czwartek, 27 lutego 2014

62. Po pierwszym ślubie

**Aliana**
Siedzieliśmy w jednej z Hollywoodzkiej kawiarni. Dokładnie tej samej, w której umawiałam się z Hugh na herbatę. W tej samej, w której powiedziałam mu, że spodziewam się dziecka.
-Wszystko w porządku? - usłyszałam zatroskany głos Kendall i poczułam jego dłoń na ramieniu.
-Tak, wybacz, zamyśliłam się. - odpowiedziałam, odwzajemniając jego uścisk.
Siedzieliśmy przy jednym z większych stołów, jedząc spaghetti w sosie pomidorowym, co było pierwszym wspólnym posiłkiem Nicole i Logana. W końcu to ich wesele. O ile można tak nazwać obiad po ślubie.
-To co teraz? - zapytał James, kiedy kelnerka podała nam deser. - Dyskoteka?
-O nie... - Nicole pokręciła głową, kiedy Logan mrugnął do niej porozumiewawczo. - Ani mi się śni, holować Cię nietrzeźwego do domu!
Carlos parsknął śmiechem. Aż za dobrze znał to uczucie, ale jednak potrafił obrócić to w żart.
-Wolałbym nie. - Kendall usiadł trochę sztywniej na ławce. - Nietrzeźwy nie zapamiętasz naszego prezentu ślubnego...
Nicole spojrzała na mnie z dezaprobatą. Niewiele jej brakowało do wściekłości. Roslyn pokazała mi język za jej plecami, a Jennifer szturchnęła ją łokciem, jakby to miało doprowadzić Rose do porządku.
-Nie tak się umawialiśmy. - powiedziała, grożąc palcem w stronę mojej twarzy. - Miało być bez prezentów. To nie fair!
-To jest bardzo fair! - wtrąciła Jen, odkładając łyżeczkę na talerzyk. - zafundowaliśmy wam noc poślubną pełną wrażeń. Jeszcze będziecie nam dziękować.
Logan był zadowolony, ale Nicole... Jej chyba nie przekonaliśmy.
**Kendall**
Wieczorem wróciliśmy do domu. W mieszkaniu zostali tylko Carlos i Roslyn, którzy nagle stwierdzili, że mają coś ważnego do omówienia.
Brzuch nadal mnie bolał, ale Nate powiedział, że to nic niepokojącego i powinienem tylko wziąć kilka dni wolnego i wszytko powinno być dobrze.
-Myślisz, że Loganowi i Nicole spodoba się pomysł Jen? - zapytała, ściągając z siebie górę od sukienki. Pod spodem miała opinający, czarny top. Dopiero teraz zobaczyłem, jak bardzo odznaczają się jej krągłości.
-Logan na pewno. - zaśmiałem się, rzucając koszulę do pralki. - Nie wiem, gdzie się kryła ta diablica w Jen...
Przerwał mi głośny śmiech Aliany, która szybko zrzucała z siebie ciuchy i pojawiała się w samej bieliźnie. Nie wiedziałem, że ona ma takie...
-To może wspólny prysznic? - zaproponowałem, karcąc się w duchu za kosmate myśli.
-A czemu nie? - zaskrzeczała, wkładając rękę do zasobnika z proszkiem i napełniając kubeczek. - Tylko najpierw wolałabym nastawić pralkę.
-Zawsze to tak u Ciebie wygląda? - zapytałem, obserwując co robi. - Robisz pranie codzienne?
-Właściwie co trzeci dzień. - wyjaśniła. - Ja to nie Carlos.
Uśmiechnąłem się pod nosem, przypominając sobie jego krzyki, że przed wywiadem trzeba posprzątać i zrobić gruntowne pranie. Chyba wszyscy byliśmy w szoku, kiedy znaleźliśmy spleśniałe skarpety Logana. Jak można tak zbezcześcić skarpetki?
-Bieliznę też tam wrzucasz? - zapytała, wytrząsając mnie z zamyślenia.
-Jasne - pokiwałem głową, wysuwając srebrne spinki z włosów Aliany. Jej marchewkowy kosmyk opadł jej na ramię. Ostrożnie strąciłem go dłonią i złożyłem pocałunek tuż obok ramiączka od jej stanika.
**Jennifer**
Było już późno. Na prawdę późno. David spał na moim ramieniu, kiedy wysiedliśmy z samochodu. Odebraliśmy go od Erin, wiedząc, że i tak długo u niej wytrwał.
-Mamusiu, gdzie jesteśmy? - wymamrotał, na pół śpiąc.
James odwrócił się do mnie, kiedy zamykał samochód. Poprosił, żebym to ja wzięła małego.
-W domu. Zaraz położymy Cię do łóżka. - powiedziałam mu. W uszach wciąż dźwięczało mi słowo „mamusiu”, co zaczynało się robić dziwne, bo powinnam się do tego przyzwyczajać.
Zaniosłam go do domu, w trakcie, kiedy James przytrzymał nam drzwi. Wyglądał na zmęczonego. Jakby miał za sobą niezwykle męczący dzień.
Wiedzieliśmy, że w pokoju obok naszego Logan i Nicole toną w rozkoszach futerkowych gadżetów erotycznych. Pomyślałam, że to może trochę urozmaicić tę noc poślubną.
Nagle usłyszałam mocny huk, jakby ktoś wysadził hol w powietrze. Nicole wybiegła z sypialni Logana w samym szlafroku i zbiegła na parter. James coś za nią krzyknął, ale nie zrozumiałam ani jednego słowa. David uczepił się mnie mocniej, jak małpka na gałęzi.
-Co się dzieje? - zapytał Kendall, wyskakując z łazienki w piżamie, a Aliana zaraz za nim. - Domyślam się, że to raczej nie Logan i Nicole.
Później wszystko działo się za szybko. Z dołu usłyszałam krzyk Nicole, a Logan wepchnął mnie do pokoju, każąc uspokoić Davida. Ale nie byłam w stanie go uspokoić. Nie mogłam. Byłam w zbyt wielkim szoku, żeby cokolwiek zrobić.
Przez uchylone drzwi zobaczyłam, jak Aliana zabiera z regału puszkę z belkową lemoniadą. Była kwaśna i nikt jej nie pił. Już sam jej zapach szczypał w oczy.
Właśnie! Szczypał w oczy! James wziął od niej naczynie i zaczął energicznie potrząsać. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, co się stanie po otwarciu zawleczki.
Ułożyłam Davida na łóżku, każąc mu zostać. Wiedziałam, że mnie posłucha i nadal będzie siedział u siebie, nie dając znaku o swojej obecności.
-Ostrzegaliśmy Twojego chłopaka! - krzyknął jakiś ogromny facet, którego nawet nie znałam. - Miałaś być dzisiaj w pracy! Masz nowego szefa!
-Czego ode mnie chcecie? - odkrzyknęła, cofając się w stronę schodów. Logan złapał ją, zanim upadła na stopnie. - Skończyłam z tym!
-Ale my nie skończyliśmy z tobą! - wrzasnął drugi i dopiero teraz ich zobaczyłam. Nie mieli broni. Ale za to byli ogromni. - Brakuje nam dziewczyn, a Ty jesteś najlepsza.
-Peście ją. - powiedział łagodnie Logan. - To było dawno. Wynoście się.
-Henderson nie pilnuje swojej niuni? - warkną pierwszy, wskazując brodą Kendalla, co było przynajmniej dziwne.
-Henderson to ja! - wrzasnął Logan, przerywając ich kozacką przemowę.
Pierwszy spojrzał na drugiego z wściekłością. Widać było, że krzyk Logana wytrącił go z równowagi. Nicole krzyknęła, kiedy ten wyciągnął nóż.
-Kazałem ci ostrzec Hendersona. - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Hendersona, nie jego kumpla.
-Był jego wozem! - krzyknął, żeby się jakoś obronić. - Skąd miałem wiedzieć?
-To się było przygotować!
James upewnił się, że stoimy wystarczająco daleko i otworzył puszkę. Gazowany i kwaśny napój wylał się gejzerem na twarze włamywaczy. Kendall i James skorzystali z ich dekoncentracji i wypchali ich na zewnątrz.
Logan dopadł do przycisku wzywającego ochronę i wcisnął go, kiedy krzyki tamtych dwóch nie ucichły. Wstrzymałam oddech, czekając, co będzie dalej.
Po chwili usłyszałam szmer żwirku, który był wysypany na podjeździe. Krzyki się wzmożony, ale Logan spokojnie otworzył drzwi, a ja zadrżałam. Bałam się, że oni mogą wrócić. James podszedł do mnie, odrzucając opróżnioną puszkę po lemoniadzie. Słyszałam, jak Logan mówi coś o policji, jak Kendall dzwoni do lekarza...
Pozwoliłam się zaprowadzić do pokoju. Na nasz widok, David podskoczył i przytulił się do nas mocno.
-Bałem się. - wymamrotał, wtulając się w ramię Jamesa.
Jedno było pewne. Tej nocy na bank, Logan i Nicole nie zapomną.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I wyszło takie coś... Cały dzień to pisałam. A miałam zamiar jeszcze napisać coś na X, ale nie wiem, czy dam radę.
Dwa słowa do BigTimeChrisa – Wiem, o co Ci chodzi. Żaden szatan mnie nie opętał, po prostu nie chciało mi się wymyślić imienia, więc po prostu wzięłam to samo imię, które wykorzystałam w kwietniu 2011 (za czasów, kiedy datowałam opowiadania), pisząc o kościele w Star City. Cała historia...

