poniedziałek, 30 czerwca 2014

Zwiastun

Mogę być szczera? Będę szczera. Więc trochę mi dzisiaj odbiło, a ponieważ miałam wolną godzinę i brak natchnienia na pisanie o Mutantach, to postanowiłam zrobić Zwiastun na nową opowieść.
Tam jest kilka tajemnic, które będą miały wpływ na całą opowieść. Na razie oglądałam to dwa razy, zanim wysłałam. Nie bardzo mi się podoba, ale proszę o wyrozumiałość, bo to mój pierwszy raz. Wyszło silnie amatorsko i chyba już nie będę się za to brała. To jest tak słabe, że zęby bolą. Nie zgadzają się synchrony, ale jakoś można to przeżyć. Kiedy próbowałam poprawiać, wychodziło gorzej.
Obejrzeć możecie tutaj: 
To na serio mój pierwszy raz. Nigdy wcześniej mi takie coś nie przyszło do głowy. A zrobiłam to przez Sylwię, więc jeśli to czyta, to spokojnie może się czuć winna.
Teraz sama mam z tego bekę. takie to słabe. I jeszcze raz proszę o wyrozumiałość.
Konkurs wciąż trwa, na razie mogę powiedzieć, że James ma spore grono adoratorek. Nadal jestem otwarta na zgłoszenia Waszych postaci. Szczegóły w poście poprzednim. Trzymajcie się!

piątek, 27 czerwca 2014

Konkurs!

Historia pierwsza "LA is Ours", dobiegła już końca. A to znaczy, że czas zacząć nową. Dlatego rozpisuję nowy konkurs. Szukam bohaterów, ale tym razem nastolatków. Będzie jeszcze "tło dorosłych", którego część została zapożyczona z serialu Chuck. Wzięłam co chciałam, trochę zmyśliłam i dodałam coś od siebie.
Będę pisała o paczce przyjaciół, którzy poznali się w szkole i z czasem zaczynają ze sobą spędzać coraz więcej czasu. Nie tylko w szkole. Zanim zacznę, wypadałoby, żebyście się dowiedzieli kilku podstawowych rzeczy, żeby móc się zgłosić i wiedzieć co napisać.

Opis:

Kiedy 16-letnia Lizzy budzi się po dwóch latach śpiączki, jest zaskoczona zmianami, które zaszły podczas jej nieobecności. Sterylna sala szpitalna nie zdołała jej ochronić przed rodzinną rewolucją. Liz odkrywa, że jej brat znowu pracuje dla CIA i na dodatek musi rozpocząć naukę w nowej szkole, bo w starej nie będzie w stanie się na nowo odnaleźć. Czy znajdzie przyjaciół w nowym Liceum, kiedy w starym została zapamiętana jako "kujon"? Jak ocenią ją nowi koledzy? I jak odnajdzie się w "nowym" życiu?

O szkole:

Szkoła do której będą uczęszczali chłopcy, Lizzy i reszta nastoletnich bohaterów nosi nazwę "Musketeers High", czasem będę używała zwrotu "Liceum Muszkieterów". Postanowiłam trochę odmłodzić chłopaków z BTR i cała czwórka będzie miała po szesnaście lat. I właśnie dlatego nie podam dokładnych urodzin. Schemat/Szkic opowiadania został zainspirowany serialem "Chuck", skąd zostali zaczerpnięci niektórzy bohaterowie. Pokażę jaki wpływ na nastolatków mają decyzje podejmowane przez dorosłych, co nieraz będzie miało fatalne skutki. Nie zabraknie też przyjaźni, miłości i oczywiście młodzieńczych problemów.

A kim będą przyjaciele Lizzy? Jeszcze tego nie wiem, bo to zależy od Was. Teraz zaczyna się Wasza rola.
Jak wcześniej wyłonię bohaterów na podstawie konkursu, tylko tym razem odbiór będzie ociupinkę szerszy niż członkowie facebookowie grupy. Zgłoszenia będą przyjmowane tylko na e-mail'a (żebyście nie znali wzajemnej treści swoich zgłoszeń). Rolę tej, w której zakochał się Kendall ma Lizzy, ale reszta jest do Waszego uznania.

Szkic zgłoszenia:

Temat wiadomości: "LA is Ours" - Konkurs 
Kiedy już otworzycie wiadomość, zacznijcie opisywać postać, którą chcecie zgłosić jako swoje opowiadaniowe Alter Ego. Zdecydujcie, kim chcecie być. 
Imiona i nazwisko: (Amerykanie i Brytyjczycy zazwyczaj mają dwa imiona).
Krótki opis: (Jakieś 5-8 znań).
Etykietka: np. Pocieszyciel, Imprezowiczka, Kujon itp... 
Dwa zdjęcia "twarzy swojej postaci", najlepiej w załączniku. Koniecznie, jednej osoby. Nie może to być zdjęcie z gali, albo czerwonego dywanu. Tło musi być naturalne, albo jednolite. Nie linki do zdjęć, tylko załączniki. Inaczej będzie niekompletne. 
No i oczywiście się podpiszcie, żebym wiedziała, kto się zgłasza. Muszę mieć z Wami jakiś kontakt, jeśli się zgłaszacie, tak? 
Zgłoszenia wysyłajcie na mojego maila: marcelinka3@poczta.onet.pl i tylko maila. 
W razie pytań szczegółowych, tu jest numer mojego GG: 49557362 albo 49203373
I mój Ask: http://ask.fm/Marcialinka 
Na zgłoszenia macie czas do 11 lipca. 
Po rozstrzygnięciu konkursu możemy się kontaktować przez facebooka. Kilka osób, którzy są w bronie czytelniczym znają mój profil, więc chyba nie muszę go podawać, a nawet jeśli, to na prywatne. 
W opowiadaniu wystąpi każdy, kto się zgłosi, chociaż w niekoniecznie pierwszoplanowej roli.
Uznaję tylko zgłoszenia na e-maila. Jeśli napiszecie w komentarzu, to nie uznam. Jeśli macie jakieś wątpliwości, to piszcie na aska, albo GG przed wysłaniem zgłoszenia. 
W tym opowiadaniu nie ma zespołu Big Time Rush. Chłopaki mają zupełnie inny charakter i nie tworzą zespołu. Są bliskimi przyjaciółmi, ale nie tworzą zespołu. 
Szukam uczniów liceum. 
Uwaga! Jeśli w ciągu trzech dni nie dostanę na pocztę żadnego zgłoszenia, zamknę konkurs i wybiorę z tego co jest. Na razie czekam tydzień. 11 lipca, to taki maks. 

Mam nadzieję, że wszystko jasne. A teraz drobny przedsmak, czyli jak zakładka "Bohaterowie" będzie wyglądała w praktyce. To oczywiście tylko część, tego co nas czeka. czyli główna bohaterka i jej starszy brat. 

Elizabeth Carmichael
Lizzy (16 l.) nie lubi pełnej odmiany swojego imienia. Zawsze była do przodu z nauką, ale tym razem musi trochę zwolnić. Nigdy nie cieszyła się popularnością wśród innych w szkole, a jej jedyni prawdziwi przyjaciele, to przyjaciele jej brata. szybko się uczy i nie ma problemu z zapamiętywaniem szczegółów. Starszy brat często mówi, że gdyby nie ona, nie byłby taki jak jest teraz. Dzięki niemu nie jest odrętwiała po miesiącach śpiączki, bo dbał o wizyty fizykoterapeuty. Przez większość swojego życia byli sami, ale z czasem to uległo zmianie. A sama Liz nie spodziewała się, że skradnie serce klasowego romantyka. 

Charles Carmichael 
Chuck (27 l.) jest starszym bratem Lizzy. Zajmuje się nią odkąd się skończyła cztery latka, bo matka odeszła, a ojca jakby nie było. Równie dobry z niego technik komputerowy, co szpieg. Nigdy nikogo nie zabił. Są tacy, którzy mówią, że uczucia sa jego słabością, ale właściwie to one pomogły mu przetrwać. Jego siostra jest najważniejszą osobą w jego życiu (jedną z dwóch najważniejszych, właściwie). Codziennie się o nią troszczy i codziennie naraża życie, o co ona ma do niego ciągły żal. Oddałby wszystko, żeby jego rodzinie nic nie zagrażało. Zawsze uczynny i służący pocieszeniem. 

I jak podoba się wstępna koncepcja? Mam nadzieję, że dobrze. Więc, jeśli chcecie, żeby wasza postać pojawiła się w opowiadaniu, to do roboty! Trzymajcie się! 

środa, 25 czerwca 2014

99. Epilog

To był dziwny rok. Zdecydowanie. Nawet w najśmielszych snach nie spodziewałam się, że poznam najlepszych przyjaciół, jakich kiedykolwiek miałam i przeżyję tyle strasznych przygód.
Zespół Big Time Rush nadal istnieje. Kendall, James, Carlos i Logan mają swoje wymagania, ale pracują w pocie czoła. Najfajniejsze jest chyba, że jeśli podróżujemy, to razem.
Kai rośnie jak na drożdżach. Najczęściej odwiedzają nas oczywiście Cassidy i Nate. Oboje wiele dla nas robią i dobrze wiem, że to potrwa jeszcze dość długo. Tylko Cassie wyrzucała mi, że nadaliśmy synowi imię rodem z "Beyblade", chociaż ja nawet nie wiem, co to jest.
Jennifer jest chórzystką chłopaków. Wie, że to nie będzie trwało wiecznie, ale nie odbiega daleko w przyszłość, chociaż jest twardą realistką. No i szkoli się na gwiazdę. Przynajmniej tak żartuje James. Czasami trzepnie na koncercie solówkę, ale Rushers nie są zachwycone, więc najgłośniej śpiewa chyba w toalecie, z czym Carlos coraz częściej jej wtóruje.
Roslyn otrzymała od Carlos wspaniały prezent zaraz po miesiącu miodowym. Okazało się, że muzeum sztuki wystawiło na sprzedaż większość udziałów. Jeden z właścicieli rezygnował z interesu z niewiadomych powodów. A teraz akt notarialny jest w rękach Roslyn i ta może śmiało ciszyć się władzą.
Fundacja moja i Nicole świetnie prosperuje. Logan wpadł na pomysł zatrudniania informatyka, który zaprojektował nam kompleksową stronę internetową. W ten sposób zyskałyśmy nowych sponsorów i kontakty do przedsiębiorców, którzy chętnie przyjmą do pracy kobiety po przejściach. Poza tym opłacamy kursy zawodowe i organizujemy szkolenia. Poza tym musiałyśmy rozszerzyć ofertę, kiedy zaczęło się do nas zgłaszać coraz więcej dziewczyn w ciąży, które nie mają zielonego pojęcia kto jest ojcem ich dziecka. Ostatecznie musiałyśmy podjąć współpracę z prywatną kliniką psychoterapeutyczną, która chętnie wspiera takie projekty jak nasz.
Logan odnalazł w sobie nową pasję. Stolarstwo. W życiu bym nie przypuszczała, że ze starych, nikomu niepotrzebnych mebli zrobi ta wspaniałe dzieła sztuki. Dlatego bez zastanawiania własnoręcznie sprzątnął piwnicę i urządził sobie niewielki warsztat. Dzięki jego hobby Nate znalazł nowe mieszkanie i zupełnie za free zrobił z meliny luksusowy apartament, a Izzy pomogła siostrze sprzedać swoje stare, na przedmieściach, za dwukrotnie wyższą cenę.
Carlos jest udziałowcem w firmie ojca, który w końcu zrozumiał, że muzyka to całe jego życie. Carlito oczywiście wie, że od czasu do czasu musi zajrzeć do tego paskudnego biurowca i jest wdzięczny ojcu, że dał mu drugą szansę, której na pewno nie zmarnuje.
James prowadzi warsztaty dla samotnych ojców. Dobrze pamięta, jak się czuł, kiedy musiał się sam zaopiekować Davidem. No i nie mówimy już na Davida "Mały". Teraz nazywamy go "Młody", natomiast starą ksywkę przejął Kai.
Kendall bardzo wczuł się w rolę ojca. Specjalnie pojechał na weekend do Kansas i przywiózł swoją zapomnianą płytotekę, łącznie z gramofonem, żeby zrobić małemu muzyczną edukację. A ten stał się niesamowicie spokojny przy słuchaniu "Toma Sawera", mimo, że numer nie należy do delikatnych. Przynajmniej wiadomo, po kim odziedziczył gust muzyczny.
Nate zaręczył się z Izzy. Cassidy miała niezły ubaw, nazywając ich "wiecznym narzeczeństwem". Mój kochany braciszek zaczął studia w kierunku dodatkowej specjalizacji. Neurologia. Cóż... zawsze lubił się bawić silikonowym mózgiem.
Will zaręczył się z jedną z owdowiałych żon. Kobieta ma małego synka i jest bardzo miła. Chłopak bardzo polubił Davida, co pozwoliło spotykań nam się w szerszym gronie.
Cassidy nauczyła Lilę kobiecości. Dziewczyna już nie nosi po domu starych, flanelowych koszul. Razem chodzą na zakupy, nie tylko, żeby kupić Willowi krople do oczu. Nawet nauczyła się malować paznokcie i jak zmywać naczynia, żeby natychmiast nie narobiły się odpryski lakieru. No jeszcze wiele innych praktycznych możliwości, o których tylko one mają pojęcie.
No cóż... Teraz już chyba wszystko powiedziałam. Na tym pora zamknąć moją książeczkę. Los Angeles jest nasze. Teraz czeka nas tylko długie Ever Ever After.
Aliana Hamilton-Schmidt...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

