wtorek, 18 lutego 2014

59. Mama

**Roslyn**
-Gdzie nas zapraszasz? - krzyknęłam prawie tak głośno, że Jen siedząca obok mnie na kanapie włożyła sobie palec do ucha z grymasem bólu na twarzy.
Kiedy Nicole nam powiedziała, że musi nam coś powiedzieć, tylko musimy usiąść, wiedziałam, że to nie będzie łatwa rozmowa. Ale takiego obrotu sprawy zupełnie się nie spodziewałam.
-Na mój ślub. - powtórzyła spokojnie. - Będzie jutro. Możecie się ubrać jak chcecie!
Poczułam jak Aliana gemzi mnie włosami, żebym wróciła do świata żywych.
-Kiedy mieliście czas, żeby to wszystko przygotować? - pokręciłam głową, nie wiedząc jak zdołali to wszystko ogarnąć. - Najpierw wyjazd, fundacja... Potem ta twoja mega kampania reklamowa pończoch... Jał...
Drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wbiegł David, a zaraz za nim James. Mały natychmiast wskoczył na kolana Jennifer i zaczął ją morderczo ściskać.
-Tak się za tobą tęskniłem! - krzyknął, mocno obejmując jej szyję. No jasne... Tak, jak ja za Carlosem.
„Pomóż...” - wyszeptała bezgłośnie. Za moimi plecami James głośno się zaśmiał i wziął Davida na ręce.
-Dobra, młody. - powiedział, odnosząc go na fotel. - Jennifer chyba ma dość.
-A mogę do niej mówić „mamo”? - zapytał znienacka.
James wyprostował się gwałtownie. Szkoda, że nie widziałam jego twarzy, ale to z pewnością było coś zbliżonego do miny Jen. Mały wpatrywał się tylko w Jamesa, oczekując jego odpowiedzi.
-Synku, ja... - wystękał w końcu. - Nie wiem, ale myślę, że powinieneś Jennifer zapytać.
-To ona nie chce być moją mamą? - wykrzyczał ze łzami w oczach. - Ale ja myślałem, że się z tobą ożeni. Będzie moją mamą!
Aliana wstała i podeszła do kuchnio ścianki. No tak, mistrzyni taktu. Nie będzie dopytywać, podsłuchiwać... W końcu postanowiłam do niej dołączyć, gdzie kroiła ciasto.
-To my mamy sernik? - zapytała Nicole, siadając na jednym ze stołków barowych. - Od kiedy?
-Nate kupił przedwczoraj. - wzruszyłam ramionami. - Zawsze wita Alianę sernikiem.
Westchnęłam i spojrzałam przez ramię na Jen, Jamesa i Davida, który siedział na fotelu i o czymś dyskutowali półgłosem.
-Byłaś u niego? - zapytała, nakładając wszystko na talerzyk. - Jak sobie radził z Syriuszem, Sydney i Foxem? Bardzo ma zdemolowane mieszkanie?
-Ani trochę. - odpowiedziałam, śmiejąc się pod nosem. - Tylko Fox nie pozwala mu spać w łóżku. Nate musi go obejmować, jeśli chce się wyspać.
-Wygląda na to, że Nate kojarzy mu się z Jamesem. - powiedziała Nicole, mieszając sobie w filiżance kawy. - Chyba go pokochał.
Aliana uśmiechnęła się pod nosem. No ta nieodwzajemniona miłość Nate'a do zwierząt...
-Trzeba będzie po nich jechać. - Powiedziała w końcu, kiedy wzięłam do rąk talerze i zaczęłam je rozkładać na stole. - I tak długo z nimi wytrzymuje.
Wytrzymuje... No tak. Chyba tylko my dwie znamy historię kierowcy, który pewnego razu wbiegł do izby przyjęć krzycząc „Potrąciłem go! Ratujcie go!” z jakimś stworzeniem owiniętym w zakrwawiony koc. Dopiero potem, jak położył go na stole, okazało się, że to pies. I od tej pory Nate nie kocha zwierząt. W szczególności psów. 
-To jedziecie do twojego ojca? - zapytała Nicole, zmieniając temat. 
-Jeszcze nie wiem. - odpowiedziałam. - Muszę porozmawiać z Jen. 
**Kendall**
Szedłem właśnie przedmieściami, szukając jakiegoś punktu pocztowego. Mama obiecała, że przyśle tu dokumenty, których zapomniałem przy przeprowadzce. Miałem je odebrać na tej ulicy.
Wszedłem do wielkiego pół biurowca, w którym mieściła się poczta, ubezpieczalnia i urząd pracy. Od razu powitała mnie ładnie ubrana urzędnicza, pytając o sprawę w jakiej przyszedłem, a ona skierowała mnie do dużego okienka na końcu drugiego korytarza.
-Dzień dobry. - powiedziałem, pochylając się w stronę naburmuszonego faceta w garniturze. - Mam tu przesyłkę do odebrania.
