czwartek, 29 maja 2014

88. Uratujcie go!

**Logan**
Umówiłem się z Kendallem w obuwniczym, ale on nie przyszedł. Po pięciu minutach, znudziło się przymierzanie butów i poszedłem do jednej z głównych alejek. Pewnie kupuje prezenty na spotkanie rodzinne. Wymieniają się tym, czego właśnie potrzebują, ewentualnie, czym się interesują. Niezła tradycja. Podobno mają tak co roku.
Wszedłem do korytarza między antykwariatem i apteką. Pod księgarnią było niezłe zbiegowisko. I pogotowie. Tylko, co oni tu robią? Poczułem, że coś jest nie tak. Nie wiem, dlaczego, po prostu poczułem. Coś mnie niepokoiło, tylko nie wiedziałem co.
-Przepraszam. - mówiłem, próbując się przepchać przez tłum. Nie wiem, czy to ciekawość, czy po prostu... Niepokój.
Kiedy dopchałem się do przodu zbiegowiska, krew zamarzła mi w żyłach. Na noszach leżał Kendall. W okropnym stanie.
-Shane, podaj mu tlen. - krzyknęła jedna z sanitariuszek. - Zaczyna tracić oddech.
-Kendall... - krzyknąłem, próbując podejść bliżej. - Co się z nim stało?
Służba medyczna przejrzała na mnie z dość dziwnym wyrazem twarzy. Nie wiem, dlaczego ale zaczęli po sobie spoglądać porozumiewawczo.
-Rodzina? - zapytała jedna z sanitariuszek, która zakładała Kendallowi maskę tlenową.
-To mój brat. - odpowiedziałem, podchodząc bliżej, kiedy lekarz go osłuchiwał. - Co mu się stało?
-Pobicie. - odpowiedziała ta sama sanitariuszka. - Zabieramy go do Szpitala Okręgowego. - Ma pan kontakt do jego żony? Zauważyłam, że ma obrączkę na palcu.
-Tak, oczywiście. - Powiedziałem, kładąc mu dłoń na ramieniu, ale on nawet się nie poruszył. - Czy on... Czy z tego wyjdzie.
-Chyba ma odmę. - odpowiedział lekarz, zakładając sobie stetoskop na szyję. - Nie słyszę oddechu. Wentyluj go. Bierzemy go natychmiast. W karetce spróbuję go zaintubować.
Okryli Kendalla kocem i podnieśli nosze, kierując je w stronę windy. Nie pozwolili mi iść dalej. Westchnęłam i wyciągnęłam telefon z kieszeni. Trzeba powiedzieć Alianie.
**Carlos**
Siedziałem na dachu naszego domu. Jak mieszkałem u taty, też lubiłem tak przesiadywać. Nawet James mnie zostawił. Pomyślałem, ze może on jakoś... No, że mnie przynajmniej wysłucha. Wiem, że on ma dziecko i narzeczoną... Nie wspominając już o tym, że teraz poczułem się strasznie samotny. Nic dziwnego.. W końcu Roslyn musiała wyjechać na szkolenia. I to na cały tydzień. Tego już za wiele. Musze się komuś wygadać. Nicole odpada. Wtedy przyznałbym jej rację. No i Logan... Też nie, bo zaraz wygadałby Nicole. A Kendallowi i Alianie nie przerwę miesiąca miodowego. Nie ma mowy.
-Carlos? - usłyszałem za plecami głos Jamesa. - Wszystko w porządku?
-Tak, nic mi nie będzie. - mruknąłem, nie odrywając wzroku od naszego ogrodu za domem. - Nie przejmuj się. Wiem, ze jesteś zajęty.
-Stary, przepraszam. - powiedział James, przysiadając obok mnie. - Nie chciałem, żeby tak wyszło. Chciałem tylko spędzić z Jen trochę czasu. Znaczy... teraz, kiedy David znalazł sobie bezpieczne zajęcie i nam nie przeszkadza.
-Dobra, już się nie tłumacz. - wzruszyłem ramionami. - Wszystko gra. Lepiej wracaj do Jen.
Westchnąłem i spojrzałem w niebo. Było bez chmur. Dziwne, że tak szybko się rozproszyły, bo rano były kłębiaste. No fajnie wiedzieć.
Usłyszałem melodyjkę ulubionej piosenki Kendalla. Nie wiem, czemu ustawiłem to sobie na dzwonek. Po prostu mi się podobało. Spojrzałem na wyświetlacz i uniosłem brwi, widząc numer Logana. Dziwne. Nigdy do mnie nie dzwoni.
-Co chcesz, Logan? - zapytałem, przykładając telefon do ucha.
-Kendall jest w szpitalu. - usłyszałem jego spanikowany głos. - Jadę za karetką do okręgowego.
-Jezu, co się się stało? - zapytałem, podnosząc tyłek, chcąc z powrotem wejść przez okno, a James poszedł za mną.
-Nie wiem, chyba go pobili. - wrzasnął przez słuchawkę.
-Stary, nie panikuj, słyszysz? Zaraz tam będę.
Odrzuciłem telefon na łóżko i zaczęłam się się zbierać. Nie mogłem w to uwierzyć!
-Carlos, co się stało? - zapytał, wślizgując się za mną do pokoju.
-Dzwonił Logan, powiedział, że pobili Kendalla. - odpowiedziałem, w panice, szukając marynarki. - Muszę jechać do szpitala.
-Zaczekaj, jadę z Tobą. - zawołał, wychodząc do przedpokoju. - Pójdę tylko się ubrać.
-Nie, musisz zostać z Davidem! - zawołałem za nim. - Zadzwonię jak coś będę wiedział.
-Obiecujesz? - zapytał, patrząc na mnie z uwagą.
-Obiecuję. - pokiwałem głową.
Jechałem na złamanie karku, ale i tak wiedziałem, że Logan i tak będzie musiał na mnie czekać.
Wbiegłem do środka, rozglądając się po korytarzach. Musiałem go znaleźć, musiałem... Czułem się tak, jak w tym pieprzonym śnie. Biegłem tym cholernym korytarzem, rozglądając się po salach. Kiedy zobaczyłem Logana na jednym z krzeseł, minąłem go, nawet na niego nie spoglądając i wbiegłem do sali, ignorując wściekłe spojrzenia części personelu medycznego.
-Kendall. - wydyszałem, zdając sobie sprawę, że bieg zmęczył mnie bardziej niż mi się wcześniej wydawało. - Co...
-Proszę wyjść, staramy się go uratować. - powiedziała jedna z pielęgniarek, próbując mnie wypchać na zewnątrz. - Proszę pozwolić nam pracować.
Nie zwróciłem na nią uwagi i podszedłem do stołu na którym leżał Kendall. Wyglądał okropnie, ledwo go poznałem. Był cały posiniaczony i zakrwawiony, jakby spadł z dwustu stopniowych schodów, wypadł przez okno i jeszcze raz spadł ze schodów. Pokręciłem głową z niedowierzaniem, modląc się w duchu, żeby wyzdrowiał.
-Co mamy? - usłyszałem głos Nate'a, zaraz po głośnym trzaśnięciu drzwiami. - Carlos, co ty tu robisz? - zapytał, kiedy mnie zobaczył.
-To Kendall. - odpowiedziałem, ignorując wielką gulę w brzuchu.
Podszedł do stołu, unosząc worek samo sprężający, żeby było mu łatwiej oddychać, który obsługiwała jedna z pielęgniarek.
-Parametry? - zapytał, szybko szorując ręce i dając niemy znak salowej, żeby włożyła mu rękawiczki.
-Ciśnienie osiemdziesiąt na sześćdziesiąt, tętno siedemdziesiąt, saturacja osiemdziesiąt dwa – wyrecytowała jedna z pielęgniarek. - Niewydolny oddechowo, liczne obrażenia klatki piersiowej i brzucha. Czekamy na wolną salę operacyjną.
-Dlaczego nie jest zaintubowany? - zapytał, rozglądając się po sali, jakby szukał winnego.
-Próbowaliśmy, ale się nie dało. - odpowiedział inny lekarz w fartuchu chirurgicznym.
-Dajcie mi rurkę numer cztery i laryngoskop ze światłowodem. - krzykną.
-Przecież to rurka pediatryczna! - zawołała pielęgniarka, która najwyraźniej zajmowała się sprzętem. - Jest za...
-Jest w sam raz. - Krzyknął. - No dawaj.
Kiedy ta podała mu już to o co prosił, Nate odrzucił spoconą grzywkę przedramieniem i pochylił się nad twarzą Kendalla ze skupionym wyrazem twarzy.
-Gotowe. - oznajmił, kiedy się wyprostował. - Wentyluj.
-Brawo, Hamilton. - prychnął jeden z lekarzy. Jeszcze inny niż wcześniej. - A teraz się rusz, trzeba obarczyć płuco, bez tego nie wpuszczą go na blok.
-Bradykardia! - zawołał pielęgniarka, stojąca przy monitorze. - Tętno spada do czterdziestu.
-Podajcie mu jeszcze adrenalinę. - powiedział lekarz, stojąc przy jego ramieniu.
-Teraz mamy migotanie! - zawołała ta sama pielęgniarka.
-Szlag! - wrzasnął lekarz, zaczynając robić mu masaż serca. - Przygotować zestaw resuscytacyjny! A tego tu wyprowadzić.
Nie zdołałem nic poradzić, bo prawie natychmiast wypchali mnie za drzwi. Kiedy zamknęli je za mną, podszedłem do Logana, który wyraźnie się denerwował.
-Dzwoniłeś do Aliany? - zapytałem, nie chcąc mu jeszcze mówić, że właśnie reanimują Kendalla.
-Tak, zasłabła, kiedy jej powiedziałem. - odpowiedział, zaciskając dłonie w pięści. - Minutę temu zawieźli ją na ginekologię.
-Coś z dzieckiem? - zapytałem.
-Nie wiem, możliwe. - wzruszył ramionami. - Powiedz co z Kendallem. Mnie nie pozwolili tam wejść.
-Właśnie go reanimują. - powiedziałem, zdając sobie sprawę, że muszę się napić.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

I na dzisiaj tyle. Tak, wiem... Przedawkowałam „Ostry Dyżur”. Jak mawia moja psiapiuła: „Było nie oglądać tych czterech odcinków wczoraj wieczorem.” Tylko skąd ona wie, że oglądałam cztery? Tak, czy siak, mam na dzieję, że wyszło to na dobre, bo miałam ekstra wenę. Połowę tego powyżej napisałam właściwie jednym tchem, więc znowu baardzo chciało mi się pisać. I oczywiście, mam nadzieję, że notka wam się podobała... Jakie wrażenia? Do następnej! Trzymajcie się.  

