piątek, 28 marca 2014

70. Obiad zapoznawczy

**Roslyn**
Odkąd Aliana mnie skrzyczała, minęło kilka dni. Lubię pić, owszem, ale nie popadam w alkoholizm. Znałam jej przewrażliwienie i nie do końca rozumiałam, co jest grane.
-Pomożesz mi z obiadem? - poprosiła, stawiając zakupy na blacie kuchennym. Trzy duże torby. - Lila wychodzi dzisiaj ze szpitala, więc poprosiłam Willa, żeby ją przyprowadził.
-Na obiad? Myślałam, że będziemy tylko my. - powiedziałam, zaczynając rozpakowywać produkty. - Nic wcześniej nie wspominałaś.
-Wspominałam, ale nie słuchałaś. - odparła. - Poza tym... To dobra okazja, żeby się poznać.
Spojrzałam na nią, trzymając w ręku ser wiejski. Wiem, że ona zawsze robiła wszystko, żeby być miłym dla innych, ale... No, czasami była za życzliwa. Szczególnie, dla kogoś, kogo nie znam. Znaczy, wiem, że oni znali się wcześniej, ale on jest żołnierzem. I w dodatku dość atrakcyjnym. A takim chodzi tylko o jedno.
-Aliana, jesteś pewna, że on nie chce Cię wykorzystać? - zapytałam, zaczynając kroić warzywa na sałatkę. - Nigdy nie wiadomo.
-Oj, daj spokój. - prychnęła. - Znam go od lat, więc nie masz się czym przejmować, naprawdę.
-Cześć wszystkim! - krzyknął Kendall, wychodząc z łazienki.
-Siedziałeś tam godzinę. - zauważyłam. - Przespałeś się w wannie, czy co?
Kendallowi zastygła twarz. Zaraz... To znaczy, że mam rację? O nie! Wanna to nie łóżko! Będę musiała całą zdezynfekować.
-No, prawie zgadłaś. - mruknął, całując Alianę w policzek. - Pomogę.
Pokręciłam głowę, pochylając się nad deską do krojenia. Tego jeszcze brakowało, żeby Kendall spał w naszej łazience.
Drzwi znowu się otworzyły i wszedł ten koleś ze zdjęć Aliany. Od razu uśmiechnął się do niej.
-Joseph, byliśmy umówieni na jutro. - powiedziała, przerywając krojenie mięsa.
-Jutro? - zmarszczył brwi. - A nie dzisiaj? To Twoi przyjaciele? - zapytał, wskazując na mnie i Kendalla.
-Właściwie, to nie do końca. - powiedziała, wrzucając pokrojone kostki mięsa do garnka. Zaraz? Jak nie do końca. - Roslyn, moja przyjaciółka i Kendall. Narzeczony.
-Narzeczony? - zapytał, unosząc brwi.
-Tak, chyba Ci wspominałam, że będziemy mieli dziecko.
Uśmiechnęłam się z satysfakcją, ale natychmiast tego pożałowałam, bo wyciągnięta dłoń wyrwała mnie z zamyślenia.
-Jestem Joseph. - powiedział.
**Logan**
Kiedy Nicole w końcu się wyspała, poszedłem go garażu i wyprowadziłem nasz samochód. Minęło sporo czasu, zanim zrozumiałem, jak niebezpieczna jest praca modelki i posiadanie takiego brata jak Jeff. A z niego jest niezły dupek.
Odpaliłem silnik i wjechałem na podjazd. Wolałem wcześniej wszystko pozamykać. Potem miałbym cały czas dla siebie i robiłby, wszystko bez stresu. Chociaż to bardziej pasowało do Carlosa, niż do mnie.
-Najadłaś się? - zapytałem, kiedy Nicole zeszła na sam dół. - Bardzo się starałem.
-Tak, ale nie rób tego więcej. - powiedziała, kiedy oboje wsiedliśmy do samochodu.
-Mam się nie stać? - zmarszczyłem brwi, wyjeżdżając na ulicę.
-Nie, masz mi już nie szykować śniadania. - oznajmiła ostro. - Bo to było bogate w węgiel.
Delikatna krytyka... Z pewnością szkoła Kendalla. No dobra, przyznam, że nie jestem jakimś świetnym szefem kuchni, ale to jedzenie nie mogło być takie złe. No nie mogło.
-No rozumiem. - wzruszyłem ramionami, dołączając do głównego ruchu na drodze. - Wiem, że nie umiem gotować, ale to nie powód, żeby jechać po mnie jak...
-Wcale po tobie nie jadę! - Zaprotestowała Nicole, grzebiąc sobie w torebce. - Po prostu powiedziałam Ci kilka słów prawdy. Po prostu nie bierz się już za gotowanie, skoro nie potrafisz, rozumiesz? - powiedziała, zamykając suwak.
-No wiem, przecież. - uśmiechnąłem się, mijając kolejne skrzyżowanie i parkując pod agencją modelek. - Jesteśmy na miejscu. Kocham Cię.
-Ja Ciebie też. - Dała mi szybkiego buziaka w policzek i wysiadła. - Do zobaczenia.
-Pamiętaj o obiedzie u Aliany! - krzyknąłem za nią.
-Pamiętam! - odkrzyknęła, zatrzaskując drzwi. - Spotkamy się w mieszkaniu, na razie.
Pokręciłem głową i ruszyłem. Obiecałem Kendallowi, że kupię masę na szarlotkę. Aliana nigdy nie zapuszcza się na tą część miasta, bo tu niezbyt dobrze traktują rudowłose dziewczyny, co dla mnie było przynajmniej nienormalne.
Wysiadłem z samochodu, kierując się w stronę posiadłości, gdzie urzędowała starsza kobieta wyrabiająca nadzienia do ciasta.
-Dzień dobry, pani Northfork. - przywitałem ją z uśmiechem. - Piękny dzień.
-Prawda? - mruknęła, zapraszając mnie do środka, gdzie trzymała słoiki wypełnione makiem, jabłkami i serem. - Po co pan dzisiaj przyjeżdża?
-Po szarlotkę po parysku. - odpowiedziałam, stawiając na stole puste, umyte słoiki, których było poprzednie nadzienie. - Taka, którą ostatnio brałem.
Wiedziałem, że Kendall i Aliana potrafią zrobić masę sami, ale wiedziałem, że to zbyt pracochłonne, a żeby było dobra, musi trochę postać w zimie. Nie, że są leniwi, ale po prostu zastało za mało czasu.
-Zwykła porcja, płaci pan jak zwykle. - powiedziała, wręczając mi gotową masę.
Położyłem na stole pięć banknotów jednodolarowych. Dobry, tani towar.
Kiedy wyszedłem, coś mnie naszło, żeby zajrzeć do sklepu muzycznego. Dawno nie kupowałem starci. Uśmiechnąłem się pod nosem i zacząłem wertować płyty. Irlandzkie zespoły z końcówki wieku, cała plejada brytyjskich wokalistów i soundtracki z filmów. Chciałem poszukać Johna Williamsa, ale zamiast tego natrafiłem na Cassidy.
-Jeśli szukasz Supermana, sprawdź w dziale z DC. - powiedziała, kiedy nie przestawałem wertować płyt. - Nie wiedziałam, że słuchasz muzyki klasycznej.
-Bo nie słucham. - zaśmiałem się, wyjmując muzykę z trzeciej części Harry'ego Pottera. - Ale lubię ją włączać do wieczornego czytania książek.
-I to nie jest słuchanie? - prychnęła, sięgając po jakiś album Abby.
-Nie. - pokręciłem głową. - To tylko buduje nastrój.
**Jennifer**
Kiedy James otworzył mi drzwi, poczułam w mieszkaniu mocny zapach świeżo przygotowanego jedzenia. Wiedziałam, że dzisiaj przychodzi jakaś para sąsiadów, których Aliana kiedyś znała, ale nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić.
-Fajnie, że już jesteście. - powiedział Carlos, trzymając ręce w kieszeniach. - Brakuje tylko tych dwojga, których zaprosiła Aliana.
-Zaraz będą. - powiedziała powoli, stawiając półmisek z surówką na rozłożonym stole. - Już są w drodze. Dość długo czekali na wypis.
-No, jasne. - mruknął Logan, który od siedział niedbale na kanapie. - Spóźniają się.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Aliana podeszła i otworzyła. Nie zauważyłam, żeby to był ktoś charakterystyczny. No może jedyną charakterystyczną rzeczą był temblak na ramieniu dziewczyny.
-Przepraszamy za spóźnienie. - powiedział jakiś facet. - Formalności.
Kiedy weszli do środka, stanął przede mną żołnierz w mundurze... Ale takim z koszulą i krawatem. Od razu zobaczyłam, że ma wiele odznaczeń. Może nawet więcej niż mój ojciec, chociaż wyglądał na młodego. Nawet bardzo młodego, nie zważając na szramy na twarzy.
-Jestem Will. - powiedział, podając mi rękę. - A to moja młodsza siostra, Lila.
-Lila? - zapytał James, ściskając jej dłoń.
-Lilianna. - wyjaśniła. - Ale nie lubię tej formy.
Aliana poprowadziła nas do stołu, który już porządnie zdołała nakryć.
-Mogę gdzieś to zdjąć? - zapytał Will, zdejmując marynarkę.
-Połóż na fotel. - powiedziała Aliana, pomagając Lirze z krzesłem. Jedną ręką nie za dobrze sobie radziła.
Musze przyznać, że oboje wyglądali na miłych. No może on był trochę spięty, ale poza tym... Tak czy siak za wcześnie było, żeby cokolwiek ocenić.
-Czemu zdjąłeś? - zapytała brata. - Bardzo Ci ładnie.
-Wiem, ze tak mówisz, ale sporo dzisiaj pracowałem. - odpowiedział. - Boli ręka?
-Nie. - pokręciła głową, zatapiając widelec w pieczonych ziemniakach. - Leki jeszcze działają.
Patrzył na nią z troską. Kiedy poprawiał jej kosmyk włosów, dłoń lekko mu zadrżała. Ale ona nie zwróciła na to większej uwagi. Widocznie, był do tego przyzwyczajona.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i tyle. Przepraszam, że tak długo nie wklejałam notki. Nie działał mi internet. No wiecie. Już się tłumaczyłam na facebooku. Mam nadzieję, że wam się podobało. Do wtorku (mam nadzieję)! Trzymajcie się cieplutko.  