KONIEC!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Tak zakończyła się pierwsza "historia" LA is Ours. Jeśli zatęsknicie, zapraszam do archiwum. To jest pierwsza historia. A jaka będzie druga? Konkurs zostanie ogłoszony w piątek o godzinie 9:00. Każdy może zostać bohaterem nowego opowiadania, o ile się zgłosi. Wracając do tej historii, jestem ciekawa, kto był waszą ulubioną postacią i który wątek zapadł Wam najgłębiej w pamięci?
To już koniec setnej ("Wstęp" ma numer 0) i ostatniej notki. Jak się szanownemu Państwu podobał ten wpis w pamiętniku Aliany?

Niespodzianka: 

Teraz czas na niespodziankę. Przedstawię wam kogoś, kto był pośrednią inspiracją do napisania historii. Jest to Kanadyjska aktorka, Odessa Rae. Pewnie kojarzycie jej buzię, bo to przecież Aliana.
Internet nie wie kiedy dokładnie się urodziła i w związku z tym ja też tego nie wiem. Widywałam ją w niewielkich rolach w amerykańskich serialach. Po raz pierwszy zobaczyłam ją w "Tajemnicach Smallville", gdzie zagrała dwie postacie. W tej drugiej, bardziej fantastycznej, była nie do poznania. I od razu widać, co charakteryzacja jest w stanie zrobić z człowiekiem. Pierwszą scenę, którą tu widać zobaczyłam w środku nocy. Byłam ledwo przytomna, ale podobały mi się jej włosy.
Potem był "Ostry Dyżur", gdzie (przejrzałam fora), jej postać została skomentowana jako "Ruda Suka".
Poza tym kilka razy mignęła w filmach, które oglądaliśmy. Niektóre sceny są ociupinkę nieprzyzwoite, bo dziewczyna grała prostytutkę, ale szczególnie interesujące jest to:
Tak niewiele, a tyle mówi, co nie? Dzisiaj znalazłam to, czyli gościnny występ rzeczonej aktorki w "Uczciwy Przekręt". Szczerze mówiąc, nie słyszałam o tym serialu i jeszcze nie oglądałam tego odcinka. On dopiero na mnie czeka. Poza tym jest jeszcze to:
Chris, nie ukrywam, że odizolowałam tę scenę z filmu "Redy or Not", potem wstawiłam do You Tube i potem na bloga z myślą o Tobie, więc radzę Ci to odtworzyć, bo liczę, że jest w Twoim guście.
Pewnie napisałam To, byleby tylko napisać, ale w głębi duszy mam nadzieję, że się to wam Podobało i nie ignorowaliście tego. Napisałam o tej aktorce, dlatego, że ona przyciągnęła moją uwagę. I właśnie z tego powodu wyobrażałam sobie Alianę na jej podobieństwo. Wiem, że mówi biegle po japońsku i występuje w japońskich filmach. Przez kilka sekund można ją zauważyć w filmie "Movie 43", tak ten zboczony wielowątkowy, gdzie zagrała sekretarkę.
~~oo~~
Na koniec pragnę Wam podziękować, że byliście ze mną przez ten rok i liczę, że będziecie ze mną jeszcze przy następnej historii. Mam do zrobienia zakładki z bohaterami. Jedna już jest, zostały jeszcze dwie. Trochę tych ludzi będzie, tyle mogę Wam obiecać.
Wasze komentarze i świadomość, że byliście ze mną przez te miesiące nie raz podnosiła mnie na duchu, poprawiała samoocenę. Czułam się doceniana te dwa-trzy razy w tygodniu. Dlatego pragnę Wam złożyć
NAJSZCZERSZE PODZIĘKOWANIA
ponieważ zdołałam was pokochać przez te dziesięć miesięcy. Jesteście cudowni. Teraz pozostaje mi tylko powiedzieć: 
Do zobaczenia w kolejnej opowieści!

poniedziałek, 23 czerwca 2014

98. Podwójny ślub

**Kendall**
Nadszedł dzień ślubu Jen i Jamesa. No jeszcze Carlosa i Roslyn. Wiem, ze nie powinienem, ale miałem wrażenie, że wszyscy byli na to strasznie nakręceni. Gości uzbierało się całkiem sporo, bo od czwórki państwa młodych, ale jak na tak wielką i huczną uroczystość nie było ich tak dużo. No i znowu wychodzi na dwoje. Chyba Jen ma jednak rację. Powinienem przestać tyle myśleć.
Ostrożnie wyjąłem Kai'ego z łóżeczka i przełożyłam go nosidełka. Aliana jeszcze się szykowała. Jeszcze nie wiem, co chciała z nim zrobić na czas uroczystości i nawet jej o to nie pytałem. Wiem, że ona zawsze wie, co robi.
-Jestem już gotowa! - usłyszałem, jak woła ze strony schodów. - Jak Kai?
W ułamku sekundy pojawiła się obok mnie. Mały dał nam w nocy popalić, ale to nic, bo przecież to nasz syn i ja pewnie zachowywałem się gorzej w jego wieku.
-Też gotowy. - oznajmiłem, zapinając pas zabezpieczający. - Jak to jest, że nie mamy wózka?
-Zamówiliśmy go, nie pamiętasz? - oznajmiła, zapinając kolczyki. - Przyjdzie gdzieś we wrześniu.
-We wrześniu? - powtórzyłem. - Nie da się tego jakoś przyśpieszyć?
-Nie. - pokręciła głową. - Było nie zamawiać francuskiego.
Uśmiechnąłem się blado i pocałowałem ją delikatnie w policzek. Wiedziałem, że nie będzie się opierać, tylko odwzajemni mój uśmiech.
-A jak państwo młodzi? - zapytałem, obejmując ją w pasie. - Carlos męczy się z muszką, a Roslyn medytuje. - wyrecytowała, opierając się o moje ramię.
-Jesteś dzisiaj wyjątkowo pięknie uczesana. - mruknął. - Czy to nowe perfumy?
-Więc, prawdę mówiąc wcale się nie czesałam, a tych perfum nie używałam od pół roku. Jakie wnioski? - uśmiechnęła się do mnie po lisiemu.
-Że nie mam pamięci do zapachów.
-Właśnie.
**James**
Ustawiliśmy się przed salą USC, w oczekiwaniu na przybycie urzędnika. Moglibyśmy wejść od razu, ale Roslyn uparła się, żeby zrobić to „z klasą”, cokolwiek miała na myśli.
Kiedy w końcu przyszedł urzędnik weszliśmy do środka i zaczęła się cała ceremonia. Nie lubiłem tego słowa, ale czasami musiałem go używać.
Wszyscy czekali na nas w sali. Kontem oka zauważyłem Nate'a, który trzyma nosidełko z Kai'm, a obok siedzi David. Nie miałem pojęcia, dlaczego, ale udało mi się powiedzieć całą przysięgę.
"Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny Uroczyście oświadczam, że wstępuje w związek małżeński z Jennifer Trump i przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe."
"Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny Uroczyście oświadczam, że wstępuje w związek małżeński z Jamesem Maslowem i przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe."
"Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny Uroczyście oświadczam, że wstępuje w związek małżeński z Carlosem Peną i przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe."
"Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny Uroczyście oświadczam, że wstępuje w związek małżeński z Roslyn Waker i przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe."
Kiedy wszystko się skończyło, wyszliśmy i zaczęło się typowe sypanie ryżem. Poczułem, jak kilka ostrych ziarenek dostaje mi się za kołnierz, ale się tym nie przejąłem. Liczyła się teraz tylko Jennifer. Bo ona stała obok w białej sukience i w końcu mogłem śmiało powiedzieć, że jest moja.
-Dziękuję, że uczyniłaś mnie najszczęśliwszym mężczyzną na Ziemi. - wyszeptałem jej do ucha.
-Dziękuję, że uczyniłeś mnie najszczęśliwszą kobietą na Ziemi. - odpowiedziała.
Potarłem jej nos swoim nosem ostatecznie spojrzeliśmy na Roslyn i Carlosa, który zachowywali się niewiele lepiej od nas. Tak właściwie, to zachowywali się gorzej od nas. Nawet gorzej niż para zakochanych nastolatków.
Ale przecież byliśmy zakochani.
**Carlos**
Z naszego wspólnego wesela wyszła jakaś dzika impreza karaoke. Nawet król Julian by się nie powstydził. Tak, czy siak, wszyscy zdołali zaśpiewać. Nawet ci, którzy za bardzo sobie nie radzili z mikrofonem.
-Synu? - usłyszałem głos mojego ojca i zaraz potem poczułem jego dłoń na ramieniu. - Mógłbyś na chwilę zostawić swoją żonę? Mamy jedną sprawę do omówienia.
Uniosłem brwi i niechętnie zostawiłem Roslyn w towarzystwie grypy druhen. W końcu co one takiego mogą zrobić? Przecież mój ojciec jest mistrzem mówienia krótko, zwięźle i na temat. A przez ten czas te rozchichotane dziewczyny nie zdołają upić Roslyn do nieprzytomności.
-Coś się stało? - zapytałem, odchodząc pod ścianę sali jadalnianej. - Z tego co wiem, to nie lubisz ze mną rozmawiać, jeśli nie musisz.
-Wiem, synu. - pokiwał głową z pokorą, wciąż ściskając w dłoniach jakąś teczkę. - To naprawdę ważny temat, który nie może czekać.
-Już się boję, tato... - zaśmiałem się, chowając dłonie w kieszeniach. - Nie wiem, dlaczego słuchałem rad Logana, który kazał mi być aroganckim dla ojca przynajmniej na czas wesela.
-Spokojnie, nie masz się czym martwić. - uśmiechnął się, wyjmując kawałek papieru w trzymanej teczce. - W ciągu ostatniego miesiąca udowodniłeś, że jesteś wystarczająco odpowiedzialny, żeby przejąć większość naszej rodzinnej firmy. Czuję, że czas odejść na emeryturę.
**Kendall**
Wesele przebiegało wspaniale. Ja, Aliana i dzieciaki musieliśmy wrócić do domu wcześniej. Przecież obiecałem Jamesowi, że położę Davida spać. No i Kai. On też praktycznie spał. Właściwie przespał cały czas i budziliśmy go tylko na karmienie. Nie wiadomo, jakim sposobem ma już pokarm w piersiach. Nate twierdzi, że jej organizm po prostu się przystosował do przedwczesnego porodu i gruczoły mleczne zaczęły pracować jak po dziewięciu miesiącach. Super, co nie?
-To już chyba wszystko... - westchnąłem, kiedy David zmusił mnie do przeczytania ósmej bajeczki.
-Chyba miesięczny zapas się skończył. - oznajmiła Aliana, nalewając wody do wanny. - Trzeba jeszcze wykąpać Kai'ego.
-A ja mam lepszy pomysł. - wyszeptałem, obejmując ją w pasie. - Wykąp Kai'a, a ja przygotuję kąpiel dla nas. Co na to powiesz?
-Myślę, że to nie jest zły pomysł. - uśmiechnęła się, a ja pochyliłem się nad jej twarzą i delikatnie pocałowałem. Ona tylko odwróciła się w stronę wanienki dla dzieci i poszukała dziecięcego płynu do kąpieli, który przepisał lekarz. Sam się zdziwiłem, że nawet kosmetyki są na receptę.
Poszedłem do łazienki. Kiedy odkręciłem wodę, przyszedł czas na przemyślenia. Motywem przewodnim było chyba hasło: „Giętki bądź jak origami.”, bo wszystko na to wskazywało. Wszyscy goście tańczyli niczym król Julian z „Madagaskaru”. Przyszedł czas, żeby to przemyśleć. Sporo się działo. Teraz te śluby... Mogę śmiało nazwać to finałem wszystkich nieszczęść. Miałem jeszcze wypomnieć Jamesowi, że przegrał zakład, ale chyba mu odpuszczę.
Wyprostowałem się, kiedy chlusnęła woda. Ale nie tutaj, tylko na zewnątrz.
-Co to było? - zawołałem.
-Chmura się urwała! - odkrzyknęła Aliana.
No tak... To tylko zwykła ulewa sekundowa. Mgnienie okiem i jesteś cały mokry. Taki zimny prysznic prosto od Matki natury!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i koniec! To jest przedostatnia notka, którą można śmiało nazwać finałem. Nie potrafię opisywać ślubów i to wyszło kiepsko. Zakończenie już... we środę o godzinie 14:00!
Dajcie znać, czy Podobała Wam się notka. Do środy!
I dzięki za uwagę, już poprawiłam. 

