czwartek, 31 lipca 2014

Odcinek 9 – Lizzy kontra Odrzutowiec

Szłam bocznym korytarzem naszej szkoły. Dzisiaj są wybory do samorządu szkolnego. A to znaczy, że Madison jest od świtu maksymalnie nakręcona. Nathalie twierdzi, że to dobrze. Jeśli jej dobrze pójdzie, to później będzie spokój. Trzeba tylko wytrzymać z nią dzisiejszy dzień. Jeśli się nie dostanie, to przez następne trzy miesiące będzie marudzić. Jak twierdzi Nathalie, przy odrobinie szczęścia do następnych zakupów.
-Co jest? - zapytałam Chrisa, który stał nad rozkładówką z kandydatami do samorządu.
-Nie wiem na kogo głosować. Mam dwie kandydatki. - oznajmił, wciąż machając swoim krawatem.
-To znaczy? - zapytałam, wyjmując mu krawat z jego dłoni z zamiarem zawiązania go na jego szyi.
-Madison kusi większymi porcjami obiadowymi, a Sam jest śliczna. - odpowiedział, wzruszając ramionami. - Nie wiem, tak naprawdę. Z drugiej strony, głosowanie na koleżankę swojej przyjaciółki nie jest zbyt sprawiedliwe.
-Masz rację, nie jest. - pokiwałam głową, wiążąc krawat na jego szyi. - Ale pragnę Ci przypomnieć, że nigdy nie lubiłeś popularnych dziewczyn, bo one zawsze zadzierają nosa. A Sam jest popularna.
Chris spojrzał na mnie jak oświecony. Zmarszczył brwi, kiedy przygładziłam jego kołnierzyk, ale nie zapięłam go na ostatni guzik, bo to dla niego zbrodnia.
-Chyba lepiej będzie, jeśli zagłosuję na Madison. - powiedział z zastanowieniem. - Mam tylko nadzieję, że nikt nie zgłosi nepotyzmu wyborczego.
Zaśmiałam się, ściągając z ramienia torebkę. Przeszłam do szafek i wyciągnęłam kluczyk do swojej. Chciałam odłożyć wszystko rzeczy, ale ledwie otworzyłam drzwiczki, a wysypał się na podłogę stos czarno białych ulotek. Moje podejrzenia natychmiast padły na Madison. Myślałam, że ją rozszarpię przy najbliższym spotkaniu.
-U mnie było to samo. - usłyszałam Kendalla, który jak gdyby nigdy nic oparł się o o ramę. - Mad chyba nie ma ich gdzie trzymać, bo przesadziła z drukiem. Zawsze z tym przegina.
Uśmiechnęłam się odruchowo. Nie mogłam się do niego nie uśmiechać. Wyglądał dzisiaj wyjątkowo atrakcyjnie. Koszula nie była wkasana w spodnie, co nadawało mu takiego niewinnego wyglądu. Podniosłam papiery i położyłam je na pobliskim parapecie.
-Mam do Ciebie pewną sprawę. Zbliża się bal jesienny i... - przerwał na chwilę, jakby chciał się jakoś wysłowić. - Pani oczy lśnią niczym dwie czarne perły, a dłonie pachną jak świeżo rozdrobnione migdały. Proszę pozwolić, że ośmielę się pani zadać jedno pytanie. Czy uczyni mi pani ten zaszczyt i zechce mi towarzyszyć na balu jesiennym?
Początkowo mnie zatkało. Zamrugałam kilka razy, żeby mnie to jakoś otrzeźwiło. Po chwili zdołałam się jakoś otrząsnąć i powiedziałam:
-Pańskie słowa są dla mnie miłym zaskoczeniem. Winien pan zważyć, że na przyjęcie zawiezie mnie dobry przyjaciel rodziny. Jeśli on nie będzie stawiał oporów, z pewnością będę się z panem świetnie bawiła.
Głupia... - skarciłam się w duchu. - Czy musiałaś wspominać o Johnie? Z drugiej strony... Dobrze, że Kendall przynajmniej będzie przygotowany na jego ojcowskie odpały.
Ku mojemu zdziwieniu, Kendall szeroko się uśmiechnął, bo raczej zrozumiał ten dziwny przekaz, ale najwyraźniej nie wziął na poważnie mojego ostrzeżenia.
-Dobrze, więc... Będę czekał przy pomniku legendarnego muszkietera. - odpowiedział, zamykając swoją szafkę i na odchodne jeszcze raz się uśmiechając. - Zobaczymy się na pierwszej lekcji. Muszę jeszcze oddać pani Arias zaległe tłumaczenie.
Odprowadziłam go wzrokiem, kiedy biegł na piętro pokoju nauczycielskiego. Widocznie tak wyglądało tutaj uciekanie od niezręczności.
Przeszłam do klasy pana Millera. Ostateczna prezentacja kandydatów będzie na lekcji za godzinę, a wszystkie inne głosowania na przerwach do końca dnia. Chyba do jutra uda im się policzyć wszystkie głosy, a w gazetce szkolnej będą wyniki. Ten nasz tygodnik i tak jest wystarczająco dziwny, jakby nie można było wywiesić tego przy gablotce z nagrodami uczniów.
-Hej ludzie! - krzyknął Logan, podchodząc do mnie. - Jest zrzutka po pięć centów na jutrzejszą gazetkę. Daj Jamesowi, jak go zobaczysz.
-Kupujemy jedną na całą grupę. Wiesz, z oszczędności. - dodał Carlos, nachylając się w moją stronę. - Wiesz, lepsze to, niż wyrywanie numeru jakiemuś wystraszonemu pierwszoklasiście.
-Rety, raz mi się zdarzyło! - jęknął Logan, uderzając Carlosa pięścią w ramię. - Poza tym, dzieciak sam mi ją oddał.
-Taka jest Twoja wersja? - Carlos spojrzał na niego z niedowierzaniem.
Pokręciłam głową i podeszłam do Madison, która przeglądała się w wypolerowanej na błysk szybie z portretem Michaela Yorka, jako D'Artagnana.
-Jak wyglądam? - zapytała, kiedy mnie zauważyła, okręciła się twarzą w moją stronę.
-Nie jestem pewna, czy... - oznajmiłam, wskazując na jej napiętą bluzkę, tak, by rozpięte guziki idealnie ukazywały jej dekolt.
-A, to dla Logana. - odpowiedziała rezolutnie.
Wytrzeszczyłam na nią oczy. Nie wiedziałam, że Logan jej się podoba. Co prawda zdarza jej się przy nim gwałtownie milknąć, ale nigdy jeszcze o tym nie słyszałam.
-Chcesz mi powiedzieć, że chcesz poderwać Logana na dekolt? - zapytałam.