Mam nadzieję, że dzisiejsza notka wam się podobała! Chociaż początek jest jako-taki, moim zdaniem. Liczę, że podzielicie się opinią. Do następnej notki!  

wtorek, 25 lutego 2014

61. Razem

**Logan**
Od pewnego czasu siedzieliśmy na poczekalni przed salą tomograficzną. Wciąż słyszałem w głowie, co powiedział mi Kendall. Chcą Nicole z powrotem. A ja nie mogę pozwolić, żeby oni znowu ją dostali. Nie przy mnie. Nie mogę na to pozwolić. Nie mogę. Pozwolić. Na to.
Usiadłem przy oknie, wpatrując się w dal. Nie wiedziałem, gdzie poszła Aliana. Nie ma jej w pokoju. Ani na dworze. Może poszła do łazienki? Może siedzi w pokoju lekarskim, oczekując ordynatora? Nie pytałem.
Drzwi sali otworzy się, a ja podskoczyłem. Uniosłem brwi na widok Aliany, która pomagała wyjść Kendallowi, który ledwo trzymał się na nogach.
-Mogliśmy użyć wózka! - powiedziała jedna z pielęgniarek, wychodząc za Nate'm.
-Poradzę sobie. - wysapał z wyraźnym wysiłkiem. - Już jest lepiej.
-To przez leki przeciwbólowe. - wyjaśnił Nate, kiedy usiadł na jednym z krzeseł. - I tak miałeś farta. To mogło się skończyć znacznie gorzej.
Jen podbiegła do niego i wyciągnęła rękę po wyniki badań. Przez chwilę przyglądała im się uważne, ale potem prychnęła z niedowierzaniem.
-Skąd te siniaki? - wykrztusiła, a James objął ją ramieniem. - Widziałam je. Są okropne. Nie można mieć takich obrażeń i...
-Studiowałaś medycynę, prawda? - przerwał jej, kiedy otworzyliśmy półkole na korytarzu. - W takim razie powinnaś znać nie-podręcznikową zasadę obrażeń piersiowo-brzusznych. Im mniejsze ślady... - spojrzał na nią wyczekująco jak nauczyciel męczący ucznia przy tablicy.
-Tym poważniejsze obrażenia wewnętrzne. - dokończyła, siadając tuż obok Kendalla. - Ale skąd pewność, że jet odwrotnie?
-Właśnie dlatego badamy Kendalla. - oznajmił. - Żeby się upewnić, że nic już nie zagraża.
-I wszystko jest w porządku? - zapytałem, widząc cierpienie na twarzy przyjaciela.
-Nie do końca. - westchnął Nate, kiedy wszyscy świdrowaliśmy go spojrzeniami. - Pod jednym z sińców jest niewielki krwiak. Odbarczymy go jeszcze dzisiaj.
-A potem będę mógł wrócić do domu? - zapytał z nadzieją w głosie.
-Wolałbym przetrzymać Cię tu do rana. - oznajmił rzeczowy tonem. - Wtedy przeczekamy co najgorsze. Jeśli pod tymi siankami kryją się jeszcze jakieś niespodzianki... Będziemy gotowi.
-Ale... - zaczął Kendall. - Ślub Logana i Nicole jest jutro. Nie zdążę.
-Zdążysz. Jutro rano będę miał pewność czy wszytko jest w porządku. Jeśli załatwisz się bez problemów, dostaniesz wypis. Przygotuję ci łóżko.
I wyszedł, zostawiając nas na korytarzu. Kendall wzruszył ramionami i westchnął ciężko, ale nie wiedziałem, czy z bólu, czy z zażenowania, czy z czegoś zupełnie innego.
Następnego dnia:
Nadszedł dzień naszego ślubu. Nicole i ja byliśmy już gotowi, ale mieliśmy się spotkać dopiero w kościele. To był jeden z tych licznych chwil, kiedy zabobony i zapobiegliwość można było ustawić na jednej wadze.
Nerwowo poprawiłem swoją muszkę. Nie miałem jej wcześniej. Zamówiłem ją już dawno, ale przyszła kurierem dopiero teraz.
-Denerwujesz się? - usłyszałem Carlosa, który niepostrzeżenie zjawił się w drzwiach. Zobaczyłem jego odbicie w lustrze.
Wyglądał jak co dzień, opierając się o futrynę w białej koszuli i starannie wyprasowanych spodniach od garnituru. Uśmiechał się ostrożnie, jakby bał się mnie rozwścieczyć.
-Nie. - skłamałem, chociaż w środku bałem się, że coś może pójść nie tak... Cokolwiek... Nie wiedziałem co. A jednak coś mnie zżerało od środka.
-Nie martw się. - uśmiechnął się, pomagając mi z marynarką, jak drużbie przystało. - Po prostu bądź sobą. Na pewno wszystko pójdzie dobrze.
Dopiero, kiedy stanąłem na tyle blisko niego, żeby móc dostrzec jakąś różnicę, zorientowałem się, że jest wyższy niż zazwyczaj. A przecież miałem dość wysokie buty.
-Włożyłeś wkładki pod pięty, prawda? - zapytałem.
-Serio? - pisnął z niedowierzaniem. - Skąd ten wniosek?
**Nicole**
Wszyscy byliśmy już na miejscach. Nie wiem, jakim cudem Aliana zgodziła się robić za szofera, bo Roslyn i jej „wiecznie-w-tajemniczy-sposób-znikające-prawo-jazdy” już dawno zrobiło się nudne. Ale jej egzaminy muszą być bardzo ciekawe. Chyba powinni ją sprawdzić... Może w końcu dowiedzieliby się o problemach z drogówką.
-Nie rozumiem, jak można tyle stać na pasach. - narzekała, siedząc obok mnie na tylnym siedzeniu. - Przecież to strasznie wyczerpujące. Te światła powinny się zmieniać zdecydowanie szybciej.
Kendall pokręcił głową na miejscu pasażera. Zobaczyłam jak przez chwilę na jego powiece utworzyła się kurza łapka, co świadczyło o bezgłośnym śmiechu.
-Roslyn, możesz być cicho przynajmniej przez chwilę? - zaprosiła Aliana, zmieniając bieg. - Kocham cię, ale nie mogę znieść twojego bezustannego trajkotania.
-Dobrze, już się zamykam. - wybuchła, podrzucając dłonie i krzyżując ramiona na piersiach.
I tak byliśmy już na miejscu. Logan, Carlos, James i Jennifer czekali na nas przed kościołem. Uczestnicy mszy też już się zbierali.
Nie zaprosiliśmy zbyt wielu gości. Kiedy powiedziałam Loganowi, że nie mam tu żadnych przyjaciół, wzruszył ramionami i oznajmił, że nie ma co robić ceregieli też ograniczy się do minimum. Potem poszliśmy do okolicznej parafii, przynieśliśmy papiery i wyjaśniliśmy księdzu co i jak. A on... Jak tylko usłyszał nasze plany, powiedział, że załatwimy to na popołudniowej mszy. Tylko trzeba będzie zapłacić za wynajem ławki, czterech krzeseł i dwóch klęczników. No i oczywiście wpłacić ofiarę.
-Pokaż się śliczna... - powiedziała, poprawiając mi włosy, zanim zdołałam spojrzeć na Logana. - Idealnie. A teraz głowa do góry i idziemy.
Logan nic nie powiedział. Tylko patrzył na mnie i pocałował mnie w policzek. Wiedziałam, jak bardzo powstrzymuje się przed, choćby muśnięciem moich ust.
-Państwo młodzi gotowi? - zagadnął proboszcz, zanim weszliśmy do środka. Ksiądz Christopher też jest gotowy. Słyszałem, że nie chcą państwo wejścia od głównych drzwi...
-Tak - odpowiedział Logan, kiedy ustawiliśmy się przed wejściem bocznym kościoła. - Zakłócamy mszę i lepiej, żeby pozostało to w najskromniejszym porządku.
-Oczywiście. Wszystko już omówiliśmy. - uśmiechnął się pod nosem. - Msza zacznie się za minutę.
I wszedł do kancelarii kościoła, żeby przygotować się do mszy.
Jednym ze szczegółów był brak jakichkolwiek fotoreporterów. Nie wiem jak to się udało chłopakom. Załatwili to w kilka godzin. Jadąc autami z wypożyczalni.
Weszliśmy do środka w czterech rzędach. Wejście było na tyle szerokie, że mogliśmy sobie na to pozwolić. Kątem oka zauważyłam, że u boku Aliany wisi aparat fotograficzny na wydłużonym pasku, a James usiłuje włączyć kamerę.
Organista zagrał prowizorycznego Marsza Mandelsona. Kiedy spojrzałam na chór, zauważyłam, że uśmiecha się pod nosem. James wybiegł nam naprzeciw i wyprzedził wszystkich, starając się wszystko filmować. Będziemy mieli fajny materiał...
Zajęliśmy miejsca na przedzie, tuż przed ołtarzem. Aliana nawet nie usiadła, tylko natychmiast stanęła po drugiej stronie Jamesa i zrobiła nam kilka pierwszych zdjęć.
Ksiądz wytłumaczył wszystko z szerokim uśmiechem. James puścił do nas oko, jakby chciał powiedzieć „Żałujcie, że nie widzicie ich min”. Odwzajemniłam jego uśmiech.
Od czasu do czasu Logan szturchał mnie, żebym spojrzała na Alianę. Dopiero, kiedy przyszedł czas na przysięgę, James stanął naprawdę blisko. Zauważyłam, że trzęsie mu się ręka.