piątek, 20 czerwca 2014

97. Nieprzespane noce

**James**
Kiedy wróciłem do domu, głos Jess wciąż dźwięczał mi w głowie. Miałem ochotę jej powiedzieć, że nic z tego, ale wiedziałem, że wtedy to ja wyjdę na tego złego tatusia. A może ten czarny scenariusz wcale nie musi się sprawdzać? Może Jess naprawdę się zmieniła i chce tylko widywać się z synem? Tylko czy jej wpływ nie zmieni jego relacji z Jennifer?
Z takimi myślami wróciłem do salonu, gdzie wszyscy siedzieli nad talerzem ciastek, które Logan własnoręcznie zrobił. Wygląda na to, że w końcu się nimi pochwalił...
-Czemu tego nie jecie? - zapytałem, chcąc chwilę ochłonąć. - Miałem rację, są niejadalne?
-James, James, James... - wyśpiewał Logan, waląc się na fotel. - Człowieku małej wiary... Nawet jeszcze nie spróbowałeś.
-Szkoda ich ruszać. - stwierdził Carlos, nie odrywając wzroku od gazetki telewizyjnej. - Tak ładnie wyglądają. Nie chciałbym zaburzać tego pięknego zjawiska.
-Ale nie wiemy jak smakują. - ciągnął Logan, żeby namówić nas do spróbowania tego „wypieku”. - Błagam, niech ktoś z was spróbuje.
-Kendall bierze leki. - wypaliła Nicole, wpisując kolejne hasło do krzyżówki. - A Aliana karmi piersią. Nie mogę spróbować.
-A co to ma wspólnego z...
-Jak znam Twoją kuchnię, to bez alkoholu nie pojedzie. - wyjaśniła, szukając kolejnej w książeczce.
Teraz chyba tylko Loganowi nie było do śmiechu. Brechtaliśmy się tak, prawie tarzając po podłodze. David nawet nie zwrócił na to uwagi, by był zbyt zajęty pieszczeniem Kai'a, który wciąż smacznie spał. Carlos jako pierwszy się opanował i wrócił do czytania gazety z programem telewizyjnym.
-On tak cały czas? - zapytałem Alanę, wskazując na swojego syna.
-Tak, nawet na chwilę nie odszedł. - odpowiedziała. - W życiu nie widziałam, żeby czymkolwiek się tak zainteresował.
-Nie wiem, może po prostu lubi malutkie dzieci, a mu jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. - wzruszyła ramionami.
-Ciociu, ciociu! - zawołał cicho. - Zrób nam zdjęcie! Obudził się.
-Pójdę po aparat, dobrze? - zapytała go i wstała z kanapy.
David z radością pokiwał głową, a ja zająłem miejsce obok Jen. Ona niemal natychmiast oparła głowę o moje ramię. Nawet nie drgnąłem, bo byłem do tego przyzwyczajony, a to był jeden z tych naturalnych ruchów.
-Gdzie byłeś? - wyszeptała, wtulając twarz w moje ramię. - Nawet nie wziąłeś bluzy, ani kluczy.
-Nie wychodziłem daleko. - wyszeptałem, delikatnie całując ją w czoło. - Jess wróciła.
Jennifer gwałtownie podniosła głowę, odrzucając włosy do tyłu. Patrzyła na mnie ze zgrozą. Miałem wrażenie, że poszerzyły jej się źrenice, ale to mógł być tylko złud optyczny.
-Żartujesz, prawda? - zapytała z nadzieją.
-Nie. - pokręciłem głową, pilnując, żeby reszta nas nie słuchała. Kątem oka zobaczyłem jak Logan kłóci się z Roslyn i Nicole. - Prosiła mnie o zgodę w konakach z Davidem. Do jutra mam podjąć decyzję. Umówiliśmy się w tej osiedlowej kawiarni... Wiesz, tej emeryckiej.
-Mam nadzieję, że się nie zgodzisz.
-Nie zgodzę się, ale tylko, jeśli ona nie zgodzi się na moje warunki. Nie chcę wyjść na złego ojca. Wolę załatwić wszystko polubownie.
**Aliana**
Wieczorem spokojnie położyliśmy się spać. Cieszyłam się, ze mam obok siebie Kendalla, który w końcu wrócił do domu. Trochę zaszokował mnie ogromny telewizor w sypialni, który miał wbudowane DVD.
-Widzisz, Logan zaszalał. - powiedział, kładąc się obok. - Nie spodziewałem się, że tak wyposaży każdą sypialnię.
-Co masz na myśli, mówiąc „każdą”? - zapytałam, sięgając po książkę, którą Carlos odzyskał z mojego mieszkania. Nie wiem, jak mu się to udało, bo sprzedałam ją tydzień przed.
-To znaczy każdą. Nawet te gościnne.
-Rety, musiał sporo oszczędzać. - zaśmiałam się, na co Kendall tylko pokręcił głową.
-Od dawna to planował, ale nie miał się jak do tego przybrać. - położył się bok mnie, biorąc swój notes, gdzie zapisywał robocze wersje piosenek.
-Ostatni raz go widziałam w łazience. - mruknęłam.
-Ale co?
-Ten notes. Chyba nosisz go ze sobą wszędzie. - oznajmiłam, szukając strony, na której skończyłam czytać. - Masz pomysły gdzie popadnie.
-Wena zającem, trzeba ją gonić. - uśmiechnął się szeroko, biorąc zatemperowany ołówek. - Nie mam takiego zawodu jak ty, żebym mógł to zorganizować na zawołanie.
-Ej! - zawołałam, pieszczotliwie klepiąc go w ramię. - To wcale nie jest takie proste, wiesz?
-Wiem, wiem... - pocałował mnie w usta.
Rozmawialiśmy, leżeliśmy i niewiele poczytaliśmy, dopóki nie zasnęliśmy. Kai był niewiarygodnie spokojny. Prawdę mówić, byłam przygotowana na coś ostrzejszego. No i miałam rację. Punktualnie o północy obudził mnie głośny, dziecięcy płacz. Zaświeciłam lampkę, chcąc wstać, ale Kendall położył mi dłoń na ramieniu.
-Leż. - wyszeptał. - Ja wstanę. Pewnie się zmoczył.
**James**
Przyszedłem do kawiarni „Magiel” jakiś kwadrans przed czasem. Bez zastanowienia usiadłem przy stoliku i zamówiłem dwie kawy. Jedną z cynamonem, dla siebie i drugą ze śmietanką, dla Jess. Mocno posłodzoną. Nawet to jaką kawę pije mocno się do mnie przyczepiło.
Spojrzałem na zegarek. Kiedy kelnerka przyniosła filiżankę, zapłaciłem z góry, dając jej napiwek. Ona tylko uśmiechnęła się do mnie życzliwie i natychmiast odeszła.
Jesmine powinna być tu za dziesięć minut, więc jeszcze trochę tu sobie posiedzę. Swoją drogą, to nie było wcale tak długo. David ledwie zacząłby się skupiać.
Jess zjawiła się kilka minut przed czasem, co było dla niej dość nietypowe, bo miała tendencję do spóźniania się na nieformalne spotkania.
-Cześć, długo czekasz? - zapytała, siadając naprzeciwko mnie.
Pokręciłem głową, podsuwając filiżankę w jej stronę. Ona tylko spojrzała na mnie ze zdziwieniem i błaganiem, jakby oczekiwała najgorszego.
-Pamiętasz, o czym wczoraj rozmawialiśmy? - Zapytała.
-Pamiętam. - pokiwałem głową. - Możesz spotykać się z Davidem, ale tylko, jeśli nie będziesz go buntować. Do Jennifer już mówi „mamo”, a to już wiele znaczy. Tylko, kiedy Ci na to pozwolę i nie będziesz próbowała mi go znowu zabrać. Dobrze wiesz, że on Ciebie nawet nie kojarzy.
-I właśnie dlatego muszę to naprawić. Nie chcę wracać do naszego małżeństwa i proszę, żebyś mi tego nie wypominał. - poprosiła. - Zgodzę się na wszystkie Twoje warunki.
-Nawet nie miałem zamiaru. - uśmiechnąłem się do niej blado, skubiąc serwetkę. - Nie jestem taki.
-Więc... - zaczęła nieśmiało. - Co planujesz?
-Ożenię się z Jennifer. - powiedziałem, wyjmując z kieszeni kawałek kartoniku, wizytówkę z moim nowym numerem telefonu. - To chyba najlepsze wyjście. Chociaż nie nazwałbym tego wyjściem. Na razie tylko tyle musisz wiedzieć. A to powinno Ci się przydać. Umawiaj się przed każdym spotkaniem. Nie lubimy niezapowiedzianych wizyt. Jeśli się nie umówisz, ochroniarze Cię nie wpuszczą na osiedle. To juch chyba wszystko. Na razie.
Wstałem, chcąc ją zostawić. Zapłaciłem za kawę, więc wszystko było w porządku.
-James? - zawołała za mną.
-Tak? - odwróciłem się, żeby na nią spojrzeć.
-Dziękuję. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Zaskoczeni? Mam nadzieję. Kiedy pisałam tę notkę, chciałam, żeby wszystko było już skończone, żebym mogła bez zarzutu wziąć sobie „dzień wolny”, co musi sobie jeszcze poczekać. Bo przede mną jeszcze jedna notka i planowanie tego wszystkiego. Ostatnią napisałam wczoraj i od razu zaplanowałam. Nie martwcie się. Pamiętnik Aliany, to wszystko co przeczytacie. No cóż... Jakie wrażenia po przeczytaniu? Mam nadzieję, że najlepsze. Trzymajcie się! Do poniedziałku!  