-Myślisz, że on woli skromniej? - zmarszczyła nos, spoglądając na to, co zrobiła ze swoim mundurkiem.
-Nie wiem jak on woli. - odpowiedziałam szczerze.
~***~
Po lekcjach poszłam prosto do Buy More. Miałam od razu po powrocie zdać raport, więc nie wiem, w jakim celu John wysłał mi SMSa o treści: „DO BAZY! TERAZ!”. I tak miałam tam iść, więc po kiego grzyba wysyła mi takie wiadomości.
Przywitałam się z Morganem i Jeffem i od razu poszłam do sali kina domowego. Nikogo tam nie było, więc spokojnie mogłam zejść na dół. Właściwie... Dlaczego ten raport jest taki pilny? I tak wszystko słyszeli. A może kolejne zadanie? Mam nadzieję, że nie.
-Nareszcie jesteś. - usłyszałam bez słowa powitania. - Potrzebuję drugiego pilota.
-Pilota? - powtórzyłam, podejrzewając, że za chwilę mnie zmusi do zdalnego pilotowania samolotu pasażerskiego, czego bym nie zniosła.
-Odrzutowce są dwa. Sam nie dam razy pokierować oboma naraz. - oznajmił, otwierając stół z klawiaturą, gdzie były dwa zestawy. - Na symulatorze całkiem nieźle Ci szło.
-Nieźle? - warknęłam, ani myśląc zasiąść na fotelu. - Wywaliłam go trzy razy. Pomyśl, co mogę zrobić z tymi ludźmi, którzy są w środku.
-Wielkie mi halo! - prychnął, odsuwając mi fotel pilota. - Sami źli są w środku, więc nikt nie będzie nikogo żałować, kiedy odrzutowiec spadnie.
Odrzutowiec... - pomyślałam, spoglądając na monitory, które przybrałby rzeczywisty obraz przestworzy, jak w oknach kabiny pilotów. - Byłam nawet blisko.
-Później będziemy się martwić. - pogonił mnie, ciągnąc do fotela. - Teraz siadaj. Trzeba zrobić turbulencje. Później nimi wylądujesz, co po godzinie nawet Ci wyszło. Jak nie będziesz sobie radzić, to włączysz sobie wspomaganie kierunkowe. Carmichael wcześniej wszystko zaprogramował, więc nie ma obaw, że coś jest źle.
-Czy ja dobrze słyszę? - zapytałam, zasiadając do sterów. - Właśnie pochwaliłeś mojego brata?
-Jemu tego nie powiem. - odparł, skupiając się na swoich monitorach. - To dobry agent, właściwie jeden z najlepszych, z którymi dotąd pracowałem, ale nie pasuje mi, że nie potrafi nikogo zabić. Nie zawsze będę w pobliżu, żeby go wyręczyć, ale dzięki niemu znaleźliśmy kilkudziesięciu poszukiwanych terrorystów, a to się przydaje. Gdyby mnie nie powstrzymywał, nie znaleźlibyśmy żadnego. Później opowiem Ci o numerze z podtlenkiem azotu. Uśmiejesz się. Leć trochę wyżej, żeby ominąć chmury.
Wykonałam jego polecenie. Było prawie jak na symulatorze, tylko ekran jest większy. Wiedziałam, że nie mogę spanikować, bo wtedy wszystko szlag trafi. Samolot, całe zadanie i złych, których jeszcze mamy przesłuchać. Luz, Lizzy. Kiedy pilotuje się odrzutowiec, samolot pasażerski, albo śmigłowiec, najważniejsze są spokój i skupienie. Nie wewnętrzny gniew, z którego słynie John Casey we własnej osobie.
-Teraz uważaj. Stuknę Cię skrzydłem, ale to nie będzie dla Ciebie zagrożenie, pamiętaj. - ostrzegł mnie po dobrym kwadransie prowadzenia. I rzeczywiście. Minutę później coś zatrzęsło obrazem. - Zrób korkociąg. Lepiej, żeby byli oszołomieni. Szpiedzy, którzy mają ich aresztować, to grupa żółtodziobów. Trochę ułatwimy im zadanie.
Okręciłam sterem, tak, żeby samolot zaczął spadać, kręcąc się wokół własnej osi. Do ziemi ma jeszcze jakieś dziesięć kilometrów, więc chyba zdążę go wyrównać.
-Chyba mają dość. - powiedział po kolejnym pół godziny. - Włącz sobie wspomaganie. Lądujemy.
Wcisnęłam guzik, który uruchamiał naprowadzanie. Chuck wprowadził konkretne współrzędne, więc moim zadaniem jest utrzymanie samolotu w poziomie, puki nie stanie na ziemi.
-Gotowe. - powiedział John, kiedy na monitorze pojawiła się grupa agentów. - Jesteś wolna.
Puściłam stery, jakby nagle mnie parzyły. W końcu mogłam się uwolnić od tych dwóch pionowych wajch. Nienawidziłam ich. Przynajmniej teraz. Może kiedyś, jak będę starsza.
-Świetnie się spisałaś. - pochwalił po chwili.
Jasne... Świetnie. Czuję, że to jedno słowo jest nadzwyczaj przesiąknięte ironią.
-Możemy pogadać? O balu jesiennym. - powiedziałam, kiedy usiedliśmy naprzeciwko przy stole konferencyjnym.
-Przecież obiecałem, że Cię zawiozę. - oznajmił. - Coś się zmieniło?
-Nie, tylko... Idę z Kendallem.
-Jak to?
-Zaprosił mnie, a ja się zgodziłam. Ale chciałabym iść bez podglądu i podsłuchu.
-To niemożliwe. - pokręcił głową. - Jego ojciec może być przemytnikiem.
-Ale Kendall nie jest przemytnikiem. On powiedział, że jego ojciec zajmuje się jakimiś lewymi interesami, a jemu to nie pasuje. Może... Po prostu mu powiem, że pracuję dla rządu. Zrozumie.
-Zapomnij. - odparł ostro. - Ludzie działają irracjonalnie. Nigdy nie wiadomo co zrobią. Nie możesz się spalić.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Co tak słabo z komentarzami pod wtorkową notką? To dlatego, że było mniej chłopaków? Teraz powoli będę skrócać odcinki. Z dwóch powodów. Pierwszy, mam skrócony czas na pisanie, a drugi, coś mi się nie bardzo zrobiło z wysławianiem. Mam czas co przyszłego tygodnia. Może ten 12 odcinek, który teraz pisze będzie dłuższy. Mam nadzieję, że ten odcinek się Wam podobał. Do wtorku! Pozdrawiam!  

