czwartek, 6 lutego 2014

56. Przeprosiny

**Logan**
James ma rację. Muszę wziąć się w garść. Nie chcę, żeby inni cierpieli za moją głupotę. Dopiero teraz, po koncercie zdałem sobie z tego sprawę. Nie mogę tego tak zostawić.
Wszedłem do pokoju Kendalla i Aliany. Zauważyłem, że Kendall siedzi na łóżku, przeglądając jakiś magazyn. Praca domowa. Zazwyczaj Carlos ją odrabiał.
-Mogę przeszkodzić? - zacząłem wchodząc do środka. - Gdzie Aliana?
-Zeszła do restauracji o kolację. - odpowiedział, odkładając czasopismo. - Może usiądziesz?
Bez zastanowienia klapnąłem obok niego na łóżku. Uśmiechał się... Jak zawsze. I opierał się luzacko o poduszkę. Jak zawsze.
-Więc, ja... Ten, no... - zacząłem, próbując zebrać słowa w sensowne zdanie. - Chciałem przeprosić.
Kendall spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Zmarszczył brwi i wyprostował się na miękkim materacu, uważnie się we mnie wpatrując.
-Logan, o czym ty mówisz? - zapytał, zmuszając mnie, żebym na niego spojrzał.
Czułem jak trzęsą mi się ręce. Zazwyczaj rozumieliśmy się bez słów, a teraz nie potrafiłem sklecić prostego zdania. W dodatku wyrzuty sumienia dość ostro mnie kuły.
-James słusznie zauważył. - ciągnąłem dalej. - Za każdym razem, kiedy ostro poimprezuję, ty masz takiego pecha, że bardzo cierpisz...
-Nie twoja wina. - przerwał mi, ale ja musiałem dokończyć.
-Obiecuję się poprawić. - oznajmiłem. - I choćby nie wiem co, ani jednaj imprezy do końca trasy.
Kendall patrzył na mnie przez chwilę, jakby trawił moją przemowę.
-Fajnie. - powiedział w końcu. - A teraz idź do Jamesa, bo to zdaje się jemu najmniej pasuje twoje pijaństwo. - oznajmił, kładąc się i biorąc gazetę z powrotem do ręki.
-To znaczy, że...
-Logan! - krzyknął, patrząc na mnie gniewnie. - Nic do ciebie nie mam. Idź lepiej do Jamesa.
-Ok. - pokiwałem głową i wyszedłem z apartamentu hotelowego.
Co jest grane? Nie rozumiem Kendalla. Ostatnio, kiedy urwał mi się film, to go porwali. Rok temu oberwał cegłą w głowę... A teraz? Każe mi po prostu wyjść i zachowuje się jakby nic się nie stało?
Przeszedłem przez korytarz i wszedłem do apartamentu w którym rezydował Carlos. Już w przejściu usłyszałem rozmowę z laptopem.
-Myślę, ze nie. - powiedział zniekształcony głos Roslyn. - Ale trzeba przyznać, że facet potrafi rozwalić całą robotę w dziesięć sekund. To kiedy wracacie?
-W którąś sobotę. - odpowiedział Carlos, wyjątkowo wyraźnie. - Nie pamiętam, który to dokładnie dzień. Z tego co mówiłaś, wnioskuję, że macie sporo pracy.
-I to jak? Gościu pościągał konserwatorów z urlopu. - westchnęła, kiedy stanąłem za plecami Carlosa. - Cześć Logan.
Carlos odwrócił się na krześle i spojrzał na mnie z krzesła. Uśmiechnął się szeroko i podsunął mi pod brodę talerzyk z krakersami.
-Częstuj się. Rozmawiamy. - oznajmił, kiedy usiadłem obok niego.
-Logan, pokaż mi się! - zawołała, a jej głos wydał się nieco metaliczny w głośniku komputera.
-Co jest? - zapytałem, wychylając się do kamerki.
-Mam ważną sprawę do Jen, nie wiesz, gdzie jest?
-Pewnie ona i James baraszkują w swoim apartamencie. A co? - wzruszyłem ramionami.
-Właśnie przyszedł lit od ojca. - odpowiedziała drżącym głosem.
-I co w tym dziwnego?
-Mojego ojca, Logan. Napisał do Oceane Waker na nasz adres.
**Kendall**
-Wiesz, chyba porwali i podmienili nam Logana. - zażartowała Aliana, kładąc mi tace na kolanach. Jedliśmy w łóżku. Moja mama dostałaby zawału.
-Czemu? - Mruknąłem, smarując chlebek wiejskim masłem i podając jej na talerzyk. - Ostatnio sporo się poprawił. I tak nie wpienia Jamesa jak ostatnio...
Aliana zaśmiała się, wlewając herbaty dla każdego z nas. Wszyscy są u siebie, więc mogliśmy sobie w końcu odpocząć w samotności. Przynajmniej puki James gniewa się na Logana.