No to, zaczynamy: „Świadomi praw i obowiązków...” A nie, to nie ten tekst.
No, i to byłoby na tyle. Miałam na czwartek przełożyć ten ślub, ale udało mi się go zmieścić teraz. Nie jestem dobra w opisywaniu ceremonii, więc... Wyszło jak wyszło. Chciałam jeszcze podziękować za ostatnie komentarze i jeszcze kilka słów do mojego "adwokata": Wiem, że chcesz dla mnie jak najlepiej i jestem Ci za to wdzięczna. Ale odpuść, ok? Jest jak jest. Robię swoje. Robię to, co kocham, to co lubię. I cieszę się, że mam czytelników, których na prawdę to interesuje. Bo tylko tacy się liczą. No i ucieszyłam się, widząc nowe loginy. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz je zobaczę. Mam nadzieję, że wam się podobało. Jakie wrażenia? Do następnej notki! Trzymajcie się! 

czwartek, 20 lutego 2014

60. Narada Przed Bitwą

**Jennifer**
Siedzieliśmy w pokoju z talerzami sernika na kolanach. Wśród nas brakowało tylko Kendalla i Carlosa. Obserwowałam jak Logan i James rozmawiają półgłosem przy kuchence.
Po dłuższej chwili drzwi mieszkania cicho się otworzyły i do środka wszedł Kendall, kurczowo trzymając się za brzuch.
-Stało ci się coś? - zapytał James, podchodząc do niego i zarzucając sobie ścierkę na ramię. - Słabo wyglądasz. Potrzebujesz czegoś?
-To nic takiego. - wystękał z wyraźnym wysiłkiem. - Muszę do łazienki.
I zniknął za drzwiami toalety, zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć. James wzruszył ramionami i usiadł na fotelu naprzeciwko Alainy, która patrzyła na drzwi łazienki ze zmarszczonymi brwiami.
-Myślisz, że coś stało? - zapytała cicho Roslyn, zamykając magazyn i odrzucając go na stolik.
-Najwyraźniej. - westchnęła Aliana, wstając i podchodząc do drzwi. - Kochanie? - zapukała kilka razy do drzwi? - Wszystko w porządku?
Nastała chwila ciszy. James popatrzył na mnie ze zdziwieniem i wzruszył ramionami. Wciąż miałam przed oczami bladą twarz Kendalla, jakby cała krew spłynęła mu do pacy.
-Tak! - odkrzykną, po wyraźnym głębokim oddechu. - Nabiłem sobie paskudnego siniaka. Masz w domu jakieś plastry chłodzące?
-Za chwilę ci podam! - krzyknęła i poszła do kuchni. Nie widziałam, którą szafkę otwiera, ale kiedy się wyprostowała, trzymała w ręku jakąś kopertę z niebieskiego żelu i podeszła do łazienki. - Otwórz drzwi. Pomogę ci!
-Poradzę sobie! - odpowiedział, wystawiając rękę za drzwi i zabierając duży plaster, który mu podała.
Logan podszedł do drzwi i wyszeptał Alianie coś do ucha. Ona tylko wzruszyła ramionami i popchnęła go w stronę kanapy, zmuszając go, żeby usiadł. Po kilku krokach popchnęła go na oparcie obok Nicole.
-Myślisz, że coś się stało? - powtórzyłam po Roslyn, podciągając sobie spodnie. Jednak na próżno, bo od razu, jak udało mi się zrobić pół kroku, David pociągnął mnie za nogawkę.
-Wujkowi nic nie będzie, mamusiu? - zapytał, patrząc na mnie ze smutną minką.
Zadrżałam, kiedy powiedział „mamusiu”. Zupełnie, jakby ktoś wlał mi do gardła świeży wrzątek. Taki jeszcze pulsujący.
-Nie wiem, skarbie. - powiedziałam, kiedy się do mnie przytulił.
Nie spodziewałam się tego. Byłam pewna, że mały będzie się do tego stopniowo przyzwyczajał. Że raz będzie do mnie mówił po imieniu, a jeszcze następnym razem „mamo”.
Po chwili Kendall wyszedł z łazienki i opadł na fotel.
-Może zadzwonię do Nate'a? - zaproponowałam. - Widzę, że cię boli.
-To nic. - pokręcił głową, oddychając ciężko. - To tylko skurcze. Wystarczy, że to schłodzę. Ważne, że odebrałem dokumenty. Możemy już je składać do urzędu. Tylko ułożę je po swojemu.
Drzwi znowu się otworzyły i przyszedł Carlos, trzymający w rękach jakieś wielkie pudło. Zauważyłam, jak Kendall robi wszystko, żeby zachować najbardziej kamienną twarz nie okazującą bólu. Chciał okłamać Carlosa. Bo nie chciał go martwić.
-Cześć wszystkim! - powiedział donośnym głosem, stawiając pudło na kolanach Roslyn. - To dla Ciebie kochanie. Tęskniłem.
I zbliżył się do jej ust, nie robiąc sobie zupełnie niczego z tego, że wszyscy ich obserwujemy. Odwróciłam wzrok, nie chcąc patrzeć na ich mizianie. Poczułam wilgotną dłoń Jamesa na nagim ramieniu. Chyba jest trochę za chłodno za bluzkę na ramiączka, pomyślałam.
Amory Roslyn i Carlosa zostały przez znaczne chrząknięcie Logana. Poczułam nagłą ochotę, żeby mu podziękować.
-Skoro już wiecie o naszym jutrzejszym ślubie... - zaczął Logan, stając przed nami w „dyplomatycznej pozycji”, nadszedł czas, żeby poprosić świadków.
-Carlos, Roslyn. - powiedziała Nicole, patrząc na nich wyczekująco. - Zgodzicie się?
Zapadła cisza. Nikt nic nie powiedział. Carlos wyglądał, jakby autobus po nim przejechał, a Roslyn przypominała rybę wyciągniętą z wody. Też byłam zaskoczona, ale wiedziałam, że muszę zachować minimalny spokój.
-Ale... - zaczęła Roslyn, kiedy już odzyskała głos. - Przecież ślub jest jutro. Nie mam co na siebie włożyć. Nawet nie wiem, jak wygląda Twoja sukienka!
-Nikt tego nie wie. - zaśmiał się Logan, jakby próbował obrócić w żart jej zmartwienie.
-Poza tym, widziałam, jaką sukienkę oddałaś mi zanim znalazłam sobie pracę. - ciągnęła dalej Nicole. - Jeśli oddajesz markową, prawie nową sukienkę, to co musisz mieć w szafie? I nie przesadzaj. Widziałam w czym chodzisz do pracy. A ta czerwona z kokardą? Kiedy ją kupiłaś? Dwa dni temu?
Roslyn usiadła na krześle, a Carlos obserwował Logana, z przerażająco zastygłą twarzą.
-Na serio pobieracie się jutro, czy to tylko taka metafora? - zapytał, marszcząc brwi.
-Na serio. - odpowiedziała Nicole.
**Kendall**
Cieszę się, że Nicole i Logan wezmą ślub przed nami. To powinno nam dać chwilę do namysłu. Po tym wszystko powinno się dziać... Jakby wolniej.
-Może powinniśmy cię zawieść do szpitala? - zaproponował Logan, siadając na stoliku do kawy. - Nie wyglądasz najlepiej.
-Nic mi nie będzie. - odpowiedziałem. - Martw się lepiej o Nicole.
Logan szeroko otworzył usta. Zupełnie, jakbym wytrącił mu mikrofon z rąk.
-Stary, o czym ty mówisz? - wyraźnie ściszył głos, jakby nie chciał, żeby dziewczyny nas usłyszały.
-Byłem Twoim samochodem. Kiedy miałem wracać, zaczepił mnie jakiś biceps i dał mi do zrozumienia, że to nie koniec kłopotów Nicole.
-Pobił cię? - zapytał wyraźnie zdenerwowany.
-Nie. Myślał, że ja to ty. Powiedział: „Twoja niunia ma jutro być w pracy.” I że ktoś tam przejmuje interes. - odpowiedziałem. - To jeszcze nie koniec.
Logan przeszedł przez pokój i wyciągnął z szuflady schowek z bronią.
-Co ty wyprawiasz? - krzyknęła Aliana, kiedy zauważyła, dokąd on sięga.
-Miałem nadzieję, że to się już nie przyda. - wymamrotał. - Izzy wszystko zalegalizowała?
-Tak na wszelki wypadek. - odpowiedziała Jennifer, z wahaniem zabierając paralizator z jego dłoni. - Przemyśl to!
Zapanował chaos. Zupełnie, jakby przez pokój przeszło tornado. Wszyscy jednocześnie próbowali coś powiedzieć. Jednak nic nie mogłem zrozumieć.
-Kendall, pokaż ten brzuch. - powiedział James, który wrócił z pokoju Jennifer, gdzie kładł Davida spać. - Spójrzmy jak to wygląda.
I zanim zdołałem zaprotestować, podciągnął moją koszulkę odlepił plaster chłodzący. Teraz wszyscy mogli podziwiać trzy ogromne siniaki w kształcie butów roboczych.
-To już trzeba zgłosić. - powiedziała Jen po chwili ciszy. - A ty! - wskazała palcem na moją pierś. - Masz się przebadać. Jak najszybciej. Zbieraj się.
Rzuciła we mnie bluzą, którą tu trzymałem jeszcze przed wyjazdem w trasę. Popatrzyłem na Nicole, która zakrywała sobie dłonią usta.
-A wasz ślub? - zapytałem.
-Odbędzie się zgodnie z planem. - odpowiedział Logan, wręczając mi jeden z pistoletów.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i to byłoby na tyle. Notkę pisałam, słuchając piosenki „Turn Up The Music” z filmu „Lemoniada Gada”.
Co do już zamkniętej ankiety: Chciałam sprawdzić jak obstawicie. A ponieważ myśleliście o kimś innym niż ja... To było zaplanowane już dwa tygodnie temu.
Mam nadzieję, że wam się podobało! Dzięki za ostatnie pięć komentarzy! Miło widzieć nowe loginy. Może pod tą notką będzie więcej? Mam nadzieję! Trzymajcie się cieplutko! Do następnej notki!  