wtorek, 27 maja 2014

87. Pogódź się z nim!

**Jennifer**
Od incydentu z Willem minęły już prawie dwa tygodnie, a Kendall wciąż był na niego śmiertelnie obrażony. Wiedziałam, że ten musiał działać pod wpływem impulsu, czy coś... Tak właściwie, to nie wiedziałam. Raczej podejrzewałam, ale miałam ku temu podstawy. Coś mi podpowiadało, że coś czuje do Aliany, ale myślałam, ze się mylę.
-Wszystko w porządku? - głos Jamesa wyrwał mnie z zamyślenia.
-Tak, tak... - pokręciłam głową. - Po prostu odpłynęłam. Nie przejmuj się.
James przysunął się do mnie bez słowa i zrobił ruch, jakby chciał mnie pocałować. Wyszczerzył zęby na ułamek sekundy... Chwila! Czy on ma plombę w dwójce?
-Cześć ludzie! - krzyknął Carlos z hukiem otwierając drzwi naszej sypialni, a James momentalnie się ode mnie odsunął. - Jestem beznadziejny!
I powalił się na łóżko obok nas.
-Stary, czy ty wiesz, co to jest „prywatność”? - warknął James, próbując go zrzucić z poduszki, ale przestał, bo widocznie zrozumiał, że nie wyjdzie mu to, jeśli najpierw nie zepchnie mnie.
Carlos tylko potulnie podkulił ogon i wyszedł z naszej sypialni. Było mi go trochę szkoda. Wyraźnie potrzebuje wsparcia, a James, jak to James. Wyrzucił go z pokoju.
-Nie uważasz, że byłeś dla niego odrobinę za ostry? - zapytałam, odtrącając jego pocałunek. - Carlos nigdy Cię o nic nie prosi. A teraz, kiedy do Ciebie przyszedł, ty po prostu go wyrzuciłeś.
-Nic mu nie będzie. - pruknął, próbując się do mnie dobrać. - Najważniejsze, że w końcu mamy trochę czasu dla siebie.
-Nie! - kategorycznie zaprzeczyłam. - Idź za nim i go przeproś.
**Kendall**
Nie myślałem o historii z sąsiadem. Po prostu go ignorowałem, nawet, kiedy ten p[o prostu chciał porozmawiać, wyjaśnić... Tyle, że dla mnie nie było co wyjaśniać. Nawet dzwonił. Ale nie odbierałem.
Westchnąłem i jeszcze przyśpieszyłem. Chciałem po prostu pojechać do tego centrum handlowego, zrobić swoje i wrócić do domu. Potem schować się w salonie, zamknąć drzwi i obejrzeć jakąś komedie. Potem Aliana wraca z pracy i będziemy dla siebie trochę czasu. I to właśnie jest fajne.
Zaparkowałem pod galerią. Mam długaśną listę zakupów, a nie chcę nawalić tylko dlatego, że nie chciało mi się iść do sklepu wcześniej.
Nasze coroczne rodzinne prezenty. Wyjazd do Kansas tuż tuż, a ja wczoraj zdałem sobie sprawę, że jeszcze nic dla nich nie mam. A przecież mam a „delikatnie dała mi do zrozumienia”, że te kapcie babci z masażem już się do niczego nie nadają.
Zaparkowałem pod sklepem i wysiadłem z auta. Nie powinno mi zejść z tym długo, bo wiem, co kupić i o tej porze zwykle nie ma dużych kolejek.
Nie widziałem nikogo znajomego, ale wiedziałem, że Logan przyjedzie tu za jakieś pół godziny ze swoją nową koleżanką. Mówi, że jest całkiem w porządku i nawet nie próbują się nawzajem podrywać. A właśnie takiej koleżanki potrzebował. Bez podtekstów, czyste relacje... Tylko jeszcze jej nie poznałem, więc trudno mi stwierdzić, czy jego opinia jest obiektywna.
Pod apteką zobaczyłem kogoś, kogo bym się nawet nie spodziewał. Lila stała, pakując reklamówkę z lekami do torebki. Nie wiedziałem, co było w środku, bo torebeczka nie była przeźroczysta. Pośpiesznie odwróciłem się w stronę antykwariatu, udając, że jestem nadzwyczaj zainteresowany „Pamiętnikami Casanowy” w wydaniu z ubiegłego stulecia.
-Kendall? - ku swojemu nieszczęściu usłyszałem jej głos, a sama Lala pojawiła się obok mnie jakieś dwie sekundy później. - Dobrze, że jesteś. Musimy pogadać.
Spojrzałem na nią niechętnie. Stała naprzeciwko mnie ze splecionymi ramionami.
-Nawet wiem o czym. - westchnąłem, patrząc na półkę z kolekcjonerskimi edycjami filmów z Mariln Monroe. Coś idealnego dla taty.
-No i jakie wnioski? - zapytała, wchodząc za mną do sklepu jak cień. - Nie uważasz, ze zachowujecie się jak dzieci?
-Niepotrzebnie Cię przysłał. - odparłem, biorąc do ręki „Pół żartem, pół serio”.
-Wcale mnie nie przysłał. - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Myślisz, że fajnie mi jest oglądać, jak mój brat ciągle chodzi jak struty? Oczywiście, że nie. Tylko Steve widzi plus jego zawieszenia.
-Serio? - zapytałem, udając, że obchodzi mnie to tyle, co zeszłoroczny śnieg. - Jaki?
-Oj, proszę cię... - jęknęła. - Nie każ mi powtarzać, czym oni się zajmują. Kendall, jak Cię błagam, pogódź się z Willem.
-Podaj jeden powód. - powiedziałem, kładąc pudełko z DVD na kasę, czekając, aż sprzedawczyni wystawi mi rachunek.
-Will kocha Alianę od lat. - oznajmiła, czym, natychmiast mnie zastrzeliła. - Nic nie powiedział, bo to nic by nie dało. Wiedział, że jesteście razem, dlatego wolał pozostać na poboczu. Nie jest świnią, więc nie wtrącał się do waszego związku.
-Ale ją pocałował...
-Pod wpływem impulsu! - wrzasnęła. - Nie jestem w sanie powtórzyć co mówił, ale usprawiedliwiał się przez jakąś godzinę. Paplał, jak nieszczęśliwie zakochany smarkacz. To człowiek honoru! - podkreśliła. - Jest żołnierzem, nie odbiłby nikomu ukochanej. Cześć.
Odwróciła się na pięcie i wybiegła. Patrzyłem za nią jakieś pół minuty i zauważyłem, że odchodzi z jakimś wąsatym żołnierzem. Znacznie starszym od Willa. Odruchowo wcisnąłem banknot w ręce sprzedawczyni, zastanawiając się nad słowami Lili.
-Za mało. - odpowiedziała spokojnie. - Brakuje trzech dolarów.
-Chwila. - mruknąłem, grzebiąc sobie w kieszeniach. - Proszę.
-Z kim się znowu szlajasz? - usłyszałem czyjś wrzask i leniwie podniosłem na niego głowę.
Do Antykwariatu wpadł jakiś rozeźlony mężczyzna. Na moje oko był nieźle naćpany, bo coś ciekło mu z nosa, a on nawet nie raczył się wytrzeć.
-Proszę cię, nie tutaj. - mruknęła sprzedawczyni, chcąc go uspokoić. - Jestem w pracy, wyjdź stąd.
-W pracy? - wrzasnął. - W pracy? Teraz tak sobie będziesz kochanków sprowadzać?
Po tych słowach prawie ją uderzył. Odruchowo złapałem go za rękę, jednocześnie zwracając na siebie jego uwagę. Przynajmniej jej nie uderzył...
-A to co? - ryknął, znienacka łapiąc mnie za kurtkę. - Twój kolejny gach?
-To klient. - odpowiedziała, prawie płacząc. Próbowałem mu się wyrwać, ale trzymał mnie za mocno. - Zostaw go, proszę. Porozmawiamy w domu.
-Teraz sobie porozmawiamy! - krzyknął. - Na zaplecze! Słyszałaś, suko? Ty też!
Siłą pociągnął mnie za drzwi, jednocześnie ciągnąc dziewczynę. Znaleźliśmy się w niewielkim pomieszczeniu wypełnionym pudłami. Poczułem, jak ten facet szarpie mnie jeszcze mocniej i pół sekundy później leżałem na podłodze, rzucony o jedyną wolną ścianę. Głowa rozbolała mnie od uderzenia, ale postanowiłem wstać, co pokracznie, bo pokracznie, ale w końcu mi się udało.
-Zostaw ją, słyszysz? - szarpnąłem go za rękę, żeby go od niej odciągnąć, ale ten tylko mnie uderzył. - To nie było w porządku.
-Wiesz co nie jest w porządku? - wrzasnął, powalając mnie na podłogę. - Zdradzanie własnego chłopaka. To jest nie w porządku.
Poczułem kopnięcie. Potem jeszcze jedno i jeszcze kolejne. Z każdym następnym ciosem było mi coraz ciężej oddychać. Chciałem coś zrobić, ale leżałem, nie mogąc się ruszyć. Nie minęło może kilka minut i pochłonęła mnie ciemność przepełniona bólem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Ą chciałam to zrobić już jakiś czas temu... Jak się zdążyliście zorientować, pomysłów na powody robienia Kendallowi krzywdy nie brakuje. To smutna muzyka z seriali tak na mnie działa. Dodajmy jeszcze do tego zdjęcie Parminder Nagry, które ni z tego mi z owego pojawiło się na kserówce z Angielskiego. Od razu powiedziałam: „O, Neela z Ostrego Dyżuru.” i wszyscy na mnie jak na wariatkę, bo wolą „Dr Housa”. A to miało spory udział. No i znowu Kendall biedny. Zatęskniłam za tym. A co do notki... Podobało się? Do następnej! Trzymajcie się!  