wtorek, 25 marca 2014

69. Śniadanie do łóżka

**Aliana**
Późno wróciłam do domu. Pierwsze, co zobaczyłam po otwarciu drzwi, to Kendall siedzący na krześle przy stole z porozkładanymi papierami.
-Nie śpisz? - zapytałam, odwieszając torebkę na komodę pod wieszakami.
-Czekałem na Ciebie. - odpowiedział cicho, składając papiery do teczki. - Długo Cię nie było.
-Tak wyszło. - wzruszyłam ramionami. - Czemu nie przyjechałeś do szpitala? Myślałam, ze będziesz z innymi, po tym jak pomogłeś mi rozkręcić akcję z krwią.
Kendall uśmiechnął się pod nosem. Nie wyglądał na zmęczone, ani na smutnego. Przeciwnie. Emanowało od niego jakieś specyficzne skupisko energii.
-Nie pojechałem, bo nie mogłem oddać krwi. - wyjaśnił. - Od mojej transfuzji nie minęło jeszcze pół roku. Znasz zasady.
-Znam. - pokiwałam głową, podchodząc do blatu kuchennego. Chciałam wstawić wodę na herbatę, ale zauważyłam, że czajnik jest gorący. - Nie mogę zrozumieć Nate'a. - powiedziałam nagle, wsypując herbatę granulowaną do kubka.
-Czemu? - odparł Kendall, stawiając swoją torbę na stole. - Myślałem, że nie ma teraz żadnych problemów. Było spokojnie.
-Nie o to chodzi. - jęknęłam, siadając naprzeciwko niego. - Według niego najlepsze rozwiązania, to te z największym ryzykiem. Nie rozumiem go czasami.
-Pewnie bywa, że on samego siebie nie rozumie. - zaśmiał się, odkładając torbę na podłogę.
Uśmiechnęłam się pod nosem i uniosłam kubek pod brodę, czując parę z gorącego napoju.
-Co z Lilą? - zapytał po chwili ciszy. - Nic o niej nie mówisz.
-W porządku. - odparłam. - Transfuzja dobrze się przyjęła. Obudziła się jakieś pół godziny temu. Może nawet dłużej. Trochę pożartowała i zasnęła.
-A Will? - zapytał, kiedy piłam herbatę. - Jak on sobie radzi?
Wzruszyłam ramionami. Nie znał Willa tak, jak ja, więc miał prawo nie przewidzieć jego reakcji. Chociaż właściwie... Obaj są tak samo skomplikowani.
-Przejmuje się. Ma wrażenie, ze coś przeoczył, czy... Nie dopatrzył. - odpowiedziałam. - Jutro zajrzę do szpitala po pracy i zobaczymy jak oboje się czują.
-Idziesz jutro do pracy? - zmarszczył brwi. - Myślałem, że mamy wolne.
-Nie Kendall. - powiedziałam, wstając od stołu i wyrzucając do zlewu fusy z herbaty. - Wy macie wolne. Idziemy spać?
**Jennifer**
Z samego rana poczułam zapach spalenizny. Uniosłam delikatnie głowę i pierwsze, co zauważyłam to brak Jamesa. Usiadłam na łóżku i w tej właśnie chwili przyszedł James z tacą jedzenia.
-Hej, kochanie. - powiedział z uśmiechem, stawiając mi tacę na kolanach. - Jak się spało?
-Czy coś się pali? - zapytałam, patrząc na niego z zaciekawieniem.
-Nie, to tylko Logan smaży jajecznicę dla Nicole. - machnął lekceważąco ręką. - Jedz, jedz.
Wywróciłam oczami i pochyliłam się nad jedzeniem. Musze przyznać, że wyglądało znakomicie. Tosty i dużo masła. Tak jak lubię.
-Co to, jakieś święto? - zapiszczałam, łamiąc bułeczkę na pół. - Dawno nie przynosiłeś mi śniadania do łóżka. Jestem niezwykle zaskoczona.
James uśmiechnął się szeroko. Widać, był wypoczęty. Ja właściwie też. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mocno spałam.
-Kawa dla mamusi. - oznajmił David, wchodząc do sypialni z kubkiem gorącego napoju w dłoniach. - Dzień dobry.
-Dzień dobry. - odpowiedziałam. - Dziękuję.
Naszą sielankę przerwało jakieś szuranie na korytarzu. James ze zdziwieniem patrzył na otwarte drzwi.
-Cholera! - krzyknął Logan, zanim coś gruchnęło. - Następnym razem zamawiam katering!
-Logan, co ty wyprawiasz? - krzyknął, wychodząc z pokoju.
-Niosę Nicole śniadanie! - odkrzyknął wściekły. - A co Cię to obchodzi?
James odwrócił się do mnie, krzywiąc się z zakłopotania. Uśmiechnęłam się na widok jego miny. On to potrafi podsumować wszystko jednym wyrazem twarzy.
-Schodzicie na... - usłyszeliśmy głos Carlosa, który stanął w drzwiach naszej sypialni, ale kiedy zobaczył, co się dzieje w środku, natychmiast się wycofał. - Posprzątam u Kendalla.
Parsknęłam śmiechem, omal nie opluwając Davida resztkami bułki.
**Roslyn**
-Jestem wściekła! - krzyknęłam, wchodząc do mieszkania, gdzie Aliana podłączała aparat do komputera. - Ostatni raz odwalałam robotę za tego frajera!
Aliana wyprostowała się i spojrzała na mnie, unosząc jedną brew. Potem, typowo dla niej, zmarszczyła usta w dzióbek i kliknęła coś na oślep w laptopie.
-Znowu Robert? - zgadła, sięgając to torby na swój sprzęt.
-Żeby tylko... - prychnęłam, otwierając szafkę i wyjmując butelkę wina. - Chcesz? - zapytałam.
-Nie i ty też nie powinnaś. - odpowiedziała.
No, łatwo jej powiedzieć. Nie ma tak beznadziejnego szefa jak ja, który... Zna się na sztuce jak świnia na fryzjerstwie. Chociaż szczerzę wątpię, że się zna i nie chce mu się wykonać roboty.
-Może nie powinnam, ale muszę. - wzruszyłam ramionami, sięgając po kieliszek. Zawahałam się na chwilę, zastanawiając się, czy lepiej nie pić z gwinta. - Jakoś odreagować. Aliana, to nie jest takie proste. Widzę, że mam szefa, który zastępuje nowego, ale on zupełnie nie nadaje się do pracy w muzeum. Widzę, jaki ma do tego stosunek. Jakby był... na jakimś pieprzonym skazaniu.
Niespodziewanie Aliana wyjęła mi z ręki butelkę i zapieczętowała z powrotem.
-Co ty... - zaczęłam, ale ona szybko schowała wino do szafki i zamknęła na kluczyk.
-Nie ma. - powiedziała krótko, chowając kluczyk do kieszeni spodni. - Nie będziesz piła, rozumiesz? - powiedziała ostro.
Przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem, ale ona szybko ustąpiła, podchodząc do drzwi i chcąc je zamknąć, ale przystanęła na chwilę patrząc na coś, albo na kogoś na klatce.
-A co ty tutaj robisz? - zapytała, wzruszając ramionami.
-Raczej, co Ty tu robisz? - usłyszałam męski głos i szybko podbiegłam, żeby zobaczyć co się dzieje.
Na klatce schodowej stał mężczyzna około trzydziestki. Miał na sobie codzienny mundur naszej armii, a w ręku trzymał czapkę.
-Mieszkam tu. - odpowiedziała Aliana wyzywającym tonem.
-Nie, to ja tu mieszkam. - powiedział, jakby to było coś oczywistego.
Aliana rozejrzała się po mieszkaniu i spojrzała na mnie, jakby mi chciała coś powiedzieć.
-Poznajcie się. - oznajmiła po chwili. - Will, to jest Roslyn Waker, moja przyjaciółka. Roslyn, to Will Montgomery. Chodził z Nate'm do liceum.
Przybysz wszedł na schody i wyciągnął rękę w moim kierunku.
-Jestem Will. Miło mi Cię poznać. - powiedział, uśmiechając się do mnie nieśmiało. - A teraz przepraszam, muszę się przebrać i iść do pracy.
I poszedł na górę, a j gapiłam się bezsensownie na jego plecy.
-No to już wiemy, kto zajął mieszkanie po Evansach. - powiedziała powoli Aliana, wpychając mnie do środka i zatrzaskują drzwi. - A ty nie będziesz piła. Zapomnij! Naucz się inaczej zwalczać problemy! Bo to nie jest żaden sposób.
**Kendall**
Rzuciłem torbę na kanapę i otworzyłem naszą encyklopedię, chcąc znaleźć formułę o krwiodawstwie po transfuzji. Bo to musiało być gdzieś zapisane.
-Czego szukasz? - zapytał James, wchodząc do salonu.
-Informacji o oddawaniu krwi po przetoczeniu. - odpowiedziałem, wciąż wertując wielką księgę.
-Nie szukaj. - powiedział natychmiast wyjmując mi z rąk książkę i odkładając na regał. - Słyszałeś, co powiedział lekarz. Dopiero za pół roku będziesz mógł się w ten sposób wysłużyć.
-No, jak zdążę przed następną. - prychnąłem, siadając naprzeciwko niego na fotelu.
-Co masz na myśli? - zapytał dziwnym tonem.
-Oj proszę cię... - jęknąłem, opierając głowę o ramę fotela. - Nie mów, że nie zauważyłeś, jak często trafiam do szpitala. O utracie krwi nie wspominając.
Reakcja Jamesa całkowicie mnie rozbiła, bo ten jak gdyby nigdy nic parsknął śmiechem.
-Nie rozumiem, skąd wniosek, że to się powtórzy w ciągu następnych trzech miesiącach. - wzruszył ramionami. - Jestem pewien, że wytrzymasz i nie zrobisz sobie krzywdy przez najbliższe pół roku.
-Skąd ta pewność? - mruknąłem.
-Po prostu wiem. - odpowiedział z przekonaniem w głosie. - Założymy się?
-Jasne. - uścisnąłem jego dłoń, znając moją tendencję do wpadania w kłopoty. - Zakład.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jakoś dałam radę... Mam mało czasu i jakoś dziwnie mnie nosi. Dziwniej niż zazwyczaj. Wczoraj się na wieczór popłakałam. I to na czym? Na jakimś serialu dla nastolatek. Nie wiem czemu, w ogóle byłam w podłym humorze. Dobra, nie ważne. Mam nadzieję, ze się wam podobało. Do czwartku!  

piątek, 21 marca 2014

Nowe postacie! Will i Lila.