wtorek, 18 lutego 2014

59. Mama

**Roslyn**
-Gdzie nas zapraszasz? - krzyknęłam prawie tak głośno, że Jen siedząca obok mnie na kanapie włożyła sobie palec do ucha z grymasem bólu na twarzy.
Kiedy Nicole nam powiedziała, że musi nam coś powiedzieć, tylko musimy usiąść, wiedziałam, że to nie będzie łatwa rozmowa. Ale takiego obrotu sprawy zupełnie się nie spodziewałam.
-Na mój ślub. - powtórzyła spokojnie. - Będzie jutro. Możecie się ubrać jak chcecie!
Poczułam jak Aliana gemzi mnie włosami, żebym wróciła do świata żywych.
-Kiedy mieliście czas, żeby to wszystko przygotować? - pokręciłam głową, nie wiedząc jak zdołali to wszystko ogarnąć. - Najpierw wyjazd, fundacja... Potem ta twoja mega kampania reklamowa pończoch... Jał...
Drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wbiegł David, a zaraz za nim James. Mały natychmiast wskoczył na kolana Jennifer i zaczął ją morderczo ściskać.
-Tak się za tobą tęskniłem! - krzyknął, mocno obejmując jej szyję. No jasne... Tak, jak ja za Carlosem.
„Pomóż...” - wyszeptała bezgłośnie. Za moimi plecami James głośno się zaśmiał i wziął Davida na ręce.
-Dobra, młody. - powiedział, odnosząc go na fotel. - Jennifer chyba ma dość.
-A mogę do niej mówić „mamo”? - zapytał znienacka.
James wyprostował się gwałtownie. Szkoda, że nie widziałam jego twarzy, ale to z pewnością było coś zbliżonego do miny Jen. Mały wpatrywał się tylko w Jamesa, oczekując jego odpowiedzi.
-Synku, ja... - wystękał w końcu. - Nie wiem, ale myślę, że powinieneś Jennifer zapytać.
-To ona nie chce być moją mamą? - wykrzyczał ze łzami w oczach. - Ale ja myślałem, że się z tobą ożeni. Będzie moją mamą!
Aliana wstała i podeszła do kuchnio ścianki. No tak, mistrzyni taktu. Nie będzie dopytywać, podsłuchiwać... W końcu postanowiłam do niej dołączyć, gdzie kroiła ciasto.
-To my mamy sernik? - zapytała Nicole, siadając na jednym ze stołków barowych. - Od kiedy?
-Nate kupił przedwczoraj. - wzruszyłam ramionami. - Zawsze wita Alianę sernikiem.
Westchnęłam i spojrzałam przez ramię na Jen, Jamesa i Davida, który siedział na fotelu i o czymś dyskutowali półgłosem.
-Byłaś u niego? - zapytała, nakładając wszystko na talerzyk. - Jak sobie radził z Syriuszem, Sydney i Foxem? Bardzo ma zdemolowane mieszkanie?
-Ani trochę. - odpowiedziałam, śmiejąc się pod nosem. - Tylko Fox nie pozwala mu spać w łóżku. Nate musi go obejmować, jeśli chce się wyspać.
-Wygląda na to, że Nate kojarzy mu się z Jamesem. - powiedziała Nicole, mieszając sobie w filiżance kawy. - Chyba go pokochał.
Aliana uśmiechnęła się pod nosem. No ta nieodwzajemniona miłość Nate'a do zwierząt...
-Trzeba będzie po nich jechać. - Powiedziała w końcu, kiedy wzięłam do rąk talerze i zaczęłam je rozkładać na stole. - I tak długo z nimi wytrzymuje.
Wytrzymuje... No tak. Chyba tylko my dwie znamy historię kierowcy, który pewnego razu wbiegł do izby przyjęć krzycząc „Potrąciłem go! Ratujcie go!” z jakimś stworzeniem owiniętym w zakrwawiony koc. Dopiero potem, jak położył go na stole, okazało się, że to pies. I od tej pory Nate nie kocha zwierząt. W szczególności psów. 
-To jedziecie do twojego ojca? - zapytała Nicole, zmieniając temat. 
-Jeszcze nie wiem. - odpowiedziałam. - Muszę porozmawiać z Jen. 
**Kendall**
Szedłem właśnie przedmieściami, szukając jakiegoś punktu pocztowego. Mama obiecała, że przyśle tu dokumenty, których zapomniałem przy przeprowadzce. Miałem je odebrać na tej ulicy.
Wszedłem do wielkiego pół biurowca, w którym mieściła się poczta, ubezpieczalnia i urząd pracy. Od razu powitała mnie ładnie ubrana urzędnicza, pytając o sprawę w jakiej przyszedłem, a ona skierowała mnie do dużego okienka na końcu drugiego korytarza.
-Dzień dobry. - powiedziałem, pochylając się w stronę naburmuszonego faceta w garniturze. - Mam tu przesyłkę do odebrania.
-Nazwisko! - warknął, nie odrywając wzroku od monitora komputera.
-Kendall Schmidt. Miało przyjść...
-Dzisiaj rano. - dokończył znudzonym tonem, sięgając popod biurko i wyciągając białą kopertę i mały druczek. - Proszę pokwitować.
Podpisałem w miejscu, które mi wskazał, a kiedy zabrał papierek, rzucił dużą kopertę w moją stronę. Od razu rozpoznałem pismo Kevina.
-Życzymy miłego dnia. - krzyknął znudzony i wściekły. Jego mina wcale nie mówiła, że życzy mi miłego dnia. Tak to już jest w tych urzędach...
-Do widzenia. - odpowiedziałem i uśmiechnąłem się do pani, która była dla mnie miła od samego początku.
-Do widzenia. - zaśpiewała za moimi plecami.
Wyszedłem stamtąd czym prędzej. No pięknie... jeszcze tego by brakowało. Żeby jakiś facet, którego nie znam, skrzyczał mnie za niewinność... No, właściwie mnie nie skrzyczał, ale do rany przyłóż też nie był.
Podszyłem do samochodu, który zaparkowałem ulicę dalej. Dobrze, że Logan pożyczył mi swojego. Bo na serio się nie spodziewałem, że mój się zepsuje po dwóch miesiącach stania w garażu. Nie potrzebowałem go, więc go nie odpalałem. Ale, że wywinie mi taki numer...
Rzuciłem kopertę na tylne siedzenie. Muszę jeszcze wrócić do domu i poukładać to po swojemu. Termin zaklepaliśmy przez internet. Nie wiem, jak udało mi się namówić Alle, żeby ze mną do tego usiadła, między zmienianiem obiektywu, a retuszowaniem portretu scenicznego Logana, który za nic nie chciał się zapisać. No, ale musimy jeszcze donieść dokumenty.
Nagle poczułem jak ktoś mnie chwyta za tył bluzy i pociąga w swoją stronę.
-I co, Henderson! - usłyszałem gruby męski głos. - Myślałeś, że was nie znajdziemy? Przekaż swojej niuni, że Eric przejmuje interes. Jutro rano ma się stawić w pracy.
I poczułem, jak kopie mnie w brzuch, a ja zgięłam się wpół, dysząc ciężko na chodniku. Dopiero po kilku minutach ciszy wzięłam głęboki, drżący oddech i podjęłam pierwszą probe wstania.
Było ciężko. Żebra, piekły mnie boleśnie, ale wiedziałem, że nie są złamane, bo tego nie poczułem.
Usiadłem za kierownicą, wciąż przytrzymując się drzwi, w obawie przed ponownym upadkiem.
**James**
-Nie masz pierścionka. - powiedziała, wpatrując mi się w oczy. No tak, te zaręczyny miały wyglądać troszeczkę inaczej. - Ale i tak za ciebie wyjdę.
Na początku mnie zatkało. A potem... Sam nie wiem, dlaczego, ale pocałowałem Jennifer, dociskając ją całym ciałem do kanapy.
-Wiesz co? - wymruczałem, patrząc jej w oczy, a ona położyła mi dłoń na kieszeni marynarki.
-Co? - wyszeptała, uśmiechając się szeroko.
-Kocham cię. - powiedziałem cicho do jej ucha, muskając wargami jej szmaragdowy kolczyk.
-O FU! - krzyknął David, z fotela. - A już prawie zapomniałem, że tu jest. - To znaczy, że mówić do Jennifer mamo?

Jennifer roześmiała się, opierając głowę na poduszce. Chwilę później poszedłem jej śladem.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
  Ta da! No, wiem, że wyszło średnio. Miałam chwilowy brak weny, który jest związany z tzw. dołem. No, krucho było od soboty i szczerze mówiąc jeszcze się nie pozbierałam. No, więc... Notka gotowa. Komentujcie, komentujcie... To dodacie mi powera i będzie lepiej. 