środa, 18 czerwca 2014

96. Powrót matki

**Aliana**
-No i czemu mi nic nie powiedzieliście? - zapytała Roslyn, kiedy już wszyscy zebraliśmy się przy obiedzie. - Przyjechałabym i jakoś pomogła.
-Dobrze wiesz, że to by było na nic. - Kendall wzruszył ramionami, dokładając sobie rosołu. - Sama mówiłaś, że takie szkolenia, to dla Ciebie okres wolny od mediów. Nic byśmy nie zrobili.
-Co najwyżej my. - przerwał mu Logan, żując kluski. - Ty cały czas leżałeś nieprzytomny na intensywnej terapii. Ale dzięki Roslyn... Poradziliśmy sobie.
Roslyn odłożyła łyżkę na bok i wyprostowała się, jakby miała coś ważnego do powiedzenia.
-Wiecie, myślę, że już czas. - odparła w stronę Jen i Jamesa. - Dużo ostatnio rozmawialiśmy i wspólnie podjęliśmy pewną, bardzo ważną decyzję.
-O czym wy... - zaczęłam, ale Carlos tylko wyszczerzył szeroko swoje śnieżnobiałe zęby, jeszcze bardziej wzbudzając moje podejrzenia.
-Byliśmy w urzędzie stanu Cywilnego. - kontynuowała Jennifer. - Okazało się, że jest tylko jeden wolny termin. Urzędnik uznał to za wyjątkową sytuację i musiał się zgodzić.
-Tylko wcześniej musieliśmy go przekupić. - powiedział James, składając sztućce. - No, ale to nieistotne. Ważne, że się zgodzili.
-W związku z tym mamy do was maleńką prośbę. - dokończył Carlos.
Ja i Kendall popatrzyliśmy po sobie zastanawiająco, co oczywiście nie uszło uwadze Jamesa, który niby przypadkiem, rzucił w nas serwetką.
-Nicole, Logan... - zaczęła Jennifer uroczystym tonem. - Czy zgodzicie się zostać naszymi świadkami? - zapytała.
-Prosimy... - dodał James, kiedy David przyprowadził do kuchni łóżeczko z Kai'm, do którego Logan założył kółka. Pochyliłam się i założyłam blokadę, żeby przypadkiem gdzieś nie wpadło.
-Dobrze, chyba nie mamy innego wyjścia. - westchnęła Nicole, spoglądając na Logana. - Co o tym myślisz, kochanie?
-Myślę dokładnie to samo, co Ty, moja droga. - pokiwał głową.
-Aliana, Kendall... - Roslyn zabrała głos bojowym tonem. - Jesteś moją najlepszą przyjaciółką od lat. Czy będziecie naszymi świadkami?
-Dołączam się do pytania. - mruknął Carlos. - Z tą różnicą, że z Kendallem jesteśmy jak bracia.
-I tak wszędzie mówicie, że jesteście braćmi. - Jennifer wzruszyła ramionami, sięgając do szklanki z sokiem.
-To zgadzacie się, czy nie? - wyszeptał Carlos, demonstracyjnie zakrywając usta.
-Jak myślisz skarbie? - zapytał mnie Kendall, teatralnie składając dłonie w piramidkę.
-Myślę, że to nie jest zły pomysł. - pokiwałam głową.
**James**
Po obiedzie wszyscy poszliśmy do salonu. Miałem ochotę posiedzieć na kanapie, jak za starych dobrych czasów. Kiedy Aliana zdołała na nowo uśpić swojego synka, David ani trochę nie stracił zainteresowania. Wciąż opierał się o ramę, stojąc na swoim dziecięcym taborecie i szarpał za jego kocyk. Nie wiedziałem, czy to dobrze, czy to źle, ale zdawało się, że Kendall i Aliana nie mają nic przeciwko temu.
-David, przestań, bo go obudzisz. - syknąłem, chcąc go jakoś odciągnąć od łóżeczka.
-James, zostaw... - powiedział Kendall, jakby wcale się tym nie przejmował. - Niech się nacieszy.
Pokręciłem głową, ale wciąż miałem ich na oku. Nie wiedziałem, czy mogę ich na pewniaka zostawić na osobności.
Nagle zadzwonił mój telefon, wyciągnąłem komórkę z tylnej kieszeni i ze zdziwieniem rozpoznałem numer budki ochroniarskiej, która pilnuje dzielnicy. Wzruszyłem ramionami i odebrałem połączenie.
-Słucham?
-Panie Maslow, ma pan gościa. - oznajmił jeden z dyżurujących ochroniarzy. - Wpuścić?
-Kto to? - zapytałem, czując wzrastające ciśnienie w czaszce.
-Pani Jasmine Richards. - zmrużyłem oczy, kiedy usłyszałem nazwisko byłej żony. Wyszedłem do przedpokoju, żeby nie martwic innych. - Twierdzi, że musi z panem koniecznie porozmawiać.
-Dobrze, proszę poczekać, zaraz wyjdę.
-Oczywiście. - usłyszałem jego twardy głos. - Powiem, żeby pani Richards zaczekała.
Włożyłem telefon z powrotem do kieszeni. Wszyscy spokojnie rozmawiali. Na razie wolałem im o tym nie mówić. Lepiej, jeśli załatwię to sam. Podszedłem do Jen i nachyliłem się nad jej twarzą.
-Muszę coś załatwić. - powiedziałem. - Będę za godzinę. Przypilnujesz, żeby David wypił witaminy? To bardzo ważne.
-Jasne, nie martw się. - pocałowałem ją w szyję, o dziwo nie słysząc jak David jęczy z obrzydzenia.
Pośpiesznie złapałem kurtkę i wybiegłem z domu. Punkt ochroniarski był w sumie niedaleko. Czułem, że jest chłodno, ale nie żałowałem, że wyszedłem w samej koszulce.
Zastałem Jess zaraz przy stanowisku ochrony. Przyjechała takim dużym, granatowym samochodem.
-Masz jakąś sprawę? - zapytałem bez słowa wstępu.
-Moglibyśmy porozmawiać? - poprosiła, dość łagodnym głosem. - To dla mnie bardzo ważne.
-Dalej sobie poradzę, dziękuję. - zwróciłem się do panów ochroniarzy, ale zaraz potem spojrzałem na Jess. - Przejdziemy się?
-Jak Ci wygodnie. - ,pokiwała głową.
Przeszedłem przez bramkę, prowadząc Jess poza nasze osiedle. To było chyba jedyna dzielnica, gdzie ludzie mieli ogrody na froncie. Spory udział ma w tym pewnie kwestia, że słono za to zapłacili, bo jak by nie było, niektóre zakazy w naszym kraju są bez sensu.
-O czym chciałaś po rozmawiać? - zapytałem, spacerując się z nią w bezpiecznej odległości. - raczej nie przyjechałaś w odwiedziny.
-Chciałabym odzyskać część praw rodzicielskich do mojego syna. - powiedziała od razu. No tak... nigdy nie była mistrzynią owijania w bawełnę.
-Dobrze wiesz, jakie mam zdanie na ten temat. - odpowiedziałem, wpatrując się w kostkę na chodniku. - Już raz się o to pokłóciliśmy i pamiętasz, jak się to skończyło.
-Nie chcę z Tobą drzeć kotów, James. - powiedziała, nadal nie tracąc fasonu. - Chcę się dogadać, rozumiesz. Móc spotykać swojego syna.
-Skąd mam mieć pewność, że chcesz tylko się z nim spotykać, co? - wzruszyłem ramionami. - Przecież on Ciebie nawet nie pamięta.
-I właśnie to mam zamiar naprawić. - oznajmiła. - Nie chcę być tylko częścią materiału genetycznego, tylko matką. Spróbuj mnie zrozumieć.
Zacisnąłem zęby z całej siły. Nie miałem pojęcia na jakiej podstawie mam jej wierzyć. Najpierw zostawiła mnie z tym wszystkim, jak David był jeszcze malutki, potem zażądała rozwodu w trybie natychmiastowym, a pół roku temu zrobiła aferę, której nie powstydziłaby się nawet Anna Austriaczka. Zmieszała mnie z błotem, usiłowała mi odebrać syna, a teraz tak po prostu tu sobie przychodzi? To przynajmniej nie mieściło mi się w głowie.
-Już to przerabialiśmy, nie pamiętasz? - odparłem. - David już ma matkę, którą kocha. Proszę, nie psuj tego. Nie rujnuj tego, co przez tyle czasu budowaliśmy.
-Przecież to ja jestem jego matką, nie pamiętasz? - podniosła nieco głos. - I chcę, żeby on o tym wiedział. Zaufaj mi. Nie odbiorę Ci go. Przysięgam.
-I jak mam Ci teraz wierzyć? - wzruszyłem ramionami, rozkładając ręce. - Już raz go zostawiłaś, skąd mam mieć pewność, że tym razem go nie skrzywdzisz?
-Przecież jestem jego matką! - wyszlochała. - Jak mogłabym go skrzywdzić?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jak myślicie? Czy James zgodzi się na prośbę Jess i pozwoli jej widywać się z Davidem? Odpowiedź już w piątek. Liczę, że ta notka się Wam podobała. Dajcie znać, jakie wrażenia. Trzymajcie się!
PS. Drobne info, dotyczące ostatnich notek. Wszystko już zostało zaplanowane, więc, mogę to bez stresu napisać:
  1. - 20 czerwca o godzinie 14:00
  2. - 23 czerwca o godzinie 14:00
  3. - 25 czerwca o godzinie 14:00
    Konkurs – 27 czerwca o godzinie 9:00.

No i to już wszystko, naprawdę.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

