdź!
-Odejdę, jeżeli otworzy pani drzwi i zobaczę, co się dzieje w środku. - odpowiedziała Aliana, nie dając za wygraną.
Popatrzyliśmy po sobie porozumiewawczo. Po dłuższej chwili usłyszeliśmy szczęk zamka. Aliana weszła do środka, rozglądając się po pomieszczeniu.
-O Jezu... - usłyszałem jej słabe westchnienie.
Najszybciej jak tylko mogłem wszedłem za nią i zauważyłem jak stoi nad nieruchomą postać rosłego mężczyzny.
-Zabiła go pani. - stwierdziła, a w jej głosie nie było ani śladu pytania.
Sąsiadka, która nas tu wezwała, patrzyła z przerażeniem na całą scenę. Osobiście miałem ochotę zwymiotować na widok zakrwawionego pyska tego drania.
-Wzywam policję. - oznajmiła sąsiadka, która nas tu przyprowadziła. - proszę się nie martwić, pani Roberts. Był takim bydlakiem, że każdy sąd panią uniewinni.
Zobaczyłem, jak Aliana powoli otrząsa się z osłupienia. Potrząsnęła głową i zaczęła wychodzić na zewnątrz, prowadząc za sobie panią Roberts, ściskając ją za ramię.
Opadła na najniższy stopień schodów, ciężko wzdychając.
-Dobrze się czujesz? - zapytałem szeptem.
Pokiwała słabo głową. Była bardzo blada, jakby nie tyle, co widziła nieboszczyka, ale jakby obserwowała jak go pozbawiają życia.
Sąsiadka zadzwoniła po policję, a oni zjawili się po kilku minutach. Ze zdziwieniem spojrzeli na nas siedzących na schodach i panią Roberts płaczącą w ramię Aliany, a ona gładziła ją pocieszająco po ramieniu.
-Kto z państwa znalazł denata? - zapytał jeden z policjantów, patrząc na nas przenikliwie.
-To ja go zabiłam. - wyjąkała pani Roberts. - To ja go zabiłam.
Policjant pozostawał niewzruszony, a jedynie przewrócił oczami i zwrócił się jednego z młodszych oficerów:
-Przesłuchać ją. - odparł, wskazując na nią kiwnięciem głowy.
**Jennifer**
Byliśmy już w łóżku, ale jakoś nie miałam ochoty na seks. Po prostu siedziałam, oparta o jedną z ogromnych poduszek na łóżku Jamesa. Zamiast przybierać ponętną pozę wzięłam książkę i czytałam o zemście Hrabiego Monte Christo.
-Pogniewałaś się na mnie? -zapytał, wytrącając mnie z zamyślenia.
Odwróciłam głowę, spoglądając w jego oczy zasłonięte długimi rzęsami.
-Nie - odpowiedziałam, wkładając palec pomiędzy strony książki. - Po prostu nie mam nastroju. Wybacz, potrzebują chwili spokoju.
-Ból głowy? - zgadywał, odgarniając mi kosmyk włosów za ucho.
-Tak. - skłamałam, wiedząc, że da mi spokój, jeżeli tak powiem. - Wolałabym już iść spać.
-Oczywiście. - powiedział, biorąc do ręki swój telefon. - Jeśli chcesz, żebym dał Ci spokój, zrozumiem. Dopiero jutro zadręczę cię pytaniami, więc...
Przerwałam mu sztucznym śmiechem, bo na razie nie mogłam się odważyć na nic lepszego, czy bardziej przekonującego.
-Idziemy spać? - zapytałam szeptem.
-Dobrze. - odpowiedział, całując mnie delikatnie w policzek.
**Carlos**
-To co z tym zrobimy? - zapytał Welling, kiedy on i ubezpieczyciel spisali listę szkód, jakich narobił odkurzacz.
-Może zapłacę za to rozwalone siedzenie. - zaproponowałem. - I lakiernika... mechanika.
-No na pewno! - burknął rozwścieczony.
Cassidy podeszła do swojego kolegi i poklepała go po ramieniu.
-Tom... - powiedział, jakby chciała go odwieźć od zrobienia czegoś strasznego. - Dobrze ci radzę, odpuść. Musiała w tym być ręka boska, skoro ten piekielny odkurzacz trafił właśnie w Twoje ferrari. Ostrzegałam Cię przed tym, ostrzegałam.
Ubezpieczyciel zaśmiał się pod nosem i zakrył twarz podkładką, którą trzymał w ręku. Koleś pękał ze śmiechu i nawet mu się nie dziwiłem, bo pewnie nie na co dzień widuje takich ludzi, którzy przekomarzają się jak stare, dobre, małżeństwo.