Już poznaliście Willa i Lilę Montgomery, ale nie wiem, czy chcecie o nich czytać. Wczoraj wieczorem coś mnie naszło i zrobiłam z nimi metryczki. takie, jak ma każdy bohater. Co prawda wciąż nie wiem, czyją twarz dać Lirze, ale przed publikacją coś znajdę.
Przespałam się z tym i wydaje mi się, że takie metryczki to najbardziej odpowiedni sposób, żeby wspólnie zadecydować, czy to rodzeństwo zagości w opowiadaniu na stałe, czy tylko na kilka tygodni. Willa Montgomery wyciągnęłam żywcem z filmu, a Lilę dodałam od siebie. Owy film był na prawdę super. Poważne kino, film warty obejrzenia. Tak, czy owak, przespałam się z tym pomysłem i rano obudziłam się z nowymi. Na razie ujawnię tylko te metryczki, żebyście mogli ich lepiej poznać.
Jeśli chodzi o ich rolę w życiu pozostałych bohaterów, to nic nie namieszają, a będą tylko życzliwymi przyjaciółmi. Nie będzie żadnego romansu między Willem i Alianą, więc Kendall może być spokojny.
A teraz już bez przynudzania:
Will Montgomery
Imię i Nazwisko: William Owen Montgomery
Data i miejsce urodzenia: 29 października 1980 w San Francisco.
Narodowość: Amerykańska
Rodzina: Młodsza siostra, rodzice nie żyją.
Zajęcie: Żołnierz w US Army w grupie szkoleniowej i posłanniczej.
Stan Cywilny: Kawaler
Wzrost: 175 cm.
Problemy zdrowotne, śmierć rodziców i obowiązek zaopiekowania się siostrą to wszystkie powody, dla których wrócił do kraju. Często śpi z nożem pod poduszką, co jest nawykiem po latach służby na froncie. Po wybuchu miny ma chorą nogę i oczy. We krwi ma odwagę i skłonność do poświęceń dla dobra ogółu. Oddałby życie za swoich przyjaciół. Zdaniem siostry, ładnie wygląda w galowym mundurze.

Lila Montgomery

Imię i Nazwisko: Lilianna Veronica Montgomery
Data i miejsce urodzenia: 3 listopada 1999 w San Francisco.
Narodowość: Amerykańska
Rodzina: Starszy brat, rodzice nie żyją.
Zajęcie: Uczennica liceum.
Stan Cywilny: Panna
Wzrost: 175 cm.
Lila jest nie tylko wzorową uczennicą liceum, ale również gospodynią domową. Jeszcze nie wie, co chce zrobić w życiu robić, ale na pewno nie będzie robiła niczego bezużytecznego. Mieszka ze starszym bratem, który oberwał na froncie i to jego kocha ponad wszystko. W kieszeni nosi zapasową buteleczkę kropli do oczu, na wypadek, gdyby Will swoich zapomniał. Często mówi innym miłe rzeczy i zawsze tryska dobrym humorem. Lubi poezję i przejawia talent muzyczny.

czwartek, 20 marca 2014

68. Kwiodawcy

**Logan**
Wchodząc do klubu, zauważyłem chłopaków siedzących przy stoliku obok okna. Ledwie dwa stoliki dalej siedziała Cassidy, która przeglądała z Davidem jakąś książeczkę.
-Cześć, sorry za spóźnienie. - powiedziałem, siadając tyłem do okna.
-No nic nowego. - mruknął James. - Myślałem, jak rozwiązać problem z Nicole. - zaczął prosto z mostu. - Na razie wysłałem do niej ochroniarza, ale nie wiem...
-Po co dałeś jej ochroniarza? - przerwałem mu, biorąc do ręki szklankę z koktajlem.
-Zadzwoniła do mnie cała roztrzęsiona. - wytłumaczył Carlos, mieszając słomką w swojej coli. - Okazało się, że Jeff uwięził ją w samochodzie i próbował przehandlować za narkotyki.
-Ale dlaczego nie zadzwoniła do mnie? - oburzyłem się, niemal podrywając się z siedzenia. - Przecież bym przyjechał i coś zrobił...
-Nie chciała Cię martwić. - powiedział Kendall, dosypując cukru do swojej filiżanki. - Prosiła nas, żebyśmy Ci nic nie mówili, ale powinieneś wiedzieć.
Poczułem, jak niewidzialny nóż wbija się w moje serce. Dlaczego nic mi nie powiedziała? Przecież bym jej pomógł, skopał tyłek temu...
-Logan, nie przejmuj się. - James poklepał mnie po ramieniu. - Na razie dostała ochroniarza. Zgłosimy to na policję, kiedy Jeff wywinie kolejny numer.
-Ale i tak będę musiał z nią porozmawiać. - oznajmiłem, podwijając rękawy koszuli.
-Eee... Jeśli słowo „porozmawiać” rozumiesz jako „skopać mu dupsko”, to nie radziłbym. - odpowiedział Kendall, kiedy spojrzałem na niego spode łba.
Czy on zawsze musi wiedzieć o czym myślę? Wiem, że jesteśmy prawie jak bracia, ale on na serio nie musi mnie strofować zawsze, kiedy chcę wziąć sprawy we własne ręce. Bo tak powinien zrobić prawdziwy mężczyzna. Za którego się przecież uważam... No i jestem jej mężem, a to już do czegoś zobowiązuje.
-Stary, wyluzuj! - głos Carlosa wyrwał mnie z zamyślenia. Niemal natychmiast podniosłem swój koktajl do ust, ale zorientowałem się, że szklanka już jest pusta. - Wiesz jakie są dziewczyny.
-Zawsze niezależne i waleczne. - zawtórował mu James. - Są pewne, że same sobie ze wszystkim poradzą. Pamiętasz jaka była Aliana, kiedy porwano Kendalla? Nate trzymał ją w ryzach środkami uspokajającymi.
-Oj, weź mi tego nawet nie przypominaj. - Kendall machnął ręką, pochylając się nad swoją filiżanką. - Próbuję zapomnieć.
-Wybacz. - mruknął James. - Samice chcą dominować. Kiedy w końcu się tego nauczysz?
-Nicole, to nie Jennifer, zrozum. - prawie na niego krzyknąłem, aż w końcu rodzice z sąsiednich stolików zaczęli się na nas gapić. - Ona jest bardzo krucha i delikatna.
-No, dalej to sobie wmawiaj. - ryknął Carlos. - Wszystkie dziewczyny mają w sobie ten sam, płonący temperament. Zrozum.
**Aliana**
-Jesteś pewny? - zapytałam, unosząc brwi. - Nawet ja wiem, że to ryzykowne. Zastanów się, zanim mu to powiesz.
-Już się zastanowiłem. - potwierdził. - Willowi trzeba opuścić trochę krwi, żeby przetoczyć Lirze, a obecnie nie mamy w zapasie grupy zero. Jeśli jej tego nie dostarczymy, może tego nie przeżyć. Wiesz jak groźne jest krwawienie tętnicze...
-Posłuchaj siebie! - wrzasnęłam, niechcący plując mu do oka. - chcesz mu opuścić cztery litry krwi. Sam widziałeś kolesia, którzy po litrze był ledwo żywy.
Nate spojrzał na mnie, jakbym była przekonana, że odkryłam nowy kontynent. Przynajmniej. Nienawidziłam, kiedy tak na mnie patrzył. Jak na wariatkę.
-To żołnierz, jest twardy. - próbował mnie przekonywać. - To jedyne wyjście. Co innego mogę zrobić? Wyjść na ulicę i krzyczeć, że potrzebujemy dawców grupy zero plus?
-A dlaczego nie? - warknęłam, znowu go opryskując.
Wybiegłam z gabinetu lekarskiego i stanęłam przed poczekalnią dla pacjentów.
-Posłuchajcie! - wrzasnęłam, w sekundę uciszając całą poczekalnię. - Potrzebujemy dawców krwi. Grupa zero plus. Piętnastoletnia dziewczynka potrzebuje transfuzji.
Przez chwilę było cicho, dopiero potem kilkoro ludzi wstało.
-Mogę być dawcą. - oznajmił jakiś facet w średnim wieku. - Już kiedyś oddawałem krew.
Uśmiechnęłam się, kiedy za nim poszło jeszcze kilka osób. A Nate stał i patrzył na mnie ze zdziwieniem. Jednocześnie miał minę, jakby chciał mnie ochrzanić.
-Jak to zrobiłaś? - syknął, kiedy pielęgniarki zaczęły ogarniać te całą sprawę z krwiodawstwem. - Będziemy mieli zapas na kolejne dwie osoby. Przynajmniej.
Uśmiechnęłam się do niego krzywo, a on tylko chrząknął.
-Rozmawiałem z Willem. - oznajmił. - I tak nie może być dawcą. Miał już przetaczaną krew. Nie może być dawcą, nawet, jeśli by się spinał.
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę. Jak znam Willa, pewnie pluł sobie w brodę, że nie może pomóc nawet własnej siostrze. Domyślam się jednego powodu, dla którego poszedł do wojska. Walczyć za ojczyznę. Zawsze stawał w obronie słabszych. Odwagę i bohaterstwo miał we krwi, ale był też wrażliwy. I to mu pozostało. Bo są rzeczy, które w ludziach nigdy się nie zmienią.
Przeszłam korytarzem, aż do sali w której leżała Lila. Od razu zobaczyłam jak Will siedzi przy jej łóżku, trzymając ją za rękę. Nie weszłam, tylko wyciągnęłam telefon. Postanowiłam zadzwonić do Kendalla. Szybko wybrałam jego numer. Odebrał po kilku sekundach.
-Hej kochanie, jakiś problem? - odezwał się niemal natychmiast.
-Tak. Pomożesz mi? Szpitalowi brakuje krwi. Popytasz w branży? - poprosiłam, obserwując jak Will głaszcze Lilę po głowie.
-Oczywiście. Nate Ci powiedział, że jest taki problem?
-Tak, ale nie wprost. Wyszło całkiem przypadkiem. Wiesz jaki jest. Szpital potrzebuje jak najwięcej. Jak tylko się da.
-Dobra, rozumiem. Przyślę tylu ludzi ile się da. A jak Lila?
-Jaka Lila? - usłyszałam głos Carlosa ze strony Kendalla.
-Słabiutka jest. Will przy niej siedzi. Bardzo się przejmuje. Nate powiedział, że w trakcie operacji pękła tętnica. Opanowali krwawienie, ale potrzebuje transfuzji.
-Daj jej ode mnie całusa. - powiedział, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. - Niech wraca do zdrowia.
**Jennifer**
Pojechałam po Nicole taksówką do studia. Dzwonił do mnie jeden z ochroniarzy chłopaków. Powiedział, że Jeff próbował ją oddać jakimś ludziom za narkotyki. I to własną siostrę.
-Wszystko w porządku? - zapytałam, kiedy wsiadłam do szoferki Nicklodeonu. Nie wiem, który z chłopaków na to wpadł. Jej karoseria była czerwona, co dziwnie kojarzyło mi się z seksem.
-Teraz już tak. - przytaknęła, zanim kierowca ruszył. - Carlos przysłał tu zaufanych ludzi. - Jak się dowiedziałaś? - zapytała, spoglądając na mnie z zaciekawieniem.
-Carlos do mnie zadzwonił. - odpowiedziałam. - Roslyn ma wyłączony telefon, a Aliana załatwia coś w szpitalu. Nie pytałam o szczegóły.
-Chyba chce rozszerzyć fundację. - mruknęła, chowając nos w kołnierzyku.
Zaśmiałam się cicho. Przynajmniej bym się nie zdziwiła. Od tej strony już dawno zdołałam poznać Alianę. Ma tak wielkie serce, że pewnie z trudem mieści jej się w piersiach. Więc na pewno chodziło o pomaganie innym. Dałabym sobie za to żyły popodcinać.
-Chcesz jechać do domu? - zapytałam, samą siebie wytrącając z zamyślenia. - Bo jeśli nie, to możemy iść na zakupy.
-Nie, wszystko już mam. - pokręciła głową. - Chcę po prostu zamówić pizzę i pogapić się w telewizor. Odpocząć jakoś od tego.
Uśmiechnęłam się do niej, chcąc jej dodać otuchy. No może to nie jest jakiś najlepszy sposób na spędzenie wolnego czasu.... ale, ważne, żeby odpoczęła.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I tak oto wygląda notka, kiedy jej pisanie leci jak krew z nosa. A wszystko przez Maję R i fanpopa. Zastanawiałam się, czy nie wkleić tu Lili i Willa na stałe. A wy co myślicie? Polubiliście ich po tym jednym razie?