95. Dzidziuś

**Aliana**
Dzisiaj odbieram Kendalla ze szpitala. Poleżał tam dwa tygodnie, ale już jest z nim wszystko w porządku. Wciąż musi brać leki, ale to tylko środki bezpieczeństwa. Poza tym pediatra mówi, że możemy już zabrać małego do domu. Twierdzi, że to prawdziwy cud, bo po raz pierwszy w życiu był świadkiem, gdzie wcześniak rozwijał się tak szybko, ale jak mówi położna Torres, nasz synek był do tego zmuszony.
Najpierw poszłam do urazówki, gdzie Kendall na pewno już czekał w towarzystwie tego miłego starszego pana, który miał wypadek na rowerze.
-Hej, kotek. - przywitałam się z nim, całując w policzek.
-Dobrze, że już jesteś. - powiedział, przytulając mnie mocno do siebie przytulając. – Już nie mogłem się doczekać. To wszystko, co teraz przychodzi mi teraz do głowy.
Uśmiechnęłam się szeroko. Kendall zawsze miał talent do krótkiego podsumowania sprawy. W przeciwieństwie do Jamesa, który mógłby paplać w nieskończoność.
-Przecież już wychodzisz. - wyszeptałam pocierając palcem jego nos. - Już nie musisz czekać, ale mamy tu jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
-Na prawdę możemy go zabrać? - uniósł brwi. - Myślałem, że żartujesz.
-Myślisz, że żartowałabym w takiej kwestii? Przecież wiesz, jakie to ważne.
-Wiem, wiem! - uśmiechnął się szeroko, pokazując wszystkie zęby. - Ale możemy już stąd iść? Na prawdę mam dość tego miejsca. I wolę się stąd ulotnić, zanim pan McGregory się obudzi.
-Dlaczego? - zapytałam, wychodząc z nim na korytarz. - Jest bardzo miły.
-Proszę cię... - jęknął, kiedy wsiadaliśmy do windy. - Wczoraj wieczorem mi zapowiedział, że wyzwie Cię na pojedynek szachowy.
-A właściwie dlaczego nie? - wzruszyłam ramionami, kiedy zjeżdżaliśmy na oddział z noworodkami. Najpierw pójdziemy do małego. Pielęgniarki już przygotowały małego. W domu czeka Logan, który przez ostatni tydzień nie robi niczego z wyjątkiem remontu w domu, czym doprowadza Carlosa do szewskiej pasji, bo to głównie on po nim sprzątał.
Kiedy się „ubraliśmy”, weszliśmy do niewielkiej sali i podeszliśmy do pielęgniarki, która trzymała naszego synka. Uśmiechnęła się do nas, bo bardzo dobrze nas już znała.
-No tatusiu... - zaczęłam, patrząc na Kendalla. - Gotowy wziąć syna na ręce?
Kendall pociągnął nosem, jakby powstrzymywał się od płaczu. Pokiwał głową i ułożył ramiona w kształt nosidełka, a siostra Jenny położyła mu małego w ramionach.
-Nasz mały Kai... - powiedziałam z uśmiechem.
-Nasz mały Kai. - powtórzył. - Łał... nie spodziewałem się, że to aż takie uczucie.
-To Twój syn. - oznajmiłam, ostrożnie akcentując każde słowo. - Pora się z tym w końcu oswoić. Zacznie się wstawanie w środku nocy, niewyspania...
-Przestań... Wiesz, jakie to piękne? To jest mój syn. Nasz syn. - oznajmił z dumą.
**James**
-Dobra! - krzyknął Logan, przyczepiając do futryny salonu transparent z napisem „Witamy w domu”, który robił przez pół dnia. - Aliana i Kendall wrócą już za pół godziny i musimy być przygotowani na ich przyjęcie.
-Daruj sobie, bobra? - krzyknął Carlos. - Jak znam życie, nic z tego nie wyjdzie i tylko będę musiał po Tobie sprzątać. Pamiętasz, co było jak rodzice Jamesa przyjechali?
Podniosłem głowę znad garnka z zupą, którą właśnie mieszałem. Na czas nieobecności Kendalla, to ja przejąłem kuchenne obowiązki. Chyba nawet zdołałem nabrać wprawy.
-No jasne, że pamiętam! - krzyknął uradowany, chociaż mnie ani trochę nie było z tego powodu do śmiechu. - Gość w domu, woda do zupy!
-Chyba raczej zupa z samej wody... - mruknąłem, przypominając sobie jego gotowanie. - Myślałem, że moja mama zwymiotuje, ale wcześniej brała leki, żeby jej się nie odbijało.
-To dobrze, że te leki brała! - wrzasnął. - Przynajmniej nie musieliśmy wysłuchiwać Carlosa, że musi sprzątać za moją głupotę.
-Ty się nie sprzeczaj, bo taka jest prawda. - wrzasnął Carlos, na tyle głośno, że mogłaby się zatrząść podłoga. - Jeśli ktoś chciał wynajmować ludzi, żeby robili im bałagan, chyba zarobiłbyś fortunę!
-Ej, a to tak można? - zapytał, zeskakując prosto przed jego nosem.
-Właśnie chodzi o to, że nie można, bo nikt nie chce, żeby robiono im bałagan. - odpowiedziałem, zestawiając garnek z palnika i szukając wazy w szafce.
-Szkoda, sporo bym zarobił. - wzruszył ramionami.
-Dobra... - westchnął Carlos, szukając w szafie bluzy. - James, miej na Logana oko, dobra? Wolę spędzić dzisiejszy wieczór, upajając się w sypialni, a nie sprzątając jego syfy.
-Dobra, masz moje słowo. - obiecałem, opierając się o ścianę.
-Co, wynająłeś sobie dziewczynę na telefon? - zapytał Logan, na co Carlos przybrał minę, jakby chciał go z całej siły uderzyć.
-Nie! - ryknął mu prosto do ucha. - Tak się składa, że Roslyn dzisiaj wraca ze szkolenia i postaraj się niczego przy niej nie palnąć, jasne?
-Nie palnąć? - zmarszczył brwi, jakby nie wiedział o czym mówi. - Co masz konkretnie na myśli?
-Oj! - jęknął, wychodząc z domu. - Ja z tobą nie dyskutuję!
Pokręciłem głową, dając Loganowi znak, żeby przeszedł do salonu. Musiałem przyznać, że wystroił pomieszczenie całkiem nieźle. Nawet przyjemnie mu to wyszło i udało mu się nie poplamić dywanu. Ciężko było mi to powiedzieć, ale jestem pod wrażeniem.
Nate przywiózł Alianę, Kendalla i dziecko jakieś kilkanaście minut później.
-Czad! - oznajmił. - pojechaliście po bandzie.
-To robota Logana, nie moja. - powiedziałem, zaglądając do zawiniątka, które trzymała Aliana. - Przygotowaliśmy drugie łóżeczko. Na strychu wciąż stało to po Davidzie, więc pozwoliłem sobie je znieść do salonu. Głównie tam siedzimy i głupio byłoby tak latać z sypialni do salonu i z powrotem.
-Dzięki, jesteś kochany. - powiedziała Aliana, spoglądając na mnie z wdzięcznością. - Chcesz go potrzymać? - zaproponowała.
-Mogę? - uniosłem brwi, a ona tylko się uśmiechnęła.
-Jasne, chyba masz w tym doświadczenie. - pokiwała głową, przekazując mi małego chłopczyka. - Kai, poznaj wujka Jamesa.
-A wujka Logana? - zapytał sam Logan, wypadając z salonu i witając się najpierw z Kendallem (braterski uścisk), a potem z Alianą (przyjacielski caus w policzek). Zaraz potem zaczął zaglądać do zawiniątka, które trzymałem w ramionach.
-Ogarnij się! - syknąłem, kiedy chłopczyk zacisnął maleńką piąstkę na moim palcu wskazującym. Był bardzo, bardzo malutki, nawet jak na niemowlę. - Leć po Davida, niech pozna swojego przyszywanego kuzyna.
Logan wcale nie posłuchał mnie tak od razu. Najpierw musiał się trochę po szczerzyć do malutkiego Kai'a, a dopiero potem pobiegł na górę. Jen miała pilnować Davida, żeby się upewnić, czy na pewno uczy się tych literek. To był właściwie jego pomysł. Wiele razy słyszałem od niego, że chciałby wiedzieć, co tu i tu jest napisane i taki krok wydawał się najlepszy.
-Macie dzidziusia? - zapytał, starając się podskoczyć, ale mógł zobaczyć chłopczyka dopiero, kiedy ukląkłem na jedno kolano. - I on cały czas był w brzuchu Cioci Aliany?
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy Jen odchyliła kocyk, w który był zawinięty.
-Karmiliście go już? - zapytałem, kiedy się zorientowałem, że zaczął usypiać.
-Tak, jeszcze w szpitalu. - odpowiedział Kendall. - Pójdę go położyć. - oznajmił, zabierając ode mnie dziecko i poszedł do salonu, rozglądając się za łóżeczkiem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mam nadzieję, że nie dałam ciała. Spodziewam się tekstów, że skrzywdziłam małego za trzy, dwa... Jeden! Wybrałam takie imię ponieważ:
  1. Wszystkie możliwsze męskie imiona na „K” były już wykorzystane, a głupio było się powtarzać.
  2. To jedyne imię na „K” jakie zdołałam wymyślić.
  3. I to właściwie nie jest „ponieważ”, ale wiem, że wali anime.

No i teraz już koniec na dzisiaj. Mam nadzieję, że się wam podobało. Trzymajcie się! Do środy.  