czwartek, 22 maja 2014

86. Zabiję gnoja!

**Aliana**
Will już wyszedł. Chciałam go skrzyczeć, powiedzieć mu, że nie powinien się tak zachować, ale w końcu zostałam sama w mieszkaniu z kubkiem niewypitej herbaty. Co on zrobił? Jak mógł? Przecież przyjaźnimy się od dziecka, a on wywinął taki numer!
Ale wiedziałam, że muszę powiedzieć Kendallowi. On po prostu misi o tym wiedzieć. Przecież jestem jego żoną i... nie zdradziłam go! Przecież to Will mnie pocałował. Nie ja jego.
Podskoczyłam, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły i do środka weszli James, Jen, David i oczywiście Kendall. Musiałam mu o tym powiedzieć. Teraz, albo nigdy.
Kendall podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek na powitanie. Jak zawsze. Bo to przecież takie normalne. Robi tak zawsze. Zawsze.
-Coś się stało? - zapytał, kiedy zwiesiłam wzrok.
-Tak. - wyszeptałam, kiwając głową. - Muszę Ci coś powiedzieć.
Wzięłam go „na stronę”, upewniając się, że Jen i James zajęli się Davidem. Westchnęłam i zebrałam w sobie wystarczając dużo odwagi, ale nagle zrobiło mi się niebezpiecznie sucho w ustach, jakby cały mój organizm bronił się przed całą tą sytuacją.
-Will mnie pocałował. - wyrzuciłam z siebie.
-Co? - Kendall zmarszczył brwi, a chwilę potem rysy jego twarzy przybrały dziwny, groźny kształt. - Zabiję gnoja! - krzyknął, wybiegając z mieszkania na klatkę schodową.
-Kendall, nie! - dogoniłam go, łapiąc za ramię. - To bez znaczenia, bo on tego żałuje.
-Kochanie, on cię pocałował. - powtórzył po mnie. - A nie miał do tego prawa. Co zrobiłaś, kiedy on... - nie dokończył, jakby nagle odebrało mu głos.
-Odepchnęłam go. - powiedziałam, krzyżując ramiona na piersiach.
-No i dobrze! - krzyknął i pobiegł na górę, zanim zdołałam się zorientować.
Zaczęłam za nim biec, ale on był za szybki. Weszłam po schodach, ale zanim dotarłam pod drzwi mieszkania Willa, Kendall już wtargnął do środka.
-Do mojej żony szmaciarzu? - wrzasnął odciągając go od stołu w kuchni. - Co ty sobie myślałeś?
Byłam zaskoczona jego reakcją, bo on nigdy się tak nie zachowywał. Nie był agresywny, nawet nie podnosił głosu. Aż do teraz.
-Kendall... - złapałam go za rękę, żeby go powstrzymać, ale nie miałam pewności, czy to się uda, bo teraz był bardzo wzburzony. - Zostaw.
O dziwo podziałało, bo się uspokoił i po raz ostatni na niego spojrzał.
-Nawet nie waż się do niej zbliżać. - wycedził przez zaciśnięte zęby.
**Carlos**
Kolejne rachunki... Wygląda na to, że ojciec wywali swojego księgowego na zbity pysk i nikt nie chce się podjąć stanowiska. Głodowa stawka i prezes tyran mają swoje konsekwencje, tylko dlaczego ojciec nie potrafi tego pojąć.
-Co robisz? - usłyszałem głos Nicole, która weszła do salonu.
-Znowu księgowość. - westchnąłem. - wygląda na to, że w jego firmie nie ma ani jednego księgowego. - Więc ojciec musi się zadowolić mną.
-Mówiłeś, że Cię wydziedziczył. - powiedziała. - Więc czemu do Ciebie przychodzi.
-Widać, nie ma innego wyjścia.
-Robisz te rozliczenia za darmo, co nie? - zapytała, wyjmując z lodówki butelkę soku pomarańczowego.
-No tak, a co to ma do...
-Bo nie potrafisz innym odmówić. - wypaliła.
Gwałtownie podniosłem głowę, rzucając długopis. Tym mnie zastrzeliła. Potrafię innym odmawiać.
-Nie prawda. - zaprzeczyłem. - Podaj jeden powód.
-Prawda, prawda. - pokiwała głową. - przedwczoraj jedna starsza pani przewróciła się na schodach, a ty zawiozłeś ją do domu, kiedy powiedziała, że nie ma jak wrócisz. Tydzień temu James kazał Ci się zaopiekować Davidem, mimo że ty byłeś już umówiony z Roslyn. A dwa tygodnie temu oddałeś przysługę swojemu największego wrogowi, wiedząc, że on i tak będzie miał cię głęboko w dupie.
-Miałaś podać jeden powód. - patrzyłem na nią spode łba, czując, że się czerwienię. - Nie słuchałaś.
-Carlos, błagam cię. - jęknęła, wywracając oczami. - Uważam, że powinieneś się postawić ojcu. On prawie tobą manipuluje.
-Zaraz manipuluje... - pokręciłem głową, starając się znaleźć ostatni rachunek. - Po prostu zwraca się do mnie o pomoc, a to nic wielkiego.
-Dla Ciebie może nic wielkiego, ale dzięki tobie on wie na czym stoi. - oznajmiła. - W przedsiębiorstwie księgowość jest bardzo ważna. Nawet ważniejsza od promocji.
-A ty niby skąd wiesz?
-Mój tata był księgowym. Znaczy... Zanim wylądował w rynsztoku.
**Kendall**
Wróciliśmy do mieszkania, jak już trochę ochłonąłem. James i Jen dziwnie na mnie patrzyli. Nie wiem czemu, ale odnosiłem wrażenie, że nie chcą ze mną rozmawiać. Wygląda na to, że słyszeli całą kłunię. Może nawet się mnie bali.
-Co Aliana Ci takiego powiedziała? - zapytał w końcu James, podchodząc do mnie na balkon. - Jesteś zdenerwowany.
-Will ją pocałował. - wykrztusiłem, pokonując ogromną gulę w gardle, która nagle zebrała mi się kiedy chciałem mu to podpowiedzieć.
-Żartujesz! - wybuchnął śmiechem, ale opanował się, kiedy spiorunowałem go wzrokiem. - Nie żartujesz. Ło... No to grubo. Jak ona zareagowała?
-A jak miała zareagować? - wzruszyłem ramionami. - Odepchnęła go od siebie.
-Tak Ci powiedziała?
-Oboje mi tak powiedzieli. - mruknąłem. - Wierzę jej przecież by mnie nie...
-Oczywiście, że nie. - James uśmiechnął się do mnie życzliwie. - Ona nie jest taka niż laski z którymi chodziłeś. Nie zdradziła by cię. Na bank.
Jego słowa trochę mnie pocieszyły, ale i tak miałem żal do Willa, że odważył się coś takiego zrobić. Bo może tylko mi się wydawało, że po ślubie Aliana będzie całkiem nietykalna.
-Hej, Ziemia do Kendalla! - znowu James. Jego głos wyrwał mnie z zamyślenia, sprowadzając z powrotem na naszą poczciwą planetę.
-Wybacz, stary. - odparłem, pochylając się nad butelką z sokiem malinowym. - Zamyśliłem się.
-W porządku. - wzruszył ramionami. - Przecież wiesz, że możesz mi powiedzieć, co jest grane.
-Tak, wiem. I bardzo Ci za dziękuję, kolego.
**Logan**
I znowu guma! Dlaczego to się przydarza właśnie mnie? Czy na serio muszę mieć takiego pecha? Ludzie, ile można?
Z wściekłością wysiadłem z samochodu i automatycznie wyciągnąłem z bagażnika zestaw do wymiany koła. No pięknie... Przynajmniej wystarczy, żeby zajechać na stację benzynową. Pracownicy już się chyba przyzwyczaili, że jestem tam stałym bywalcem.
-Problem z oponą? - usłyszałem głos jakiejś dziewczyny, kiedy pochylałem się nad lewarkiem.
Odwróciłem się i zobaczyłem blondynkę, która opierała się o dość duży ścigacz. Nawet większy od niej. Wyglądała dość dziwnie w tej skórzanej kurtce. Taka delikatna, w wyglądała jak twardzielka.
-Tak, ciągle łapię gumę. - odpowiedziałem, starając się jakoś wyglądać – Chyba mam pecha.
-Nie masz pecha. - pokręciła głową. - Tylko niepotrzebnie oszczędzasz na dętce. Powinieneś kupić grubszą. Jest droższa, wiem, ale przynajmniej się tak od razu nie przepali. W Cariforni nie ma co oszczędzać na samochodzie.
-Łał... - uniosłem brwi. - Znasz się na tym?
-Tak jakby. - wzruszała ramionami. - Tobie radziłabym sportowe koła. Zanim zabrakło mi benzyny, widziałam, że lubisz przycisnąć.
-Widziałaś? - parsknąłem śmiechem. - Jak to?
-Od centrum siedziałam Ci na ogonie. - odpowiedziała. - Masz niezłą brykę.
-Dzięki. - pokiwałem, głową, kiedy razem pochylaliśmy się nad kołem. - Jestem Logan.
-Abby. Miło mi poznać.
-Ciebie też miło. A co z twoim motorem? - zapytałem, oglądając się na wyścigówkę. - Nikt go...
-Nie... - uśmiechnęła się życzliwie, pomagając mi pozbyć się śrubek w kole. - Zaraz przyjedzie kuzyn z dostawą paliwa. Spalił mi wczoraj pół baku i nie zatankował.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

No i tyle... Tak mi się dzisiaj chciało popisać... Chyba od razu zabiorę się za wtorkową notkę... A ponieważ nie mam już nic do powiedzenia, to już kończę. 
A nie, jednak mam. nowa historia jest już w przygotowaniu. Pierwsza notka została już do połowy napisana w zeszycie, ale zanim ją zakończę, muszę jeszcze rozpisać konkurs. Dobra, już rozpisałam, ale nie napisałam charakterystyk i wzoru wiadomości. No i teraz już na prawdę! 
Trzymajcie się cieplutko! Mam nadzieję, że dzisiejsza notka wam się podobała.  

wtorek, 20 maja 2014

85. Co to miało być?

**Roslyn**
-Widzę, że dałeś sobie spokój z radami Cassie... - powiedziałem, siadając obok Carlosa, który oglądał jakąś telenowelę po hiszpańsku w telewizji. - Zrozumiałeś już, że nie wszystko, co mówi, należy brać na poważnie?
-Kochanie, proszę... - jęknął, nie odrywając wzroku od ekranu. - Już mi to tłumaczyliście. Przynajmniej Ty odpuść, dobra?
-Nie odpuszczę, dopóki nie zrozumiesz. - ciągnęłam dalej. - Cassidy na luzie powiedziała Ci, że wyglądasz jak mafiozo i tylko papierosa w ustach Ci brakuje. Szkoda, że dotarła tylko ta pierwsza część. Carlos, musisz się nauczyć rozpoznawać, kiedy ona żartuje, a kiedy nie.
Carlos westchnął ciężko i oparł się o moje ramie, jednocześnie próbując zająć jakąś wygodniejszą pozycję, nie gniotąc przy okazji mojej piersi.
-Mam rozumieć, że to oznacza, że kończysz z paleniem? - zapytałam, tarmosząc go po włosach.
-Nawet nie zacząłem i myślę, że to dobrze. - odpowiedział, spoglądając na mnie z dołu.
Uśmiechnęłam się do niego delikatnie i spojrzałam na ekran telewizora. Właśnie kłóciły się dwie osoby, ale nie wiem, co te dziewczyny do siebie krzyczały, bo nie znam hiszpańskiego. Znam francuski i włoski, ale nie hiszpański.
-O co im właściwie poszło? - zapytałam, wciąż przeczesując palcami jego włosy.
-Ta w czerwonej sukience – wyjaśnił, pokazując palcem na ekran. - Sypia z mężem tej drugiej. A ponieważ Pani Veronica jest bardzo bogata i znana w całym mieście, nie podoba jej się, że o romansie jej męża dowie się cała okolica.
-Nie zazdroszczę. - syknęłam, wyobrażając sobie, jak bym się czuła, gdybym kiedykolwiek była na miejscu tej Veronici. - Czemu to właściwe oglądasz?
-Będziesz się śmiała. - pokręcił głową.
-Nie będę. - obiecałam. - Na prawdę.
-Aktorka grająca gosposię w domu Pani Veronici bardzo przypomina mi moja mamę. - powiedział, odrzucając pilota na stolik. - Mówi jak ona, rusza się jak ona i nawet tak zabawie rzuca ścierką. A myślałem, że tylko moja mama tak potrafi.
-Widzisz, nie śmieję się. - wzruszyłam ramionami, kiedy on tylko się zaśmiał, ale przestał po kilku sekundach, jakby nagle zaczął się tego wstydzić. - Uważam, że to bardzo słodkie. A co się stało z Twoją mamą? - zapytałam. - Właściwie nigdy o niej nie mówisz.
Carlos nagle spochmurniał. Nie chciałam sprawić mu przykrości, tylko... zapytać. Tak normalnie. Tylko czemu się nagle speszył? To było zwykłe pytanie. Nic złego.
-Umarła. - odpowiedział, lekko przyciszonym głosem. - Zaraz po tym, jak tata założył firmę, ale nie lubię o tym mówić. Wiesz... to dość trudne, a ja miałem dopiero dwanaście lat.
**Aliana**
Rozległ się dzwonek do drzwi. Podeszłam, nucąc pod nosem „If I ruled the World”. Ostatnio ta piosenka ciągle siedziała mi w głowie. Nie wiem, czemu właśnie ta, ale... nie panuję nad tym.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Willa stojącego w progu z wielką torbą w ręku.
-Zakupy. - oznajmił. - Zahaczyłem o Kendalla, kiedy wracałem, więc zaproponowałem, że mu pomogę. Był dość zajęty, więc uznałem, że to mu się przyda.
-Dzięki... - westchnęłam, zapraszając go do środka. - Napijesz się herbaty?
-Z miłą chęcią. - odpowiedział, stawiając torby na blat kuchenny. - W nowym pokrowcu na odtwarzacz schowałem resztę.
Spojrzałam na niego i dopiero teraz zauważyłam, że jest w mundurze.
-Pracowałeś? - zapytałam, zaglądając do garnka i przemierzając w garnku z kakao. - Chyba jesteś zmęczony. Widać na pierwszy rzut oka.
-Nie jest tak źle. - pokręcił głową, wyjmując kubki z szafki. - Do tego nie da się przywyknąć. Jednak sobie radzę. A dla kogo to kakao?
-Dla Davida. - oznajmiłam, kiedy zagotowała się woda. - James i Jen przychodzą na obiad. Przyprowadzą Davida, a dla niego gorące mleko jest niebezpieczne, więc musi się wystudzić.
-Zabawny dzieciak. - powiedział, szukając czegoś w kieszeniach. - Chyba wciąż mam ślady po jego szturchaniu.
-Na prawdę tak łatwo robią Ci się siniaki? - zmarszczyłam brwi, obserwując jego poczynania przy stole. - Zdejmij sobie marynarkę. Jest ciepło.
-Gdzie ją mogę położyć? - zapytał, rozglądając się za jakimś wolnym miejscem.
-Tam, na kanapie. - wskazałam na miejsce z salonem. - Wiesz, że pijesz taką samą herbatę jak Ryan? On też dosypuje cynamonu.
Will nic nie zrobił, tylko odstawił pojemnik na półkę z przyprawami. Był jakiś... cichy. Cichszy niż zawsze, więc to było dziwne. A może był po prostu zmęczony?
-Na prawdę? - zapytał, odwracając się w moją stronę. - Dlaczego?
-Mówi, że kojarzą mu się z Bożym Narodzeniem. - odpowiedziałam, gasząc palnik na którym stał garnek z kakao. - Kawa i herbata bez cynamonu nie przejdą.
Obróciłam się, stawiając garnek na podkładce. Potem znowu się odwróciłam i wpadłam centralnie na Willa. Wtedy on zrobił coś dziwnego. Coś bardzo dziwnego. Pocałował mnie.
Wpił się w moje usta, a ja nie wiedziałam co robić. Odruchowo oderwałam się od niego i oparłam o kuchenkę, która już zdążyła ostygnąć. Oddychałam ciężko. Co on zrobił? Przecież mam męża. Kocham Kendalla, a ja i Will jesteśmy przyjaciółmi. Od lat.
-Co to miało być? - zapytałam, kiedy tylko odzyskałam czucie w języku.
-Aliana, przepraszam. - wyjąkał, nieco stłumionym głosem. Chyba zasłaniał sobie usta dłonią. - Nie chciałem, żeby tak wyszło. Przepraszam. - powtórzył.