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że wam się podobało. Następna notka we wtorek. Dajcie znać, co myślicie. Trzymajcie się!  

wtorek, 18 marca 2014

67. Adres

**Logan**
-Dzień dobry. - usłyszałem głos Nicole, która weszła do pokoju.
Wczorajsze sceny powoli ulegały zatarciu, ale wiedziałem, że Nicole prędko tego nie zapomni. Nie miałem pojęcia czego on chce, ale jestem pewny, że gdyby wszystko zależało od niej pewnie już by go nie widywała. Z drugiej strony, trudno było mi uwierzyć, że to jej brat.
-Dzień dobry. - odpowiedziałem, odsuwając jej krzesełko. - Jak moja śpiąca królewna? - zapytałem, całując ją w policzek.
-Nie wiem, mocno spałam. Ale czuję się fatalnie. - westchnęła. - Jeszcze trochę, a będą mnie na sygnale wieźli do psychiatryka.
-Nie mów tak. - mruknąłem. - To tylko lekki zakręt. Nie martw się, wszystko się wyprostuje.
-Chciałabym w to wierzyć. - powiedziała, sięgając po talerz z ciastkami zbożowymi. - Nie znasz Jeffa. Byłby gotowy zabić za prochy.
-Co bierze? - zdołałem zapytać, zanim zdążyłem ugryźć się w język.
-Wszystko. - odparła bez wahania. - Bierze co znajdzie, kupi, albo ukradnie. Często to robi.
Czyli on jest... - pomyślałem, zalewając kubek kawy. - kieszonkowcem. Teraz mogłem tylko się domyślać. Nie śmiałem zapytać Nicole, bo to był dla niej za delikatny temat.
-Co robisz? - jej cichy, delikatny głos wyrwał mnie ze snu. - I gdzie są Kendall i Aliana?
-Wyszli, zanim jeszcze wstałaś. - odpowiedziałam, stawiając przed nią kubek i tacę z rogalikami. - Nate poprosił ich o jakąś pomoc, ale nie wiem o co chodzi.
Po dłuższej chwili usiadłem naprzeciwko niej. Wyglądała na zmęczoną. Nie dziwię się. W głębi duszy miałem nadzieję, że jej „brat” nie ma tego adresu i tu nie przyjdzie.
-Muszę iść do pracy. - powiedziała nagle, wstając i zabierając z kanapy rzeczy, które przygotowała jej Aliana.
-Byłem pewny, że masz wolne. - powiedziałem, wychylając się, żeby spojrzeć na drzwi łazienki, za którymi zniknęła.
-W zleceniu szef ma mnie na wyłączność. - odkrzyknęła. - Muszę iść. Odwrotu nie ma.
-To mu powiedz, że jesteś chora. - zaproponowałem. - Dzisiaj nie powinnaś iść do pracy.
-Muszę iść, uwierz mi. - ciągnęła dalej, wyskakując z toalety. - Szofer będzie po mnie za jakieś piętnaście minut.
-Dostałaś szofera? - wykrztusiłem ze zdziwieniem. - Nic mi nie mówiłaś.
-To kierowca mojego szefa. - wyjaśniła, nakładając szminkę. - Wysłałam mu rano SMSa, że nie nocuję u was. Nie było z tym problemu.
Wtedy mnie olśniło... To było trochę prawdopodobne, ale głowy bym nie dał. Nawet całkiem możliwe. Tylko jak...
-Agencja w której pracujesz ma masz adres? - zapytałem, podchodząc coraz bliżej.
-Tak, bo przecież... - nie dokończyła, tylko zakryła sobie usta dłonią. - Myślisz, że Jeff był w agencji? - zapytała, biegnąc do sypialni i wynosząc swoją torebkę.
-Bardzo możliwe. - wzruszyłem ramionami. - Ten adres też mają?
-Tylko numer bloku. - oznajmiła. - Dobra, muszę iść, pa.
I obdarzyła mnie szybkim całusem. W tym samym czasie drzwi się otworzyły i do środka weszła Jennifer. Wzruszyła tylko ramionami, kiedy Nicole ją minęła.
**Kendall**
-Co się dzieje? - Aliana naskoczyła na Nate'a, jak tylko wpadła do sali zabiegowej. - Znowu masz problemy mieszkaniowe?
-Nie. - pokręcił głową, szukając czegoś w szufladzie. - Przytuliłem się na jakiś czas do Schulza z okulistyki...
-To wy macie tu okulistykę? - przerwałem mu, kiedy wyciągnął z szuflady kilka par nożyczek w foliowych torebkach.
-Tak, od pięciu lat. - odpowiedział, wskazując nam dwa taborety pielęgniarskie. - Ale nie w tym rzecz. Twoja fundacja szuka pracy i szkoleń dla skrzywdzonych kobiet, prawda?
Oczy Aliany powiększyły się dwukrotnie, a ona przygryzła wargę. Nie wiedziałem dlaczego, bo jakoś nie było w jego słowach niczego niepokojącego.
-No i? - odezwała się, okręcając dookoła, podtrzymałem ją, żeby się nie wywróciła.
-Na urazówce leży taki bogaty facet. - wyjaśnił, drapiąc się po nosie. - Organizuje szkolenia, zapewnia miejsca pracy w swojej firmie... - wymieniał. - Szuka ludzi, którym naprawdę zależy na pracy. Od słowa do słowa i opowiedziałem, czym się zajmujesz.
-A on? - spytałem, pochylając się do przodu.
-Zostawił teczkę z kontaktem i broszurami informacyjnymi. Gdzieś ją tu miałem... - odparł powoli, rozglądając się po biurku. - Później Ci przyniosę. Facet wszystkie sprawy załatwia tutaj przez laptopa. Dał trochę kasy na szpital, niby anonimowo...
Uśmiechnąłem się na słowo „niby”. Nie wiedziałem, co Nate chce przez to powiedzieć. Wiem, że o słynie z dość nietaktownego poczucia humoru, ale można się do tego przyzwyczaić.
-Koleś jeszcze trochę tu poleży, więc możesz z nim pogadać, kiedy chcesz. - zakończył. - To jak? Chcesz z nim teraz porozmawiać?
-Nie, teraz nie. - pokręciła głową. - Najpierw musiałabym przejrzeć tą teczkę. Powiedz lepiej, jak sobie radzisz. Wygładzasz na zmęczonego.
Aliana miała rację, jak zwykle zresztą. Nate miał spore sińce pod oczami, jakby nie spał porządnie od kilku dni. Chociaż pewnie nie powinienem się temu dziwić, bo w końcu on... Ratuje życie innym, a przy tym nie da się porządnie wyspać.
-Taka praca. - wzruszył lekceważąco ramionami, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. - Już dawno przywykłem, nie martw się, siostra. Jestem...
Nie zdołał dokończyć, bo do gabinetu wpadła jedna z pielęgniarek, a zaraz za nią żołnierz z dziewczynką na rękach.
-Doktorze Hamilton, mamy postrzeloną piętnastolatkę! - krzyknęła, kiedy ten wojskowy kładł dziewczynkę na stole zabiegowym. Pod czapką zauważyłem jasne blond włosy.
-Napadnięto was? - zapytał, w pośpiechu rozpinając bluzkę dziewczyny, która krzywiła się z bólu.
-Nie wiem, nikogo nie widziałem. To się stało za szybko. - powiedział zachrypniętym głosem. - Upadła prosto na mnie, zaraz po tym, jak mnie wyprzedziła.
Nate spojrzał na niego ze zdziwieniem w oczach. Aliana też sprawiała wrażenie, jakby zobaczyła trupa. Lekko zbladła. Dopiero po sekundzie zorientowałem się gdzie jestem. Staliśmy pod ścianą sali zabiegowej w szpitalu Nate'a. Było spokojnie, ale tylko przez chwilę.
-Will Montgomery? - zapytał Nate, kombinując coś przy ranie dziewczynki. - Stary, nie poznałem Cię. Dalej w wojsku?
-No, jak widzisz. - odpowiedział, trzymając dziewczynkę za rękę. - Po śmierci mamy wróciłem do kraju i wziąłem Lilę do siebie.
-Lepsze to, niż dom dziecka, co? - odezwała się ta mała. Miała wyraźne problemy z oddychaniem, ale uśmiechała się szeroko. - Poza tym ktoś musi dopilnować Willa.
Will uśmiechną się po żarcie... Nie wiem, kim ona była. Ale chyba jego siostrą. Przynajmniej tak to wynikało. Nate nadal pracował nad raną Lili.
-Nie wygląda to źle, ale tutaj nie dam rady wyjąć pocisku. - oznajmił, kiedy prowizorycznie opatrzył ranę małej. Poczułem, jak palce Aliany zaciskają się na mojej dłoni. - Jedziemy na blok operacyjny. Dopilnujesz formalności?
-Jasne. - pokiwał głową, głaszcząc dziewczynkę po głowie. - Trzymaj się siostrzyczko. - pocałował ją delikatnie w czoło, zdejmując czapkę . Dopiero teraz zauważyłem bliznę pod jego okiem. - Dalej nie mogę już iść.
Zadzwonił mój telefon. SMS.
Od: James
W klubie rodzinnym za pół godziny.” Sztywno, co?
Zmarszczyłem brwi, coś było nie tak. Nie codziennie James tak spontanicznie ustala spotkanie. Te rzeczy „nie tak” zaczynały mnie mocno męczyć.
-Kendall, poznaj Willa, naszego dawnego przyjaciela. Chodziliśmy do jednego liceum. - głos Nate'a wyrwał mnie z zamyślenia. - Will, to jest Kendall, narzeczony Aliany. A ta wiewióra obok niego to Aliana, na wypadek, gdybyś nie poznał.
-Wypiękniałaś. - powiedziała Lila, zanim zniknęła nam z pola widzenia.
Wyszliśmy z sali, zmierzając w kierunku poczekalni na izbę przyjęć. Ten Will... on był bardzo zdenerwowany i nawet mu się nie dziwiłem. W końcu jego siostra przed chwilą została postrzelona. Z drugiej strony, wraca kolejny dobry znajomy. Dziwny zbieg okoliczności.
-Jak to się stało? - zagadnęła go Aliana, siło zmuszając go, żeby usiadł na jednym z wmurowanych krzeseł.
-Aliana, nie wiem. - powiedział, rozkładając dłonie ze zdenerwowania. - Musiałbym się nad tym zastanowić.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, że tak słabo wyszło. Miałam nadzieję, że wyjdzie więcej opisów, a jak próbowałam dopisywać, to wychodziło bez ładu i składu. Dlatego to jest ta pierwotna wersja. Dlatego, Ada... pisząc notkę myślałam o Tobie. Jesteś taką najwierniejszą czytelniczką i za to Ci dziękuję.