piątek, 13 czerwca 2014

94. Do domu

**Jennifer**
Po kilku dniach Aliana mogła już wstać. Rana po cesarskim cięciu ładnie się goiła, a dziecko dobrze się rozwijało. Niedługo nie będzie potrzebował inkubatora i będzie można mu nadać imię na stałe.
Usiadłam na krześle pod salą z małymi dziećmi. Nie wierzyłam, że aż tyle niemowlaków może znaleźć się w jednym pokoju. Aż do dzisiaj. Za chwilę James przyprowadzi Kendalla. A on po raz pierwszy zobaczy swojego syna.
Wstałam, kiedy zobaczyłam ich na korytarzu. Dopiero zdążyłam usiąść, ale to nie szkodzi.
-Jak się czujesz? - zapytałam go, podchodząc do Jamesa, który pchał jego wózek.
-Wszystko dobrze. - pokiwał głową. - Gdzie Aliana?
-Poszła po wypis. - odpowiedziałam, obejmując Jamesa w pasie. - Za chwilę przyjdzie. Musi tylko podpisać swoje dokumenty.
-Więc proszę dużo wypoczywać i na razie nie wracać do pracy. - usłyszałam głos lekarza, który wyprowadzał Alianę z gabinetu.
-Dziękuję Panu panu bardzo. - powiedziała, ściskając jego rękę. - Resztę napisałem na kartce. Dużo zdrowia życzę. Do widzenia.
-Do widzenia. - odpowiedziała.
Kiedy ten wrócił do siebie, Aliana podeszła do Kendalla kładąc mu dłoń na ramieniu. Wyglądała zwyczajnie. Miała na sobie ten swój różowy żakiet, który nosiła po Roslyn. Nawet nie wygląda w nim źle. A podobno Nicole brała z szafy co popadnie. Jej brzuch znowu był płaski i miałam wrażenie, że trochę schudła. Niestety, bo i tak była bardzo szczupła.
-Wszystko ok z tobą? - zapytał James, kiedy stanęliśmy przy drzwiach.
-Tak, nie martw się. - odpowiedziała, całując Kenadalla w policzek. - Gotowy? - zapytała.
-Tak, on naprawdę tam jest?
-Tak, nasz syn. - potwierdziła, chowając teczkę z dokumentami do torebki. - Idziemy?
-No chodźcie. - westchnął James. - Poprowadzę Cię do drzwi, a potem zostawimy was samych.
-Dobra.
Zostałam przy ławkach. Patrzyłam jak James prowadzi wózek Kendalla i zabiera torebkę Aliany, prawie tak jaskrawą jak jej włosy, i wrócił z powrotem do mnie.
-Myślisz, że nazwą go już teraz? - zapytał, siadając po mojej prawej stronie. - Czy wciąż będą się z nami droczyć... Nie wierzę, że do tej pory nam nie powiedzieli.
-Dokumenty nie są jeszcze całkiem uzupełnione. Na pewno dostanie imię, kiedy tylko wróci do domu. Jestem ciekawy, czy Alianie spodoba się kącik w sypialni, który im przygotowaliśmy.
-Na pewno! - powiedziałam z przekonaniem. - Ty i Logan bardzo się staraliście. Tylko szkoda, że Carlos nie pomagał. Na pewno uporaliście by się z tym wcześniej.
-Przecież wiesz, że jest zajęty rodzinnymi sprawami. - wzruszył ramionami. - Robi to, co jest ważne, ale myślę, że Roslyn by mu na to nie pozwoliła, gdyby była w domu.
-Ja też bym mu nie pozwoliła. - oznajmiłam. - Z tego co wiem, ojciec unikał go latami, a teraz zwrócił się do niego, tylko dlatego, że go potrzebuje.
-No i? - James uniósł brwi, jakbym nie skończyła zdania.
-No i teraz pracuje dla niego za darmo. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Zobaczysz, że to się źle skończy...
-Przesadzasz... - powtórzył. - Carlos jest dorosły i na pewno wie co robi. Nawet jeśli się przejedzie na tej całej księgowości, to na przyszłość będzie miał tylko nauczkę.
**Nicole**
Do powrotu Aliany ze szpitala pozostało tylko kilka minut. Obiecałam Jamesowi, że zrobię obiad i wygląda na to, że nie uda mi się wyrobić.
Wstawiałam pieczeń do piekarnika i natychmiast usłyszałam trzask drzwi. Dziwne... Jak dotąd Jen była jedyną osobą, która w tym domu trzaskała drzwiami i najdziwniejsze, że nie robiła tego przy Jamesie, a tym bardziej przy Davidzie. Zatrzasnęłam drzwiczki piekarnika i wyjrzałam do korytarza. W holu stał Carlos, który w dość nie wygodnej pozycji, zdejmował sobie buty.
-Coś się stało? - zapytałam, obserwując, jak zdejmuje marynarkę. - Wyglądasz na wściekłego.
-Weź proszę Cię... - jęknął, luzując krawat. Jak niecodziennie wyglądał w garniturze... - Nie zgadniesz, co si stało pół godziny temu.
-Skoro twierdzisz, że nie zgadnę, to może powiedz od razu? - zaproponowałam. - W ten sposób i mnie i Tobie będzie znacznie łatwiej.
-Ojciec zaproponował mi stanowisko dyrektora finansowego. - odpowiedział na wydechu. - Na stałe. Romano zrezygnował, więc wziął mnie.
-Kim jest Romano? - zmarszczyłam brwi.
-Moim bratem. - odpowiedział. - Idę się nażreć.
-Czekaj! - złapałam go za ramię. - Na Jamesa, Jennifer i Alianę. Robię dla nich obiad. Zjemy razem.
-Dobra, niech będzie, tylko nie dręcz mnie pytaniami. Musze się najpierw z tym przespać.
-Roslyn wie? - zapytałam, idąc z nim do kuchni, gdzie Carlos bezceremonialnie zaczął przeglądać książkę kucharską. - Chyba powinieneś się jej poradzić.
-Po pierwsze nie odbiera telefonu, a po drugie i tak wiem co odpowie. - westchnął, uparcie wpatrując się w fotografię pieczonej kaczki w sosie własnym. - Nie ma po co próbować. Na szkoleniu nie używa komórki. A poczcie głosowej głupio się wygadać.
Spojrzałam na niego zza dzbanka soku pomarańczowego. Czy on zawsze musi tu stać? Nie wiem, dlaczego dopiero teraz zaczęło mi to przeszkadzać, ale nie ukrywam, że trochę zasłaniał mi widok na stół. Poczułam pokusę, żeby go przesunąć.
-Zostaw! - ostrzegł mnie Carlos, jakby czytał mi w myślach.
-Ale co mam zostawić? - pisnęłam, udając głupią. - Przecież niż nie ruszam.
-Wiem, ze chciałaś przesunąć dzbanek z sokiem. - oznajmił. - Ma tak stać.
-Carlos, daruj sobie... - jęknęłam, wciąż się wypierając swoich własnych myśli. - Wiem, że jesteś bardzo dokładny, ale takie drobiazgi mógłbyś olewać.
-Nicole, gdybym nie zwracał uwagi na takie drobiazgi, w tym domu panowałby taki porządek, jak u Logana w pokoju, zanim się sprowadziłaś.
To zdanie zdecydowanie dawało mi do myślenia. Logan rzeczywiście był bałaganiarzem, ale w sypialni Jamesa i pokoju Davida zawsze był porządek. Z kolei u Kendalla nie było źle. Miał tylko tendencję do rozrzucania ubrań na podłodze.
Moje przemyślenia przerwał trzask drzwi. Pewnie już wrócili. Otrząsnęłam się z chwilowej ospałości. Odwróciłam się do kuchenki i pomieszałam w zupie, którą gotowałam od dwudziestu minut. Zamieszałam w niej i odetchnęłam z ulgą, kiedy zdałam sobie sprawę, że się nie przypaliła.
-Na reszcie jesteście! - zawołałam, przytulając Alinę do siebie. - Wszystko w porządku?
-Tak, wszyscy mnie o to pytają. - odpowiedziała, odwzajemniając mój uścisk. - Nie przejmuj się, jestem tylko zmęczona.
-Ciocia! - wrzasnął David, wybiegając z salonu, gdzie miał „grzecznie oglądać bajkę”, dopóki nie zawołamy go na obiad. - Tata i wujek Logan zrobili pokój dla was i dla dzidziusia. Ja też pomagałem. Chcesz zobaczysz?
-Później, dobrze? - powiedziała, kiedy ten prowadził ją za rękę do kuchni. - Muszę trochę odpocząć. Ale później pójdę zobaczyć pokój, obiecuję.
-A gdzie macie dzidziusia? - zapytał nagle. - Przecież wyszedł już z brzucha. Ja też wyszedłem z brzucha. Dawno, dawno temu.
Pokręciłam głową nad jego pojęciem o rodzeniu dzieci. Automatycznie podeszłam do kuchenki i włożyłam jedzenie na talerze i zadzwoniłam tym wielkim dzwonem, który wisiał w przedpokoju na wyższym piętrze. Logan robił coś w sypialni i nie chciał powiedzieć, co kombinuje. Muszę tylko podziękować Kendallowi za pomysł z tym dzwonkiem. To naprawdę genialne z jego strony, a sama bym na taki mechanizm nie wpadła.
-Dzwoniłaś? - zapytał, wpadając do kuchni. - O, cześć Aliana. Jak się czujesz?
-W porządku. - odpowiedziała naprawdę zmęczonym głosem.
-Gdzie macie dzidziusia? - powtórzył David, niecierpliwym tonem.
-Wyłączyłeś telewizor i odtwarzacz? - James zmienił temat, chcąc go jakoś odciągnąć od Aliany.
-Chyba nie. - wzruszył ramionami.
-To leć wyłącz. - pogonił go. - I umyj ręce do jedzenia, przy okazji.
-Dobrze tato! - odkrzyknął, znikając za drzwiami.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Chyba może być, co? Domyślam się, że przynajmniej Marla chce mnie teraz zamordować, ale obiecuję, że poznacie imię synka Kendalla i Aliany w następnej notce. W tej się po prostu nie wyrobiłam. Jeśli chcecie spoiler, to macie: Imię zaczyna się na literę „K” i jest na trzy litery. Nie chcecie, nie zaznaczajcie tekstu. To po prostu zawęża poszukiwania. Moim zdaniem to trochę głupie imię, ale siliłam się na oryginalność. Zdecydowałam już, jak będzie wyglądać ostatnia notka. Mniej więcej tak, jak Wstęp + niespodzianka. Nic więcej nie mówię na razie. 
Co do nowej historii, o którą "pytał" Chris: Konkurs zostanie rozpisany 27 czerwca, wtedy poznacie pomysł, czyli taki zarys fabuły, który musi znać każdy, kto ma się zamiar zgłosić do konkursu na Bohaterów. Notki będą się pojawiały dwa razy w tygodniu, czyli we Wtorki i w Czwartki. Pierwsza notka będzie miała "premierę" w czwartek 10 lipca. Jednak w tym czasie nie będę się lenić, bo mam zamiar się zająć Szkołą dla Mutantów. Troszeczkę zaniedbałam tego bloga i pozostało mi się tylko modlić o nawrót natchnienia o tym... 
Mam nadzieję, że notka się podobała. Na razie koniec, już nie przynudzam. Trzymajcie się cieplutko! Do poniedziałku.  

