wtorek, 25 marca 2014

69. Śniadanie do łóżka

**Aliana**
Późno wróciłam do domu. Pierwsze, co zobaczyłam po otwarciu drzwi, to Kendall siedzący na krześle przy stole z porozkładanymi papierami.
-Nie śpisz? - zapytałam, odwieszając torebkę na komodę pod wieszakami.
-Czekałem na Ciebie. - odpowiedział cicho, składając papiery do teczki. - Długo Cię nie było.
-Tak wyszło. - wzruszyłam ramionami. - Czemu nie przyjechałeś do szpitala? Myślałam, ze będziesz z innymi, po tym jak pomogłeś mi rozkręcić akcję z krwią.
Kendall uśmiechnął się pod nosem. Nie wyglądał na zmęczone, ani na smutnego. Przeciwnie. Emanowało od niego jakieś specyficzne skupisko energii.
-Nie pojechałem, bo nie mogłem oddać krwi. - wyjaśnił. - Od mojej transfuzji nie minęło jeszcze pół roku. Znasz zasady.
-Znam. - pokiwałam głową, podchodząc do blatu kuchennego. Chciałam wstawić wodę na herbatę, ale zauważyłam, że czajnik jest gorący. - Nie mogę zrozumieć Nate'a. - powiedziałam nagle, wsypując herbatę granulowaną do kubka.
-Czemu? - odparł Kendall, stawiając swoją torbę na stole. - Myślałem, że nie ma teraz żadnych problemów. Było spokojnie.
-Nie o to chodzi. - jęknęłam, siadając naprzeciwko niego. - Według niego najlepsze rozwiązania, to te z największym ryzykiem. Nie rozumiem go czasami.
-Pewnie bywa, że on samego siebie nie rozumie. - zaśmiał się, odkładając torbę na podłogę.
Uśmiechnęłam się pod nosem i uniosłam kubek pod brodę, czując parę z gorącego napoju.
-Co z Lilą? - zapytał po chwili ciszy. - Nic o niej nie mówisz.
-W porządku. - odparłam. - Transfuzja dobrze się przyjęła. Obudziła się jakieś pół godziny temu. Może nawet dłużej. Trochę pożartowała i zasnęła.
-A Will? - zapytał, kiedy piłam herbatę. - Jak on sobie radzi?
Wzruszyłam ramionami. Nie znał Willa tak, jak ja, więc miał prawo nie przewidzieć jego reakcji. Chociaż właściwie... Obaj są tak samo skomplikowani.
-Przejmuje się. Ma wrażenie, ze coś przeoczył, czy... Nie dopatrzył. - odpowiedziałam. - Jutro zajrzę do szpitala po pracy i zobaczymy jak oboje się czują.
-Idziesz jutro do pracy? - zmarszczył brwi. - Myślałem, że mamy wolne.
-Nie Kendall. - powiedziałam, wstając od stołu i wyrzucając do zlewu fusy z herbaty. - Wy macie wolne. Idziemy spać?
**Jennifer**
Z samego rana poczułam zapach spalenizny. Uniosłam delikatnie głowę i pierwsze, co zauważyłam to brak Jamesa. Usiadłam na łóżku i w tej właśnie chwili przyszedł James z tacą jedzenia.
-Hej, kochanie. - powiedział z uśmiechem, stawiając mi tacę na kolanach. - Jak się spało?
-Czy coś się pali? - zapytałam, patrząc na niego z zaciekawieniem.
-Nie, to tylko Logan smaży jajecznicę dla Nicole. - machnął lekceważąco ręką. - Jedz, jedz.
Wywróciłam oczami i pochyliłam się nad jedzeniem. Musze przyznać, że wyglądało znakomicie. Tosty i dużo masła. Tak jak lubię.
-Co to, jakieś święto? - zapiszczałam, łamiąc bułeczkę na pół. - Dawno nie przynosiłeś mi śniadania do łóżka. Jestem niezwykle zaskoczona.
James uśmiechnął się szeroko. Widać, był wypoczęty. Ja właściwie też. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mocno spałam.