-Dobrze, mam już wycenę szkód. - oznajmił po chwili opanowania. - Proszę się porozumieć, czyje ubezpieczenie pokryje koszty naprawy.
Patrzyliśmy jak facet odchodzi, a pod apartamentowcem zaczęło się roić od policji.
-Myślicie, że coś się stało? - zapytała Cassie, patrząc jak dwóch funkcjonariuszy rozmawia ze sobą, wchodząc do budynku.
Coś musiało się stać. I to coś niedobrego.
**Nicole**
-Już ci lepiej? - zapytał Logan, podając mi kubek z herbatą ziołową. - Nie potrzebnie jadłaś tyle ciasta. - zaśmiał się, siadając obok mnie.
Spiorunowałam go wzrokiem. Łatwo mu mówić.
-Nie wiedziałam, że będą takie pyszne. - odparłam, masując się po obolałym brzuchu. - Nie mogłam się powstrzymać.
-Uprzedzałem cię, że są dobre. Aliana potrafi całkiem dobrze piec. - odpowiedział, sięgając po gazetę z programem telewizyjnym.
Popatrzyłam na niego przenikliwie. Nawet nie wiedziałam, czy wie, o co chcę go teraz zapytać.
-Myślisz, że Aliana zrobi dla mnie jeszcze trochę tej szarlotki?
Popatrzył na mnie jak na wariatkę. A właściwie jak na dziewczynę, która chce się zapaść.
-Myślę, że tak, jeśli ją o to poprosisz. Na przyjęciu zjadłaś prawie pół blachy. - zaśmiał się, kładąc gazetę na kolanach.
-Nie mogło być tego aż tyle. - powiedziałam, odstawiając kubek na stolik. - Nie możliwe.
-Nicole, widziałem...
-Ej! Ja ci nie wyliczam ile piwa wypijesz! - oburzyłam się, kiedy rzucił we mnie poduszką.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Na tyle starczy. Na nic nie mam już siły. Jestem po prostu wykończona! Teraz tylko mi skomentujcie i będę cała happy! Wiem, że skróciłam, ale na serio trochę mam ostatnio sporo obowiązków. W razie pytań, zgłaszajcie się na moje GG (drugi numer, jeśli kilka osób z którymi się przez to kontaktuję, trochę się zdziwi, tamten wciąż jest ważny): 49557362. Trzymajcie się! Do następnej notki.

czwartek, 2 stycznia 2014

46. Problemik

**Jeniffer**
-Że co jesteś? - zapytała Aliana, kiedy skończyłam jej o wszystkim opowiadać. Nie no, że też musiałam jej powiedzieć. - Ja dobrze usłyszałam?
-Bezpłodna. - powtórzyłam, wycierając sobie nos i tak już mokrą chusteczką. No ekstra. Po prostu świetnie. - Tak to trudno zrozumieć.
-Rozumiem, ale... - przerwała w poszukiwaniu odpowiedniego słowa. - Nie rozumiem... Co lekarz Ci dokładnie powiedział?
Potrząsnęłam głową, żeby trochę mnie otrzeźwiło.
-Powiedział, że nie mogę mieć dzieci. Tyle mi powiedział.
-W sumie niewiele. Zadzwonię do Szamanki. - oznajmiła wyciągając telefon.
-O nie! - wrzasnęłam. - Aż tak zdesperowana nie jestem.
Aliana tylko uśmiechnęła się pod nosem i nie przerywała wykręcania numeru. Poczułam chęć wyrwania jej komórki z dłoni.
Niestety, a właściwie stety nie było jej dane zadzwonić. Jej poczynania przerwał dźwięk tłuczonego szkła. Aliana wybiegła z pokoju, zaalarmowana tym całym zamieszaniem.
Wstałam z łóżka i podążyłam za nią. Nagle zdałam sobie sprawę, że przyszła już połowa zaproszonych gości. No może więcej niż połowa.
-Co to ma znaczyć? - wrzasnęła, wskazując na rozbite okno.
Carlos spojrzał na nią z miną winowajcy. Widać to on spowodował ten drobny wypadek. Drobny? Wyleciała cała szyba. To jednak więcej niż drobny wypadek.
-No więc... - zaczął niepewnie. - Chciałem Ci posprzątać i nagle wszystko wymknęło się spod kontroli i...
-Powiedz jej po prostu, że włączyłeś tryb turbo! - krzyknął na niego Logan. - I odkurzacz wypadł przez okno.
Zamrugałam z niedowierzaniem. Jak odkurzacz mógł od tak sobie wypaść przez okno? To niemożliwe. Kompletnie niemożliwe.
-Powiedzcie chociaż który odkurzacz padł ofiarą Carlosa. - powiedziała powoli, podchodząc do okna i zaglądając przez dziurę pozbawioną szyby.