-Nazwisko! - warknął, nie odrywając wzroku od monitora komputera.
-Kendall Schmidt. Miało przyjść...
-Dzisiaj rano. - dokończył znudzonym tonem, sięgając popod biurko i wyciągając białą kopertę i mały druczek. - Proszę pokwitować.
Podpisałem w miejscu, które mi wskazał, a kiedy zabrał papierek, rzucił dużą kopertę w moją stronę. Od razu rozpoznałem pismo Kevina.
-Życzymy miłego dnia. - krzyknął znudzony i wściekły. Jego mina wcale nie mówiła, że życzy mi miłego dnia. Tak to już jest w tych urzędach...
-Do widzenia. - odpowiedziałem i uśmiechnąłem się do pani, która była dla mnie miła od samego początku.
-Do widzenia. - zaśpiewała za moimi plecami.
Wyszedłem stamtąd czym prędzej. No pięknie... jeszcze tego by brakowało. Żeby jakiś facet, którego nie znam, skrzyczał mnie za niewinność... No, właściwie mnie nie skrzyczał, ale do rany przyłóż też nie był.
Podszyłem do samochodu, który zaparkowałem ulicę dalej. Dobrze, że Logan pożyczył mi swojego. Bo na serio się nie spodziewałem, że mój się zepsuje po dwóch miesiącach stania w garażu. Nie potrzebowałem go, więc go nie odpalałem. Ale, że wywinie mi taki numer...
Rzuciłem kopertę na tylne siedzenie. Muszę jeszcze wrócić do domu i poukładać to po swojemu. Termin zaklepaliśmy przez internet. Nie wiem, jak udało mi się namówić Alle, żeby ze mną do tego usiadła, między zmienianiem obiektywu, a retuszowaniem portretu scenicznego Logana, który za nic nie chciał się zapisać. No, ale musimy jeszcze donieść dokumenty.
Nagle poczułem jak ktoś mnie chwyta za tył bluzy i pociąga w swoją stronę.
-I co, Henderson! - usłyszałem gruby męski głos. - Myślałeś, że was nie znajdziemy? Przekaż swojej niuni, że Eric przejmuje interes. Jutro rano ma się stawić w pracy.
I poczułem, jak kopie mnie w brzuch, a ja zgięłam się wpół, dysząc ciężko na chodniku. Dopiero po kilku minutach ciszy wzięłam głęboki, drżący oddech i podjęłam pierwszą probe wstania.
Było ciężko. Żebra, piekły mnie boleśnie, ale wiedziałem, że nie są złamane, bo tego nie poczułem.
Usiadłem za kierownicą, wciąż przytrzymując się drzwi, w obawie przed ponownym upadkiem.
**James**
-Nie masz pierścionka. - powiedziała, wpatrując mi się w oczy. No tak, te zaręczyny miały wyglądać troszeczkę inaczej. - Ale i tak za ciebie wyjdę.
Na początku mnie zatkało. A potem... Sam nie wiem, dlaczego, ale pocałowałem Jennifer, dociskając ją całym ciałem do kanapy.
-Wiesz co? - wymruczałem, patrząc jej w oczy, a ona położyła mi dłoń na kieszeni marynarki.
-Co? - wyszeptała, uśmiechając się szeroko.
-Kocham cię. - powiedziałem cicho do jej ucha, muskając wargami jej szmaragdowy kolczyk.
-O FU! - krzyknął David, z fotela. - A już prawie zapomniałem, że tu jest. - To znaczy, że mówić do Jennifer mamo?

Jennifer roześmiała się, opierając głowę na poduszce. Chwilę później poszedłem jej śladem.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
  Ta da! No, wiem, że wyszło średnio. Miałam chwilowy brak weny, który jest związany z tzw. dołem. No, krucho było od soboty i szczerze mówiąc jeszcze się nie pozbierałam. No, więc... Notka gotowa. Komentujcie, komentujcie... To dodacie mi powera i będzie lepiej. 

6 komentarzy:

  1. Awwwww... to było takie słodkie :3 David to najkochańszy dzieciak pod słońcem :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Świeny rozdział... Z niecierpliwością czekam na następny
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. David aka najukochańsze dziecko na świecie *O* Czekam nn ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Urocze. Od niedawna zaczelam czytac twojego bloga i dzis nadrobilam wszystko. Super blog. Zapraszam tez do mnie

    OdpowiedzUsuń
  5. Jaki David jest uroczy.
    Rozdział świetny. Czekam na nexta.

    OdpowiedzUsuń
  6. David ♥ . Słodziak. Przystojny pewnie jak Tatuś ;3.
    Świetny rozdział :).

    OdpowiedzUsuń