-Właśnie, poprawił się. - pokiwała głową, sprawdzając, kto dobijał się do jej komórki. - Normalnie poszedłby na imprezę zaraz po koncercie.
-A, że nie ma co ze sobą zrobić, to snuje się po całym hotelu. - dokończyłem, zaczynając jeść. - Nate dzwonił?
-Nie, Joseph z Pamiętników. - odpowiedziała, wracając do jedzenia. - Chciał się umówić na sesję. Odpisałam, że nie ma mnie w kraju.
Pokiwałem głową, na znak, ze rozumiem. Nie no, pięknie... A myślałem, że gorzej już być nie może. Na sesję? Powaga?
-Co ty, zazdrosny jesteś? - rzuciła od niechcenia, a ja znieruchomiałem. Jak mogła mnie tak szybko przejrzeć? - Ej, żyjesz, czy jakiś duch zmaterializował się w twoim talerzu?
-A, żartowałaś... - wymamrotałem, pochylając się nad tacą.
Nie patrzyłem co robi, tylko udałem, że jestem zajęty jedzeniem. Jak zawsze, kiedy musiałem zrobić coś, żeby nie patrzeć komuś w oczy, co z Aliana było niezwykle trudne.
-Ale widzę, że ty nie... - westchnęła, otwierając pudełko z sosem. - Gwarantuję Ci, że nie masz powodów. Znam go od niedawna, bardzo się lubimy, ale to tylko kontakty na zasadzie zlecenia. Rozumiesz?
-Rozumiem, ale... - jęknąłem, kiedy rzuciłem widelcem o drewnianą tacę. - Ni chcę Cię stracić.
-Kendall... - mruknęła, odkładając sztućce i obejmując dłonią moją brodę. - Nigdzie się nie wybieram. Na prawdę.
Przysunąłem się do niej bliżej i musnąłem wargami jej miękkie, truskawkowe usta. Była tu. Na prawdę tu była. Cała moja.
**James**
-CO? - wrzasnęła Jen, tak głośno, aż poczułem jak pękają mi bębenki w uszach. - Jak od twojego ojca? Chyba sobie żartujesz?
Siedzieliśmy w pokoju Carlosa, przed laptopem. Roslyn posłała po Jen, bo to podobno sprawa niecierpiąca zwłoki. Potem mnie zatrzymał i zaczął przepraszać. Dość nieudolnie, ale dobre i to. Przynajmniej do niego dotarło, że tak nie można żyć.
-No normalnie. Mama musiała mu przekazać wyniki śledztwa tej baby, co u nas była. - odpowiedziała, opierając się o biurko w pracowni Aliany. - Pewnie pomyślał, ze odzyskał swoją małą dziewczynkę. Nie zdaje sobie sprawy, jaka jesteś teraz.
Jen zastanowiła się przez chwilę. Jakby obmyślała jakiś plan i nie miała pewności, czy wypali.
-Co jest w tym liście? - zapytała po dłuższej chwili.
-Nie wiem. - Roslyn wzruszyła ramionami. Obserwowałem, jak Jennifer zaczyna zgniatać sobie dłonie, a ta informacja wiele ją kosztowała. - Przefaksuję Ci.
-Nie! - ryknęła, tak głośno, że jej głos wystraszył ptaki siedzące na ramie balkonowej. Położyłam jej dłoń na ramieniu, żeby ją uspokoić. - Czytaj go. Teraz!
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wyszło krócej niż planowała, ale dlatego, że zrezygnowałam z kilku zdań. Moim zdaniem tak jest lepiej niż w notesie. I sorry, za pomyłkę w notce „Upragniona Kolacja”. Uznajmy, że to wino dla dzieci... Przypominam o konkursie i zapraszam do komentowania. Do następnej notki. Trzymajcie się cieplutko!  

6 komentarzy:

  1. No w końcu Logan się opanował i zrozumiał że źle robił :) I do tego ten spokój Kendalla... ja na jego miejscu strzepałabym łeb Hendersonowi! No ale Kendzzile już taki jest :D Nie dziwię się że James się obraził. A no i jak mogłaś?! Zżera mnie ciekawość co jest w tym liście! Czekam nn:*******

    OdpowiedzUsuń
  2. Literówki! Znowu ci nimi truję no ale cóż xDD. I "naprawdę" pisze się razem xD.
    Czekam na następną! ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zwykle świetna notka ;) No cóż mogę napisać więcej? Do następnej ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Następny fajny rozdział. Nie mg się doczekać następnego. http://muzyka-czyli-to-co-w-sercu-gra.blogspot.com/ zapraszam na III rozdział! =D

    OdpowiedzUsuń
  5. Genialny rozdział *__* Tylko szkoda, że nie wiem co było wcześniej ;/
    Coś czuję, że na ferie przeczytam twojego bloga od 1 rozdziału ^^
    Czekam na nn :)

    OdpowiedzUsuń