wtorek, 29 lipca 2014

Odcinek 8 – Lizzy kontra Call of Duty

Szłam środkiem chodnika ramię w ramię z Chrisem. Dawno tak razem nie chodziliśmy. W dłoniach trzymaliśmy lodowe rożki. Dawno nie spędziliśmy ze sobą takiego fajnego popołudnia.
-Powtórzymy to kiedyś? - zapytał, kiedy byliśmy już pod domem jego mamy.
-Z chęcią. - kiwnęłam głową. - Pamiętasz o referacie z historii?
-Nie przypominaj mi nawet. Jeszcze nie zdążyłem zacząć. - jęknął.
-No to na co czekasz? Człowieku? - wytrzeszczyłam oczy, próbując go zdrowo strzelić w tył głowy. - Mam rozumieć, że do streszczenia na angielski nawet się nie przybrałeś...
-Oczywiście, że nie! - wzruszył ramionami. - Wejdziesz na chwilę? - zaproponował.
Skrzywiłam się i pokręciłam głową. Obawiałam się, że o to zapyta, ale obietnica, to obietnica. Musze się wywiązać. Nie ma bata.
-Przykro mi, nie mogę. Jestem już umówiona.
-Ty umówiona? Na co? - uniósł brwi, wsadzając dłonie do kieszeni.
-Muszę iść do Buy More. Obiecałam Lesterowi, że zastąpię Chucka przy dzisiejszym Call of Duty. - powiedziałam, mówiąc całą prawdę.
-Gra? Będziesz grała z Lesterem na komputerze? - zdziwił się, wciąż się na mnie patrząc.
-Właściwie to Online. Cotygodniowa bitwa z Large Martem. - wzruszyłam ramionami. - Obiecałam, więc muszę przyjść przed zamknięciem sklepu, żeby potem był spokój. No wiesz... Lepsze to, niż mieliby sobie nawzajem demolować sklepy.
-Tak, to jak potem wyjdziecie? - pokiwał głową, jakby żądał wyjaśnień.
-Tylne wyjście. - odpowiedziałam, krzyżując ramiona. - Wiesz, gdzie stoją serwisanci?
-Już wiem, o czym mówisz. Jak to jest, że nigdy tamtędy nie chodziłem?
-Widać nie było takiej potrzeby. Na razie. - kiwnęłam głową, kiedy się odwracałam. - Nie narób sobie nowych wrogów!
-Cześć. - odpowiedział, unosząc rękę, a ja odwzajemniłam gest. - Możesz być pewna. Będę grzeczny. Obiecuję.
Szłam jedną z głównych ulic. John namówił mnie, żeby zaczęła nosić ten gaz obezwładniający. Dlatego maleńka buteleczka ze spray'em majtała mi się o udo.
Kiedy w końcu doszłam do sklepu, jak gdyby nigdy nic przeskoczyłam przez biurko Herd Herdu i stanęłam obok Jeffa.
-Ta szybko? - zapytał, składając czytaną książkę. - Masz jeszcze sporo czasu.
-Wolałam być wcześniej. - odpowiedziałam, siadając na wolnym krześle. - Wciąż macie komputery w klatce?
-Nic się nie zmieniło. - przekonał mnie, oddając klientce naprawiony telefon. - Za pół godziny zamykamy sklep, więc schodzimy do sieci. Przygotowaliśmy wszystko wczoraj. Nie wiesz przypadkiem dlaczego twój brat nie mógł przyjść?
Zważyłam oczy. Prawdy mu nie powiem, bo zastanówmy się... Przecież nie mogę mu powiedzieć: Wiesz Jeff, Chuck jest z Sarą na super tajnej misji. W tej chwili pewnie tłumią rewolucję międzymafijną... Wiesz, jak to jest w CIA... Tego mu przecież nie powiem.
-Poszli do teatru. - skłamałam. - Sarah uwielbia musicale.
Kiedy zeszliśmy do piwnicy sklepu, Jeff i Lester wszystko sprawdzili. Nikt nie wejdzie, a nawet jeśli, to alarm będzie warczał jak syrena policyjna.
-To jest ten dzień! - wrzasnął Lester, kiedy wszyscy (oprócz niego) siedzieli przy komputerach. - dzień w którym stajemy naprzeciw przeznaczeniu! Dzisiaj to ja jestem waszym dowódcą.
Rety, Lester nieźle się nakręcił na tę wirtualną władzę. Zaczyna mówić na Beckman. A tylko tego brakowało, żeby frajer (jak sam o sobie mówi) zgrywał generała.
-Do broni żołnierze! - krzyknął na koniec swojej przemowy w rewolucyjnym stylu.
-Do broni! - powtórzyli, unosząc pięści.
Bez zbytniego entuzjazmu włożyłam słuchawkę z mikrofonem. Nie wiem, po co mi komunikator, kiedy wszyscy jesteśmy tutaj.
W dość szybkim tempie pomieszczenie wypełniło się dźwiękami z gry. Położyłam swoją komórkę obok klawiatury, na wypadek, gdyby ktoś dzwonił.
-Kto to jest Rozwierca trzydzieści cztery? - zapytałam, kiedy zboczyłam login swojego aktualnego przeciwnika.
-Danny, kasjer. - odpowiedział Jeff, kiedy zadzwonił mi telefon. Odebrałam połączenie, trzymając komórkę ramieniem. Czy muszę mieć do czynienia z gościem, którego nienawidzę?
-Słucham? - powiedziałam, zapełniając magazynek.
-Cześć Lizzy, tu Kendall. - usłyszałam jego głos i odruchowo otworzyłam usta. - Mam problem z referatem na historię, a Ty chyba jesteś ekspertem w dziedzinie psychopatycznego Cromwella. W końcu to Ciebie zwolnił z pracy domowej.
-I tak napiszę. - odparłam, kiedy w końcu odzyskałam głos. - Nie chcę być specjalnie traktowana.
-W takim razie było milczeć na lekcji. - zaśmiał się, kiedy załadowałam magazynek.
-Żryj ołów padalcu! - wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
-Wczuwasz się, to dobrze! - pochwalił Lester, kiedy usłyszał co mruczę pod nosem. - Wspaniale Lizzy, zaczynasz rozumieć o co w tym chodzi.
-Lizzy, co się tam dzieje? - zapytał Kendall, kiedy wciąż wymrukiwałam wyzwiska do Danny'ego, których on przecież nie mógł usłyszeć.
-Nic nic... - jęknęłam nieco głośniej. - Gram z drużynowe Call of Duty online. Nie przejmuj się. Mam cię! - krzyknęłam uradowana, kiedy powaliłam tego palanta na poligon.
-Po prostu grasz? - w jego głosie można było wyczuć wyraźne zdziwienie. - Myślałem, że nie zajmujesz się tym „zawodowo”.
-Zastępuję Chucka, to nic wielkiego. - odparłam. - A jak masz problem z Cromwellem i Karolem drugim, to w internecie jest taka strona z pracami dyplomowymi. Wchodzisz na site Uniwersytetu Nowojorskiego i przekierowujesz na forum studentów. Dalej się pokapujesz, bo oni to sobie etapami sprawdzali. Wszystko masz po linkach. O tym jest o osiem prac, w tym dwie niedokończone. Poradzisz sobie?
-Tak, myślę, że tak. Już Ci nie przeszkadzam, bo słyszę, że masz niezłe towarzystwo. - odparł. - Dzięki za pomoc, na razie. Ale... - zaczął niepewnie, przerywając swój śmiech. - Jakbym sobie nie radził, to mogę do Ciebie zdzwonić, prawda?
-Jasne, że tak. - uśmiechnęłam się, czego on niestety nie widział.
-Dobra, to... Na razie.
-Na razie. - Odpowiedziałam i odłożyłam telefon. Nie było już połączenia. Szkoda.
~***~
Wróciłam do domu dwie godziny później. Zmartwychwstanie postaci Chucka w sieci trwa dobę, więc nic tu po mnie i mogłam wrócić do Echo Parku, wcześniej odprowadzona przez Lestera. Bo przecież ktoś musiał zamknąć za mną drzwi. W domu jeszcze nikogo nie było. Nawet Johna naprzeciwko. Więc chyba nie mam innego wyjścia, jak zjeść kolację, bo oni pewnie już coś zjedli.
Podeszłam do półki z filmami. Same sionce-fiction i dobrze. Trochę akcji, troszeczkę bujdy na resorach i fajnie, bo nie trzeba przecież bez przerwy stąpać twardo po ziemi.
Przebiegłam wzrokiem po całek kolekcji. „The Wolverine” przykuł moją uwagę. Zdjęłam pudełko z regału. Hugh Jackman na okładce trzymał samurajski miecz. Jedną ręką. Co jest dziwne, ten przyrząd trzyma się obiema rękami, ale koleś jakoś musiał pokazać swoje szpony. Kiedy odwróciłam, zobaczyłam, że jest z tamtego roku. Całkiem nowe.
To było dla mnie dziwne uczucie, bo filmy z tej serii nie oszczędzają na przemocy, a dzisiaj brałam udział w brutalnej strzelaninie. Co prawda wirtualnie, ale też się liczy. Poza tym, zawsze oglądałam to z Chuckiem, już szczególnie, że nie widziałam tego wcześniej.
Przygotowałam sobie płatki śniadaniowe i włączyłam film. Nawet mi się podobała taka pustelnicza wersja Loga na początku filmu. Widać, że brakuje mu Jean. Nie wiem, czy na jego miejscu byłabym w stanie zabić ukochaną osobę, nawet jeśli ona była w morderczym szale.
Kiedy Chuck i sarah wrócili, filmowy Logan był już na pogrzebie pana Yashidy i pomagał Mariko uciec przed tymi japońskimi bandziorami.
-Czuję się okropnie. - jęknął Chuck, rzucając się na fotel.
-Co się stało? - zapytałam kiedy podeszłam bliżej. Dopiero teraz zauważyłam, jak jest posiniaczony.
-Mówiłam Ci, żebyś uważał. - odparła Sarah, całując go w podrażniony policzek. - Przyniosę lód i jakieś środki przeciwbólowe.
-Nie zdążyłeś się uchylić, prawda? - zapytałam, patrząc mu w oczy. - Przecież masz ten program. Nie wierzę, że tak po prostu dałeś się pobić.
-Było ich za dużo. - wyjaśnił. - Jakby było ich dwa razy mniej, dałbym sobie radę.
-Trzeba przyznać, że byli dobrze przeszkoleni. - odparła Sarah, przynosząc worek z lodem. - Przyłóż tutaj. Później Ci wszystko rozmasuję.
Chuck spojrzał na nią z niemym podziękowaniem. Uśmiechnęłam się pod nosem i zaczęłam myśleć, jak to by było ze mną za kilkanaście lat. Czy będę żyła z kimś jak ta dwójka? Beckman szkoli mnie na szpiega. A od tego nie da się uciec. Jest jedna zasada. Nie wolno zakochać się w szpiegu. A jeśli ja się zakocham? Jak oni i wtedy będę na to skazana. Nie można odejść. Jest się szpiegiem do końca życia. Można najwyżej zrobić sobie lekki urlop i później odebrać ochrzan od dowódcy i iść do więzienia. Chyba, że ktoś jest wyjątkowo dobry, to wtedy dostaje nowe zadanie i natychmiast wyjeżdża incognito.
-Oglądała Wolverina? - zauważył, wskazując na telewizor, na którym wciąż widniał obraz Logana mocującego się ze złym ninja.
-Tak, myślałam, że wrócicie później. - odpowiedziałam, wiedząc, że i tak nie ma sensu już wyłączać. Zestopowałam, kiedy odchodziłam.
-Wrócilibyśmy, ale na szczęście skończyliśmy już pół godziny temu. - oznajmiła Sarah, zdejmując Chuckowi krawat, który i tak był niechlujnie obluźniony.