**Jennifer**
Szliśmy do samochodu. Przed obiadem u Aliany musieliśmy jeszcze odebrać Davida od Cassidy, która już godzinę temu dzwoniła, że nie da rady go już dłużej utrzymać.
-Myślę, że powinniśmy pogadać. - oznajmiłam, siadając na przednim siedzeniu.
-Tak? - mruknął, majstrując przy swoim telefonie. - A o czym?
-O naszych byłych. - odparłam, wiedząc ile problemów przysporzyło nam to wszystko. Te powroty, problemy... Intrygi. Miałam tego dość i chciałam tego uniknąć.
-Twoje ciało jest dla mnie świątynią. - Powiedział James, wsiadając do samochodu. - Nie chcę wiedzieć, kto jeszcze się w niej modlił.
-A ja nie chcę czegoś jeszcze innego. - powiedziałam, krzyżując ramiona. - Nie chcę problemów. To dla mnie za dużo, rozumiesz? Nie chcę, żeby problemy przyszły niespodziewanie. Muszę przynajmniej umieć się przed przed tym jakoś bronić.
-I niby w czym to ma pomóc? - wzruszył ramionami. - Co było to było. Nikt nie powinien się do tego mieszać. Ani do tego wracać. - dodał po dłuższej chwili. - Musimy jeszcze jechać po Kendalla, ale to już po drodze do Cassie.
I w ten oto sposób James spławił temat. Na prawdę chciałam o tym rozmawiać. Nie tyle chciałam, co musiałam. A on tak po prostu mnie zbył.
Kendalla złapaliśmy na przystanku tramwajowym. Siedział na ławce skulony z założonym kapturem. Ledwo go poznaliśmy. Chyba tylko po tej niezwykłej szczupłości i kolorowych skarpetkach. Zatrąbiliśmy na niego, a on wstał i wsiadł do nas na tylne siedzenie.
-Rety, jaka atmosfera. - skomentował po dłuższej chwili. - Siekierę można zawiesić.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
UWAGA!
Rozmowa między Jamesem i Jennifer jest wywołana głupawką po ostatnim opowiadaniu na
http://x-mengers-rulez.blogspot.com/ oraz Odcinkiem dziesiątym, sezonu trzeciego serialu „Prawie Doskonali”. Jeśli przegięłam, przepraszam.
Dobra, a teraz na serio. Dzisiaj jest wcześniej, ponieważ jadę do ortodonty i muszę się jeszcze ubrać. Potem pewnie będę miała sporo roboty, więc do jutra mnie nie będzie. A teraz bez przedłużania... Mam nadzieję, że się podobało. Trzymajcie się!

Jeszcze drobne PS do Chrisa: Twoją ostatnią notkę czytałam rano po raz piąty. To wszystko, dziękuję. 

czwartek, 15 maja 2014

84. To nie szpada, tylko rapier!

**James**
Kendall wszedł do studia i bez słowa usiadł na taborecie, kładąc sobie gitarę na kolana.
-Wszystko w porządku? - zapytałem, zaglądając mu w twarz. - Jesteś bardzo blady.
Bo rzeczywiście był blady. Znaczy, bledszy niż zwykle. To mnie niepokoiło. Po prostu usiadł i zaczynał sobie stroić gitarę. Jak to Kendall przed każdym akustycznym nagraniem.
-Nic mi nie jest. - skrzywił się, nie podnosząc głowy i wciąż wykonując czynność. - Kąpałem się w zimnej wodzie, a potem opalenizna zeszła. Wyglądam jak zwykle.
-Ale dlaczego woda była... - zaczął Logan, nie kończąc pytania.
-Rozwaliłeś grzałkę. - odpowiedział bezceremonialnie.
Logan zmarszczył brwi i spojrzał na mnie z wymalowanym na twarzy „Ratuj!” W odpowiedzi tylko wzruszyłem ramionami. No tak... Cały Logan. Nic nie odpowiedziałem, bo wiedziałem, że to on zrobił zwarcie. Ale czemu tak szybko zeszła opalenizna, jak sądził? Przecież zazwyczaj tak łatwo nie schodzi.
-Coś słyszałem, że zostałeś nowym sponsorem mojej narzeczonej. - zagadnąłem go, żeby zmienić temat. - Kupiłeś jej bluzkę na imprezę u starszej pani.
-Raz się zdarzyło. - wzruszył ramionami. - Widziałem, jaka była wściekła, więc pomyślałem, ze to pomoże. - odpowiedział, ostawiając sobie mikrofon, na taką wysokość, żeby swobodnie mógł się garbić. Widać taka pozycja w trakcie śpiewania odpowiadała mu najlepiej.
-Dobra, przekupki! - krzyknął reżyser przez głośniki. - Poplotkujecie sobie później! Nie mam dla was całego dnia!
-Chwila! - krzyknęliśmy dziwnie zgodnie.
**Kendall**
Kiedy skończyliśmy nagranie, wyszliśmy na plac. Ja z pokrowcem na gitarę założonym na plecy, James z torbą którą nosi na siłownię i Carlos wiecznie bawiący się telefonem. Logan zniknął gdzieś w okolicach tylnego wyjścia.
Podniosłem głowę i zauważyłem samochód Aliany zaraz za wielkim napisem „Sony”.
-To na razie! - zawołałem, zanim podszedłem do auta żony.
-Do zobaczenia! - odkrzyknął James, kiedy wsiadałem z przodu. - Widzimy się jutro o dziewiątej.
-Pamiętaj o nutach! - zawołał Carlos, kombinując coś przy drzwiach.
-Hej! - powiedziałem, całując ją w policzek na powitanie. - Jak minął dzień?
-W porządku. - odpowiedziała, zapalając silnik i obserwując jak Carlos próbuje zapalić papierosa, ale James starannie mu w tym przeszkadzał. Po prostu zdmuchiwał ognik na zapalniczce, za każdym razem, kiedy zapłonął. - Byłam w agencji. Powiedziałam, że nie będę brała zleceń we wrześniu. Wiesz czemu.
Uśmiechnąłem się do niej i jeszcze raz pocałowałem w policzek. Była taka śliczna. Do twarzy jej w niebieskim. To chyba jej kolor.
-A co teraz? - zapytałem kiedy ruszyła. - Bo do naszej ulicy jest w odwrotnym kierunku. Gdzie jedziemy? Bo przecież...
-Nie przejmuj się. - zaśmiała się, włączając radio, gdzie śpiewała Tylor Swift. - Po Lilę. Obiecałam Willowi, że będę przy rozmowie z jej koleżanką.
-Tą od szpady? - zgadywałem.
-Tak. - pokiwała głową, skręcając w sąsiednią aleję. - Mam po swojemu stwierdzić, czy stanowi zagrożenie dla otoczenia.
Kiedy w końcu dojechaliśmy na miejsce, opadła mi szczęka na widok Lili w towarzystwie szczupłej dziewczynki ze ścisłym okiem z tyłu głowy. Nie wyglądała na niebezpieczną. I to ani trochę. Nawet w odrobinie.
-Ty jesteś Lizzy? - zapytałem, a ona w odpowiedzi pokiwała głową. Była drobna, ale nie aż tak, żeby raziło po oczach. Granatowa marynarka odrobinę poszerzała jej ramiona. Oczy powiększył tusz do rzęs beż żadnego nadmiaru. Miała ciemnawą karnację i włosy koloru palonych ziaren kawy.
-Tak, a coś się stało, że Lila zafundowała mi rozmowę z rodzicami? - zapytała bez mrugnięcia okiem. Będzie ciężko. Pyskata.
-To nie są moi rodzice, tylko sąsiedzi. - odparła. - I chcielibyśmy Cię o coś zapytać. Bo ostatnio, kiedy byłam u Ciebie, zdarzyło się coś o czym Ci nie powiedziałam. Chodzi o to, że skaleczyłam się i uciekłam, bałam się, ze będziesz zła.
Lizzy szeroko otworzyła szeroko czy. Spojrzała na Lilę z mieszaniną strach i nadziei, jakby podejrzewała co się stało, ale to byłoby dla niej zbyt piękne i przerażające jednocześnie.
-Błagam, powiedz, że o mój rapier. - jęknęła błagalnie.
-Co? - Aliana zmarszczyła brwi. - Skąd wiesz, że...
-Trochę był zakrwawiony, kiedy wyjmowałam go przed pokazem. - wzruszyła ramionami. - Obawialiśmy się, że ktoś go ukradł, zabił nim kogoś i odłożył zanim zauważyliśmy. Powiem ludziom, żeby już nie robili tego DNA. Napędziłaś nam niezłego stracha. Dzięki Bogu, najgorszy scenariusz się nie sprawdził.
Patrzyłem na nią ze zdziwieniem. Po jej stosunkowo niegroźnej paplaninie powoli docierał do mnie sens tych słów. Ktoś miałby tym kogoś zabić?
-Zastanawia mnie, dlaczego był taki ostry. - powiedziała Lila po chwili milczenia.
-W trakcie pojedynków powstają fajne iskry. - oznajmiła. - Jakby nie był ostry, nie byłoby efektu.
-Tylko po co Ci taka szpada? - zapytałem, wzruszając ramionami. - Może komuś zrobić krzywdę.
I zrobiła. - dodałem w myślach.
-To nie szpada, tylko rapier. - powtórzyła. - A on jest ostry, bo jestem przeszkolona, żeby móc jej używać. Trenowałam latami. Bardzo długo.
-Co za różnica? - zapytałem, ryzykując, że zaraz doprowadzę ją do białej gorączki.
Lizzy westchnęła ciężko i przetarła powieki. Chyba zaczynała tracić cierpliwość. Przeze mnie.
-Rapier jest dłuższy i cięższy od szpady. Służy od cięcia i kłucia. Natomiast szpada jest tylko do kłucia. Szpada powstała jakieś sto, albo dwieście lat później na wzór rapieru. Nie pamiętam dokładnej skali czasu. - odpowiedziała z zażenowaniem, jakby opowiadała o klasówce z fizyki.
-Po prostu trenujesz szermierkę na pokazy, tak? - podsumowała Aliana, przerywając ciszę.
-Prawdę mówiąc tak. - pokiwała głową. - Z nadzorem, więc wiem, jak to robić bezpiecznie. Mamy jeszcze odpowiedni strój.
Rety, kto chciałby oglądać takie pokazy? - przebiegło mi przez myśl, zanim zdołałem się powstrzymać.
**Logan**
Zaraz po nagraniu poszedłem dopracować ostatnie szczegóły naszej małżeńskiej randki. Płatki róż, romantyczna muzyka... Wszystko cacy, tylko wciąż nie widać oblubienicy. Spławiłem wszystkich pozostałych. Jen i James na siłowni, Carlos i Roslyn w muzeum. Kendall i Aliana na miesiącu miodowym. Mają jakieś sprawy do załatwienia.
-Logan? - usłyszałem głos Nicole, która właśnie weszła do domu. - Jesteś tu?
-W sypialni, kochanie! - odkrzyknąłem, czekając na nią na łóżku.
Zamarła, kiedy weszła do pokoju. Uśmiechnąłem się na zachęcenie, ale ona ani drgnęła.
-Co to ma być? - pisnęła z oburzeniem. - Jak Ty...
-Dawno nie byliśmy na małżeńskiej randce. - odpowiedziałem. - Pomyślałem, że byłaby miło, gdybym przygotował dla Ciebie drobną niespodziankę.
-A co zresztą? - zapytała, powstrzymując mnie przed pocałunkiem. - Co jak wrócą wcześniej i nas nakryją?
-Nie przejmuj się. Mają swoje zajęcia, a David jest z Erin. - odpowiedziałem. - Nikt nam nie przeszkodzi.
I zatopiłem usta w jej miękkim błyszczyku o smaku truskawek.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Może to niewiarygodne, ale miałam super wenę. Mam nadzieję, że w pełni ją wykorzystałam. Poza tym wspominam sobie jeszcze pewien serial, do czego służy mój nowy blog... A miało na Daily Planet, ale dobra. Jest skromnie, ale się staram. Na razie zrobiłam tylko cztery opisy, a to znaczy, że zostało mi jeszcze 18, ale to nie ważne. Liczę, że się podobało. Do następnej!  