Wyszło, jak wyszło. Na czwartkowe dwie strony postaram się bardziej, obiecuję. Trzymajcie się cieplutko.  

czwartek, 13 marca 2014

66. Marnotrawny B.

**Nicole**
Stałam jak wryta, wpatrując się w Jeffa. Minęło pięć lat. Pięć zasranych lat mojego życia. Bez niego. I tak było dobrze.
-Co ty tu robisz? - powtórzyłam, kiedy na powrót odzyskałam głos.
-Przyszedłem poznać swojego szwagra. - oznajmił, wpychając się do środka. - Coś jest w tym nie tak? - prychnął mi w twarz. Poczułam jego mdły oddech.
Wypowiedział to. Drań. A przecież miałam nadzieję, że już go więcej nie zobaczę. Byłam tego pewna. A teraz, kiedy prawie wszystkie problemy przestały mieć znaczenie... on się zjawił.
-Jeff, wyjdź stąd. - powiedziałam, próbując go wypchać na zewnątrz, ale on był silniejszy.
-Nicole, to jest twój brat? - wykrztusił Carlos, który jako jedyny był zdolny do powiedzenia czegokolwiek.
-Tak, i teraz stąd wychodzi. - odpowiedziałam, nadal walcząc z Jeffem.
-Pomogę Ci, kochanie. - powiedział Logan, zachrypniętym głosem. - Prosiła, żebyś wyszedł. Chyba, że chcesz, żebym zawołał ochronę. O tak Logan... Dowal mu!
-Czyli to ty? - wykrztusił, teraz wpatrując się w Logana. - Jesteś mężem mojej siostry.
-Twoje siostra kazała Ci się wynosić. - powiedział spokojnie, chwytając go za klapę kurtki.
-Nicole, daj spokój, własnemu bratu nie pomożesz?
Wtedy doszło do mnie, czego tak naprawdę chce. Nic się nie zmienił. Wciąż jest tym samym dupkiem. I chyba już tak pozostanie.
-Nie dam Ci kasy na prochy! - wrzasnęłam. - Jeśli tylko po to tu przyszedłeś, to bądź pewien, że nie dostaniesz ode mnie złamanego centa!
-Nicole, siostrzyczko...
-Nie mów do mnie siostrzyczko! - krzyknęłam, uderzając go w ramię. Ja szłam do przodu, a on się cofał prosto do drzwi. - Wy******laj, słyszysz!
Aliana i Roslyn zaczęły go wypychać razem ze mną. Chciałam mi powiedzieć, że sama sobie poradzę, ale żadne słowo nie mogło mi przejść przez gardło.
-Ale... - zaczął, zanim zamknęłam mu drzwi przed nosem.
Poczułam łzy spływające po policzkach. Nie chciałam ich uwolnić. Chciałam je tak powstrzymywać w nieskończoność.
-Cii... - wyszeptała Aliana, przytulając mnie do siebie. - Już go tu nie ma.
Już go tu nie ma. - Powtórzyłam w myślach, zamykając oczy.
**James**
-Tatusiu, co się stało na dole? - zapytał David, kiedy wszedłem do jego pokoju.
Nie wiedziałem, że się obudził. To pewnie przez te całe, okropne krzyki. Podszedłem do jego łóżka i nałożyłem na niego kocyk, spoglądając na zegarek. Był już późny wieczór. Nie chciałem, żeby się teraz budził. Mógł przespać do rana.
-To nic, skarbie. - powiedziałem, głaszcząc go po głowie. - Spróbuj zasnąć.
Mały patrzył na mnie, szeroko otwartymi oczami. Widziałem jak światło księżyca odbija się w jego źrenicach. Nie wiedziałem, czy płacze, bo jego oczy były zaspane.
-Tato, zostaniesz ze mną? - poprosił.
-Oczywiście, kochanie.
I siedziałem, głaszcząc go po włosach, puki nie zasnął. Przez ten cały czas przez moją głowę przewinęły się rozmaite myśli. Zastanawiałem się, jak brat Nicole mógł nas znaleźć. Bo przecież nasz adres nie jest podawany na wyłączność. No i wątpię, żeby podał mu go ktoś z nas.
-Wszystko w porządku? - usłyszałem głos Jen.
-Tak, śpi... - powiedziałem, wstając i wychodząc do przedpokoju.
-Nie o to pytałam. - powiedziała sucho.
-Tak, wszystko w porządku. Nie masz się czym przejmować. - odpowiedziałem. - To, co się stało godzinę temu, jest... Przynajmniej dziwne. - powiedziałem, nie mogąc znaleźć lepszych słów. - Gdzie jest Nicole? - zapytałem, zauważając na parterze, że brakuje jej kurtki i butów.
-Aliana zabrała ją do mieszkania, a Logan uparł się, żeby z nimi pojechać.
-Kendall jest z nimi. - zgadywałem.
-Tak. - pokiwała głową. - Położy się spać. Znowu wrócił z siankami. Twierdzi, że się przewrócił, ale ja mu nie wierzę. Może Aliana coś z niego wciągnie.
Kendall... On zawsze miał tendencję do pakowania się w kłopoty, ale nigdy jeszcze nie było okresu, żeby wracał poobijany co tydzień.
Kiedyś myślałem, że coś kręci, ale jak się przewracał na scenie, zapomniałem o swoich wątpliwościach. Wiedziałem, że po prostu bywa niezdarny.
**Kendall**
-Zasnęła? - zapytałem, odkładając na album na stolik. - Jak się czuje?
-Jest roztrzęsiona. - odpowiedziała, siadając na krawędzi fotela, żeby móc sięgnąć do laptopa. - Logan jest przy niej.
Spojrzałem na swoje palce. Były podrapane już od wczoraj, ale starałem się je tak układać, żeby nikt niczego nie zauważył. Jak na razie mi się udawało.
-Do kogo piszesz? - zapytałem.
-Do Nate'a. - odpowiedziała, przyciskając rożne klawisze. - Kiedyś podawał jej jakiś środek na nerwicę, który dobrze na nią zadziałał. Logan mnie ubłagał, żebym poprosiła go o receptę.
-I piszesz maila? - uniosłem brwi, zsuwając się z łóżka. - Myślisz, że odbierze?
-Na pewno. - uśmiechnęła się do mnie. - Tak skonfigurowałam mu telefon, że jego skrzynka mailowa aktualizuje się co pięć minut.
Pokręciłem głową. To skojarzyło mi się z czymś, co wcale nie pasuje do Aliany. Z przebiegłością. Tylko czasami pokazywała, że nawet ona czasami musi mieć jakiegoś węża w kieszeni. Nawet ona...
Sięgnąłem do radia i włączyłem muzykę. Natrafiliśmy na ładną piosenkę. Wstałem i podszedłem do Aliany. Wyciągnąłem dłoń, dając jej do zrozumienia, żeby podała mi rękę. Zrobiła to, ale uprzednio spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
Objąłem ją w pasie. Czułem, ze jest zmęczona, ale mimo to zacząłem nią kręcić w lewo i w prawo. Puściłem jej talię i wypiąłem spinkę z rudych włosów.
-Co robisz? - syknęła.
-Spokojnie. - wyszeptałem jej do ucha. - Spróbuj się rozluźnić. Wszystko będzie dobrze.
Przytuliłem ją do siebie. Zrobiłem to, co chciałem zrobić od rana. Ale ostatnie zdanie... Sam chciałbym je usłyszeć.
-Oczywiście, że będzie. - odpowiedziała, zagłębiając głowę w mój obojczyk. - Zupełnie wszystko.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i tyle. Malutko, wiem, ale na razie muszę rzucać smutami, jak chcę, żeby potem było coś śmiesznego. Chciałabym wam jeszcze coś napisać. Rano, zanim jeszcze wyszłam z domu, obejrzałam pewien film. „W imię Armii”. Sięgnęłam po niego ze względu na Bena Fostera, jak już uparłam się, żeby osobiście nie zamykać go w szufladzie z podpisem „Aniołek”. Film mnie oczarował. Skłania do myślenia i takie inne... To jest warte obejrzenia. Z tego względu coś wymyśliłam, ale nie wiem kiedy, i czy w ogóle po to sięgnę.