-Chcesz, możemy obejrzeć razem. - zaproponował, sięgając po pilota. - Casey składa raport, a następna misja dopiero jutro popołudniu, więc możemy się razem pogapić w telewizor, zanim pójdziemy spać.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam Was moi drodzy, w to przepiękne popołudnie. Wtorkowe popołudnie. Nie mam w tym tygodniu za wiele czasu, ale jakoś sobie radzę. Myślałam nad zawieszeniem bloga, ale myślę, że dam sobie radę. 
Mam teraz niezłą pustkę w głowie i za bardzo nie wiem, co mam Wam jeszcze napisać. Mam nadzieję, że odcinek Wam się podobał. Dajcie, proszę znać, jakie wrażenia! Do czwartku! 

czwartek, 24 lipca 2014

Odcinek 7 – Lizzy kontra Młodzieńcze Zakupy

Wyszłam z domu zaraz po śniadaniu. Dzisiaj Din po raz pierwszy idzie do Liceum. A to trochę utrudni moje podkładanie pluskiew. Na razie podłożyłam cztery. Jedną w koniu, dwie w łazience nauczycieli i czwartą w samochodzie. Chociaż w tym ostatnim bardzo pomógł mi James, który lubi się włamywać do cudzych aut.
-Już gotowa? - zapytałam, kiedy wyszłam po nią przed dom.
-Strasznie się denerwuję. - odpowiedziała, kiedy poszłyśmy pod drzwi mieszkania Johna.
-Pierwszym dniem w szkole, obcymi ludźmi, czy może Jamesem? - zapytałam, przypominając sobie jej reakcję na jego widać. Olał ją, nie wiedzieć czemu, ale podejrzewam, ze to ma spory związek z jej nieobecnym, wtedy, spojrzeniem.
-Oj proszę cię... - jęknęła. - Już tyle razy się zakochiwałam i figa z tego wychodziła, że powinnam się przyzwyczaić.
-Ej, wiesz, że teraz lepiej zostawić to hen daleko? - powiedziałam, chowając dłonie do kieszeni spódnicy. Wiedziałam, że mikrofony są włączone, ale lepiej się nie krępować. Z dwóch powodów. Pierwszy: Ich nie obchodzi paplanie uczennic. Drugie: Din mogłaby zacząć coś podejrzewać, dlatego lepiej nic jej nie mówić. Przynajmniej dla jej własnego bezpieczeństwa. - Zaczynasz nowe życie. Co było to było i jest teraz nieważne.
-Myślisz? - uniosła brwi.
-Pewnie. Szkoła jak szkoła, a ludzie są tam bardzo mili. Nawet Lylloo, najbogatsza laska w całej szkole. - Pocieszyłam ją. - Nie stresuj się i nie udawaj kogoś, kim nie jesteś, bo reszta zaraz to wyczuje. Z Chrisem w pierwszej kolejności.
-To ten dresiarz, który tu codziennie przychodzi? - zmarszczyła brwi, kiedy John otworzył drzwi, ale nie wyszedł z mieszkania.
-Nie mów na niego „dresiarz”. Jest moim przyjacielem i to od lat.
-Dobra, pewnie zmienia dziewczyny jak rękawiczki. Wygląda na dupka. - ukróciła, krzyżując ramiona. - I pewnie taki jest.
-Nie uważasz, że trochę za pochopnie oceniasz ludzi po wyglądzie?
-To nie jest ocenianie ludzi po wyglądzie. Tylko pierwsze wrażenie.
~***~
Din mówi, że liczy się pierwsze wrażenie. Na razie wyraźnie boi się odrzucenia. Na razie usiadła z nami w Czterech Szpadach i niezmiernie żałowała, że nie może iść ze mną i dziewczynami do centrum handlowego.
Pierwszy piątek Listopada, Lutego, Maja i Czerwca oznacza dla nich zbiorowe zakupy, na które oszczędza się przez poprzednie kilka miesięcy, żeby później wydać wszystko naraz. Kiedy powiedziałam o tym Chuckowi, on po prostu wręczył mi dwie stówy, mówiąc, że to pierwsza z czternastu rat mojego zaległego kieszonkowego. Lekko mnie to zdziwiło, co John podsumował jednym ze swoich sławnych warknięć.
-Lizzy czeka chrzest bojowy. - powiedział Carlos po przedostatniej lekcji. - Zobaczysz, do czego te diablice zdołają Cię namówić.
I nad tymi słowami byłam zmuszona zastanawiać się przez następne czterdzieści pięć minut. Profesor Shorts bezceremonialnie wytarł tablicę po poprzedniej lekcji i od razu przeszedł do tematu. Z uśmiechem uniósł rękę i nakreślił kilka pierwszych słów tematu.
-Dzisiaj omówimy sobie ciągi arytmetyczne. - oznajmił, zaglądając do swojej wielkiej, matematycznej księgi.
Kendall wychylił się w moją stronę i przez chwilę zastygł w miejscu, aż w końcu niepewnie otworzył usta:
-Dlaczego Carlos bez przerwy gapi się na Twoją sąsiadkę? - zapytał.
Odwróciłam się w stronę Carlosa. Rzeczywiście, jego oczy przez niemal cały czas wpatrywały się w Din, jakby była ósmym cudem świata.
-Myślę, że Din mu się podoba. - wyszeptałam mu do ucha.
-Po prostu podoba? - powtórzył James, któremu żadne plotki nie ujdą niezauważone. - On za nią szaleje. To co? - zapytał, robiąc konspiracyjny wyraz twarzy. - Swatamy?
-Takie z nich swatki, jak z koziej dupy trąba. - usłyszałam w słuchawce głos Davisa, zmiennika Tommy'ego. - A wy się zajmijcie matmą, a nie plotami.
-Palant... - mruknęłam pod nosem.
-Co? Gdzie? - Chris podniósł głowę, jakby pan Shorts nagle wywołał go do odpowiedzi. - Mówisz o nim? - wskazał na Logana, który zrobił ruch, jakby chciał go uderzyć.
-Nie on, tylko Cromwell. - skłamałam.
-Myślisz o eseju z historii? - zdziwił się Kendall, który próbował rozgryźć przykładowe zadanie, którego pan Shorts jeszcze nie rozwiązał. - Mamy jeszcze jakieś dwa tygodnie, żeby go napisać.