wtorek, 13 maja 2014

83. Krew

**Aliana**
Występ Zaca i Marli na pewno zapadnie w pamięci gości pokazu. Na pewno przez jeszcze długi czas. Zac to taki facet, który zachwyca swoim głosem, wdziękiem uśmiechem. Jeszcze Marla, nikomu nieznana, wybrana spośród uczestników przesłuchań do musicali na jednorazowy występ. A teraz miała swoje pięć minut i wykorzystała je najlepiej jak mogła. 
-Co myślisz? - zapytał Zac, jak tylko zszedł ze sceny.
-Jak zawsze świetnie. - uśmiechnęłam się do niego, a on tylko odpowiedział wdzięcznym spojrzeniem. - Marla... - zwróciłam się do niej, kiedy tylko do nas dołączyła. - Masz niesamowity głos. Nie mam wykształcenia muzycznego, ale byłam pod wrażeniem.
Dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona. Co było dla mnie dziwne, bo powinna sobie zdawać sprawę z własnego talentu.
-Zrobiliście swoje. - naszą rozmowę przerwał szef przyjęcia, który jednym pstryknięciem palców zepsuł całą atmosferę. - Możecie teraz przejść do sali bankietowej. Pani Serafin, proszę pomóc kernerom. Podpisała pani umowę.
Przez chwilę patrzyłam w osłupieniu, jak Marla zakłada fartuszek służącej i idzie do innych pracowników obsługi przyjęcia.
-To są jakieś jaja! - - krzyknął Zac, stając naprzeciwko mnie.
-Z ust mi to wyjąłeś.
**Logan**
-Zwariuję! - krzyknęła Jen, wpadając do kuchni.
Spojrzałem na nią i uniosłem brwi. Z wściekłością rzuciła torebką do zlewu. Pokręciłem głową i wyjąłem jej skórzany tobołek z ceramicznej misy, ale niestety, było już za późno. Torebka Jennifer ociekała wodą i pianą po zmywaniu naczyń.
-Dlaczego wrzuciłaś swoją torebkę do zlewu? - zapytałem, wycierając dno ścierką do rąk. Kendall i tak ma ją wyprać, więc to nawet dobrze.
-I tak mnie okradli. Znowu. - jęknęła, rozbierając się do podkoszulka. - Wyrzuć to. Nic tam już nie ma. No może oprócz nieważnych rzeczy.
Obejrzałem dokładniej jej torebkę. Rzeczywiście, była dziurawa z boku, tak gdzie Jen musiała trzymać portmonetkę.
-Jen, ile razy mam Ci powtarzać, ze jak jedziesz tramwajem, to trzymaj torebkę z przodu, a nie za plecami? - zapytałem, siadając na kanapie w przedpokoju. Rety, kto ją tu ustawił? A, James. Jedyne miejsce w domu, z którego nie widać żadnego telewizora.
-Łatwo powiedzieć. - prychnęła. - Kiedy się stoi, to naprawdę trudno trzymać torebkę przed sobą.
-Dużo miałaś pieniędzy? - zapytałem, wyjmując z jej torby parasol i komplet podpasek.
-Cztery stówy. - mruknęła, szukając czegoś w szafce ze starymi papierami. - Niedużo, ale miałam iść na zakupy. Chciałam sobie kupić nową bluzkę.
-Kupię ci tą bluzkę. – powiedziałem, pocieszająco obejmując ją ramieniem. - Będziesz miała w czym zaśpiewać na recitalu Betty White.
Jen otworzyła usta. No tak, nie wiedziała, że przejrzałem nasze terminarze. Wszystkie. I niestety... każdy, z wyjątkiem mnie, ma napięte plany na najbliższy miesiąc/ Nie wiedziałem, tylko co oznacza to „SP”, które dość często pojawia się w rubryce Kendalla. Ale to nie istotne.
-Zrobiłbyś to? - zapytała ze zdziwieniem.
-Oczywiście, kuzynko. - uśmiechnęłam się do niej.
**Aliana**
Kiedy wróciłam do domu, Kendall spał na kanapie. Jego tenisówki leżały w nieładzie niedaleko łazienki. Musiał je ściągnąć, kiedy wracał z pracy. Na stole stała butelka soku marchewkowego, który ten pił nałogowo.
Podniosłam kocyk z krzesła i rozłożyłam go na Kendallu. Ten tylko poruszył się niespokojnie i lekko uchylił powieki.
-Kochanie? - zapytał zaspanym głosem. - To ty?
-Tak, śpij. - powiedziałam, całując go w policzek. - Dopiero wróciłam. Zrobię Ci coś do jedzenia.
-Jesteś aniołem! - wymamrotał. - Kocham Cię.
-Wiem, ja Ciebie też. - uśmiechnęłam się i przeszłam do kuchnio ścianki.
Nie wiedziałam, co chcę teraz zrobić. Jeśli Kendall się obudził na chwilę i zasnął z powrotem sekundę później, to znaczy, że nie śpi ani krótko, ani długo. I jeszcze kawałek sobie pośpi.
Sięgnęłam do szafki i wyjęłam paczkę płatków na mleko. Podobnie, jak Kendall uzależniłam się od chrupania ich na sucho. No i miałam jeszcze zdjęcia do posortowania.
Nie było tak źle, jak się obawiałam. Cassie nie było, ale za to Zac trzymał się blisko mnie. Facet nie potrafi utrzymać języka za zębami nawet przez pięć minut, więc oczywiście przez cały czas gadał. Jak zwykle zresztą. Ale dzisiaj to dobrze. Nawet poprawiło mi to humor.
Kiedy podnosiłam do ust, kolejnego chrupka, do buzi, odezwał się dzwonek do drzwi. Z westchnieniem podeszłam do drzwi i otworzyłam. W progu stała Lila, trzymając rękę ze plecami.
-Co się stało? - zapytałam, marszcząc brwi.
-Wybacz, nie znamy większości sąsiadów. - powiedziała szybko. - Macie jakieś opatrunki?
-Po ci opatrunki? - uniosłam brwi, próbując jej zajrzeć za plecy. - Pokaż tą rękę.
Próbowałam chwycić jej rękę, ale zamiast tego, ona po prostu obróciła się o kilka stopni, tak, że tym bardziej nie mogłam zobaczyć, co tam chowa.
-No pokaż, już! - zawołam, wpychając ją do środka, ale ona wciąż chowała rękę.
-Co się dzieje? - wymamrotał Kendall, wstając i odrzucając kocyk. - Lila, czemu krwawisz?
Krwawi? Z dosadnym spojrzeniem zwróciłam się ku Lirze. Skaleczyła się i nie chce tego powiedzieć? Przecież bym coś zrobiła.
-Wystarczy bandaż i woda utleniona. - powiedziała z mało przekonującym uśmiechem. - Z resztą sobie poradzę.
-Mowy nie ma. - odpowiedział Kendall, znienacka biorąc ją za rękę, którą chowała za plecami i pokazał mi jej rękę owiniętą w kawałek białek tkaniny.
-Co się stało? - zapytałam.
-Nic, tylko... - wyjęczała, jakby czegoś się wstydziła. - Zajrzałam do torby Lizzy. A właściwie włożyłam tam rękę. To był taki podłużny pokrowiec. Jak na ryby. Było na nim jej imię. No i się zacięłam... i uciekłam. Bo właściwie... Ona miała tam szpadę...
-Szpadę? - powtórzyliśmy zgodnie, patrząc na nią ze zdziwieniem.
Lila wywróciła oczami.
-Wiem, nie powinnam. - jęknęła, kiedy Kendall odwijał przy stole szmatę. Rana była podłużna, ale nie za głęboka. Jakby tamta szpada była ostra jak brzytwa.
-Co Ci w ogóle przyszło do głowy, żeby zaglądać do jej torby? - zapytał Kendall, który już chyba się rozbudził. - Nie wspominając już o tym, że grzebanie w cudzych rzeczach nie jest uczciwe.
-Czysta ciekawość. - odpowiedziała obojętnie. - Po prostu chciałam się czegoś o niej dowiedzieć. Chodzi do naszej szkoły... Nie wiem, może trzy tygodnie. Nie więcej.
-Nie łatwiej jej zapytać?
**James**
David coraz wyżej zadzierał brodę. Chciał zobaczyć, jak śliczna Chinka staje na rękach, jadąc konno. Ale nie mógł, bo siedział za nisko. Wziąłem go pod pachy i posadziłem na swoich ramionach. Chciał zobaczyć więcej, więc zobaczy. Przynajmniej na chwilę.
Kiedy osiemnastoletnia Li Hang, tutejsza gwiazda wieczoru, w końcu uspokoiła konia i oprowadziła go wokoło areny, David był jednym z tych, którzy klaskali najgłośniej.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wiem, że wyszło „Buu...”. Chyba straciłam wenę. A szkoda. Może jak opadnie szok, że z wypracowania z polskiego była pozytywna ocenia (po mojemu mi nie wychodziło, więc wzięłam pięć gotowców i zebrałam do kupy). Kiedy pisałam opisy, tą charakterystykę Willa, szło mi nieźle. Jakby ktoś mnie zaprogramował. A robiłam to wczoraj z nudów. To samo o pilocie.
Wyszło jak wyszło. Może być? Mam nadzieję. 