czwartek, 13 lutego 2014

58. Dowcip

**Logan**
-Jesteś pewna? - zapytałem, patrząc, jak Jen pakuje gitarę do pokrowca. - To dość ryzykowne.
-I ty mi mówisz o ryzyku? - wrzasnęła, krzyżując ramiona na piersiach. - Wstydziłbyś się.
Byliśmy przed ostatnim koncertem w plenerach, Jeszcze dzisiaj mamy samolot do domu. Już dawno się spakowałem. Szczerze mówiąc, w ogóle się nie rozpakowywałem. Bo po co? Na dwa dni? Opłacało się?
-Chcę ci tylko powiedzieć, że nie zawsze gwałtowność jest dobra. - wyjaśniłem, kładąc się na łóżku w pokoju Jamesa. - Słyszysz to od właściwego człowieka. Wierz mi.
Jennifer prychnęła, zamykając zamek błyskawiczny. Mimo, że na występach nie dawała żadnych oznak swojej frustracji, Carlos postanowił ją trochę zdystansować, jeśli chodzi o rozmowy o rodzinach i tak dalej... Poza tym jeszcze dużo rzeczy zostało do wyjaśnienia i nie mam na myśli tylko Jen, ale nas wszystkich.
Z drugiej strony... Chyba nikt nie będzie zachwycony, jak dostanie zaproszenia dwa dni przed uroczystością. A tak w ogóle... Sam nie wiem, jak mi i Nicole udało się wszystko dopiąć na ostatni guzik, nie informując dosłownie nikogo. Ta cała sprawa... To dla mnie trochę trudne. Miałem zamiar się tu wyszaleć, pokazać sobie, że nie jestem taki, jak mnie postrzegają inni. I tak było. Imprezy szlag trafił, dzięki Bogu... Ale to dzięki Jamesowi, który wyjaśnił mi, ze zachowywałem się jak dupek i dzieciuch.
-Halo! - wrzask Jennifer wyrwał mnie z zamyślenia. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz, czy gadam sobie do obrazu?
-Tak, słucham, oczywiście. - mamrotałem, jakby wyrwany ze snu. - Tylko wiesz... Nie zrozumiałem ostatniego zdania.
-Nie zrozumiałeś ostatniego zda, tak? - zapytała, wyciągając z minibarku... Poduszkę? Skąd ona się tam wzięła? - To ja ci to ostatnie zdanie powtórzę.
I bez ostrzeżenia zaczęła mnie okładać po głowie. Próbowałem się jakoś osłonic, ale to nic nie dawało, bo Jennifer była za silna. Jednocześnie miałem wrażenie, że poziom materaca trochę się obniżył z jednej strony, ale to chyba tylko złudzenie.
-Przestań, proszę Cię, przestań! - krzyczałem, zwijając się w kłębek. - Nie słuchałem cię, ok? Zadowolona? - jęknąłem, w nadziei, że w końcu przestanie mnie bić.
-Czy jestem zadowolona? - wrzasnęła. - Oczywiście, ze nie jestem zadowolona! Chciałam, tylko żebyś mnie wysłuchał! To takie trudne do wykonania?
Nagle jej wrzaski zostały przerwane przez głośno rozkręcony telewizor. Jakiś latynoski spiker w garniturze gadał coś po hiszpańsku, albo portugalsku.. Nie rozróżniam tych języków. Kiedy Jennifer w końcu przestała mnie bić, zauważyłem, że na krawędzi łóżka siedzi Carlos.
-Długo tu jesteś? - zapytała Jen, zanim jeszcze zdołałem otworzyć usta.
-A to ma jakieś znaczenie? - prychnął, ściszając wiadomości sportowe, które właśnie się zaczynały. - Zachowujecie się jakoś... nienormalnie. Rano przytakujecie Jamesowi, który walnął mowę o dojrzałym zachowaniu, a teraz zachowujecie się jak przedszkolaki, które nie chcą leżakować. Ogarnijcie się, no!
Ja i Jennifer spojrzeliśmy po sobie. Jen tylko wzruszyła ramionami i wyszła do łazienki. Carlos spojrzał na mnie jak na ostatniego debila.
-Dorósłbyś w końcu, co? - rzucił oskarżycielskim tonem. - Nie możesz się wiecznie zachowywać jak pięciolatek.
-Stary, daj spokój. - poklepałem go po ramieniu. - Życie jest piękne.
**Kendall**
Skończyłem właśnie pakować wszystkie buty, kiedy drzwi pokoju otworzyły się i do środka wszedł James, niosąc w rękach jakiś doży pakunek.
-To są przebrania. - powiedział, rzucając wszystko na kozetkę. - Mamy to włożyć przed koncertem i przed pierwszą piosenką błyskawicznie z siebie zdjąć. Ten jest dla Ciebie.
Spojrzałem na zawartość torby i wyciągałem z niej kawał pluszu ludzkich rozmiarów.
-To pajacyk. -oznajmiłem, rzucając ubraniem na fotel, który stał obok. - Dzieci śpią w czymś takim.
-Kendall, pomyśl. Zaskoczymy fanów! - gadał jak nakręcony. - Przecież ciągle zaskakujemy ich na koncertach! A poza tym... Każdy normalny dzieciak by w tym utonął.
Spojrzałem na niego i zrozumiałem. Uśmiechał się przerażająco niewinnie. To nie jest żaden kostium!
-Dobra, nabrałeś mnie. - westchnąłem, pakując pajacyka do torby. - A teraz zwróć to do wypożyczali, może oddadzą ci kasę za oddanie przed terminem.
-Ale ja to kupiłem. - powiedział niewinnym głosikiem. - Zawsze może się przydać.
Spojrzałem w jego dumny wyraz twarzy. Jego dowcipy naprawdę pozostawiają wiele do życzenia, ale trzeba przyznać, prawie mnie przekonał.
-Zamierzasz się przebrać za wielkiego dzieciucha? - zapytała Aliana, która miała pakować aparaty w pomieszczeniu obok. - Bo naprawdę nie wiem, po co to to przyniosłeś.
-Nabrałem Kendalla, nabrałem Kendalla! - wyśpiewywał z tryumfalnym wyrazem twarzy.
-Zdaje się, że ktoś z nas tu obecny zrobił przy śniadaniu kazanie o niedojrzałych zachowaniach, a teraz sam zachowuje się niedojrzale.
James zakrył sobie dłonią usta i wzruszył ramionami.
-Raz na jakiś czas chyba mogę, prawda? - zaskrzeczał głosikiem małego chłopczyka. - Wy robiliście gorsze rzeczy.
I wyszedł, zabierając nie do końca spakowaną torbę. Aliana zaśmiała się i pokręciła głową odkładając na stolik odczepiony od aparatu obiektyw.
-A gdzie jest reszta? - zapytałem, podnosząc go i oglądając z każdej strony. Nigdy nie rozumiałem jak można odróżniać jedną część od drugiej, kiedy te są do siebie tak podobne. I po co Alainie pięć obiektywów? - Samym obiektywem zdjęcia nie zrobisz.
-Nie wiem, który wziąć. - odkrzyknęła. - Ten obiektyw szybko wychwyta ostrość, kiedy tańczycie. Więc ten się nada. Nie wiem, czy zabrać aparat, który nie robi efektu ruchu, czy ten, który sam robi balans bieli. Jak myślisz?
-Balans bieli? - wykrztusiłem ze zdziwieniem, nie rozumiejąc o co chodzi.
-Niweluje zmienne oświetlenie. - wyjaśniła. - Przy ruchomych reflektorach nie zostają plamy.
-Na żadnym naszym zdjęciu nie ma plam.
-Bo je retuszuję, zanim oddam. - odkrzyknęła.
**Jennifer**
-Gotowa? - zapytał James, kładąc mi dłoń na ramieniu. Jego dotyk łagodził mi nerwy, co pomagało przed występem. W ogóle przed wszystkimi występami. - Pamiętasz te chwyty, których Cię nauczyliśmy?
-Jasne, tak myślę. - pokiwałam głową. - A jeśli coś pomylę?
-Wtedy to jakoś naprawimy. - powiedział spokojnie. - Nie martw się. Wszystko pójdzie zgodnie z planem. Jestem tego pewny.
I pocałował mnie w skroń. Jego usta były nawilżone i świeże. Jakby używał balsamu do ust, czy coś w tym guście. Poczułam, jak wszystkie zmartwienia parują. Spojrzałam na publiczność. Przez chwilę miałam wrażenie, że nie ma to ani jednego chłopca, ale po pewnym czasie dostrzegłam grupę nastolatków tuż za sektorem dla specjalnych gości.
Wzięłam głęboki oddech. Zaraz potem poczułam, jak ktoś szarpie mnie za rękę. Chwyciłam mocniej gitarę, żeby nie wypuścić jej z rąk. James doprowadził mnie do stołka, na którym grałam. Kiedy mnie pocałował w policzek, kątem oka zobaczyłam jak Kendall śmignął tuż pod moim nosem. Podskoczyłam, w obawie, że o mnie zahaczy, ale nic podobnego się nie stało. Ten to zawsze wie, jak mnie przestraszyć.
James odwrócił się w kierunku publiczności i uśmiechnął się szeroko.
-Witajcie, jak się miewacie? - powiedział do mikrofonu, kiedy w końcu się uciszyli, ale tylko na krótką chwilę, żeby mu odpowiedzieć, długim i głośnym piskiem. - Moich kumpli, Carlosa, Kendalla i Logana już znacie, a to piękna dama z gitarą to moja dziewczyna, Jennifer.
Rozległy się odrobinę cichsze, ale ważne, że były, oklaski.
-Czas na show! - wrzasnął James, tak głośno, że moja słuchawka zaskrzeczała w uchu.
Czas pokazać, na co mnie stać.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Z oporem, ale jednak jest... Nie wiem, jak udało mi się udało to napisać przed piątą... No, ale już jest. Jest jeszcze sprawa do stałych czytelników. Jeżeli nie widzicie linku do swojego bloga w bocznej kolumnie, upomnijcie mnie o tym, żebym mogła zamieścić, dobrze? Bo chciałabym tu mieć całą listę. Nie przynudzam. Liczę, że wam się podobało. Pozdrawiam! Trzymajcie się cieplutko!