-Wiem, jak to rozwiązać! - zawołała Din, podnosząc rękę. Cieszyłam się, że zrobiła to właśnie teraz, bo chłopaki byli zmuszeni do zaprzestana dręczenia mojej osoby.
-W takim razie słuchamy. - powiedział Pan Shorts z zachęcającym uśmiechem.
-Każdy ciąg opiera się na indywidualnym wzorze. - oznajmiła, przybierając ton prymuski. - Kolejne elementy ciągu różnią się stałą wartością, która jest zawarta w podanym, bądź do odgadnięcia wzorze.
-Punkt dla Ciebie! - oznajmił, parodiując oklaski. - Jak już wspomniała wasza koleżanka, żeby obliczyć pozostałe liczby, musimy obliczyć różnicę. Ktoś chętny do podjęcia próby?
W czasie, kiedy ten rozglądał się po klasie, zdążyłam już zrobić zadanie, ale nie chciałam się zgłaszać na ochotnika, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Miałam tylko nadzieję, że lekcja upłynie w miarę spokojnie. I na szczęście dzisiaj miałam chwilę wytchnienia.
Po lekcjach ja, Nathalie i madison pojechałyśmy metrem do galerii handlowej. Nigdy wcześniej tu nie byłam, bo to zwykle Sarah przynosiła mi rządowe ubrania po Carinie, albo Amy, co zupełnie mi wystarczyło.
-To co na początek? - zapytała Madison, która zajrzała do swojej różowej portmonetki. - Mam... sto dwadzieścia dolców. Starczy na sukienkę na bal jesienny.
-A od czego zazwyczaj zaczynasz się ubierać? - stwierdziła Nathalie, jakby to było coś oczywistego. - Oczywiście od bielizny.
I w ten oto sposób weszłyśmy do działu z seksownymi i koronkowymi majtkami i stanikami. Przez kilka minut Madison spoglądała na bruneta z obsługi, który kręcił się przy koszulach nocnych dla starszych pań. W końcu porwała z wieszaka jeden ze staników wieczorowych i podeszła do niego pewnym krokiem.
-Przepraszam, jaki to rozmiar? - zapytała go na tyle głośno, żeby każdy w promieniu dziesięciu metrów mógł ją usłyszeć.
Otworzyłam usta ze zdziwienia, patrząc na nią ze zdziwieniem. Maison była albo szalona, albo głupia, albo bardzo odważna. A może nawet wszystko naraz.
-Teraz już wiesz, co Carlos miał na myśli mówiąc o chrzcie bojowym. - wyszeptała Natalie, opierając brodę o moje ramię. - W następnym dziale Twoja kolej.
Czyli nie chodzi tylko o sukienki na bal! - strzeliłam się mentalnie w czoło, patrząc jak madison wciąż gra słodką idiotkę przed uroczym sprzedawcą. Trzeba też się powygłupiać.
-Okej... - kiwnęłam głową, rozglądając się za jakąś za dużą na mnie bielizną. W końcu wzięłam wieszak z krwistoczerwonym kompletem i stanęłam przed lustrem.
Raz kozie śmierć. - pomyślałam, wkładając majtki na spodnie, a zaraz potem stanik na bluzkę. Całe szczęście, że jestem w samej koszulce, a mój plecak może sobie spokojnie leżeć obok. Przez dobre pięć minut układałam na sobie stanik, przeglądając się starannie z każdej strony.
-Dziecko, co ty robisz? - zapytała mnie w końcu jedna ze sprzedawczyń.
-Przymierzam. - odpowiedziałam naiwnie, okręcając się wkoło. - Myśli pani, że to jest mój kolor? Może powinnam wybrać pastelową zieleń? - zapytałam, jak rasowa zakupoholiczka.
Ona tylko pokręciła głową, odchodząc do kogoś innego. Poczułam jak ktoś klepie mnie w ramię i chwilę potem spojrzałam w lustro. Obok mojego odbicia stało odbicie Nathalie, która kiwała dumnie głową.
-To było mistrzowskie. - powiedziała, kładąc dłonie na biodra. - Daj mi to. - wskazała głową na majtki, które wciąż miałam na sobie. - Muszę to przymierzyć.
Bez słowa oddałam jej owe majtki, po czym ona bez żadnego wahania włożyła je sobie na głowę, ostrożnie układając włosy, jakby to była koronkowa czapka.
-Chyba nie jest tak źle, co? - zapytała, kiedy stanęła przede mną. - Zaczekaj, zapytam kogoś z obsługi.
Po czym odeszła i stanęła naprzeciwko dwudziestoletniej dziewczyny, dumnie prezentując swoją „czapkę”.
-Jak wyglądam? - zapytała, przybierając pozę top modelki. - Nie do końca wiem, jak to się zakłada. Czy mogłaby pani...
Nathalie nie zdążyła dokończyć, bo dziewczyna chyba się przestraszyła i uciekła na zaplecze. Byłam w stanie znaleźć na to uzasadnienie, bo wszystkie trzy zachowywałyśmy się, jakbyśmy uciekły z zakładu psychiatrycznego.
Kilka podobnych i mniej podobnych numerów później, nadszedł czas na poważne zakupy i poszłyśmy do sklepu z wieczorowymi sukniami dla nastolatek.
-Myślę, że w tym roku kupię sobie coś niebiesko-biało-czerwonego. - oznajmiła Nathalie, idąc przez alejkę z dwuczęściowymi sukniami. - Co wy na to?
-Uderzasz w barwy narodowe, co? - zaśmiała się Madison, przeglądając plastikowe wisiorki.
-Nie, w francuskie. - pokręciła głową, mierząc jeden z gorsetów. - Każdy bal jesienny to stroje z epoki, więc... Czemu nie może być we francuskich kolorach?
-Nathalie, nasza flaga też ma takie kolory. - powiedziałam, nagle zmieniając cały swój pomysł na sukienkę. Olać skromność, brać falbany.