-Ten bordowy, który masz po poprzednich właścicielach. - wyjaśnił niepewnie.
-Serio? - powiedział urado... co? - A tak bardzo chciałam się pozbyć tego grata. Doprowadzał mnie do szału. W tej chwili szklarz to mój jedyny problem.
James spojrzał na nią ze zdziwieniem. Chyba wiedzieliśmy co chce powiedzieć. Tego dnia szklarze i inni tacy robotnicy ani myślą pracować.
-Twoja szyba będzie musiała trochę poczekać. - powiedziała Cassie, która właśnie przyszła. - A wiesz, że Twój odkurzacz uszkodził samochód Toma?
-Co? - zmarszczyłam brwi. - Carlos rozbił samochód twojego kolegi i Ty się z tego cieszysz?
Cassidy zaśmiała się i usiadła na kanapie.
-Już od dawna przysięgam mu zemstę prosto z niebios i teraz proszę. Niebiosa mnie wysłuchały.
**James**
Nie do końca rozumiałem, co Cassidy ma na myśli. Zemsta z niebios? Czy ona zwariowała? Oczywiście, że zwariowała. Już dawno.
Podszedłem do Jen, która wciąż miała podpuchnięte od płaczu oczy.
-Co się stało? - zapytałem, podając jej szklankę mrożonej herbaty. - Dlaczego płakałaś?
Jen spojrzała na mnie niechętnie, odstawiając szklankę z ice tea na stolik przed telewizorem. Jej dłoń sięgnęła do pilota. Widać nie odpowiadał jej kanał muzyczny.
-Babskie sprawy. - odpowiedziała wymijająco. - Nie chciałbyś się dowiedzieć.
Już ja lepiej wiem, czego chcę! - chciałem wrzasnąć, ale w porę ugryzłem się w język. Mało brakowało, a straciłbym nad sobą panowanie. A tego nie chciałem.
-Przecież wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko.
Jen uśmiechnęła się do mnie ponuro i położyła mi chłodną dłoń na policzku. Ten sposób w jaki na mnie spojrzała... Nigdy nie przypuszczałem, że może tak na mnie spojrzeć. W taki sposób.
Odeszła, już się nie uśmiechając. Tak niewiele potrzebowałem, żeby... Otworzyłem gwałtownie oczy, na dźwięk znajomego, dziecięcego krzyku!
-Tato, a ciocia Roslyn zabrała mnie na gofry! I skakaliśmy na trampolinach! - krzyczał podekscytowany.
-Nie musiałaś go zabierać na trampoliny! - odparłem, sadzając go na stoliku.
Roslyn stanęłam przede mną, odwijając sobie szalik, który miała przepasany naokoło szyi.
-Daj spokój. - zaśmiała się, rzucając zdjęte rzeczy na podłogę pod drzwiami. - Było nawet fajnie.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Kto jak nie Roslyn tak świetnie się bawi w towarzystwie dzieci.
**Kendall**
Mieszkanie Aliany powoli zaczęło pustoszeć. W końcu została tylko nasza dwójka i pies o Nate'a.
-Pozwolisz, że jeszcze sobie stad nie pójdę. - powiedziałem powoli, podchodząc do niej, kiedy sprzątała brudne talerze po torcie. - Może mała kolacja?
Aliana zachichotała, kiedy objąłem ją w pasie.
-Mogę najpierw posprzątać? - powiedziała cicho, kiedy odłożyła na suszak pozmywane naczynia.
-Ugotuję coś, będzie miło...
Wciąż ją przytulałem i całowałem. Nie mogłem się jej oprzeć. Była taka...
Po raz kolejny w takiej chwili przerwał nam dzwonek do drzwi. Znowu...
-Otworzę. - powiedziała cicho.
-Nie... - jęknąłem. - To nie może poczekać? Albo udaj, że Cię nie ma.
-Przecież jestem. - zaśmiała się, kiedy się ode mnie odsunęła. - Poczekaj.
Podeszła i spojrzała przez wizjer. Potem zwolniła zamek i w progu stanęła jedna z sąsiadek.
-Coś się stało w mieszkaniu Robertsów. - powiedziała przestraszonym głosem. - Trzeba sprawdzić co się dzieje.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przepraszam, że tak krótko, ale naprawdę, nie mogę już więcej, a termin to termin. Miałam dzisiaj sporo nerwów, a poza tym trzy komentarze pod ostatnią notką nie zdołały mnie za bardzo napędzić. Mój obecny temat do pisania szufladkowego to Will Herondale i nie za bardzo wiem, czy taki temat was interesuje. Wybaczcie mi i mam nadzieję, że mimo wszystko wam się podobało. Do następnej!