-Kawa dla mamusi. - oznajmił David, wchodząc do sypialni z kubkiem gorącego napoju w dłoniach. - Dzień dobry.
-Dzień dobry. - odpowiedziałam. - Dziękuję.
Naszą sielankę przerwało jakieś szuranie na korytarzu. James ze zdziwieniem patrzył na otwarte drzwi.
-Cholera! - krzyknął Logan, zanim coś gruchnęło. - Następnym razem zamawiam katering!
-Logan, co ty wyprawiasz? - krzyknął, wychodząc z pokoju.
-Niosę Nicole śniadanie! - odkrzyknął wściekły. - A co Cię to obchodzi?
James odwrócił się do mnie, krzywiąc się z zakłopotania. Uśmiechnęłam się na widok jego miny. On to potrafi podsumować wszystko jednym wyrazem twarzy.
-Schodzicie na... - usłyszeliśmy głos Carlosa, który stanął w drzwiach naszej sypialni, ale kiedy zobaczył, co się dzieje w środku, natychmiast się wycofał. - Posprzątam u Kendalla.
Parsknęłam śmiechem, omal nie opluwając Davida resztkami bułki.
**Roslyn**
-Jestem wściekła! - krzyknęłam, wchodząc do mieszkania, gdzie Aliana podłączała aparat do komputera. - Ostatni raz odwalałam robotę za tego frajera!
Aliana wyprostowała się i spojrzała na mnie, unosząc jedną brew. Potem, typowo dla niej, zmarszczyła usta w dzióbek i kliknęła coś na oślep w laptopie.
-Znowu Robert? - zgadła, sięgając to torby na swój sprzęt.
-Żeby tylko... - prychnęłam, otwierając szafkę i wyjmując butelkę wina. - Chcesz? - zapytałam.
-Nie i ty też nie powinnaś. - odpowiedziała.
No, łatwo jej powiedzieć. Nie ma tak beznadziejnego szefa jak ja, który... Zna się na sztuce jak świnia na fryzjerstwie. Chociaż szczerzę wątpię, że się zna i nie chce mu się wykonać roboty.
-Może nie powinnam, ale muszę. - wzruszyłam ramionami, sięgając po kieliszek. Zawahałam się na chwilę, zastanawiając się, czy lepiej nie pić z gwinta. - Jakoś odreagować. Aliana, to nie jest takie proste. Widzę, że mam szefa, który zastępuje nowego, ale on zupełnie nie nadaje się do pracy w muzeum. Widzę, jaki ma do tego stosunek. Jakby był... na jakimś pieprzonym skazaniu.
Niespodziewanie Aliana wyjęła mi z ręki butelkę i zapieczętowała z powrotem.
-Co ty... - zaczęłam, ale ona szybko schowała wino do szafki i zamknęła na kluczyk.
-Nie ma. - powiedziała krótko, chowając kluczyk do kieszeni spodni. - Nie będziesz piła, rozumiesz? - powiedziała ostro.
Przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem, ale ona szybko ustąpiła, podchodząc do drzwi i chcąc je zamknąć, ale przystanęła na chwilę patrząc na coś, albo na kogoś na klatce.
-A co ty tutaj robisz? - zapytała, wzruszając ramionami.
-Raczej, co Ty tu robisz? - usłyszałam męski głos i szybko podbiegłam, żeby zobaczyć co się dzieje.
Na klatce schodowej stał mężczyzna około trzydziestki. Miał na sobie codzienny mundur naszej armii, a w ręku trzymał czapkę.
-Mieszkam tu. - odpowiedziała Aliana wyzywającym tonem.
-Nie, to ja tu mieszkam. - powiedział, jakby to było coś oczywistego.
Aliana rozejrzała się po mieszkaniu i spojrzała na mnie, jakby mi chciała coś powiedzieć.
-Poznajcie się. - oznajmiła po chwili. - Will, to jest Roslyn Waker, moja przyjaciółka. Roslyn, to Will Montgomery. Chodził z Nate'm do liceum.