-Ale ma jeszcze gwiazdki. - wzruszyła ramionami, myśląc, że tym naprawi swój błąd, chociaż wyraźnie zrobiło jej się głupio. 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jeśli ktoś czekał, to się doczekał. Odcinek napisany lekko na wesoło. Lepiej wam nie pisać, jaka była do tego inspiracja. Mogę jednak napisać, że wpadłam na jeden pomysł. Ten wątek zacznę w odcinku dziesiątym, bo właśnie na tym jestem etapie. No cóż... Dziękuję Wam za 6 komentarzy pod ostatnią notą. To bardzo motywuje. Mam nadzieję, że to też się wam spodoba. Dajcie znać, co myślicie! Do wtorku! 

wtorek, 22 lipca 2014

Odcinek 6 – Lizzy kontra Miedziany Rumak

Pierwsza lekcja sztuki za dziesięć minut. Potem przerwa na drugie śniadanie i ostatnia matematyka. Właśnie tak miał się skończyć najdłuższy dzień w tygodniu. Mamy już trzy prace domowe, w tym dwie na jutro. Nawet nie dziwię się dziewczynom, że z samego rana zrobiły sobie wagary.
-Nie przejmuj się. - odparł Carlos, który usiadł obok mnie na podłodze. - Tak naprawdę Profesor Volkoff jest bardzo miła. Co z tego, że ma romans z ojcem Kendalla.
Wytrzeszczyłam na niego oczy. Czyli ona i ojciec Kendalla... razem? Tak po prostu.
-Żartujesz sobie? - jęknęłam z niedowierzaniem.
-Ciągnij go za język. - usłyszałam w słuchawce głos Drake'a. - Może się czegoś dowiemy.
-No, jak babcię kocham... - odparł, zaglądając do podręcznika z Matematyki. - Wczoraj u niego byłem i trafiłem na niezłą orgię. Dają czadu jak para nastolatków.
-Tak po prostu umawiają się na seks? - zapytałam, udając czystą ciekawość.
-Nie wiem, ale widać, ze jest między nimi ostra, erotyczna chemia. - wzruszył ramionami. - Kendalla lepiej o to nie pytać. Nie lubi o tym rozmawiać.
-Nawet mu się nie dziwię. - wymamrotałam.
-Myślisz, że ja? Jego ojciec posuwa nauczycielkę ze szkoły do której wszyscy chodzimy. - oznajmił, otrzepując się z kurzu. - Robi mu niemały obciach, wiedząc ile Kendall zrobił, żeby się tu dostać. Nas przysłali tu rodzice, on sam wybrał sobie szkołę, bo jak by nie było, ojciec ma go gdzieś. Jeśli posłuchasz tej historii, zrozumiesz, dlaczego pani Thomas mówi, że to patologia.
-Sprawdzamy chłopaka. - usłyszałam głos Tommy'ego. - Może uda się jakoś dotrzeć do jego ojca.
-A jego mama? - zapytałam, starając się na obojętność.
-Na odwyku. To ćpunka.
Kiedy zabrzmiał dzwonek, wstałam. Nauczycielka już przyszła. Szła korytarzem pewnym krokiem. Jej czarna marynarka z szarym paskiem była wręcz idealnie dopasowana jej sylwetki. Jej plecy przypominały mi Sarę, która pod sukienkę zakłada damską kamizelkę kuloodporną. A ponieważ ma prawie idealną figurę, mimo że zakłada o jeden rozmiar większą sukienkę, to wygląda równie dobrze. Zajęłam miejsce przy ławce naprzeciwko Madison, gładzącą sztalugę, która stała naprzeciwko ławki.
-Złóżcie sztalugi. - rozkazała. - Nie będziemy dzisiaj malować.
Wykonałam jej polecenie, pamiętając czynność, jeszcze z Angels East. Kątem oka obserwowałam, jak Volkoff jedzie długopisem po liście.
-Nie lubię jej. - mruknął Chris, który siedział po mojej prawej stronie.
-Ty nikogo nie lubisz. - odpowiedział za mnie Logan.
-Pytał Cię ktoś o zdanie? - warknął Chris, a ja odruchowo złapałam go za ramię, wiedząc, że zaczyna tracić cierpliwość. - Chyba nie.
-Dajcie spokój, dobra? - poprosiłam. - Wyżyjecie się po lekcjach na Call of Duty.
-Call of Duty? - powtórzyli jednocześnie.
-Taka strzelanka strategiczna. - wyjaśniłam. - Druga wojna światowa...
-Wiemy co to jest. - oznajmił Chris, wywracając żartobliwie oczami. - Ale co to ma wspólnego z tym, jaki on jest beznadziejny?
-Ej! - krzyknął Logan, który jak gdyby nigdy nic próbował uderzyć Chrisa.
-Cisza! - warknęła profesor Volkoff, spoglądając na nas znad długopisu. - Swoje prywatne sprawy załatwcie po lekcjach.
-Chodzi mi o to, że w ten sposób możecie się nawzajem pozabijać nie robiąc sobie krzywdy. Wyżyjecie się na joystickach, zamiast na sobie.
-Lizzy, lubię Cię, ale ten pomysł jest beznadziejny.- oznajmił Chris, kładąc mi dłoń na ramieniu.
-Ona tak długo jeszcze? - zapytałam, wskazując na biurko nauczycielki.
-Jakieś pięć minut... - James wzruszył ramionami. - Potem będzie czytanie Bóg wie którego tematu i sporządzenie notatki. Zawsze przez pierwszy tydzień profesor Volkoff siedzi na czacie biznesowym.
-Masz okazję. - powiedział Drake przez moją słuchawkę. - Wyjdź do łazienki i pójdź do pokoju nauczycielskiego. Podpiąłem się pod monitoring. Będę Twoimi oczami. Nikt Cię nie zobaczy.
Zawahałam się, ale podniosłam rękę, żeby zwrócić na siebie jej uwagę.
-Przepraszam, muszę wyjść na chwilę do łazienki. - powiedziałam nieśmiało, wstając z krzesła.
-A jesteś...
-Lizzy Carmichael.- odpowiedziałam grzecznie.
-Tak, słyszałam o Twoich problemach zdrowotnych. - odpowiedziała, podnosząc głowę znad laptopa. - Oczywiście, ale wróć szybko.
-Dziękuję. - kiwnęłam głową, wychodząc z klasy.
Poszłam korytarzem, aż na drugie piętro. Tam jest i pokój nauczycielski i damska toaleta.
-Na półpiętrze jest okno. - powiedział Tommy. - Otwórz je na całą szerokość i idź dalej.
Zrobiłam, tak, jak mi kazał, chociaż bardzo chciałam go zapytać po co, ale pewnie ma to jakiś cel.