wtorek, 11 lutego 2014

57. List

**James**
-Na pewno nie chcesz, żebym go przefaksowała? - zapytała Roslyn, kiedy Jen się uspokoiła. Mimo to, widziałem jak cierpi. Jeszcze nie wie, co jest w tym liście, ale sam fakt o wiadomości od biologicznego ojca... musi być szokująca.
-Nie. - pokręciła gwałtownie głową. - Musisz to zrobić. Teraz albo nigdy. - Powiedziała powoli, spuszczając wzrok z ekranu. - Rozerwij kopertę, otwórz list i przeczytaj na głos, zanim się rozmyślę i zacznę żałować.
Rosly, popatrzyła na szczelnie zaplombowaną kopertę. Dopiero po dłuższej chwili otworzyła szufladę i sięgnęła po nóż do papieru.
-To może my wyjdziemy... - zaczął Carlos, kiedy Roslyn, przecięła zgięcie na zamknięciu i wyciągnęła kartkę wyrwaną z kołonotatnika. Zdążyłem zauważyć luźne pismo pokrywającego niepełną stronę standardowego zeszytu z domyślnym marginesem.
Jen odwróciła się i chwyciła mnie za ramię, kiedy zacząłem wstawać.
-Zostańcie. - poprosiła. Spojrzałem znacząco na Logana, a on tylko wzruszył ramionami. - Nie chcę być sama, kiedy Rossie będzie to czytać. Proszę...
Ucałowałem ją w czubek głowy i usiadłem na krawędzi łóżka Carlosa. Ten to ma fart... Zawsze dostaje najlepiej urządzony pokój.
-Czytaj. - powiedziała Jennifer, a Roslyn pokiwała głową i pochyliła się nad kartką.
-Kochana córeczko. - zaczęła. - Nawet sobie nie wyobrażasz jaki jestem szczęśliwy. Bo w końcu się odnalazłaś. Cała i zdrowa. Nie jestem w stanie zliczyć ile nocy spędziłem na płaczu i zastanawianiu się, co się z tobą dzieje. W głębi duszy miałem nadzieję, że trafiłaś do kochającej rodziny, nawet jeśli zostałaś uprowadzona bez nadziei na odnalezienie. Pomimo wszystkich złych rzeczy, jakie słyszałem od ludzi, których wynajmowaliśmy z mamą, nie przestawałem wierzyć, że pewnego dnia się odnajdziesz. Aż w końcu nadszedł ten błogosławiony przez Boga dzień. Kochana Oceane, długo się zbierałem do napisania tego listu. Nie miałem odwagi, żeby zebrać w słowa wszystko, co teraz czuję. Piszę do Ciebie, bo chciałbym Cię zaprosić do domu moich rodziców, a Twoich dziadków na Florydzie. Zapytaj Roslyn. Słyszałem, że razem mieszkacie. Świetnie zna dojazd i adres. Na pewno Cię tam doprowadzi. Jeśli nie dla mnie, to przynajmniej żeby się spotkać ze swoją ukochaną Ciocią. Już nie mogę się doczekać naszego spotkania. Twój zawsze kochający tata.
Znowu zapadła cisza. Było słychać tylko odgłosy dyskoteki nad basenem i szum ciepłej wody wolno spływającej do wanny.
-Dobra Jess! - zaczął Carlos, kiedy niezręczna cisza zaczęła nam doskwierać. - Ta kąpiel miała być moja, ale gorąca woda dobrze Ci zrobi.
Jennifer wstała i bez słowa poszła do łazienki. Nawet nie zwróciła Carlosowi uwagi, że użył zdrobnienia, którego nie lubi. A po tym wszystkim musi być rozbita. Poważnie rozbita.
Podszedłem do laptopa i zamknąłem monitor, z którego Roslyn już dawno zniknęła. No, razem jakoś przebrniemy przez tą sytuację z ojce. Uda nam się. Na pewno!
-James... - zaczął Logan, który jak dotąd siedział na krawędzi poręczy łóżka. - Myślę, że Jen przydadzą się jakieś lekkie ciuchy.
**Kendall**
-Ustalmy termin ślubu. - powiedziałem, patrząc na Alianę, która spinała sobie włosy na czubku głowy. - Jesteśmy zaręczeni od kilku miesięcy, a jeszcze ani razu o tym nie rozmawialiśmy.
-Kochanie... - westchnęła, wskakując na łóżko i zbierając opróżnione talerze na wózek kelnera. - Wiem, że się niecierpliwisz. Najpierw musimy wrócić do kraju, potem dopiero omówić tą sprawę w urzędzie.
-Znam procedury. - powiedziałem powoli, kładąc jej rękę na ramieniu i nakłaniając, żeby się obok mnie położyła. - Chciałbym to załatwić jak najszybciej. Jeszcze zanim urodzisz.
Aliana parsknęła śmiechem. Wyglądała teraz znacznie młodziej niż zazwyczaj. Wypoczęta, z opalonymi i piegowatymi ramionami. Ale i bez tego miałem wrażenie, że pięknieje z każdym dniem. Zanim wyjechaliśmy... Ten reżyser nie tak łatwo dał się spławić. I chwilami miałem wrażenie, że Aliana jest bliska zmiany zdania.
-Myślisz, że ja nie? Tylko mam nadzieje, że pogróżki od Nate'a nie są jedynym powodem Twojego pośpiechu. - odparła, wychodząc z wózkiem do korytarza i wystawiając go za drzwi.
Pośpiesznie wstałem, zabierając z szafki pięć dziesięciodolarowy banknot, co miało być napiwkiem za poprzedni dzień. Zwinnie ominąłem Alianę i wetknąłem banknot pod jeden z talerzy.
-Zapomniałam. - westchnęła, kręcąc głową i puszczając klamkę. - Gdzie ja mam głowę?
-To chyba normalne, że jesteś zapominalska. - pocieszyłem ją, zamykając drzwi. - Czytałem o tym. Podobno...
-Oj, nie mów, że Nate dawał Ci tę książeczkę. - przerwała mi, rzucając szlafrok z łóżka na krzesełko toaletki. - Prosiłam go, żeby tego nie robił.
Poczułem jak coś zaciska mi się w żołądku. No, jeszcze tego brakowało. Skąd miałem wiedzieć, że to się jej nie spodoba. No i Nate nie wspomniał o niechęci Allie do tego typu literatury.
-Po prostu się o Ciebie martwi. - oznajmiłem, pomagając jej upiąć niesforne kosmyki przed kąpielą. - I ja też. Wszyscy chcemy jak najlepiej. I dla Ciebie. I dla dziecka.
**Logan**
Wcześniej nie przypuszczałem, że rodzice Rose będą podejmować jakieś kroki w kierunku Jen. Spodziewałem się, że najpierw dadzą jej się oswoić z myślą o tym wszystkim. Ale żeby od razu pisać taki list. Brawo za odwagę, panie Waker.
Jednocześnie żałowałem, że coś takiego się stało. Jennifer to fajna kuzynka. Chociaż właściwie nie jest moja kuzynką, ale fajnie było tak o tym myśleć.
Leniwie przeszedłem do restauracji. Mijałem różnych ludzi, mówiącej w przeróżnych językach. Jutro wyjeżdżamy dalej. Byłem trochę zdziwiony, że koncerty gramy po południu. Ale w tej części europy... Wieczorem muzyka klubowa lepiej się sprzedaje i dlatego w lokalach nie ma miejsc.
-Przepraszam. - zwróciłem się do kierowniczki sali. - Zdążyłem na kolację?
Kobieta podskoczyła i powiedziała coś po hiszpańsku. Nie zrozumiałem z tego ani słowa.
-Mówi pani po angielsku? - zapytałem, drapiąc się po głowie.
-Angielski. - odparła z wyraźnym egzotycznym akcentem. - Pytał pan o kolację? Nie, teraz już za późno. O tej porze tylko room-serwis.
Pokiwałem głową i wskazałem palcem na podkradnę z formularzami, na znak, że chcę zamówić jedzenie.
-Dostanę kurczaka z frytkami? - poprosiłem. - I ostry sos.
-Oczywiście. Numer pokoju? - pokiwała głową, wpisując coś na kartkę.
-Dwieście piętnaście.
-Nasz kucharz przygotuje wszystko i kelnerka zaniesie do pokoju za kwadrans.
-Dziękuję, będę czekał. - odpowiedziałem, dając jej drobny banknot.
No, to pozostało mi tylko wracać do pokoju... Westchnąłem w duchu i uśmiechnąłem się do pokojówki, wrzucając worek z kuchennymi nieczystościami do okienka śmieciowego.
**Nicole**
Dzisiaj dość późno wróciłam do domu. Nie wiedziałam, że załatwianie tych wszystkich spraw fundacji samemu jest takie trudne. Pokłony dla Aliany, bo nie wiem, jak ona sobie z tym wszystkim.
Pierwsze, co zobaczyłam po wejściu do środka, to Roslyn, która malowała coś z wyraźną wściekłością.
-Co robisz? - zawołałam. - Uważaj, bo zrobisz dziurę w płótnie. Czemu się tak wściekasz?
-Łatwo powiedzieć! - wrzasnęła. - Po zaginięciu Oceane, ten palant zostawił mamę, kiedy ta przeżywała załamanie nerwowe. Mną się właściwie nie przejął. Tylko dzwonił raz na miesiąc przez pierwsze trzy lata, a potem przestał! - krzyczała, wciąż wyżywając się na sztaludze. - To też się z nim nie kontaktowałam! Nie chce ze mną gadać, trudno! Nie potrzebowałam jego łaski! A teraz po tych wszystkich latach zachciało mu się odgrywania troskliwego tatusia!
Przez chwilę byłam w szoku po jej nagłym wybuchu złości. Jej twarz była niemal czerwona ze złości, a włosy rozczochrane od gwałtownego trząchania głową.
-Lepiej? - zapytałam, kiedy umilkła na dobre.
-Tak, przepraszam. - jęknęła, zwalniając zszywki na sztaludze. - Po prostu nie mogę znieść, że ten palant znowu namąci. Tylko go nie było i w końcu życie mi się poukładało. A teraz zjawia się, żeby od tak wszystko zniszczyć.
Podeszłam do stołu kuchennego i wzięłam z niego nożyk o zdartej końcówce, którym zawsze odczepiała płótno i podałam jej, widząc, że się uspokoiła.
-Rossie... - westchnęłam. - Wyobrażam sobie, co teraz przeżywać, ale pomyśl, co może teraz czuć Jennifer. Nagle dowiedziała się, że ma nową rodzinę i całe jej dotychczasowe życie było jednym wielkim kłamstwem. Musisz jej pomóc się się z tym oswoić.
Roslyn wzięła ode mnie nożyk. Przez chwilę miałam wrażenie, że zamierza nim w coś rzucić. I nawet nie chciałam myśleć, że rzuci we mnie!
-Masz rację. - pokiwała głową po dłuższej chwili. - Tylko żałuję, że nie mogę teraz do nich jechać i sprawdzić jak się miewa.
-A przypomnij mi, o której miałaś być w pracy... - powiedziałam, spoglądając na zegarek.
-O dziewiątej. - wzruszyła ramionami, zwijając jeszcze mokre płótno, żeby móc je swobodnie wyrzucić.
-A teraz jest?
-W pół do dziesiątej. - odpowiedziała spokojnie, ale dwie sekundy później rzuciła się w kierunku kupki czystych ubrań. - Do licha, jestem spóźniona do pracy!
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i na dzisiaj byłoby na tyle... Miałam jeszcze popisać na X, ale już nie mam siły... Z Boku pojawiło się info dla „spamowiczów”. Jak dotąd mi to nie przeszkadzało, ale dopiero dzisiaj rano dotarło do mnie, że z części zaproszeń (pierwszy od bywalca) nie wynika, że opowiadanie zostało przeczytane. Zupełnie, jakby ten ktoś chciał mi powiedzieć: „Czytaj moje, ale Twoje mam głęboko gdzieś.” A ja tego nie lubię. Każdemu zależy na czytelnikach, ja rozumiem. Ale jeśli dodajemy komentarz, tylko, żeby się zareklamować, to wtedy nie ma sensu. Jeśli ja się gdzieś reklamuję, to czytam, oceniam i dopiero zapraszam do siebie. Każdy Bloger się stara i pisze z sercem. Sama czytam i komentuję ile wlezie. Jak czytam, to komentuję. Dla mnie to jest oczywiste.
Dobra, koniec tej przemowy. Mam nadzieję, że się wam podobało. Dajcie mi znać. Do czwartku! Trzymajcie się cieplutko!  