Przybysz wszedł na schody i wyciągnął rękę w moim kierunku.
-Jestem Will. Miło mi Cię poznać. - powiedział, uśmiechając się do mnie nieśmiało. - A teraz przepraszam, muszę się przebrać i iść do pracy.
I poszedł na górę, a j gapiłam się bezsensownie na jego plecy.
-No to już wiemy, kto zajął mieszkanie po Evansach. - powiedziała powoli Aliana, wpychając mnie do środka i zatrzaskują drzwi. - A ty nie będziesz piła. Zapomnij! Naucz się inaczej zwalczać problemy! Bo to nie jest żaden sposób.
**Kendall**
Rzuciłem torbę na kanapę i otworzyłem naszą encyklopedię, chcąc znaleźć formułę o krwiodawstwie po transfuzji. Bo to musiało być gdzieś zapisane.
-Czego szukasz? - zapytał James, wchodząc do salonu.
-Informacji o oddawaniu krwi po przetoczeniu. - odpowiedziałem, wciąż wertując wielką księgę.
-Nie szukaj. - powiedział natychmiast wyjmując mi z rąk książkę i odkładając na regał. - Słyszałeś, co powiedział lekarz. Dopiero za pół roku będziesz mógł się w ten sposób wysłużyć.
-No, jak zdążę przed następną. - prychnąłem, siadając naprzeciwko niego na fotelu.
-Co masz na myśli? - zapytał dziwnym tonem.
-Oj proszę cię... - jęknąłem, opierając głowę o ramę fotela. - Nie mów, że nie zauważyłeś, jak często trafiam do szpitala. O utracie krwi nie wspominając.
Reakcja Jamesa całkowicie mnie rozbiła, bo ten jak gdyby nigdy nic parsknął śmiechem.
-Nie rozumiem, skąd wniosek, że to się powtórzy w ciągu następnych trzech miesiącach. - wzruszył ramionami. - Jestem pewien, że wytrzymasz i nie zrobisz sobie krzywdy przez najbliższe pół roku.
-Skąd ta pewność? - mruknąłem.
-Po prostu wiem. - odpowiedział z przekonaniem w głosie. - Założymy się?
-Jasne. - uścisnąłem jego dłoń, znając moją tendencję do wpadania w kłopoty. - Zakład.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jakoś dałam radę... Mam mało czasu i jakoś dziwnie mnie nosi. Dziwniej niż zazwyczaj. Wczoraj się na wieczór popłakałam. I to na czym? Na jakimś serialu dla nastolatek. Nie wiem czemu, w ogóle byłam w podłym humorze. Dobra, nie ważne. Mam nadzieję, ze się wam podobało. Do czwartku!  

5 komentarzy:

  1. - czy cos sie pali?
    - nie, to tylko logan smazy jajecznice dla nicole :D
    jak gdyby nic... niezbyt udana gastronomia logana to chyba codzienność haha. biedna nicole :)
    i jeszcze paczam na tytul: sniadanie do lozka a obok liczba 69 :) ale ze mnie zboczeniec. czekam na nn

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaki zajebisty poranek :3 Czyżby tylko James był wykwalifikowany w podawaniu śniadania do łóżka? Reszta robiła to bardzo nieporadnie, ale i zabawnie :P Strasznie mi się spodobał ten rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Śniadanie podane przez Logana, chociaż spalone i tak musi być smaczne :).
    Uwielbiam Twojego bloga ;). I czekam na następny rozdział <3.

    OdpowiedzUsuń
  4. Biedna Nicole kiedyś trafi do szpitala z jakimś zatruciem pokarmowym ;)
    Rozdział super. ;*

    OdpowiedzUsuń
  5. Haha
    Najlesze śniadanie do łóżka. Ciekawa jestem czy Nicole smakowało??
    Rozdział super <3

    OdpowiedzUsuń