-Teraz wejdź do toalety.
Weszłam do łazienki i zamknęłam za sobą drzwi. Odczekałam chwilę, czekając na jego dalsze wskazówki. Wiem, że mnie pilnują i powinnam ich teraz słuchać.
-Przełączyłem podgląd. Droga wolna. Przejdź szybko do pokoju nauczycielskiego.
Wybiegłam z toalety, zamykając za sobą drzwi i weszłam do pokoju nauczycielskiego. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Przypominało mi to prywatne biuro, gdzie pracownicy trzymali na swoich stanowiskach jakieś rzeczy osobiste. Takie, które na przykład przypominały im o domu.
-Biurko Volkoff, to to, które ma miedzianego konia obok lampy. - powiedział Tommy. - Oglądałem wczoraj takie w sklepie z antykami. Obejrzyj go z każdej strony.
Wzruszyłam ramionami i podniosłam figurkę na wysokość oczu. Otworzyłam usta, kiedy zobaczyłam średniej wielkości otwór na zadzie „rumaka”.
-Zaraz, czy on ma... - zaczęłam szeptem.
-Idealne miejsce na ukrycie pluskwy. Zmieścisz tam swój mały palec?
-Żartujesz? Zmieszczę nawet środkowy. - prychnęłam, odczepiając jeden z podsłuchów ukrytych w bransoletce.
-Przylep na jednym z pośladków od wewnętrznej strony. I naciśnij, żeby włączyć.
Zrobiłam to samo, ale zaniepokoiłam się, kiedy zobaczyłam czerwoną diodę.
-To się świeci. - wyszeptałam do zegarka.
-Nie przejmuj się, zaraz zgaśnie. - uspokoił mnie. - Teraz odłóż kona na miejsce i spokojnie wyjdź do toalety. Będę mógł włączyć właściwy podgląd.
Odłożyłam konia dokładnie w to samo miejsce i miałam już wyjść. Położyłam już dłoń na klamce, kiedy nagle...
-Czekaj... - usłyszałam ostrzegawczy głos Tommy'ego. - Ktoś idzie. Schowaj się.
Pośpiesznie rozejrzałam się za jakąś kryjówką. Potrzebuję czegoś jak... Ta dekoracyjna skrzynia. Otworzyłam wieko i odetchnęłam z ulgą, że w środku nic nie ma. Wskoczyłam do środka i zamknęłam za sobą wieko. Dokładnie na styk, bo w dokładnie tym momencie otworzyły się drzwi. Usłyszałam, jak otwierają się drzwi i zaraz potem pogodne nucenie. Uchyliłam wieko skrzyni, żeby wyjrzeć kto to jest i uniosłam brwi na widok pana Golda, który jak gdyby nigdy nic wyciągnął dziennik klasowy z szuflady i wyszedł.
-Schodzi do sali gimnastycznej. - powiedział Tommy. - Wracaj do łazienki, a potem do klasy. Powiem Ci, kiedy będziesz mogła wrócić.
Najszybciej i najciszej jak potrafiłam, przemknęłam się do łazienki, czekając na znak od Tommy'ego, albo Drake'a.
-Dobra, już. - powiedział, kiedy czekałam na jakikolwiek znak z dłonią na klamce. - Możesz wyjść, tylko zostaw to okno. Już nie ma obaw, czy ktoś Cię zobaczy, czy nie.
Westchnęłam i weszłam do klasy.
-Panna Carmichael... - odparła profesor Volcoff, odwracając się od tablicy. - W samą porę. Proszę zając swoje miejsce.
~**Chuck**~
Leżałem na kanapie z książką na kolanach. Skończyłem już zmianę w Buy More, a Lizzy wciąż nie wróciła. Czekałem na nią, zastanawiając się co takiego mogło ją zatrzymać, bo powinna tu być już pół godziny temu.
Jak na zawołanie otworzyły się drzwi frontowe i do domu wróciła Lizzy, rzucając swój plecak na kuchenne krzesło.
-Jestem głodna. - oznajmiła, zamiast powitania. - Jest coś do jedzenia?
-Nie możesz poczekać na Sarę? - zapytałem, spoglądając na nią przez oparcie kanapy. - Obiad jest prawie gotowy. Jak pierwszy dzień szpiegowania?
-Jeszcze pytasz? - jęknęła, rzucając się na fotel. - Podłożyłam tylko pluskwę.
-I dowiedziałaś się z kim Volkoff ma romans. - dokończyłem za nią, odkładając książkę na stolik do kawy. - Jak na pierwszy dzień to bardzo dużo.
-Nie przesadzaj. Nie jestem z tego dumna.
-Dlaczego? - zmarszczyłem brwi, pochylając się w jej stronę.
-Bo naprawdę lubię Kendalla, rozumiesz? A kiedy jego ojciec pójdzie do rządowego więzienia, nie będzie się miał nim kto zająć. Bez ojca, nawet takiego, który go olewa, długo nie pojedzie. Jest jeszcze jedna, dobra wiadomość.
-Już jestem ciekawa. - wymamrotała, spoglądając w sufit.
-Od przyszłego tygodnia będziesz mogła ćwiczyć na wuefie. - powiedziałem, kładąc pocieszająco dłoń na jej kolanie. - Na razie bez biegania, ale wznowisz szermierkę.
-Przynajmniej tyle...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jednak coś mi się dzisiaj udało wydusić... Zobaczyłam, że jest już druga i wstawiłam notkę na dzisiaj. Pisałam to tydzień temu, bo chyba lepiej pisać z wyprzedzeniem. 
W zakładce było pytanie. Rita napisała: "Kim są ci aktorzy grający Pana Gregorego i Santosa? ;)", a ja odpowiadam: 
Patrick Dempsey (Pan Gregory) przez jakieś dwa lata był przeze mnie nazywany "Panem z Zaczarowanej". Wiem, że grał jakiegoś lekarza w "Chirurgach" i przypadkiem widziałam go w "Transformers 3". 
Mark Hildreth (Pan Santos) został przeze mnie zauważony jako Siroc w serialu "Młodzi Muszkieterowie". Jeśli widzieliście film "Piraci z Karaibów: Na krańcu Świata", przypomnijcie sobie początkową scenę. To on jest tym kolesiem, który czytał wyrok przy wieszaniu. 
No i to chyba wszystko, co mam do powiedzenia. Mam nadzieję, że się wam podobała ta niezwykle dokładna scena podkładania podsłuchu (wińcie Ciri i Marlę) i liczę, że Was tym nie zanudziłam. Dajcie znać, jakie wrażenia! Trzymajcie się! 