środa, 11 czerwca 2014

93. Brzydkie słowa

**James**
Zszedłem na dół i oparłem się o barierkę. Cassie zaraz będzie tu z Davidem. Trzeba mu wszystko wyjaśnić. No i musi poznać swojego przyszywanego kuzyna.
-James! - usłyszałem jej krzyk, który pojawił się jak na zawołanie. - Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Przecież bym przyjechała.
-Właśnie dlatego nie chciałem Ci nic mówić. - oznajmiłem, kiedy Cassie podniosła Davida i przesadziła go przez barierkę i dała mi znać, żebym go podniósł. - Zaraz byś tu przyjechała.
-A co z Alianą? _ zapytała, kiedy szliśmy korytarzem. - Carlos mi powiedział, że urodziła.
-Tak, wcześniaka. - wzruszyłem ramionami. - Jest z nim całkiem nieźle, ale musi tu zostać. Nie można go jeszcze dotykać.
-Kendall wie? - zadała kolejne pytanie, kiedy David zaczął nas szarpać za ręce.
-O ile mu już powiedziała. - wzruszyłem ramionami. - Jest przytomny... nie wiem, od dwóch godzin. Teraz rozmawiają, na razie wolimy im nie przeszkadzać.
-Właśnie, co mu się właściwie stało?
-Pobili go znowu. - westchnąłem. - Miał bardzo ciężkie obrażenia, ale już jest lepiej.
-Wiesz co? - zaczęła tym swoim poważnym-tonem-zastanawiającym. - Myślę, że on nie powinien chodzić sam. Takie wypadki zdarzają mu się zdecydowanie za często.
-Masz rację, ale nie możemy go ciągle pilnować. - powiedziałem, prosząc panią z bufetu o kubek gorącej czekolady. - Domyśliłby się, że zaczynamy go niańczyć, a tego on nie lubi.
-Mogę mu to wytłumaczyć. - zaoferowała, wyjmując z lodówki butelkę Mirindy i stawiając ją na stole, żeby móc zapłacić. - Myślę, że zrozumie, że to dla jego bezpieczeństwa.
-Cassie, proszę Cię... - jęknąłem, sadzając Davida na jednym z krzeseł. - Ty byś się na to zgodziła?
-No nie. - pokręciła głową, otwierając swoja puszkę napoju.
-Sama widzisz. Ochrona odpada.
-Przecież musi być jakiś sposób, żeby tego uniknąć.
-Ty myślisz, że ja nie wiem o ty? - wzruszyłem ramionami. - Z naszych polis ubezpieczeniowych, jego ma największy zakres. Myśleliśmy, że nie będzie z niej korzystał tak często, ale zakład regularnie wypłaca nam odszkodowania, a nadwyżki Kendall nawet nie bierze.
Cassie spojrzała na mnie, jakbym ją czymś śmiertelnie obraził. Dla niej wszystko było za proste. Wiem, że jest bez kompromisowa, ale czasami powinna ustępować.
-Myślisz, że ja bym tego nie zastosował? - zapytałem, biorąc od Davida rysunek, który właśnie skończył. - Nie widzi mi się oglądanie go w takim stanie, ale wiem, ze on potrzebuje wsparcia, żeby wiedzieć, że nie jest sam i ma to dla kogo robić.
-James, proszę... -westchnęła. - przynajmniej wynajmijcie sobie ochronę.
-A Ty wciąż swoje? - westchnąłem. - On się na to nie zgodzi. Nie jest na tyle nie samodzielny, żeby się na to zgodzić. Nie róbmy z niego dużego dzieciaka.
-James...
-Cassidy, nie! - zaprzeczyłem. - nawet mi tego nie powtarzaj.
-Jak chcesz, ale wiedz, że znam dobrą firmę, która ma świetne drużyny.
**Aliana**
-Przepraszam. - wyjęczał Kendall, kiedy już mu powiedziałam, jak to było z porodem i w ogóle. - Przepraszam, że nie mogłem wtedy być przy tobie.
-Spokojnie. - wzruszyłam ramionami, nie odrywając dłoni od naramiennika wózka na którym mnie przyprowadzili. - Nie miałeś na to wpływu. Po prostu... bałam się o Ciebie.
-A nasz syn? - zapytał, próbując się podnieść, ale widziałam, że nawet na nieznaczne unoszenie był za słaby. - Jak on się czuje?
-Jest już lepiej. - odpowiedziałam. - Wciąż w inkubatorze, ale rozwija się bardzo dobrze. Jego lekarz mówi, że niedługo będzie mógł funkcjonować w normalnej atmosferze. A ty to wkładaj.
Pochyliłam się do przodu, chcąc włożyć mu maskę tlenową, ale on tylko odwrócił głowę, jakby był małym dzieckiem, albo pekińczykiem, który nie chce nosić kagańca.
-Na razie jest dobrze. - powiedział, unosząc lekko ramię na poduszce. - Nie potrzebuję tego jeszcze. Przynajmniej teraz. A jak reszta?
-Roslyn nic nie wie. - oznajmiłam. - wciąż jest na szkoleniu i nie mamy najmniejszego zamiaru jej o tym teraz informować. Wiesz, jak bardzo ceni sobie spokój pośród sztuce.
-Wiesz, że to brzmi głupio? - zapytał, obracając się na bok. - Wiem, że to powiedzenie Roslyn, ale ty je wymawiasz jakoś inaczej.
-Z komedią? - zgadywałam, poprawiając sobie opaskę na ręku.
-Właśnie. - kiwnął głową. - Nie wiem, czy to tylko moje podejrzenia, czy zwykła paranoja, ale ostatnio Nicole i Logan są jacyś dziwni.
-Dziwni? - zmarszczyłam brwi. - Co masz na myśli?
-Czy ja wiem? - cmoknął, spoglądając w sufit, chociaż nic ciekawego tam nie było. - Kiedy tu przychodzą, jest między nimi jakoś niezręcznie. Nawet Jen to zauważyła. Rozmawiałem z nią o tym. Mówi, że Logan się wyciszył.
-To chyba nie to. - pokręciłam głową, zastanawiając się przez chwilę. - James mówił, że to właśnie Logan zastał Cię, kiedy pakowali Cię do karetki. Widział jak Cię zabierają.
-Nie... - jęknął. - Nie sądzę, żeby...
Przestałam go słuchać. A on wciąż swoje. Oczywiście, nie wiedział, jak wyglądał tamtego dnia. Spojrzałam na niego na jakiś ułamek sekundy, ale to w zupełności mi wystarczyło. A skoro Logan był przy nim niemal cały czas i słyszał co z nim robią, nie dziwię się, że to zostawiło w nim tak głęboki ślad. A teraz nie chce mu się rozmawiać z Nicole.
Nagle drzwi otworzyły się z niemałym hukiem i do środka wpadł James w towarzystwie Davida i Cassidy. Cała trójka uśmiechała się promiennie. A najbardziej chyba David.
-Jak się macie? - zapytała Cassie, przytulając mnie od tyłu. - Słyszałam, że sporo się działo.
-Wszystko gra. - odpowiedział Kendalla, próbując jakoś nakłonić Davida, żeby przestał skakać po jego łóżku. - Młody, przestań. Ała.. - jęknął, kiedy ten oparł się o jego brzuch.
-David, nie morduj wujka. - syknął, próbując go uspokoić.
-Tak wiem... - mamy wywrócił oczami w końcu się uspokajając. - Wujek Kendall ma zepsute flaki.
-Trochę inaczej Ci to tłumaczyłem. - upomniał go James, po ojcowsku krzyżując ramiona.
-Zdajesz sobie sprawę, że on tego nie wypowie? - odezwała się Cassie, siadając na skraju sąsiedniego łóżka. - To za trudne słowo.
-Gówno, a nie wypowiem! - krzyknął David tonem twardziela.
Wszyscy spojrzeliśmy na niego ze zdziwieniem. Jako pierwszy otrząsnął się chyba Kendall, który przeniósł wzrok na Cassidy.
-Co tym razem? - westchnął. - Kumple byli u Ciebie na piwie? Czy zabrałaś go na plan?
-Zabrałam go na plan. - westchnęła Cassie, spuszczając głowę. - Miałeś nie słuchać, co mówi tamten pan, pamiętasz?
-Ale ciociu...- mały uniósł ręce, jakby chciał się poddać. - To powiedział inny pan.
-Już jestem ciekawa, który. - pokręciła głową z dezaprobatą.
-Ten, który powiedział, że ma w dupie tę całą zasraną produkcję i idzie w cho... w chor... - zaczął, ale znowu miał problemy z wysłowieniem się i ze wszystkich sił walczył, żeby skończyć.
-To może lepiej nie kończ, co? - zaproponowałam, chcąc przerwać tę całą szopkę.
-Dobra, tak na przyszłość... - oznajmiła Cassidy rzeczowym tonem. - Jeśli usłyszysz jakieś brzydkie słowa, natychmiast zapominasz, jasne?
-Ale to tak nie działa. - próbował się wytłumaczyć.
-Jasne? - powtórzyła.
-Jasne. - westchnął.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak słabo w historii tego bloga chyba jeszcze nie było... A wszystko przez to, ze nie miałam głowy do narratora... Na piątek się postaram. Na prawdę. I jeszcze po kilku słowach do was indywidualnie:
Marlo S – Jestem ciekawa co wymyśliłaś. Jestem też ciekawa, czy z którymś trafiłaś. Specjalnie dzisiaj nie pisałam imienia, bo chciałam Cię o to zapytać.
Sylwio – Piosenka jak piosenka... To jest jeden z tych kawałków, który się nie nudzi. Specjalnie ją wzięłam, bo mam ją znowu na playliście. Jeszcze nie raz o niej wspomnę.
Mrs. Schmidt – Tak odrobinę się stanie... Ile można napisać w sześciu notkach? Bo dokładnie tyle zostało do końca.
Liso – Trochę opadła mi szczęka, kiedy przeczytałam ten komentarz od Ciebie, nie ukrywam. Ty masz jakiś nałóg mówienia miłych rzeczy, czy jak? Zwaliło mnie to z nóg. Bardzo Ci dziękuję.
Ado – Myślisz, że ja nie?

Dobra, na dzisiaj tyle. Do piątku. Trzymajcie się!  

poniedziałek, 9 czerwca 2014

92. Tygrys

**Nicole**
Minęły trzy najgorsze dni w naszym życiu. Kiedy Lgan wyjaśnił mi wszystko, co się stało, nie wiedziałam, czy mam się załamać, czy pocieszać Alianę, bo ona trzymała się najgorzej z nas wszystkich. A przecież nie mogliśmy jej tak po prostu zawieść.
-Wszystko w porządku? - usłyszałam za plecami głos Jamesa.
Natychmiast się odwróciłam, odrywając wzrok od łóżka Kendalla. Jak zwykle na czas sprawdzania sprzętu i wymiany pościeli wyproszona nas z pokoju. A on był taki spokojny... za spokojny.
-Tak, tylko zastanawiam się... - przerwałam w poszukiwaniu odpowiedniego słowa. - Czy z nim wszystko będzie w porządku.
-Oczywiście. - westchnął. - Nie mam pewności, ale wiem, że Kendall nie podda się bez walki. Może i jest podatny na zranienia, ale nie zawodzi innych. Oczy tygrysa.
Zmarszczyłam brwi, ale James tylko wywrócił oczami. Nie wiedziałam, co ma na myśli, ale byłam pewna, że za chwile mnie oświeci.
-Na serio się nie domyśliłaś? - zapytał i odchrząkną.
So many times, it happens too fast 
You change your passion for glory 
Don't lose your grip on the dreams of the past 
You must fight just to keep them alive 

It's the eye of the tiger, it's the thrill of the fight 
Risin' up to the challenge of our rival 
And the last known survivor stalks his prey in the night 
And he's watchin' us all in the eye of the tiger 
Kiedy skończył cicho śpiewać, zorientowałam się o co mu chodzi z tym tygrysem. Otworzyłam usta, poszukując innego znaczenia tej piosenki. Jakiejś ukrytej symboliki, ale wszystko było aż za krystalicznie jasne.
-Przecież on jest taki wrażliwy... - westchnęłam, bo nic więcej nie przyszło mi do głowy.
-Tak, ale spójrz na to inaczej. - odparł, chowając dłonie do kieszeni. - Może i łatwo go zranić, ale on nigdy się nie poddaje. Kiedy upadnie, wie, że należy wstać. My mu w tym tylko pomagamy. Bo wie, że ma dla kogo żyć i dlatego walczy.
Podniosłam rękę, żeby wytrzeć sobie nos rękawem. Wiem, że to nie ładnie, ale musiałam jakoś powstrzymać to uporczywe cieknięcie z nosa.
-Pielęgniarki chyba wybrały nie tego twardziela. - pociągnęłam nosem. - Bardziej pasowałoby imię Rocky. Wiem z jakiego filmu jest ten kawałek.
-Właściwie wykorzystywano go w wielu filmach.- wzruszył ramionami, uśmiechając się pod nosem. Natychmiast wzięłam z niego przykład i parsknęłam ze śmiechu. - I raczej nie da się nazwać dziecka po ich bohaterach.
-Dlaczego? - zmarszczyłam nos.
-Bo to głupie. - odpowiedział. - Wyobrażasz to sobie? Po Supermanie. „Clark, chodź tu! Porwij sobie guziki od koszuli i tu przyleć.” Albo po Batmanie: „Bruce, dali Ci imię po pradziadku?” Albo Spidermanie... Albo nie! On się akurat normalnie nazywał.
Przerwałam mu śmiechem, ale natychmiast musiałam się opanować, bo zza drzwi wyjrzała pielęgniarka i zaczepiła Jamesa. Ten w sekundę spoważniał i wszedł z nią do sali.
Zastanawiałam się o co może chodzić, ale nabrałam poważnych podejrzeń, kiedy w pośpiech podszedł do łóżka Kendalla, a pielęgniarka zaczęła wzywać lekarza.
-Przepraszam, co się tam dzieje? - zapytałam jedną z wychodzących pielęgniarek.
-Pan Schmidt odzyskał przytomność. - odpowiedziała automatycznie. - Jest trochę zdezorientowany sytuacją i trzeba go jakoś uspokoić.
Kiedy w końcu dotarł do mnie sens tych słów, poczułam dziką ulgę. Miałam ochotę biec do Aliany i jej o wszystkim powiedzieć.
-Co robimy? - zapytał jakiś młody lekarz, tego który prowadził Kendalla.
-Jeśli jest w stanie samodzielnie oddychać, wtedy go ekstubujemy. - oznajmił rzeczowym tonem.
**Carlos**
Kiedy usłyszeliśmy, że Kendall się obudził, w ułamku sekundy podjęliśmy decyzję o udaniu się na Intensywną Terapię. Ja i Logan zgodnie rzuciliśmy fartuchy ochronne na stolik i pognaliśmy w stronę schodów. Jeżeli Kendall naprawdę się obudził, musiałem to zobaczyć na własne oczy.
Wbiegliśmy na korytarz, ignorując krzyki salowej, że dopiero posprzątała i tak dalej.
-Co z Kendallem? - krzyknęliśmy jednocześnie, podbiegając do Nicole.
-Obudził się. - odpowiedziała. - Ale strasznie spanikował. James go uspokaja. Przynajmniej jest w stanie normalnie oddychać.
-Ale przecież... - zaprotestował Logan. - Ma maskę tlenową.
-Lepsze to niż ta rurka. - powiedziałem, patrząc jak pielęgniarki podają mu jakieś leki przez kroplówkę. - Jak długo?
-Może dziesięć minut, coś koło tego. - wzruszyła ramionami, a Logan objął ją ostrożnie ramieniem. - James miał rację. On potrafi walczyć.
-Miałaś do tego jakieś wątpliwości? - Logan pogładził ją delikatnie po ramieniu, na co ona instynktownie oparła głowę o jego ramię.
-Aliana wie? - zapytała, nie odrywając spojrzenia od sali Kendalla.
-Nie. Poczekajmy, aż będziemy mieli pewność, że wszystko jest dobrze. Lepiej nie robić jej niepotrzebnych nadziei, jeśli coś się nie uda. - oznajmiłem, mając nadzieję, że jednak się mylę.
Wszyscy obserwowaliśmy jak James siedzi na łóżku Kendalla, coś do niego mówiąc. Nie wiedziałem co mu przekazuje, co mu mówi. Po dłuższej chwili wstał i wyszedł, zostawiając go samego. Przypatrzyłem się bliżej. Klatka piersiowa Kendalla unosiła się i opadała spokojnie i równomiernie.
-Jak on się czuje? - zapytał Logan, kiedy James zamknął za sobą drzwi.
-Lepiej, ale lekarz mówi, że będzie bardziej świadomy, kiedy się prześpi. - odpowiedział. - Na razie lepiej go zostawić w spokoju, ale kazali mi wrócić za godzinę.
-Czemu za godzinę? - zmarszczyłem brwi, patrząc na niego ze zdziwieniem.
-Tyle działają leki, które mu podali. - kiwnął głową. - Nie wiem jak wy, ale ja idę na kawę.
-Ja zostaję. - oznajmił Logan, siadając pod ścianą. - Dam wam znać, jeśli coś się stanie.
James i ja kiwnęliśmy głowami. Nicole poszła za nami, machając do Logana na pożegnanie.
Zeszliśmy w dół korytarza, idąc do baru na piętrze. Nie przychodziło tu zbyt wielu ludzi, penie dlatego, że odwiedzających też nie mają. Jednak wszystko ma swoje plusy. Kierowniczka bufetu podeszła do nas i bez słowa rzuciła trzy kubki kawy i rachunek.
-Powiemy Alianie? - zapytała Nicole, mieszając w swojej łyżeczką.
-Nie, sama przyjdzie i zobaczy. - oznajmił James, sypiąc sobie kolejną łyżeczkę cukru. Ostatnio strasznie dużo słodzi... - Pójdę po ną tak jak zwykle, za dwie godziny i wtedy do niej dotrze, że Kendall wyzdrowieje. No i musi mu powiedzieć, że urodziła.
-Ty mu nie powiedziałeś? - zapytałem, robiąc co mogłem, żeby zbić tą pianę ze śmietankę.
-Nie, od niej musi się dowiedzieć. - odparł, oblizując sobie łyżeczkę. - Co ty właściwie robisz?
-Nienawidzę pianki. - burknąłem, zataczając mieszadełkiem równe okręgi.
-Było poprosić o mleko. - westchnęła Nicole, zaglądając do gazetki, która leżała przy drzwiach.
-To już wolę śmietankę. - odpowiedziałem, kiedy udało mi się wyeliminować większość bąbelków.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Do ostatniej chwili nie miałam pojęcia, jak nazwać notkę. Gdyby nie komentarz „Łał, przestałaś liczyć kreski!”, który mój brat rzucił mi przez ramię. A teraz nie przynudzam i mam nadzieję, że się podobało. Do następnego! Teraz będą same o takiej objętości, bo ie mam czasu na normalne. 