czwartek, 8 maja 2014

82. Występ

**Kendall**
Aliana od samego rana przygotowuje się do zlecenia. To taka moja pracowita mrówka. Kochana. Obserwowałem, jak pakuje do torby obiektyw i zapasową kartę pamięci. Od niedawna nosi drugą. Sam nie wiem, co ją do tego skłoniło.
-Przygotowałaś się już? - zapytałem, siadając na krześle przy stole. - Wyglądasz na zdenerwowaną. Nawet bardzo. Jesteś pewna, że chcesz tam iść?
Aliana wyprostowała się i wyciągnęła z kieszeni jakiś drobny przedmiot. Dopiero potem zorientowałem się, że to klucze od naszego domu.
-Zostawiam. - oznajmiła, kładąc je na stole. - Na wypadek kieszonkowców, zostawiam.
-Aliana, nie odpowiedziałaś. - zawołałem za nią, kiedy przeszła do łazienki.
-Nic mi nie jest, ok? - odkrzyknęła, zatrzaskując mi drzwi przed nosem. - Po prostu na tej imprezie będzie dużo ludzi z branży, których dawno nie widziałam. Nie wiem jak zareagują na mój widok.
-Kochanie, nie przejmuj się. - krzyknąłem przez drzwi. - Cassidy mówiła, że wspominają Cię bardzo dobrze.
Nie rozumiałem o co jej chodzi. Po prostu tam pójdzie, przywita się, zrobi swoje i odejdzie. Tak jak zwykle na zleceniach, konferencjach...
-Po raz pierwszy idę na pokaz mody, rozumiesz? - powiedziała, wychylając się z łazienki. - Co, jeśli moje zdjęcia wyjdą okropne?
-Kochanie... - zacząłem, kładąc jej dłonie na ramionach. - Jesteś dobra. Gdybyś nie była, to Cassidy nawet by Ci tego nie zaproponowała. A jeśli nawet, to nic takiego się nie stanie. Wyobraź sobie, że to koncert i rób swoje.
Aliana westchnęła i sięgnęła po swoją kurtkę.
-Dobra. - jęknęła. - Pójdę tam, tylko pamiętaj, że ty mnie do tego namówiłeś.
-Jak coś pójdzie nie tak, biorę na siebie całą odpowiedzialność. - Uśmiechnąłem się do niej, całując ją w policzek. - I tak wiem, że wszystko będzie dobrze.
-No to idę. - oznajmiła, zakładając torbę na ramię. - Na razie.
**Nicole**
Logan mnie przeprosił. Wybaczyłam mu, ale nie jestem pewna czy dobrze zrobiłam. Wiem, że ja też nie jestem święta, ale on czasami przegina. Ale dałam mu jeszcze jedną szansę.
-Hej, co ty wyprawiasz? - zapytał James, siadając obok.
-Czytam. - odpowiedziałam, biorąc pierwszą lepszą gazetę, która leżała na kanapie.
James wyrwał mi czasopismo z rąk i spojrzał na okładkę, a potem na mnie. Wyglądał... dziwnie. Nawet jak na Jamesa, który na każdego patrzył po ojcowsku.
-Czekaj, bo uwierzę, że czytasz gazety Carlosa. - oznajmił.
I miał rację. Bo jak dotąd siedziałam ze splecionymi stopami ze stosem ekonomicznych magazynów na kanapie. Westchnęłam, składając gazety na kupkę i wciskając je pod ławę.
-James, przestań. - poprosiłam, wstając po świeżo wyprane poduszki. - Na prawdę nie mam siły na przepychanki. Po prostu chcę odpocząć i przygotować się do kolejnego spotu.
-Co dużo reklam na siebie wzięłaś. - powiedział, pomagając mi z koszem na bieliznę, którego Carlos zawsze używał do przenoszenia ubrań do sypialni.
-Są zlecenia, to biorę. - odpowiedziałam automatyczne.
-Mogę to za Ciebie zrobić. - zaproponował. - Skoro jesteś zmęczona, to może pójdziesz spać? - zaproponował. - Mały jest jeszcze w przedszkolu, jadę po niego dopiero za dwie godziny, więc ogarnę to za Ciebie.
-Nie, powiedziałam Carlosowi, ze ja to zrobię. - powiedziałam, zakładając narzutę na fotel. - Nie chcę wyjść na kłamczucha. I tak za chwilę to skończę.
-Przecież wiesz, że mogę Cię odciążyć. - wzruszył ramionami. - To może pozwolisz, że trochę Ci pomogę. Pokój Davida jest już gruntownie posprzątany, więc jestem wolny. Biorę pokój Kendalla.
-Posprzątałam tam już. - oznajmiłam, rozrzucając ubrane poduszki na kanapie. - Został tylko salon i szafa Logana. Niewyprane ciuchy zmieszczą się jeszcze na dwa prania.
-Dwa prania... - powiedział powoli. - Dobra, to później przypilnuję naszej opętanej pralki...
-Daj spokój! - krzyknęłam, obracając to w żart. - Trzęsie się tylko trochę!
-Tak, jakby diabeł w nią wstąpił. - zripostował.
**Aliana**
Podniosłam aparat do twarzy i nacisnęłam na migawkę. Nudy. Myślałam, ze to będzie coś trudniejszego, a tu kicha, Jeszcze trochę, a zasnę na stojąco.
-Jednak przyszłaś. - usłyszałam męski głos za swoimi plecami. - Wnioskuję, że Cassidy przekazała Ci liścik. I ulotkę.
Odwróciłam się i zobaczyłam Zaca idącego w moją stronę. Miał na sobie tą granatową koszulę i... kamizelkę. Tą, którą nosi na przyjęcia.
-Oglądasz, czy występujesz? - zapytałam, odwracając od niego wzrok i zaczynając przestawiać aparat. Zdjęcia wychodzą lekko za ostre...
-I jedno i drugie. - odpowiedział. - Przecież podkładałem głos w jednej bajce. - oznajmił, krzyżując ramiona. - I nawet trochę śpiewałem.
-I nawet całkiem ładnie. -zaśmiałam się. - Twoja partnerka od bajki tu będzie? - zapytałam, robiąc zdjęcie chłopczykowi w czerwonej, skórzanej kurtce.
-Mendy? - zapytał, jakby chciał sobie coś przypomnieć. - Nie, nie mogła przyjść. Dostałem zastępstwo. Nie wiem, nigdy z nią nie śpiewałem.
-Oj proszę... Po prostu zaśpiewaj jak na ćwiczeniach i na pewno wszystko będzie okey.
Rety, zaczynam gadać jak Kendall... Jeszcze trochę, a całkiem się w niego zmienię.
-Nie było ćwiczeń. Dowiedziałem się dzisiaj po południu. Jakąś godzinę przed imprezą. - odpowiedział, zupełnie zbijając mnie z tropu.
-W ogóle można tak brać ludzi z zaskoczenia? - spojrzałam na niego robiąc mu zdjęcie, a on jeszcze szerzej się uśmiechnął.
-Nie wiem, ale podpisałem umowę. - wzruszył ramionami, patrząc na wyświetlacz mojej lustrzanki. - Muszę się wywiązać, nie ważne, jaki Disney wywinąłby numer.
-Disney Ci żadnego numeru nie wywinie. - odpowiedziałam, wracając do robienia zdjęć „modelom”. Za chwilę pierwszy występ. Tylko nie pamiętam z jakiej bajki.
-Dlaczego? - zmarszczył brwi, patrząc na mnie ze zdziwieniem.
-Bo od dawna nie żyje.
-Świetny żart. - mruknął. - Dobra, mniejsza z tym/ Cassidy mi mówiła o... - wskazał na mój już mocno zaokrąglony brzuch.
-A, to... - westchnęłam, odruchowo zasłaniając brzuch wolną ręką. - Wyszłam za mąż. Wysłałam Ci zaproszenie. - oznajmiłam.
-Wiem. - mruknął. - Moja siostra wyrzuciła kopertę do śmieci. Jak wynosiłem worek, to zobaczyłem. Ale to było tydzień temu.
-Co?
-Bo myślała, że jakaś fanka przysłała. - wzruszył ramionami. - Nie miej mi tego za złe, dobrze? Nie miałem pojęcia.
-Jasna sprawa. - odparłam, robiąc kolejne zdjęcie.
Ten zawsze jest miły dla wszystkich. I świetnie wygląda z dziećmi...
-Zachary? - usłyszeliśmy głos szefa imprezy, który wszystko tu zorganizował.
-Tak? - zapytał, odwracając się w jego stronę.
-Poznaj Marlę Serafin. - odparł władczym tonem. - Zaśpiewasz z nią za kwadrans.
Zza jego pleców wyszła drobna dziewczyna ze spiętymi z tyłu włosami. Nie wyglądała biednie. Miała na sobie sukienkę, która wyglądała na drogą.
-I see the ligt? - zapytała nieśmiało, ściskając jego dłoń.
-I see the light. - potwierdził.
Dwa występy i kilkoro dzieci dalej, Marla wyszła na scenę i zaczęła śpiewać kwestie piosenki, które zawsze śpiewała Mandy. Miała do niej bardzo podobny głos, czego się nie spodziewałam, bo wydawała się bardzo onieśmielona. Potem wyszedł Zac i zrobił to jak zwykle. Zaśpiewał swoim mocnym, głębokim głosem. Słyszałam to wcześniej, ale i tak byłam pod wrażeniem. A Marla? Kto wie? Może kiedyś będzie Gwiazdą?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Drobna niespodzianka dla Marli S. Chciałaś siebie... to masz. Jest już późno, bo się zawiesiłam. I pewnie zawieszę się jeszcze wiele razy przy pisaniu tej historii, bo wczoraj wieczorem siedziałam po ciemku z komórką i pisałam do nowej historii. A ponieważ napisałam to w telefonie i wysłałam do Justyny, to pewnie tego nie wykorzystam. Ale zobaczymy. Trzeba to zacząć od początku.

