wtorek, 18 marca 2014

67. Adres

**Logan**
-Dzień dobry. - usłyszałem głos Nicole, która weszła do pokoju.
Wczorajsze sceny powoli ulegały zatarciu, ale wiedziałem, że Nicole prędko tego nie zapomni. Nie miałem pojęcia czego on chce, ale jestem pewny, że gdyby wszystko zależało od niej pewnie już by go nie widywała. Z drugiej strony, trudno było mi uwierzyć, że to jej brat.
-Dzień dobry. - odpowiedziałem, odsuwając jej krzesełko. - Jak moja śpiąca królewna? - zapytałem, całując ją w policzek.
-Nie wiem, mocno spałam. Ale czuję się fatalnie. - westchnęła. - Jeszcze trochę, a będą mnie na sygnale wieźli do psychiatryka.
-Nie mów tak. - mruknąłem. - To tylko lekki zakręt. Nie martw się, wszystko się wyprostuje.
-Chciałabym w to wierzyć. - powiedziała, sięgając po talerz z ciastkami zbożowymi. - Nie znasz Jeffa. Byłby gotowy zabić za prochy.
-Co bierze? - zdołałem zapytać, zanim zdążyłem ugryźć się w język.
-Wszystko. - odparła bez wahania. - Bierze co znajdzie, kupi, albo ukradnie. Często to robi.
Czyli on jest... - pomyślałem, zalewając kubek kawy. - kieszonkowcem. Teraz mogłem tylko się domyślać. Nie śmiałem zapytać Nicole, bo to był dla niej za delikatny temat.
-Co robisz? - jej cichy, delikatny głos wyrwał mnie ze snu. - I gdzie są Kendall i Aliana?
-Wyszli, zanim jeszcze wstałaś. - odpowiedziałam, stawiając przed nią kubek i tacę z rogalikami. - Nate poprosił ich o jakąś pomoc, ale nie wiem o co chodzi.
Po dłuższej chwili usiadłem naprzeciwko niej. Wyglądała na zmęczoną. Nie dziwię się. W głębi duszy miałem nadzieję, że jej „brat” nie ma tego adresu i tu nie przyjdzie.
-Muszę iść do pracy. - powiedziała nagle, wstając i zabierając z kanapy rzeczy, które przygotowała jej Aliana.
-Byłem pewny, że masz wolne. - powiedziałem, wychylając się, żeby spojrzeć na drzwi łazienki, za którymi zniknęła.
-W zleceniu szef ma mnie na wyłączność. - odkrzyknęła. - Muszę iść. Odwrotu nie ma.
-To mu powiedz, że jesteś chora. - zaproponowałem. - Dzisiaj nie powinnaś iść do pracy.
-Muszę iść, uwierz mi. - ciągnęła dalej, wyskakując z toalety. - Szofer będzie po mnie za jakieś piętnaście minut.
-Dostałaś szofera? - wykrztusiłem ze zdziwieniem. - Nic mi nie mówiłaś.
-To kierowca mojego szefa. - wyjaśniła, nakładając szminkę. - Wysłałam mu rano SMSa, że nie nocuję u was. Nie było z tym problemu.
Wtedy mnie olśniło... To było trochę prawdopodobne, ale głowy bym nie dał. Nawet całkiem możliwe. Tylko jak...
-Agencja w której pracujesz ma masz adres? - zapytałem, podchodząc coraz bliżej.
-Tak, bo przecież... - nie dokończyła, tylko zakryła sobie usta dłonią. - Myślisz, że Jeff był w agencji? - zapytała, biegnąc do sypialni i wynosząc swoją torebkę.
-Bardzo możliwe. - wzruszyłem ramionami. - Ten adres też mają?
-Tylko numer bloku. - oznajmiła. - Dobra, muszę iść, pa.
I obdarzyła mnie szybkim całusem. W tym samym czasie drzwi się otworzyły i do środka weszła Jennifer. Wzruszyła tylko ramionami, kiedy Nicole ją minęła.