piątek, 6 czerwca 2014

91. Proszę Cię...

**Jennifer**
Weszłam do sali w której leżała Aliana. Pierwsze co zobaczyłam, to jej ogniste włosy zrzucone z poduszki. Obok leżały jeszcze inne matki, ale oprócz grzecznościowego „Dzień Dobry” nie odezwałam się do nich ani słowem.
Niepewnie usiadłam na skraju jej łóżka i położyłam dłoń na jej ramieniu, ale nie zareagowała.
-Wiem, że nie śpisz. - wyszeptałam.
Rozejrzałam się dokładniej. Zauważyłam, że jej brzuch znowu jest płaski, a jej lewa ręka jest przykuta do ramy kajdankami z długim łańcuszkiem. Więc to był ten świetny sposób Izzy...
-Nie, nie śpię. - odpowiedziała chłodno. - Wybacz, ale nie mam ochoty rozmawiać.
Zwiesiłam głowę. W życiu nie chciałam do tego dopuścić. Załamana Aliana to najgorsze, co się mogło przydarzyć. Bo przecież ona zawsze jest taka żywiołowa i... Pomaga innym. A teraz to ona potrzebuje pomocy. Wiem, że w kraju jest jakieś czternaście milionów ludzi, w tym kilkudziesięciu z nich wisi jej jakieś dwa tysiące przysług. A teraz byliśmy tu tylko my. A ona odpycha od siebie ludzi, jakby byli magnesami o tym samym biegunie.
Rozległ się dźwięk, jakby boczek przypalał się na patelni. Wcześniej nie zauważyłam, żeby drzwi tak hałasowały. Spojrzałam w ich stronę i zauważyłam Logana w drzwiach, który szedł w naszą stronę. Znałam jego minę. Zawsze miał taki wyraz twarzy, kiedy chciał nam coś powiedzieć, a nie bardzo wiedział, jak się wysłowić.
-Coś się stało? - wyszeptałam, nawet nie próbując przewidywać najgorszego, czy najlepszego. Po prostu nie miałam na to siły. - Coś z dzieckiem?
-Nie... - pokręcił głową. - Dziecko jest stabilne. Kendallowi się polepszyło, ale jeszcze przez dwa najbliższe dni nie odzyska przytomności.
-Mogę do niego iść? - zapytała Aliana, która jakby się trochę ożywiła.
-Nie wolno Ci wstawać. - powiedziałam, odgarniając jej z twarzy zabłąkany kosmyk włosów. - I tak nie mogłabyś nic zrobić. Musisz to zostać.
-Mogłabym mu powiedzieć, że go kocham. - wyszlochała. - Że mamy syna, który potrzebuje ojca. Że... - przerwała, już oddychając ciężko. - Że ja nie mogę bez niego żyć.
-Aliana, on to wie. - powiedział Logan, który właśnie usiadł na krześle naprzeciwko. - Mówiliśmy mu, tylko... Nawet nie wiemy, czy to słyszał. Czy będzie to pamiętał.
**Carlos**
-Dzień dobry! - rozległ się wesoły głos pielęgniarki, która przyszła do pokoju zaalarmowana komunikatorem w kardiomonitorze. - Zauważyłam, że już panu lepiej.
Siostra Jakie obdarzyła mnie życzliwym uśmiechem i zaaplikowała Kendallowi codzienne leki do kroplówki. Była jakaś... Inna niż lekarz, który tylko na chłodno sprawdzał wyniki badań.
-Słyszałam, że pański brat nie przyswoił ostatniej formuły do sondy. - powiedziała, wymieniając kroplówkę. - Następnym razem dostanie żelazo i witaminy i wszystko powinno się polepszyć.
-Zawsze pani tryska takim entuzjazmem? - zapytałem, opierając się o dłuższy drąg łóżka.
-Tak, pacjentom to pomaga. - wyjaśniła. - Dzięki temu są bardziej świadomi. Niektórzy nawet słyszą, co do nich mówimy, chociaż nie mogą odpowiedzieć. Pański brat też mógł zachować odrobinę świadomości, prawda, panie Schmidt? - zwróciła się do niego, jakby czekała na jego potwierdzenie.
Mimo to wiedziała, że nic z tego nie wyjdzie. Po prostu odwróciła się na pięcie i próbowała wyjść.
-Zdaje się, że ma pan gości. - zdołała zawołać, zanim na dobre wyszła.
Podniosłem się z krzesła, na którym znów zdążyłem usiąść. Do pokoju wszedł James, prowadząc wózek na którym siedziała Aliana. Podszedłem do niej i ukucnąłem, chcąc znaleźć się na wysokości jej oczu. Nie wyglądała jak Aliana, którą znam. Była taka... słaba. Załamana.
-Jak się czujesz? - zapytałem.
-A jak on... - spojrzała wymownie na łóżko przy którym leżał Kendall. Poczułem ukłucie w sercu. Nie mogłem znaleźć słów, żeby ją jakoś pocieszyć. - Jak on się miewa?
-Jest lepiej. - odpowiedziałem. - Mówią, że za dwa dni odzyska przytomność.
-To chyba dobrze. - odpowiedziała wzruszając ramionami. - Dzięki, że przy nim byłeś przez cały ten czas. On na pewno czuje, że nie jest tu sam.
-Oczywiście, że nie jest sam. - powiedział James, zachrypniętym głosem. - I Ty też nie jesteś. Macie przecież tylu przyjaciół, którzy zawsze wam pomogą. W tym nas.
Pokiwałem głową, mimo że na mnie nie patrzyła. James powiedział wszystko, o czym myślałem. Tylko ja nie mogłem się zebrać w sobie. Wysłowić się, jakby nagle odebrało mi rozum.
-Zostawimy was samych. - wyszeptał James, podwożąc ją pod samo łóżko, żeby mogła dotknąć Kendalla. Żeby była najbliżej niego, jak to tylko możliwe. - Chodź. - dodaj cicho, ciągnąc mnie za łokieć. Musiałem wyjść, ale nie mogłem się ruszyć.
**Logan**
Spojrzałem na syna swojego najlepszego przyjaciela. Czułem się dziwnie, patrząc na to maleństwo. Pewnie dlatego, że wciąż pamiętam jak wyglądał David, kiedy się urodził. A Synek Aliany i Kendalla był taki drobny... Taki kruchy...
-Nie jest z nim najgorzej. - usłyszałem za plecami głos Abby. - Inne dzieci po prostu umierają.
-Myślisz, że on umrze? - zapytałem, próbując odsunąć od siebie tę myśl.
-On nie, bo ciąża była kontrolowana przez lekarza, a matka przestrzegała jego zaleceń. Więc nie. Nie umrze. Potrzebuje tylko trochę czasu, żeby dojść do standardowego stanu.
-To istnieje jakiś standard? - zapytałem, śmiejąc się ironicznie.
-My to tak nazywany. - wzruszyła ramionami. - Taki medyczny slogan. Wybacz.
-W porządku. - powiedziałem. - A jak Twoja akcja? Udało się?
-Tak, wszyscy teraz są w pokojach zabiegowych na izbie przyjęć. Chyba dołączy jeszcze kilka osób. - westchnęła. - Rety, jak ja bym chciała teraz iść spać...
-Nie skończyłaś jeszcze pracy? - zapytałem. Faktycznie, wyglądała na zmęczoną, ale myślałem, że tylko mi się wydaje.
-Nie. Wiozą jeszcze dwa porody, więc trochę tu posiedzę.
-Nie może tego zrobić ktoś inny?
-Nie. - pokręciła głową.
**Aliana**
Chwyciłam chłodną dłoń Kendalla. Nie przewidziałam, że coś takiego może się stać, kiedy już prawie wszystko było dobrze. Jakiego trzeb mieć pecha, żeby wciąż przeżywać nieszczęścia w najlepszych chwilach swojego życia. W chwilach, które miały być najlepsze. Łzy same ciskały mi się do oczu
-Nie możesz tak po prostu odejść. - wyszlochałam. - Mamy syna, który Cię potrzebuje. Ja cie potrzebuję. Wszyscy Cię potrzebujemy. Tu są wszyscy nasi przyjaciele. Nicole jeszcze nie dojechała, ale jest w drodze. David u Cassie. Nic mu nie mówiliśmy. Jeszcze. James wie, że nie ukryje tego przed nim na długo. Bo wiesz jaki jest David. Zaraz wyczuje, że coś jest nie tak i zauważy, że cię nie ma. Och Kendall, proszę cię... walcz.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wali nudą jak nie wiem. Wiem, że krótko, ale ostrzegałam, że takie mogą być. I tak robię wszystko, co mogę. Było się nie gubić w obliczeniach! A teraz mam za swoje! Koniec i tak będzie tydzień wcześniej, ale co tam. Jeszcze tylko drobne słówko do Sylwii: Spokojnie, jak już się coś w złą stronę komplikuje, to tylko teraz. To, że nie będzie spokojnie, nie znaczy, że będzie źle. No cóż... Mam nadzieję, że jeszcze nie usnęliście z nudów. Jakie wrażenia? Do poniedziałku! Trzymajcie się!
PS. Chris, przez Twój komentarz sprzed kilku minut musiałam wyjść z pokoju.