Teraz siedzę przed komputerem, w pełni zdając sobie sprawę, że mam jeszcze kilka blogów do przejrzenia. Jak wena dopisze, jutro będzie na Szkole dla mutantów. I spójrzcie na to. Już to wkleiłam. Zakładki znikną w chwili ogłoszenia konkursu i teraz już sama nie wiem, kiedy się skończy ta historia, bo zastanawiam się nad skróceniem. Przejrzałam notatki i trochę pokreśliłam. Historia może się skończyć w lipcu, może jeszcze w maju... Nie wiem. Do końca jeszcze trochę. Rozważałam jeszcze opcję skrócenia notek, spięcia tyłka i przejścia na system trzy na tydzień. No, ale nie wiem. I tyle mojego przynudzania. Jak się podobało? Trzymajcie się!  

wtorek, 6 maja 2014

81. Wybaczenie

**Carlos**
Było źle. Tylko na takie myśli było mnie teraz stać. Wszystko zaczęło się rozwalać właśnie w chwili, kiedy wszystko zaczęło się układać. I teraz mieliśmy to bezpowrotnie stracić? Nie mogłem na to pozwolić. Te wszystkie dziwne telefony Kendalla, które odbiera, ale kategorycznie czemuś zaprzecza. Jakby tego było mało, wróciły złe nawyki Logana. Nie jestem już w stanie okłamywać Nicole. Udawać, że się z niej śmieję i obracać wszystko w żart.
I jeszcze mój ojciec. Już dawno pogodziłem się ze świadomością, że rodzinny majątek zostanie przekazany komuś innemu. Może mojemu bratu, który od lat nie daje znaku życia?
Tylko czemu ojciec przyszedł z rachunkami właśnie do mnie? Przecież nie jestem jedynym księgowym w kraju. A jednak przyszedł do mnie.
-O czym myślisz? - zapytała Roslyn, siadając naprzeciwko mnie na stoliku. - Wyglądasz na zmartwionego. Możesz mi powiedzieć.
-Nic mi nie jest. - odpowiedziałem wymijająco, chcąc ją do tego przekonać. Prosiłem Cię, żebyś nie siadała na stole. Wszyscy przy nim jemy.
-Oj, przepraszam. - westchnęła obejmując mnie w ramionach. - Czasami o tym zapominam.
-W porządku. - uśmiechnąłem się do niej, wstając z krzesła. - Chodź ze mną. - powiedziałem. - Mam dla Ciebie niespodziankę.
Wziąłem ją za rękę i poprowadziłem korytarzem do końca pokoju. Zrobiłem to już dawno. Kupiłem sprzęt, wzorując się na tym, którego używa w muzeum i zgromadziłem to w jednym miejscu.
-Jest trochę dalej niż studio Aliany, ale tu będziesz miała spokój. - wyjaśniłem, otwierając drzwi do pomieszczenia, które chciałem jej pokazać.
-Carlos, mówisz poważnie? - zapytała z podziwem, przyglądając się sztalugom i tubkom farb. - Zrobiłeś to dla mnie? Zupełnie sam?
-Nie sam. - pokręciłem głową. - Chłopaki mi pomogli. Najtrudniej było dowiedzieć się, jakiego sprzętu używasz, a potem poszło jak z płatka. A zapytać nie mogłem, bo...
Nie zdołałem dokończyć, bo Roslun mocno wpięła się w moje usta, namiętnie mnie całując. Nawet w najśmielszych snach nie oczekiwałem takiej reakcji.
-Carlos, dziękuję. - powiedziała łamiącym się głosem. - Po raz pierwszy ktoś zrobił dla mnie coś tak wspaniałego.
**Kendall**
Ten stary pryk już od tygodnia nie daje mi spokoju. Wydawało mi się, że odpuści, kiedy mu wyraźnie powiem „Nie”, ale wygląda na to, że się myliłem.
-Cześć, miło Cię widzieć. - usłyszałem za plecami głos Lili, która niespodziewanie do mnie podeszła. - Tylko co Ty tu robisz?
Spojrzałem na nią. Stała w czerwonej, kraciastej koszuli. Uśmiechała się. Jak zazwyczaj, kiedy ją widywałem. A do tego naprawdę łatwo było się przyzwyczaić.
-A co ty tutaj robisz? - zapytałem odruchowo, kiedy usiadła na masce mojego samochodu.
-Raczej co Ty tutaj robisz. - odparła. - Stoimy pod moją szkołą.
Rozejrzałem się ze zdziwieniem. Jakby spod ziemi wyrósł przed nami budynek liceum. Jego logo składało się głównie z literek i czterech skrzyżowanych szpad.
-No kto by pomyślał... - mruknąłem, bo szczerze nie miałem pojęcia, że tu jest jakaś szkoła. - Chciałem się przejechać. - dodałem po chwili. - Przemyśleć to wszystko.
-Co wszystko? - zapytała, wskakując na maskę mojego samochodu. - Chyba nie chcesz powiedzieć, że... - przerwała, chcąc mnie uderzyć w ramię.
-Nie o to chodzi. Ktoś nie daje mi spokoju. Chciałbym go jakoś spławić, ale nie bardzo potrafię się do tego przybrać. - odpowiedziałem, sam nie wiedząc jak słowa wylewały się z moich ust.
-Daj mi jego zdjęcie i powiedz, gdzie go znaleźć. - powiedziała, a ja uniosłem brwi. - Spuszczę mu manto. - Dodała. - Will nauczył mnie kilku trików.
Pokręciłem głową. Nie wiedziałem o tej diable, czającym się w środku. Przeciwnie, nawet w najśmielszych snach bym tego nie przypuszczał.
-Lila, proszę Cię. - zaśmiałem się, wyobrażając sobie, jak Lila bije szefa studia muzycznego Worner Bros. - Takie przypadki są w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach karalne.
-No to co? - wzruszyła ramionami. - Powiem, że to Steve i nic nie zrobią.
-Oświeć mnie, kto to jest Steve?
-No jak to kto? - wzruszyła ramionami. - Przełożony Willa. Jest jego kumplem, a w wojsku cieszy się właściwie bezgranicznym zaufaniem.
-Dzięki za propozycję, ale sam sobie poradzę. - uśmiechnąłem się do niej uprzejmie. - Nie chcę Ci robić kłopotów.
-Daj spokój. Ale jakbyś zmienił zdanie, wiesz, gdzie mnie szukać.
-Wiem. - odpowiedziałem, zastanawiając się na chwilę. - Dlaczego właściwie nie idziesz do domu?
-Nie chcę zostać sama. - odpowiedziała. - Will wyjeżdża za miasto z kumplami, a to znaczy, że zostanę sama. Dlatego idę do Lizzy na weekend.
-Kto to jest Lizzy? - zapytałem.
-Lizzy Carmichael. Nowa w naszej szkole. - odpowiedziała. - Egzamin wstępny zdała śpiewająco, ale i tak ma tyły. Pomogę jej to nadrobić.
-Nowa koleżanka? - zgadywałem.
-Tak, jest bardzo miła.
**Logan**
Wiem, że ostatnio trochę mnie ponosi. Wiem, że nie powinienem się tak zachowywać, ale te stare nawyki są silniejsze ode mnie. Zgadzam się, że od czasu do czasu zdarzy mi się położyć rękę na tyłku fanki, albo obejrzeć się za laską, która ma niewiarygodnie duże cycki. Będę musiał zacząć się powstrzymywać, może wtedy Carlos przestanie się czepiać.
-Cześć. - usłyszałem w drzwiach głos Jamesa. - Pomóc Ci w czymś? - zaproponował.
-Dzięki, poradzę sobie. -odparłem, chcąc zostać sam.
Zamoczyłem jeszcze raz ścierkę w wodzie i dokładnie ją wycisnąłem. Znowu wykipiało mi mleko, a zanim zorientowałem się co się dzieje, większość rondelka była już na posadce.
-Mogę poprosić Carlosa, żeby Ci pomógł, bo pewnie i tak będzie musiał po tobie poprawić. - ciągnął dalej, zaglądając do wiaderka z ciepła wodą, teraz lekko zabieloną.
-Sam to sprzątnę. - powiedziałem cicho. - Dzięki James. Teraz przepraszam, muszę pomyśleć.
-Nie ma sprawy. - pokiwał głową. - Jakbyś mnie szukał, będę w salonie.
-Jasne. - odparłem, wracając do wycierania.
Kiedy w końcu upewniłem się, że na podłodze nie ma ani jednej smugi, wyszedłem do naszej sypialni i usiadłem za Nicole, która ślęczała nad komputerem.
-Kochanie, przepraszam. - wyszeptałem jej do ucha, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Ostatnio zachowywałem się jak dupek.
-Wiem. - odparła krótko. - Dobrze, że się przynajmniej przyznajesz. Nie rób tak więcej.
Zbliżyłem się do niej delikatnie. Kiedy poczułem jej oddech w moich ustach, zrozumiałem, że to prawda. Dotknąłem językiem jej języka.
-Kocham Cię. - wydyszałem między pocałunkami.
-Ja Ciebie też. - odpowiedziała, a ja położyłem nas na łóżku.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wiem, dziwne to wyszło. Chuck i Sarah (jak chcecie, w czwartek wstawię ich zdjęcie) mają na mnie taki wpływ. Nie wiem, czy to dobrze, oni całują się bez przerwy. Jeszcze piosenka „Stay Stay Stay”, Taylor Swift. Nie jestem jej fanka, ale ten kawałek mi się podoba. Tak, czy owak, dopisuję ten kawałek do listy weny. No dobra, bez przynudzania. A jeśli macie pytania odnośnie opowiadania, czegoś nie pamiętacie, albo chcecie znać jakieś szczegóły nieujawnione, przypominam mojego Aska: http://ask.fm/Marcialinka. Powiedźcie, proszę, jak się wam podobało. Trzymajcie się!  