**Kendall**
-Co się dzieje? - Aliana naskoczyła na Nate'a, jak tylko wpadła do sali zabiegowej. - Znowu masz problemy mieszkaniowe?
-Nie. - pokręcił głową, szukając czegoś w szufladzie. - Przytuliłem się na jakiś czas do Schulza z okulistyki...
-To wy macie tu okulistykę? - przerwałem mu, kiedy wyciągnął z szuflady kilka par nożyczek w foliowych torebkach.
-Tak, od pięciu lat. - odpowiedział, wskazując nam dwa taborety pielęgniarskie. - Ale nie w tym rzecz. Twoja fundacja szuka pracy i szkoleń dla skrzywdzonych kobiet, prawda?
Oczy Aliany powiększyły się dwukrotnie, a ona przygryzła wargę. Nie wiedziałem dlaczego, bo jakoś nie było w jego słowach niczego niepokojącego.
-No i? - odezwała się, okręcając dookoła, podtrzymałem ją, żeby się nie wywróciła.
-Na urazówce leży taki bogaty facet. - wyjaśnił, drapiąc się po nosie. - Organizuje szkolenia, zapewnia miejsca pracy w swojej firmie... - wymieniał. - Szuka ludzi, którym naprawdę zależy na pracy. Od słowa do słowa i opowiedziałem, czym się zajmujesz.
-A on? - spytałem, pochylając się do przodu.
-Zostawił teczkę z kontaktem i broszurami informacyjnymi. Gdzieś ją tu miałem... - odparł powoli, rozglądając się po biurku. - Później Ci przyniosę. Facet wszystkie sprawy załatwia tutaj przez laptopa. Dał trochę kasy na szpital, niby anonimowo...
Uśmiechnąłem się na słowo „niby”. Nie wiedziałem, co Nate chce przez to powiedzieć. Wiem, że o słynie z dość nietaktownego poczucia humoru, ale można się do tego przyzwyczaić.
-Koleś jeszcze trochę tu poleży, więc możesz z nim pogadać, kiedy chcesz. - zakończył. - To jak? Chcesz z nim teraz porozmawiać?
-Nie, teraz nie. - pokręciła głową. - Najpierw musiałabym przejrzeć tą teczkę. Powiedz lepiej, jak sobie radzisz. Wygładzasz na zmęczonego.
Aliana miała rację, jak zwykle zresztą. Nate miał spore sińce pod oczami, jakby nie spał porządnie od kilku dni. Chociaż pewnie nie powinienem się temu dziwić, bo w końcu on... Ratuje życie innym, a przy tym nie da się porządnie wyspać.
-Taka praca. - wzruszył lekceważąco ramionami, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. - Już dawno przywykłem, nie martw się, siostra. Jestem...
Nie zdołał dokończyć, bo do gabinetu wpadła jedna z pielęgniarek, a zaraz za nią żołnierz z dziewczynką na rękach.
-Doktorze Hamilton, mamy postrzeloną piętnastolatkę! - krzyknęła, kiedy ten wojskowy kładł dziewczynkę na stole zabiegowym. Pod czapką zauważyłem jasne blond włosy.
-Napadnięto was? - zapytał, w pośpiechu rozpinając bluzkę dziewczyny, która krzywiła się z bólu.
-Nie wiem, nikogo nie widziałem. To się stało za szybko. - powiedział zachrypniętym głosem. - Upadła prosto na mnie, zaraz po tym, jak mnie wyprzedziła.
Nate spojrzał na niego ze zdziwieniem w oczach. Aliana też sprawiała wrażenie, jakby zobaczyła trupa. Lekko zbladła. Dopiero po sekundzie zorientowałem się gdzie jestem. Staliśmy pod ścianą sali zabiegowej w szpitalu Nate'a. Było spokojnie, ale tylko przez chwilę.
-Will Montgomery? - zapytał Nate, kombinując coś przy ranie dziewczynki. - Stary, nie poznałem Cię. Dalej w wojsku?