czwartek, 6 lutego 2014

56. Przeprosiny

**Logan**
James ma rację. Muszę wziąć się w garść. Nie chcę, żeby inni cierpieli za moją głupotę. Dopiero teraz, po koncercie zdałem sobie z tego sprawę. Nie mogę tego tak zostawić.
Wszedłem do pokoju Kendalla i Aliany. Zauważyłem, że Kendall siedzi na łóżku, przeglądając jakiś magazyn. Praca domowa. Zazwyczaj Carlos ją odrabiał.
-Mogę przeszkodzić? - zacząłem wchodząc do środka. - Gdzie Aliana?
-Zeszła do restauracji o kolację. - odpowiedział, odkładając czasopismo. - Może usiądziesz?
Bez zastanowienia klapnąłem obok niego na łóżku. Uśmiechał się... Jak zawsze. I opierał się luzacko o poduszkę. Jak zawsze.
-Więc, ja... Ten, no... - zacząłem, próbując zebrać słowa w sensowne zdanie. - Chciałem przeprosić.
Kendall spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Zmarszczył brwi i wyprostował się na miękkim materacu, uważnie się we mnie wpatrując.
-Logan, o czym ty mówisz? - zapytał, zmuszając mnie, żebym na niego spojrzał.
Czułem jak trzęsą mi się ręce. Zazwyczaj rozumieliśmy się bez słów, a teraz nie potrafiłem sklecić prostego zdania. W dodatku wyrzuty sumienia dość ostro mnie kuły.
-James słusznie zauważył. - ciągnąłem dalej. - Za każdym razem, kiedy ostro poimprezuję, ty masz takiego pecha, że bardzo cierpisz...
-Nie twoja wina. - przerwał mi, ale ja musiałem dokończyć.
-Obiecuję się poprawić. - oznajmiłem. - I choćby nie wiem co, ani jednaj imprezy do końca trasy.
Kendall patrzył na mnie przez chwilę, jakby trawił moją przemowę.
-Fajnie. - powiedział w końcu. - A teraz idź do Jamesa, bo to zdaje się jemu najmniej pasuje twoje pijaństwo. - oznajmił, kładąc się i biorąc gazetę z powrotem do ręki.
-To znaczy, że...
-Logan! - krzyknął, patrząc na mnie gniewnie. - Nic do ciebie nie mam. Idź lepiej do Jamesa.
-Ok. - pokiwałem głową i wyszedłem z apartamentu hotelowego.
Co jest grane? Nie rozumiem Kendalla. Ostatnio, kiedy urwał mi się film, to go porwali. Rok temu oberwał cegłą w głowę... A teraz? Każe mi po prostu wyjść i zachowuje się jakby nic się nie stało?
Przeszedłem przez korytarz i wszedłem do apartamentu w którym rezydował Carlos. Już w przejściu usłyszałem rozmowę z laptopem.
-Myślę, ze nie. - powiedział zniekształcony głos Roslyn. - Ale trzeba przyznać, że facet potrafi rozwalić całą robotę w dziesięć sekund. To kiedy wracacie?
-W którąś sobotę. - odpowiedział Carlos, wyjątkowo wyraźnie. - Nie pamiętam, który to dokładnie dzień. Z tego co mówiłaś, wnioskuję, że macie sporo pracy.
-I to jak? Gościu pościągał konserwatorów z urlopu. - westchnęła, kiedy stanąłem za plecami Carlosa. - Cześć Logan.
Carlos odwrócił się na krześle i spojrzał na mnie z krzesła. Uśmiechnął się szeroko i podsunął mi pod brodę talerzyk z krakersami.
-Częstuj się. Rozmawiamy. - oznajmił, kiedy usiadłem obok niego.
-Logan, pokaż mi się! - zawołała, a jej głos wydał się nieco metaliczny w głośniku komputera.
-Co jest? - zapytałem, wychylając się do kamerki.
-Mam ważną sprawę do Jen, nie wiesz, gdzie jest?
-Pewnie ona i James baraszkują w swoim apartamencie. A co? - wzruszyłem ramionami.
-Właśnie przyszedł lit od ojca. - odpowiedziała drżącym głosem.
-I co w tym dziwnego?
-Mojego ojca, Logan. Napisał do Oceane Waker na nasz adres.
**Kendall**
-Wiesz, chyba porwali i podmienili nam Logana. - zażartowała Aliana, kładąc mi tace na kolanach. Jedliśmy w łóżku. Moja mama dostałaby zawału.
-Czemu? - Mruknąłem, smarując chlebek wiejskim masłem i podając jej na talerzyk. - Ostatnio sporo się poprawił. I tak nie wpienia Jamesa jak ostatnio...
Aliana zaśmiała się, wlewając herbaty dla każdego z nas. Wszyscy są u siebie, więc mogliśmy sobie w końcu odpocząć w samotności. Przynajmniej puki James gniewa się na Logana.
-Właśnie, poprawił się. - pokiwała głową, sprawdzając, kto dobijał się do jej komórki. - Normalnie poszedłby na imprezę zaraz po koncercie.
-A, że nie ma co ze sobą zrobić, to snuje się po całym hotelu. - dokończyłem, zaczynając jeść. - Nate dzwonił?
-Nie, Joseph z Pamiętników. - odpowiedziała, wracając do jedzenia. - Chciał się umówić na sesję. Odpisałam, że nie ma mnie w kraju.
Pokiwałem głową, na znak, ze rozumiem. Nie no, pięknie... A myślałem, że gorzej już być nie może. Na sesję? Powaga?
-Co ty, zazdrosny jesteś? - rzuciła od niechcenia, a ja znieruchomiałem. Jak mogła mnie tak szybko przejrzeć? - Ej, żyjesz, czy jakiś duch zmaterializował się w twoim talerzu?
-A, żartowałaś... - wymamrotałem, pochylając się nad tacą.
Nie patrzyłem co robi, tylko udałem, że jestem zajęty jedzeniem. Jak zawsze, kiedy musiałem zrobić coś, żeby nie patrzeć komuś w oczy, co z Aliana było niezwykle trudne.
-Ale widzę, że ty nie... - westchnęła, otwierając pudełko z sosem. - Gwarantuję Ci, że nie masz powodów. Znam go od niedawna, bardzo się lubimy, ale to tylko kontakty na zasadzie zlecenia. Rozumiesz?
-Rozumiem, ale... - jęknąłem, kiedy rzuciłem widelcem o drewnianą tacę. - Ni chcę Cię stracić.
-Kendall... - mruknęła, odkładając sztućce i obejmując dłonią moją brodę. - Nigdzie się nie wybieram. Na prawdę.
Przysunąłem się do niej bliżej i musnąłem wargami jej miękkie, truskawkowe usta. Była tu. Na prawdę tu była. Cała moja.
**James**
-CO? - wrzasnęła Jen, tak głośno, aż poczułem jak pękają mi bębenki w uszach. - Jak od twojego ojca? Chyba sobie żartujesz?
Siedzieliśmy w pokoju Carlosa, przed laptopem. Roslyn posłała po Jen, bo to podobno sprawa niecierpiąca zwłoki. Potem mnie zatrzymał i zaczął przepraszać. Dość nieudolnie, ale dobre i to. Przynajmniej do niego dotarło, że tak nie można żyć.
-No normalnie. Mama musiała mu przekazać wyniki śledztwa tej baby, co u nas była. - odpowiedziała, opierając się o biurko w pracowni Aliany. - Pewnie pomyślał, ze odzyskał swoją małą dziewczynkę. Nie zdaje sobie sprawy, jaka jesteś teraz.
Jen zastanowiła się przez chwilę. Jakby obmyślała jakiś plan i nie miała pewności, czy wypali.
-Co jest w tym liście? - zapytała po dłuższej chwili.
-Nie wiem. - Roslyn wzruszyła ramionami. Obserwowałem, jak Jennifer zaczyna zgniatać sobie dłonie, a ta informacja wiele ją kosztowała. - Przefaksuję Ci.
-Nie! - ryknęła, tak głośno, że jej głos wystraszył ptaki siedzące na ramie balkonowej. Położyłam jej dłoń na ramieniu, żeby ją uspokoić. - Czytaj go. Teraz!
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wyszło krócej niż planowała, ale dlatego, że zrezygnowałam z kilku zdań. Moim zdaniem tak jest lepiej niż w notesie. I sorry, za pomyłkę w notce „Upragniona Kolacja”. Uznajmy, że to wino dla dzieci... Przypominam o konkursie i zapraszam do komentowania. Do następnej notki. Trzymajcie się cieplutko!  