No, dobra! Koniec już tego pisania! Mam nadzieję, że się wam podobało. Do wtorku!  

wtorek, 11 marca 2014

65. Prezent ślubny

**Nicole**
Od włamania do domu minął tydzień. Teraz jedliśmy obiad w dziesiątkę. Znaczy, my i rodzice Logana. Okazało się, że to bardzo mili ludzie i niepotrzebnie się tego obawiałam.
-Kendall, powiedz mi, kiedy Twoja dziewczyna ma rozwiązanie. - zapytała mama Logana, kiedy Aliana poszła zmywać. - Nie chcę jej pytać osobiście. Widzisz, kobiety w ciąży są strasznie drażliwe. - zaśmiała się, machając ręką.
-We wrześniu. - odpowiedział spokojnie. - I jakoś nie zauważyłem, żeby była drażliwa.
-Kiedy nosiłam Logana i Presley po sercem miałam ogromnie nadwrażliwe uczucia.
-Chyba ego. - mruknął pan Henderson, udając, że zakrztusił się kawą.
Pani Henderson spiorunowała wzrokiem swojego męża. Widać, aluzja była zbyt wyraźna. Pokręciłam głową i spojrzałam w swój talerz. Nawet nie zauważyłam, kiedy zamiast resztek obiadu pojawił się kawałek tortu.
-Wszystko z Tobą w porządku? - zapytał James, siedzący obok mnie. - Zbladłaś.
-Nie... - odpowiedziałam i dopiero sekundę później zdałam sobie sprawę z własnej głupoty. - To znaczy tak. Jestem po prostu zdenerwowana.
James obdarzył mnie ciepłym uśmiechem i poklepał pocieszająco po ramieniu. No tego mi było trzeba! Kogoś, kto mnie pocieszy, kiedy będzie mi źle.
-James, pamiętaj! - krzyknął Logan z kuchni. - To jest MOJA żona!
Zauważyłam jak podkreśla słowo „moja”, ale nie dostrzegłam za specjalnej różnicy między tym co było przed ślubem. Jeśli o mnie chodzi, że potrzebowałam zalegalizowania związku. Ale jeśli Logan tego chciał... Zrobiłam to dla niego.
-No jasne, że pamiętam! - odpowiedział, a Kendall zaczął nalewać do naszych szklanek soku.
Jennifer pocałowała Jamesa w policzek, zostawiając u niego odcisk od różowej szminki.
-Tato... - usłyszeliśmy, zaspany głos małego.
David stał przed drzwiami kuchni, trzymając swojego misia za łapkę. Był w swojej bawełnianej piżamce. Położyliśmy go spać zaraz po przywiezieniu go z przedszkola, bo był bardzo zmęczony.
James podszedł do niego i wziął go na ręce.
-Wracamy do łóżka? - zapytał, kiedy mały oparł głowę o jego ramię. - Nie? A może chcesz coś zjeść? - Mały znowu pokręcił głową.
-Bajkę. - wymamrotał.
-Skarbie, oglądałeś już dzisiaj jedną bajkę. A pamiętasz jak się umawialiśmy? - odparła Jen, podchodząc do Jamesa i Davida. - Jedna bajka na dzień. Nie więcej.
Wyglądali z boku jak rodzina. Prawdziwa, nieskazitelna rodzina. Ten sposób w jaki David czepiał się kołnierzyka i to jak Jennifer kładła dłoń na ramieniu Jamesa... To wszystko było... takie naturalne.
-Nicole, żyjesz, czy babcia poszła na drzemkę? - zaśmiał się Carlos i podłożył mi kolejny kawałek ciasta. - Kolejna porcja ciasta.
-A wy? - zapytała pani Henderson, kiedy Carlos zajął miejsce obok Roslyn. - Kiedy planujecie dzieci? - Mama Logana świdrowała mnie wzrokiem, jakby chciała czytać w moich myślach.
-Jeszcze nic nie planowaliśmy. - odpowiedział jej Logan za nas oboje. - Czas pokaże.
Byłam mu za to wdzięczni. W końcu to jego rodzice. A Twoi teściowe... - Powiedział jakiś wewnętrzny głosik. Tak, moi teściowie.
Usłyszałam dzwonek telefonu. Znajoma melodyjka z „Władcy Pierścieni”. Aliana wstała od stołu, chociaż nie przypominałam sobie, żeby przy nim siadała.
-Przepraszam,, to zajmie tylko chwilę. - oznajmiła i odeszła od stołu.
Nie słyszałam jak rozmawia, ale pani Henderson nie była z tego faktu zadowolona.
**Logan**
-I uważaj na siebie. - mama pogroziła mi palcem, zanim wsiadła do samolotu. - Nie chcę odebrać telefonu z policji, prosząc o zidentyfikowanie zwłok mojego syna...
-Mamo... - wywróciłem oczami, przypominając sobie kawał z okresu młodości. - To był tylko żart. I nie martw się, nic złego nie może się stać. Już dawno zmądrzałem.
-Dobrze. - westchnęła, przyciągając mnie do siebie i mocno przytulając. - Do zobaczenia, kochanie. Już tęsknię.
I ostatni raz wycałowała moje policzki. Patrzyłem jak wsiada do samolotu, razem z tatą, który nigdy nie lubił łzawych pożegnań. Kiwnął tylko głową, jakby był dowódcą wojskowym i odwrócił się w stronę pokładu.
Odwróciłem się do samochodu. Trochę musiałem się nachodzić, żeby dostać nowe tablice. Ale warto było. Przynajmniej zgubiliśmy tych bandytów, którzy już nie próbują się dobrać do naszego domu. Trzykrotnie wzmocniona ochrona. Ale odeślemy gości, kiedy wszystko się uspokoi.
Nie ja zajmuję się ochroną. Tylko James, który sprawdzi każdego na przewylot. Taki już jest. Nie zatrudni gościa bez szkolenia i czystej karty.
Do domu nie jechałem długo. Odkąd Kendall odkrył skrót przez szereg „żydowskich dzielnic”, jazda zajmuje nam znacznie mniej czasu. A inni jakoś nie mają zastrzeżeń. Przynajmniej nie roi się tu od przestępców. Handlarzy narkotyków, żywym towarem... A tych drugich darzyłem szczególną nienawiścią. Z wiadomych powodów.
Podjechałem pod dom, który wyglądał spokojnie. Może z wyjątkiem otwartych drzwi balkonowych i opalającą się na tarasie Jennifer, która nie miała na sobie nawet normalnej bielizny, tylko wyjątkowo odkrywające bikini.
-Nie uważasz, że włożyłaś na siebie trochę za dużo? - zapytałem, patrząc w górę. - Intymne zakątki też powinnaś sobie opalić.
-Zamknij się! - krzyknęła, nie spuszczając wzroku. - Moja sprawa, gdzie się opalam!
Pokręciłem głową, nie wiedząc, czy chodzi jej o nasz taras, czy punty nie przykryte ubraniem. Wszedłem do środka, gdzie zastałem Alianę, która walczyła z jakąś paczką.
-Co to jest? - zapytałem.
-Wasz prezent ślubny. - Wydyszała, odciążając kolejnego gwoździa i odkładając go do spodeczka.
-A czy to nie my powinniśmy go otwierać?
-Chcę sprawdzić, czy się nie pomylili. - wyjaśniła. - Nie chcę po raz drugi przeżywać tego samego.
-To znaczy? - uniosłem brwi, siadając za stołem i sięgając po banana.
-Ostatnio przysłali mi foto książkę jakiejś pary emerytów z okazji „Pięćdziesiątej rocznicy ślubu”. Nie chcę, żeby to się powtórzyło. Od tamtej pory sprawdzam i pakuję po swojemu.
Patrzyłem, jak wyjmuje z drewnianego pudełka ładną, oprawioną w skórę książkę i zagląda do środka. Pokiwała z zadowoleniem głową i wsadziła ją do papierowej torby w kwiatki.
-Nicole, pozwól do kuchni! - wrzasnęła, a kiedy tu przyszła, podała nam torbę. - Wasz prezent ślubny dotarł. Szczęścia na nowej drodze życia. Eee... Po raz drugi.
Oprócz książki, w środku były jeszcze czekoladki, ale my zainteresowaliśmy się bardziej książką niż słodyczami.
-No otwórzcie. - powiedział James, który razem z Kendallem stał w drzwiach. - Jesteśmy ciekawi, jakie będziecie mieli miny.
Książka była bardzo starannie zrobiona. Kartki były z grubego, błyszczącego papieru, a pod każdym zdjęciem...
Życie jest za krótkie, żeby nie kochać.” (Moje, wymyślone)
Wilki muszą być wolne, zwłaszcza, gdy są młode.” (Verba - „Młode wili”)
Pod zdjęciami było więcej opisów, ale nie zdołałem przeczytać wszystkich. Za szybko przewracaliśmy kartki. Na ostatniej stronie Były trzy płyty z naszymi zdjęciami i krótkim opisem.
„Zatańczmy jeszcze raz”, „Odmalowując wspomnienia” i „Z serc”. Nie za bardzo wiedziałem, co to znaczy, ale Carlos od razu podszedł bliżej. Pewnie, żeby nam to wytłumaczył.
-Na jednej jest film Jamesa, na drugiej playlista, którą wam ułożyliśmy, a trzecia to życzenia zbierane od przypadkowych ludzi. - powiedział, jak podejrzewałem. - Fani też tu są.
Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi, Nicole odwróciła się, żeby otworzyć.
Przed drzwiami stał jakiś chłopak.
-Witaj Nicole. - powiedział głęboki głosem.