czwartek, 1 maja 2014

80. Firma

**Aliana**
Kiedy się obudziłam, Kendall jeszcze spał. Nie chciałam go budzić, bo wyglądał tak słodko. Wstałam i poszłam się ubrać. Było już tydzień po naszym ślubie. Do tej pory sprawa z Lynn jakoś zdołała się wyciszyć i nie było tak, ze wciąż nią żyliśmy. Przeciwnie. Goście nawet nie zauważyli, że coś jest nie tak, a państwo młodzi mieli krótką próbę nocy poślubnej.
Sprzedaję mieszkanie. Zadecydowaliśmy, że będziemy mieszkać u chłopaków, w pokoju Kendalla. Jest całkiem spory, więc się pomieścimy. Spędzimy tu jeszcze miesiąc. Dziewczyny już dawno się wyprowadziły. Mówią, że miesiąc miodowy jest tylko raz i będzie lepiej, jeżeli wyniosą się z mieszkania wcześniej. Tylko musiałam zawiesić prywatne sesje, bo Carlos i James już przenieśli moją pracownię do jednego z wolnych pokoi.
Dzisiaj był kolejny, zwykły dzień i trzeba było iść do pracy. Jeszcze nie zmieniłam nazwiska, bo przecież nasze sądy mają tyle roboty, że się nie wyrabiają. Chyba je połączę, żeby nie tracić własnej marki. Wyrobimy się do przeprowadzki, więc pójdzie razem z meldunkiem. Samochodu nie zmienię. Mowy nie ma.
Spakowałam sprzęt. Po tej całej i niewiarygodnej przygodzie z Zaciem Efronem dostałam nowy sprzęt. Po prostu pomylił mnie z jakąś paparazzi, która też ma takie rude włosy, wyrwał mi aparat z rąk i wpakował do basenu. Kiedy zorientował się co zrobił, ledwo uratowaliśmy kartę pamięci. Nie do pomyślenia, co nie? A co najgorsze, oznaczało to, że muszę zmienić drogę go pracy.
Zwykły dzień w Nickelodeonie nawet się nie zaczął. Tak przynajmniej się zanosi. Dwa odcinki „Victorii”, wizyta w studiu dźwiękowym „Pingwinów z Madagaskaru” i na deser międzynarodowe spotkanie Królów Julianów. Dla fana to jest przygoda, a dla mnie rutyna.
-Hej, Aliana! - usłyszałam krzyk Cassidy, kiedy wysiadałam z samochodu.
-Cześć, coś się stało? - zapytałam, patrząc jak biegnie w moją stronę.
-Co? Nie, daj spokój. Mam dla Ciebie zlecenie.
-Jakie? - uniosłam brwi, patrząc jak wyciąga z kieszeni jakiś kawałek papieru.
-Zgłosiłam Cię. - oznajmiła, kiedy czytałam kawałek papieru. - Zac się ze mną zgodził. Mówi, że twój refleks się przyda.
-Zac? - powtórzyłam, wprowadzając ją do stacji.
-Zachary Levi. - wyjaśniła, zapewne sobie przypinając, ile to jest Zaców w branży. - Poznaliśmy się w tamtym tygodniu. Całkiem miły facet.
-Pamiętasz, że on nie wie o... - zaczęłam, wskazując na swój brzuch.
-Wie, powiedziałam mu. - przerwała mi, kiedy nowy portier sprawdzał moje papiery. - Wróćmy do tematu. Jesteś idealna do tego zajęcia. Masz doświadczenie.
Ponownie spojrzałam na ulotkę, którą mi dała. Imprezę organizuje Disney. „Wroga stacja telewizyjna”, jak nazywa to szef wszystkich szefów w Nicku. Ale on przecież nie musi o tym wiedzieć. Po raz kolejny przeczytałam największy druk.
Pałac Kultury i Nauki
w Los Angeles
Zaprasza na pokaz mody dziecięcej z motywami Disneyowskich bajek.
-Pokaz mod? - zdziwiłam się, a Cassie tylko wywróciła oczami. - Nie jestem pewna, czy...
-Oj daj spokój. Jesteś w tym świetna. Są przewidziane pokazy wokalne i taneczne, a to znaczy, że to co zrobisz niewiele się będzie różnić od tego, co robisz na koncertach.
-Na pokazie mody?
-Tak. Bierzesz to? - zapytała patrząc na mnie wyczekująco. - Bo do południa muszę potwierdzić, że będziesz. Jeden pokaz. Nic nadzwyczajnego.
-Dobra, biorę. Daj adres.
**Jennifer**
Logan od jakiegoś czasu zachowywał się dziwnie. Nie chodziło tu nawet o incydent z rzekomą zdradą. Przeciwnie. Znowu zaczął się oglądać za innymi dziewczynami, a od czasu do czasu nawet łapał fanki do zdjęć tam, gdzie nie powinien. Nie wiedziałam, czy to dla wygłupów, czy w ten sposób objawiało się jego zboczenie.
James i David stali się przykładem typowego ojca i syna. Zaczęły się wypady do wesołego miasteczka, a w mieście zaczęły się występy ekip cyrkowych z Pekinu. A David wręcz uwielbiał szczupłe panie ze skośnymi oczami, które wyginały swoje ciała na wszystkie strony i zdawały się mieć kości z lateksu.
-Kochanie, wrócimy za dwie godziny. - krzyknął ubierając małego.
-Dobrze! - zawołałam, podbiegając do drzwi wyjściowych. - Będę czekać.
-Pa mamusiu! - odpowiedział David, wychodząc z Jamesem.
Bez słowa przeszłam do kuchni, gdzie Carlos siedział nad jakimiś papierami. Nie wiedziałam co robi, ale wiedziałem, że kiedy siedzi nad makulaturą pije dużo kawy, a to znaczy, że trzeba mu ja ciągle dorabiać. Więc wstawiłam kolejny czajnik.
-Nuty? - zapytałam na oślep i o dziwo zobaczyłam ciągi cyfr na dokumentach.
-Nie, księgowość. Rodzinna firma. - odpowiedział, a ja ze zdziwienia przyjrzałam się nagłówkom. - Dyrektor finansowy nawalił i mimo, że ojciec mnie wydziedziczył kilka lat temu, to dzisiaj zwrócił się do mnie o pomoc, co jest przynajmniej dziwne.
„Pena Industries – Zawsze pomocni przeciw przestępstwom sieciowym”. Wyprostowałam się patrząc na Carlosa ze zdziwieniem.
-Co? - zapytał rozkładając ręce. - Nie wiedziałam, że Twoja rodzina ma firmę.
Nie spodziewałam się, że nawet Carlos ma tajemnicę.
-Jak już wspomniałem, ojciec mnie wydziedziczył. Dokładnie po pierwszym konkursie muzycznym. - wyjaśnił. - Wtedy zrozumiał, że chcę się tym zająć na poważnie i to nie jest wcale chwilowa fascynacja, kaprys... Ale teraz to nie ważne. Chłopaki o wszystkim wiedzą. Już wszystko wiesz. Nie rozmawiajmy już o tym, dobrze?
-Jasne, jak chcesz. - wzruszyłam ramionami, stawiając przed nim kubek ze świeżą kawą. - Trzymaj. Gorzka bez cukru. Tak jak lubisz.
-Dzięki. - uśmiechnął się do mnie, a ja wyszłam z kuchni.
**Kendall**
Stanąłem przed studiem nagrań. Nie byłem pewny, czy mam wchodzić, bo dla mnie to było jak zdrada. Zrobiłbym coś za plecami chłopaków, a powiedzieć im też nie mogłem.
-Witaj, Schmidt. - powiedział szef wytwórni płytowej. - Podjąłeś decyzję.
-Tak, już wiem, co zrobić. - powiedziałem, nie spuszczając wzroku z pasa startowego. - Nie podpiszę z panem umowy. Nie zdradzę przyjaciół.
-Zastanów się, Schmidt. - mówił dalej, jakby znowu chciał mnie przekonywać, że jego propozycja to złota kura znosząca złote jajka. - Nie możecie wiecznie być boysbandem dla nastolatek. Wyłam się, a ja Ci pokażę, jak być prawdziwą gwiazdą.
-Nie chcę być gwiazdą. - oznajmiłem. - Chyba to już koniec naszej rozmowy. Do widzenia.
I wróciłem do samochodu.

Po odpaleniu silnika spojrzałem na zegarek na desce rozdzielczej. Druga. Aliana niedługo wróci z pracy. A ja muszę się poważnie zastanowić, zanim dojdę do głębszej rozmowy z prezesem jakiegoś innego studia nagrań.  
Będę szczera. Początek mi się podoba, reszta nie koniecznie. Wyszło tak marnie, bo co chwila ktoś mi przeszkadza i nie mogę się na dłużej skupić. Za to zaczynanie notki na kartce jest dość dobrą metodą. No cóż... Już kończę i pozostało jeszcze tylko wkleić odpowiedzi na komentarze za ostatni miesiąc. Bo szczerze mówiąc, jak dotąd odpowiedziałam na dokładnie jeden. 

A jesli to beda blizniaki? Haha :) takie dwa male szkraby. Dzidzie Schmidt :) oj chyba lepiej nie blogoslaw ich w dwupaku :)
O matko... nie wyrabiam z tymi Twoimi komentarzami, naprawdę. Nic, tylko się brechtać. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. I to nie będą bliźniaki, bo jakby były, to już dawno byście wiedzieli.

Jeeej!!! Chłopczyk!!! Supcio!! Ale jak zwykle ktoś musi zepsuć wszystko tak jak Lynn ehhh. Mam nadzieję że ta wariatka da im spokój no bo teraz właśnie on jest potrzebny Alianie. A ten tekst Davida zostawiam bez komentarza :D
Czemu teks Davida bez komentarza? No śmiało. A Lynn musiałam dać. Trzy miesiące się do tego zbierałam i teraz mi się wydawało, że jest najlepszy na to moment. I fajnie, że nazwałaś ją „Wariatką”. Mamy taki sam tok myślenia.

Lynn.. Już jej nie lubię. Ciekawe co wykombinuje żeby dorwać się do Kendlla. Może uwiedzie któregoś z chłopaków? czekam ;)
Lubisz mi spalać fabułę, co nie? I o to mi chodziło, żeby jej nie lubić.

Oj.. Będzie się działo :). Niech ta Dziwka zostawi Alianę w spokoju! Bo się z Nią porachujemy! Czekam z następny :)).
Dziwka... Co komentarz to lepszy epitet na jej temat.

Ej ja to mam nadzieje że ta suka nie zrobi nic przyszłej pani Schmidt oraz dzieciątku. Jeśli ona się nie uspokoi to ją znajdę i zatłukę! Szmata... Rozdział jak zwykle cudowny ;)
Tb także wesołych świąt i mokrego dyngusa oczywiście ;*
Znajdziesz i zatłuczesz? Kobietę? Co z Ciebie za mężczyzna?

OMG Lynn to zwykła szmata :) Nawet do zmywania podłogi się nie nadaje :D Sądze jednak że gdyby Kendall nie powiedział jej, że ma narzeczoną to może wyjechałąbyb w spokoju, a tak to wszystko się komplikuje. I znowu Kendall pocierpi. Ty chyba kochasz to robić :)
No, właśnie o to mi właśnie chodzi. Żeby Kendall cierpiał. Kocham „dręczyć Kendalla”. Lubię, kiedy jest taki biedny i trzeba mu pomagać.

Hahaha ale się jaram ślubem! Kendall i Aliana Schmidt <3 Szkoda że za nidługo koniec no ale cóż, wszystko się kiedyś kończy :) Jestem ciekawa jaka będzie nowa historia :D Czekam do następnej notki i mam nadzieję że Lynn już nie będzie męczyć Kendalla :****
Aliana Hamilton-Schmidt, jeśli już. Nowa historia będzie, dopiero nad tym pracuję.

Kendall ty skąpcu :) Kase masz a garniaka nie chcesz kupić na najważniejszy moment swojego życia. Kendallu Schmidt...jestem tobą potrzykroć zawiedziona :D Szkoda troche ze ta historia juz powoli sie konczy ale jestem ciekawa tez rewolucji wiec nie pozostaje mi nic innego jak czekać :)
Po co miał kupować nowy, skoro ten miał na sobie dokładnie raz? Poza tym... To tylko garnitur. Rzecz drugorzędna.

Ja na twoim miejscu nazwalabym rozdzial: Suka na podłodze :D
Miałam na to ochotę, ale już na wstępie spaliłabym końcówkę.

Zgadzam się z dziewczynami.. Słabe? O nie ! Wręcz przeciwnie genialne ;). Twój talent mnie zadziwia za każdym razem, gdy czytam opowiadanie. Już nie wiem co pisać :). Lynn.. Przesadziła tym razem! Wstrętna Suka! Ale żeby dać się tak uwieść? Oj Logan.. Współczuje chłopakowi :).Czekam na następny ;** .
Dziękuję, to bardzo miłe. Aż mi się cieplej na sercu robi, kiedy czytam takie rzeczy.

Ooo przepraszam, mój koncert życzeń jest całodobowy i wkrótce też spełnie kogoś narzenie i się przekonacie :) Mniejsza o to. Notka cudna, te majteczki to najbardziej mi utkwiły, ale to przez moje zboczenie :)
PS A mniej popularnych ludzi takich jal ja to będą? Haha. Żartuje :) już głupoty pisze. Nie czytajcie tego...
Ja wiem, kochana, wiem. Co do majteczek, to nie ukrywam, ze inspirowane „Chuckiem”.

Już myślałem, że bd rozwód, a tu proszę: monitoring uratował Hendersonowi dupę ;)
Notka super, do czwartku ;D
Planowałam to od tygodnia. A do rozwodu bym nie doprowadziła.

No i jak widać, coś sporo tego wyszło. Trzymajcie się! Dajcie znać, czy Wam się podobała notka. Do następnej! Trzymajcie się!