-No, jak widzisz. - odpowiedział, trzymając dziewczynkę za rękę. - Po śmierci mamy wróciłem do kraju i wziąłem Lilę do siebie.
-Lepsze to, niż dom dziecka, co? - odezwała się ta mała. Miała wyraźne problemy z oddychaniem, ale uśmiechała się szeroko. - Poza tym ktoś musi dopilnować Willa.
Will uśmiechną się po żarcie... Nie wiem, kim ona była. Ale chyba jego siostrą. Przynajmniej tak to wynikało. Nate nadal pracował nad raną Lili.
-Nie wygląda to źle, ale tutaj nie dam rady wyjąć pocisku. - oznajmił, kiedy prowizorycznie opatrzył ranę małej. Poczułem, jak palce Aliany zaciskają się na mojej dłoni. - Jedziemy na blok operacyjny. Dopilnujesz formalności?
-Jasne. - pokiwał głową, głaszcząc dziewczynkę po głowie. - Trzymaj się siostrzyczko. - pocałował ją delikatnie w czoło, zdejmując czapkę . Dopiero teraz zauważyłem bliznę pod jego okiem. - Dalej nie mogę już iść.
Zadzwonił mój telefon. SMS.
Od: James
W klubie rodzinnym za pół godziny.” Sztywno, co?
Zmarszczyłem brwi, coś było nie tak. Nie codziennie James tak spontanicznie ustala spotkanie. Te rzeczy „nie tak” zaczynały mnie mocno męczyć.
-Kendall, poznaj Willa, naszego dawnego przyjaciela. Chodziliśmy do jednego liceum. - głos Nate'a wyrwał mnie z zamyślenia. - Will, to jest Kendall, narzeczony Aliany. A ta wiewióra obok niego to Aliana, na wypadek, gdybyś nie poznał.
-Wypiękniałaś. - powiedziała Lila, zanim zniknęła nam z pola widzenia.
Wyszliśmy z sali, zmierzając w kierunku poczekalni na izbę przyjęć. Ten Will... on był bardzo zdenerwowany i nawet mu się nie dziwiłem. W końcu jego siostra przed chwilą została postrzelona. Z drugiej strony, wraca kolejny dobry znajomy. Dziwny zbieg okoliczności.
-Jak to się stało? - zagadnęła go Aliana, siło zmuszając go, żeby usiadł na jednym z wmurowanych krzeseł.
-Aliana, nie wiem. - powiedział, rozkładając dłonie ze zdenerwowania. - Musiałbym się nad tym zastanowić.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, że tak słabo wyszło. Miałam nadzieję, że wyjdzie więcej opisów, a jak próbowałam dopisywać, to wychodziło bez ładu i składu. Dlatego to jest ta pierwotna wersja. Dlatego, Ada... pisząc notkę myślałam o Tobie. Jesteś taką najwierniejszą czytelniczką i za to Ci dziękuję.

Wyszło, jak wyszło. Na czwartkowe dwie strony postaram się bardziej, obiecuję. Trzymajcie się cieplutko.  

4 komentarze:

  1. Jest gites :) aliana wiewiora, no ja bym sie obrazila albo tracila przynamniej z lokcia :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie doceniasz się kochana. Fajnie wyszedł ten rozdział, no i dobrze że nie ma opisów bo to jest moim utrapieniem od czasów lektur szkolnych. Zawsze omijałam długie opisy. Najlepiej i szybko czyta się dialogi, poza tym one mówią same za siebie i nie trzeba dodawać zbędnych opisów, a czytelnik i tak wie o co chodzi. :) Dzięki za wyróżnienie :3

    OdpowiedzUsuń
  3. Wyszło bardzo fajnie ;)
    Nie wiem co Ci tu nie pasuje :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się z resztą. Rozdział naprawdę świetny.

    OdpowiedzUsuń