-Jeff? - wykrzyczała, jakby nie wierzyła własnym oczom. - Co ty tu robisz? Jak mnie znalazłeś?  

czwartek, 6 marca 2014

64. Obiadokolacja w bezguściu

**Carlos**
Wszedłem do muzeum, mimo że Roslyn wyraźnie dała mi do zrozumienia, że nie chce, żebym ją odbierał. Mówi, że wycieczki szkolne to jedna wielka żenada dla przewodnika, którego dzisiaj ma „zaszczyt” zastępować.
Nie wiedziałem ile jest w tym prawdy, ale kiedy zauważyłem ją otoczoną grupką dziesięcioletnich dzieciaków... Cóż to był za widok!
-Na co się gapisz? - żachnęła. - Miałeś tu nie przychodzić!
-Naprawdę myślałaś, że przepuściłbym taką okazję? - zaśmiałem się, obejmując ją ramieniem. Czułem się trochę, jakbym zarzucał rękę na ramię Kendalla, bo była równie wysoka jak on. - Zabieram Cię na obiad.
-Obiad? Nie jest trochę za późno na obiad? - powiedziała, jakby cała złość zupełnie jej minęła.
-Za późno na obiad, za wcześnie na kolację... - udawałem myśliciela, żeby doprowadzić ją do śmiechu. Co dziwne, zadziałało. Bo zaczęła się śmiać.
-Przestań mnie rozśmieszać. - wykrztusiła. - Wiesz, że boli mnie od tego brzuch.
-Uwielbiam jak się śmiejesz. - oznajmiłem i pocałowałem ją głęboko. - W takim razie zjemy taką obiadokolację. - zaproponowałem.
-Dla mnie bomba. - pokiwała głową, uśmiechając się szeroko. - Alan, będę za pół godziny! - krzyknęła w stronę młodszego kustosza, kiedy wychodziliśmy.
Szliśmy w kierunku kawiarni, niedaleko muzeum. Ona sama wyglądała jak muzeum. Całą salę wypełniały dzieła sztuki z całego świata, co Roslyn śmiało nazywała „szczytem bezguścia”.
-Nie lubię tego wnętrza. - oznajmiła swobodnie, siadając przy stoliku. - Powinni się zdecydować. Albo ikony, albo piramidy. Nie można mieć wszystkiego.
-Wiesz, że każda kelnerka tutaj zna Twoje zdanie? - zapytałem, przeglądając listę dań. - Może ogranicz się z tym trochę i skup się na jedzeniu?
-Jak nam się skupić na jedzeniu, skoro widzę TO! - wskazała na stronę z napojami, przyozdobioną brokatowymi girlandami kwiatów i ogonów smoka. W lewym dolnym rogu widać było paszczę ogromnego, czerwonego smoka miotającego ogniem. - Albo Chiny, albo Francja.
Pokręciłem głową, kryjąc się za kartą. Doprawdy nie wiem, czego ona się spodziewała po restauracji o nazwie „Międzynarodowy Miszmasz”.
-Zamawiamy? - zapytałem, chcąc przerwać milczenie.
-Jasne. - pokiwała głową, składając książeczkę. - Dla mnie stek z frytkami i cola.
-Dzień niezdrowego żarcia? - zgadłem.
-Raz w tygodniu chyba mogę, co nie? - zapytała, wychylając się do przodu, a ja ją pocałowałem.
-A dla pana? - usłyszałem głos kelnerki, nagle zdając sobie sprawę z jej obecności.
-Pieczone ziemniaki i stek. - oznajmiłem, ukradkiem wsuwając w kartę banknot dziesięciodolarowy. - Dziękujemy.
**James**
Kendall wszedł do pokoju, niosąc dwie ogromne torby, które postawił na stoliku.
-Zrobiłeś zakupy? - zapytałem, odrzucając czytaną gazetę na kanapę. - Nie powinieneś tego rozpakowywać w kuchni?
-Powinienem. - odpowiedział, wyciągając z jednej z paczek pudełko wielkości szkatułki na biżuterię. - Wedle zamówienia. - powiedział, dając mi go w rękę.
-Jak Ci się to udało? - wstałem z kanapy, sięgając do pudełka.
Otworzyłem je szybkim ruchem ręki. Zobaczyłem kolię z diamentami i turkusami. Coś niebieskiego.
-Ja tam nie wiem, czy Jen będzie zadowolona. - Kendall wzruszył ramionami, - W końcu chcesz, żeby to włożyła na wasz ślub.
Spojrzałem na niego spode łba. A ten nadal patrzył na mnie, jakby zaczął gadać o pogodzie, czy czymś równie błahym i nieistotnym.
-Sugerujesz coś?
-Myślę, że powinna sama wybrać. - wyjaśnił. - Chyba każdy zauważył, jaka jest niezależna.
-Chciałbym, żeby to też był prezent przedślubny. - odparłem, kiedy podniósł torby i miał zamiar wyjść z pokoju. - Mam być tym...
-Odpowiedzialnym. - dokończył, stając już w drzwiach. - Przecież jesteś ten odpowiedzialny.
**Logan**
Byłem zdenerwowany. Za chwilę tu będą moi rodzice. Matko Przenajświętsza, dopomóż nam...
Kendall zrobił wszystko, nawet nakrył do stołu, a potem natychmiastowo się ulotnił, mówiąc, że idzie do kina i za żadne skarby świata nie chce być przytulany przez moją mamę.
-Może być? - usłyszałem głos Nicole, która stała w drzwiach naszej kuchni.
Miała na sobie niebieską sukienkę, która marszczyła się z tyłu. Na pewno nie była po Roslyn, bo była zbyt dopasowana i nigdy wcześniej jej nie widziałem.
-Wyglądasz przepięknie. - powiedziałem cicho, bo zaparło mi dech.
-Mam nadzieję, że Twoi rodzice mnie polubią. - powiedziała, sięgając do szafki po świeczki. - Jestem tak przerażona, że nawet sobie nie wyobrażasz.
-Kochanie... - podszedłem do niej, kładąc jej dłonie na ramionach. - Moi rodzice nie są tacy źli, po prostu...
I wtedy wpadłem na pomysł, żeby ją nabrać. Miałem nadzieję, że to rozładuje jej napięcie.
-A wiesz, że jestem adoptowany? - zacząłem, siląc się na poważny ton.
-Naprawdę? - Nicole uniosła brwi, spoglądając na mnie przez ramię. Oparłem brodę o jej ramiączko, tak, że nasze twarzy znalazły się bardzo blisko siebie.
-Tak. - pokiwałem głową. - Moi rodzice nie mogą mieć dzieci. Na początku sam, nie mogłem w to wierzyć, ale kiedy wszystko mi opowiedzieli, uciekłem z domu na kilka nocy. Wróciłem, kiedy ochłonęłam, a to naprawdę pomogło w przywyknięciu do rzeczywistości.
-Aż tak źle?
-Tego bym nie powiedział. - odpowiedziałem. - Moi rodzice są bardzo miłymi demonami, sama się przekonasz. Więc nie masz się czego obawiać i...
-Zaraz... - przerwała mi, odrywając dłonie od zapalniczki. - Demonami?
Uśmiechnąłem się do niej szeroko. Nicole Mierzyła mnie wzrokiem, jakby miała wbudowanego rentgena. Zrozumie kawał za pięć, cztery, trzy, dwa...
-Ty mnie wkręcasz! - ryknęła oskarżycielskim tonem.
-No jasne! - uśmiechnąłem się, próbując ją przytulić. - Od momentu „Jestem adoptowany”. No uśmiechnij się. - potrząsnąłem delikatnie jej ręką.
**Kendall**
Aliana siedziała przed komputerem. Nie wiedziałem, co robiła i jakoś nie interesowały mnie te sprawy. Dopiero jak podszedłem do niej z kubkiem herbaty, automatycznie zerknąłem jej przez ramię. Nie... Znowu on!
Na zdjęciu był ten cały Joseph. Nie wiedziałem, gdzie zostały zrobiony te zdjęcia, bo wykorzystano zwykłe, białe tło.
-Mieliście tą sesję? - zapytałem, siadając naprzeciwko. - Myślałem, że się nie umówiliście.
-To było wczoraj. - wyjaśniła, zerkając na mnie znad monitora. - Muszę je jeszcze obrobić, bo jego grafik został aresztowany...
-Aresztowany? - powtórzyłem, marszcząc brwi.
-Pewnie jakieś nieporozumienie. - wzruszyła ramionami. - Puki co, ja to zrobię. Nie masz się czym martwić. To tylko praca.
Uśmiechnąłem się do niej, a ona to odwzajemniła. Nagle drzwi mieszkania utworzyły się z hukiem i do środka wszedł Nate, targając torbę lekarską.
-Ciężki dyżur? - zapytała, odkładając komputer. - Odgrzeję Ci zupy.
-Dzięki siostra! - westchnął, opadając na kanapę. - Zaczynam dostrzegać uroki mieszkania w szpitalu. Chyba przenocuję tam jeszcze kilka nocy.
-A ta twoja koleżanka? - zauważyłem. - Przecież u niej miałeś zamieszkać.
-Jakiś koleś z ortopedii mnie ubiegł. - odpowiedział, zamykając oczy i zdejmując okulary. - Chwilowo pytam na izbie przyjęć. A z pielęgniarką nie zamieszkam.
-Czyżbym wyczuła nutę seksizmu? - powiedziała Aliana, stawiając przed nim miskę z zupą.
-Nie wiesz jakie one są okropne. - odpowiedział. - A skoro są okropne w pracy, to co dopiero w domu. Nie chciałabyś, uwierz mi.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i koniec... na dzisiaj. Pisałam to kilka godzin. Nie wiem ile w sumie, ale sporo. Po prostu zbrakło mi natchnienia, a moja „piosenka weny” nie zadziałała jak trzeba. Potem sięgnęłam do filmu i przyszło takie coś jak powyżej. Mam nadzieję, że się wam podobało. Dziękuję, że ze mną jesteście, to dzięki wam mam chęć dwa razy w tygodniu siadać do komputera i przez pół dnia pisać te dwie strony opowiadania. Początkowo OpenOffice, a potem dopiero kopiuj-wklej. Dziękuję za dotychczasowe 323 komentarze. Dziękuję, że jesteście.  