wtorek, 4 lutego 2014

55. Obrażalscy

**Jennifer**
-Ładnie tu. - powiedział Logan, kiedy już wytrzeźwiał po setnym kefirze i drugim kilogramie bananów. - Mogliśmy iść na plażę. Tu też na pewno była jakaś impreza.
-Logan! - krzyknęłam, nie mogąc już wytrzymać. - Możesz się skupić? Ile ty masz lat? Nie możesz ciągłe myśleć o imprezach!
Po jego reakcji upewniłam się, że mnie ignoruje. No pięknie... James się obraził, a Kendalla to za specjalnie nie obchodzi. Bo tylko machnął ręką i zadzwonił do restauracji, żeby zamówić jutrzejszy obiad. I czemu codziennie mamy jeść gdzie indziej?
-Przeprosisz Jamesa? - warknęłam. No pięknie... Teraz zacznę się na niego wydzierać.
-Nie, to on musi przeprosić mnie. I dlaczego go nie namówiłaś, żeby po nas przyjechał?
Teraz już naprawdę doprowadził mnie do białej gorączki! Ja mam mu kumpla pilnować? Mowy nie ma. I nawet jakbym nie spała, pewnie i tak bym go nie namawiała.
-Może było o tym pomyśleć, zanim poszliście na tę balangę w klubie! - wybuchłam, rąbiąc go mocno w głowę.
Odwróciłam się i podbiegłam do Jamesa, ukrytego za ogromnym kwiecistym parasolem. Tylko skąd oni go wzięli? Dobra, a co to ma do rzeczy?
-Miałeś rację. - żachnęłam, opierając się o przenośną lodówkę z napojami. - To kretyn. Też się na niego gniewam.
-Wiesz, że nie musisz? - zapytał, poprawiając sobie poduszkę. - To sprawa między nami. Nie mam pojęcia co tym razem musi się stać, żeby Logan wziął się w garść.
Co on powiedział? Tym razem? To był jakiś poprzedni?
-James, o czym ty mówisz? - zapytałam, kręcąc głową. Nie zrozumiałam, co do mnie powiedział, a przecież... Myślałam, że ich znam.
-Logan już raz miał tak ostrą fazę na imprezowanie. - wyjaśnił. - Nigdy się nie zastanawiałaś, dlaczego trasa Big Time Movie ruszyła z takim gigantycznym opóźnieniem? I dlaczego włosy Kendalla zostały ostrzyżone w tak nietypowy sposób?
-Nie było żadnego opóźnienia. - wzruszyłam ramionami, przypominając sobie stary artykuł w necie, który kiedyś przeczytałam z nudów. - Po prostu musieliście dograć kilka scen do filmu. A włosy? Chyba musisz przyznać, że Kendall ma dość nietypowy gust, jeśli chodzi o dobór garderoby. Z włosami chyba było tak samo.
James roześmiał się nerwowo. Był teraz jakiś dziwny. Nigdy go takim nie widziałam.
-Film był już dawno gotowy. - oznajmił, odkładając gazetę na kocyk. - Kendall pojechał tego dnia, zaraz po skończeniu zdjęć, po Logana, który był nieźle wstawiony. Napadli go i pobili, bo kiedy znalazłem go rano w samochodzie... - urwał, jakby chciał odgonić od siebie wspomnienia, które były dla niego bolesne. - Tak, czy owak, dopiero widok bladego jak ściana Kendalla z obandażowaną głową i masce tlenowej na twarzy był w stanie przywołać go z powrotem na ziemię. I... Nie mów o tym Carlosowi i Alianie. Nie wiedzą i lepiej, żeby tak zostało.
-Nie uważasz, że trzeba im powiedzieć? - zaczęłam cicho. - I gdzie oni wtedy byli?
James prychnął z rozdrażnienia, jakby to miało pomóc w otrzeźwieniu Logana, albo cofnęło by czas... Cokolwiek, co mogłoby pomóc. Po raz pierwszy poczułam żal o Jamesa. Musiało mu być trudno. Samemu z tym wszystkim.
-Carlos u ojca, Aliana z Nate'm w San Diego. Jeszcze przed tym jak dostał pracę w szpitalu w LA. Jemu też nie było potrzeby o tym mówić. Sam Kendall nie chciał, żeby wiedzieli. Bał się, że jeśli się dowiedzą, będą go traktować inaczej. A on chciał tylko powrotu do normalności. Ale kiedy się obudził... Nie kontaktował. Dopiero po godzinie zaczął reagować. Na dźwięk mojego głosu otwierał oczy, odwzajemniał uścisk dłoni. Za żadne skarby nie chciał mówić co się stało. Dopiero talent lekarki do analizowania obrażeń pomógł ustalić wersję wydarzeń dla policji. Bo kiedy rozmowa schodziła na temat tamtej nocy... Kenny milkł jak zaklęty.
Kenny? Rzadko tak o nim mówili. Może czasami, jeśli chodzi o pieszczoty z Alianą, ale nie często byłam ich świadkiem, więc nie mogłam się wypowiadać.
-A David? On może kiedyś niechcący komuś powiedzieć. Wtedy będzie kwestią czasu, żeby Carlos się o tym dowiedział.
James zamyślił się na chwilę. Pewnie twierdził, że wiem już na tyle dużo, żeby mnie zadowolić. Ale to było za mało. Zdecydowanie za mało. Musiałam znać całą historię. Przecież dotyczy mojego kuzyna. A kiedy już dowiem się całej prawdy... to chyba urwę mu łeb.
-Był z Erin. Oboje się uwielbiają, więc nie było żadnego problemu. - wytłumaczył, siadając po turecku na kocu. Cyba zesztywniał mu kark. - Możesz sprawdzić co u Carolsa? Może już przestał wymiotować.
-Jasne, nie ma sprawy. - mruknęłam, wstając i odchodząc w stronę hotelu. Jak to jest, że jesteśmy w trasie od tygodnia, a Logan był już na dziesięciu imprezach?
**James**
Wspomnienia sprzed niespełna roku wróciły ze zdwojoną siłą. Nie wiedziałem, czy to efekt powtórzonej „choroby” Logana, czy po prostu moje własne przewrażliwienie.
Zszedłem na podjazd, upewniając się, że David został w domu i nie poszedł za mną. Nasz mniejszy samochód stał za bramą. Tuż przed drzwiami do garażu. Tylko dlaczego Kendall nie wjechał do środka? Może źle się poczuł? Albo był zbyt zmęczony i zasnął po zgaszeniu silnika?
Pokonałem odległość i dopadłem do drzwi kierowcy, gdzie Kendall siedział ze spuszczoną głową. Pewnie spał, ale coś było nie tak...
Delikatnie chwyciłem jego podbródek i uniosłem jego bezwładną głowę. Poczułem coś ciepłego i mokrego pod kciukiem.
-Kendy, pobudka! - zawołałem lekko podniesionym głosem, ale on nawet odrobinę się nie poruszył.
Dopiero teraz spojrzałem na swoją dłoń, która była szkarłatna od krwi. Oparłem jego głowę o zagłówek, zauważając, że jego włosy są ciemne i sztywne od zaschniętej krwi. W nocy stało się coś złego. Położyłem trzy palce na jego szyi. Dopiero po kilku długich sekundach skupienia wyczułem słaby puls. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała nierównomiernie, jakby miał problemy z zaczerpnięciem oddechu.
Nie wiedziałem, czemu teraz o tym myślę. Teraz, wylegując się na plaży w Havana, kiedy od tego strasznego okresu minął prawie rok. Wtedy po prostu przeniosłem Logana do domu, a Kendalla na tylne siedzenie i pojechałem do szpitala.
Siedząc na korytarzu byłem zaskoczony, że tak szybko nas przyjęli, a pielęgniarka pomimo szoku na widok młodego mężczyzny z innym młodym mężczyzną w ramionach stanęła na wysokości zadania i kilka sekund później kładłem Kendalla na wózku, a przed salą zabiegową zatrzasnęli mi drzwi przed nosem, prosząc, żebym zaczekał i zawiadomił bliższą rodzinę.
Po kilku godzinach wariowania w jednym miejscu drzwi od sali otworzyły się z hukiem. Nosze na których leżał Kenny, mój mały braciszek... zostały wyprowadzone. Nie zdążyłem na niego spojrzeć, bo natychmiast go zabrali. Zatrzymała mnie lekarka, która nas przyjęła.
-Rodzina? - zapytała szorstko, zadzierając brodę. Gdyż za blisko stałem.
-Tak, to mój brat. Jak on się czuje? - pytania wystrzeliwały z moich ust jak z procy. - Wyzdrowieje?
-Moment, kowboju! - zawołała, unosząc dłoń, żeby mnie uspokoić. - Na razie mało wiemy. Na bank ma wstrząśnienie mózgu, ale jeszcze nie wiemy jak poważne. Ktoś go nieźle stłukł. Nawet bardziej niż nieźle. Poważny uraz głowy, połamane żebra i krwotok wewnętrzny. Tyle Ci powiem na początek. Zabieramy go na tomograf, a potem na blok. Możesz przejść do barku, albo na poczekalnię przed salą operacyjną.
Otworzyłem puszkę z lodowatą wodą sodową, robiąc dźwięk, który zawsze mnie denerwował, jeśli robił go ktoś inny w szerokim towarzystwie. Uniosłem puszkę do ust, czując smak gorzkiej sody, kwaśnej cytryny i słodkiego emulgatora dietetycznego.
Siedziałem przy Kendallu, trzymając jego siną dłoń. Od operacji mino czterdzieści parę godzin, więc... powinien już odzyskać przytomność. Chociaż lekarka twierdzi, że już jest przytomny.
-Reaguje? - zapytała, zaglądając do karty.
Pokręciłem głową ze smutkiem. Nic. Zupełnie, jakby spał i nie chciał się obudzić. Bo tak właśnie wyglądał. Jakby spał. Ale było inaczej. Ten bandaż, kroplówka i... to coś na twarzy sprawiało, że nie chciałem wierzyć, że tu leży Kendall. Ten, który zawsze nas rozśmiesza, teraz leżał w tym wielkim szpitalnym łóżku podłączony do tych różnych urządzeń i... tego czegoś!
Potrząsnąłem go lekko za rękę, nucąc melodię „Blue Banube”.
-Ta awantura nie była wczoraj potrzebna. - powiedziała, sprawdzając jak Kendall oddycha. - Narobił pan tu niezłego zamieszania.
-Wiem, przepraszam. - mruknąłem, czując nagłą falę wstydu. - Musiałem mu pokazać w jakim stanie jest Kendall. Bo gdyby Logan nie poszedł na tę imprezę, to by się nie upił. A gdyby się nie upił... To już pani wie.
-Trudno, stało się. - wzruszyła ramionami, zapisując coś w podkładce. - Wasz przyjaciel na pewno przemyśli swoje zachowanie i już nie będzie się tak upijał. Sam pan rozumie. Mądry człowiek po szkodzie. - oznajmiła, zakładając sobie stetoskop na szyję.
Uśmiechnąłem się pod nosem i poczułem nieznaczny uścisk dłoni. Tak delikatny, że prawie niewyczuwalny.
-Hej, stary! - wyszeptałem, tłumiąc łzy i obserwując jak Kendall powoli otwiera oczy. - Dobrze, że wróciłeś. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
-Proszę dać mu jeszcze trochę czasu. - wyszeptała, kładąc mi dłoń na ramieniu. - Nadal jest w szoku.
Złożyłem kocyk i włożyłem go do torby. Potem zmiąłem wszystkie śmieci do jednej reklamówki, żeby wrzucić je do kosza po drodze. Trzeba się przygotować do wieczornego koncertu...
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I proszę bardzo! Początkowo miało to być zupełnie co innego, ale postanowiłam opisać, dlaczego James tak nie cierpi jak Logan się upije. A notatki z zeszytu, które miały być dzisiaj wykorzystam w czwartkowej notce. Mam nadzieję, że podobała wam się ta po-części-retrospekcyja notka. Jestem ciekawa ile Was jest, więc proszę o komentarze. Identyfikacja obrazkowa włączona i anonimy dla nie-posiadaczy konta. Trzymajcie się cieplutko! Do czwartkowej notki.