wtorek, 4 marca 2014

63. Eksmitacja

**Logan**
-Obezwładniliście ich... lemoniadą? - wykrztusił jeden z funkcjonariuszy, kiedy James skończył opowiadać całą historię z włamaniem.
-Tak. - zdecydowanie pokiwał głową. - Taką z prawdziwą cytryną. I na dodatek przeterminowaną.
Carlos zaśmiał się pod nosem i usiadł na jednym z foteli, stawiając po filiżance kawy przed dwoma policjantami. To on obudził nas wszystkich w środku nocy, mówiąc, że trzeba natychmiast zawiadomić policję. W końcu od tego są. Nicole spojrzała na mnie, jakby na coś czekała, a ja objąłem ją ramieniem, mając nadzieję, że to jakoś pomoże.
-Kiedy państwo zauważyli, że coś jest nie tak? - zapytał drugi, zaczynając ustalać szczegóły.
-A jak pan myśli? - warknąłem. - Wysadzili nam główny zamek ładunkiem wybuchowym.
-W takim razie jak udało się państwo zamknąć drzwi?
-Mamy jedno ekstra zamknięcie. - wyjaśnił Kendall. - Przymocowany w ścianie. Nigdy wcześniej nie używany na poważnie. Tylko testy serwisowe.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że splótł palce z dłonią Aliany, która siedziała obok zupełnie niewzruszona. Przynajmniej tak mi się wydawało.
-Co zrobicie w związku z tym? - zapytała Jennifer, jakby wyrwana z transu.
-Przyjęliśmy zgłoszenie. - oznajmił ten pierwszy, podsuwając Jamesowi kartkę do podpisania. - Teraz nasz szef zdecyduje co powinniśmy z tym zrobić. Zebraliśmy dowody, więc można już wezwać ślusarza.
-Odprowadzę panów. - zaoferował Carlos, podnosząc się z fotela i idąc za policjantami.
Kiedy wyszli, Roslyn uderzyła otwartą dłonią w kauczukowy stolik, tak, że zabrzęczał jak afrykański bęben. Szkoda, że się nie złamał, nigdy go nie lubiłem.
-Rossie, spokojnie. - powiedziała Aliana, odzywając się po raz pierwszy od dłuższej chwili.
-Jak mam być spokojna? - warknęła. - Ci dranie omal nie porwali Nicole i ja mam być spokojna?
Poderwała się z kanapy jak poparzona, a Jen tylko wzruszyła ramionami. To oczywiste, że wszyscy się przejmowaliśmy, ale zachowaliśmy zimną krew. Dopiero Roslyn pękła.
-Jessie... - zaczął Carlos, wracając do pokoju.
No tak... Kiedy się denerwował, mylił zdrobnienia, chociaż to jeszcze w miarę pasowało. Właśnie. W miarę.
-Nie nazywaj mnie tak! - warknęła, w miarę cichym tonem.
Carlos podniósł ręce w geście obronnym i spojrzała na mnie i Nicole. Uśmiechnął się nieśmiało i chwycił dłoń Jennifer.
-Chodźmy spać. - powiedział cicho i wszyscy wstaliśmy. Było już ciemno.
Zanim zgasiłem światło, zdołałem przeczytać godzinę na zegarku. Druga w nocy.
**Aliana**
Jakiś uporczywy dźwięk wyrwał mnie ze snu. Dopiero pop kilku sekundach zorientowałam się, że to dzwonek mojego telefonu. Leniwie podniosłam rękę, ostrożnie uwalniając ją z objęć Kendalla. Odebrałam, nie spoglądając na wyświetlacz.
-Halo. - odezwałam się głosem, który nawet mi wydał się zaspany.
-Aliana, tu Izzy! - usłyszałam jej typowo rozgorączkowany ton. - Coś z Nate'm!
Na te słowa, podniosłam się gwałtownie, czując na plecach rękę Kendalla, który w ten sposób próbował mnie skłonić do powrotu do spania.
-Co się stało? - zapytałam, nagle orzeźwiona.
-Nie wiem, ale podejrzewam, że mieszka w szpitalu.
-Co?
-No tak. Wezwaliśmy go jakieś pół godziny temu, a on wyszedł z dyżurki, przecierając oczy. A według grupy pielęgniarek nocuje tam od kilku dni. A jakby tego było mało, w gabinecie trzyma worek z ciuchami!
Wysłuchałam jej relacji, wysoko unosząc brwi.
-Gdzie on teraz jest? - zapytałam, wyciągając z torby bawełnianą sukienkę i bieliznę.
-Ma wyrywkowy dyżur. - wyjaśniła. - Był wypadek kolejki i brakuje lekarzy.
-Zaraz będę. - oznajmiłam, odkładając słuchawkę i wyskakując do łazienki.
Ubrałam się zadziwiając szybko. Przed tym wzięłam szybki prysznic i zabrałam z szafki kluczyli do samochodu Jamesa. Nie powinien się gniewać.
Jechałam szybko. Na tyle szybko, żeby ominąć korki w centrum i po pół godzinie znaleźć się pod szpitalem. Już z parkingu widziałam jak karetki przyjeżdżają i odjeżdżają, zabierając od pielęgniarek torby dodatkowych materiałów opatrunkowych.
Wtargnęłam do izby przyjęć i rozejrzałam się po oszklonych drzwiach pokoi zabiegowych. Nate'a znalazłam zadziwiająco szubko. Wyjmował jakiś pręt z ramienia dzieciaka.
-Mieszkasz w szpitalu? - zapytałam, nie robiąc sobie niczego z oburzonych spojrzeń pielęgniarek, które łypały na mnie spode łba.
-Aliana, jestem zajęty, nie widzisz? - powiedział, sięgając po nożyczki chirurgiczne.
-Pójdę sobie, jak tylko mi powiesz gdzie mieszkasz. - ostrzegłam go, a drugi lekarz pokręcił głową, patrząc na pielęgniarkę, która miała zamiar mnie wyprowadzić. - Mieszkasz w szpitalu?
Nate odłożył odłamek na tackę wypełnioną alkoholem. Dopiero, kiedy spojrzał mi w oczy, zauważyłam, jak wyraźne są jego sińce za okularami. Jego druciane oprawki były przekrzywione, jak zwykle zresztą. Pewnie znowu jakiś dzieciak na nich usiadł, kiedy odwrócił się na chwilę.
-Skąd wniosek, że mieszkam w szpitalu? - zapytał, zabierając się za kolejny odłamek.
-Izzy ma podstawy, żeby tak twierdzić. - odpowiedziałam. - Więc co się stało?
Nate milczał, nie przerywając czynności. Wiedziałam, jak bardzo podzielna ma uwagę, więc jest mu bez różnicy, o czym się z nim w tym czasie rozmawia. Równie dobrze mógł prowadzić dyskusję o kolejnym sezonie „Plotkary” i wykonywać operację na otwartym sercu.
-Eksmitowali mnie z mieszkania. - oznajmił po dłuższej chwili. - Właściciel znalazł dobrego kupca, który chciał się natychmiast sprowadzić.
-Dlaczego mi nic nie powiedziałeś? Mógłbyś się sprowadzić do mnie. - powiedziałam spokojnie, chociaż w środku gotowałam się z nerwów. - Mieszkanie będzie stało puste przez kilka następnych dni. Mógłbyś spokojnie mieć całą przestrzeń dla siebie.
-Nie chciałem cię martwić. - odparł lekceważąco. - Zaraz stanęłabyś na głowie, żeby dokopać facetowi od którego wynajmowałem. A tego nie chciałem.
-Więc co teraz zamierzasz zrobić? - zapytałam, krzyżując ręce na piersiach.
-Na początku pogadam z Kiarą z chirurgii. - odpowiedział. - Słyszałem, że szuka współlokatora. A teraz wybacz, mam dużo pracy. Musze to wyciągnąć tutaj, bo nigdzie nie ma miejsca.
-Jasne. - pokiwałam głową. - Przyjdź do mnie, jeśli nie będziesz miał gdzie spać.
-Będę pamiętał, siostrzyczko. - uśmiechnął się przez maseczkę chirurgiczną. - Kocham Cię.
-Ja ciebie też. - odparłam i wyszłam z sali.
**James**
Do śniadania wstaliśmy dopiero przed południem. Wcześniej odebraliśmy SMSa od Aliany „Jestem u Nate'a. Wzięłam Samochód Jamesa.”. Był na telefonie Kendalla, ale i tak każdy z nas go widział.
Nie zamknęliśmy drzwi. Po prostu wzięliśmy dodatkowego ochroniarza, żeby pilnował naszych drzwi. A potem powiedzieliśmy mu, żeby wpuścił Alianę, kiedy wróci.
Siadaliśmy już do stołu, kiedy drzwi się otworzyły i rozległ się stukot płaskich pantofli. Stawiałem właśnie talerze na stole, kiedy mignął mi beżowy płaszcz Aliany.
-Co się stało, że tak zniknęłaś? - usłyszałem głos Kendalla i wyjrzałem do przedpokoju.
Na środku dywanu stali Alie i Kenny, obejmując się mocno i całując. Podszedłem do nich bliżej, ale oni nic sobie z tego nie robili.
-Właściciel sprzedał jego mieszkanie. - wyjaśniła. - A nowy chciał się natychmiast sprowadzić.
-I tak po prostu wyrzucił twojego brata na bruk? - zapytałem, kiedy już się od siebie oderwali, a Nicole wyszła z sypialni Logana.
-Na to wygląda. - westchnęła. - Nie miał za wiele czasu, ale powiedział, że pogada z koleżanką, która szuka współlokatora. Może to mu jakoś pomoże.
-I to wszystko? - Nicole uniosła brwi.
-Powiedziałam, żeby przyszedł do mnie, jakby nie miał gdzie spać. - odpowiedziała, sypiąc pieprzu do zupy Kendalla, nie wiedzieć czemu wiedziała, że jeszcze jej nie doprawił. - To jest na obiad?
-Tak, będą moi rodzice. - odpowiedział Logan, wchodząc do kuchni. - Kendall obiecał, że dopilnuje jedzenia, żeby byli zadowoleni.
-Bardzo się wściekli, że nie zaprosiłeś ich na ślub? - zapytała, mieszając w kalafiorowej.
-Sami pobrali się po kryjomu, więc zrozumieli.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No, i to by było na tyle... Idealnie nie jest, bo pewnie nie zdołałam zapanować nad błędami. Trochę nazmyślałam, trochę sobie pożartowałam... Ale myślę, że nie wyszło tak źle.

No cóż... Liczę na wasze opinie. I pozostaje mi tylko powiedzieć: Do czwartku! Trzymajcie się cieplutko!