poniedziałek, 21 lipca 2014

Czołówka

Dzisiaj zbrakło mi weny do pisania, ale wczoraj obiecałam sobie, że muszę dzisiaj zrobić cokolwiek na bloga przed wyjściem do dentysty. A ponieważ nazywam notki "Odcinkami", to czemu ten serial miałby nie mieć czołówki? Efektem jest właśnie to:
Moim zdaniem wyszło lepiej niż ten zwiastun, już szczególnie biorąc pod uwagę, że robiłam to z GIFów (z filmów nie chce się zapisać). Ta miniaturka się sama ustawiła, bo ja przy tym nie kombinowałam. 
Chyba nie wyszło źle, co? Może jeszcze kiedyś będzie następna, bo jestem na tylko zawieszona, że nie wiadomo, co mam ze sobą zrobić, a do pisania opowiadania nie zawsze jest chęć. 
I jeszcze opis YouTube'owy dla formalności: 
Jestem tak mało zdolna, że znowu zrobiłam filmik z GIFów. Tym razem to czołówka do bloga na http://btr-la-is-ours.blogspot.com/, dokładnie do drugiej opowieści. 
Wykorzystana Piosenka: Junp5 - Welcome 
Obsada (czołówkowa): 
Lizzy Carmichael - Crystal Reed 
Kendall Schmidt - Kendall Schmidt 
Carlos Pena - Carlos PenaVega
James Maslow - James Maslow
Logan Henderson - Logan Henderson
Chuck Carmichael - Zachary Levi 
Sarah Walker - Yvonne Strahovski
John Casey - Adam Badwin

czwartek, 17 lipca 2014

Odcinek 5 – Lizzy kontra Podpowiedzi na Historii

Zadzwonił dzwonek do drzwi. Bez zastanowienia odłożyłam na bok czytane akta. Pierwszy dzień miesiąca jest jutro, a to znaczy, że muszę już coś wiedzieć o tej Volkoff.
Podeszłam do drzwi i otworzyłam. W progu stała moja nowa koleżanka z sąsiedztwa.
-Hej Din! - uśmiechnęłam się do niej szeroko. - Gdzie masz okulary?
-Szkła kontaktowe to poważna inwestycja, a w moje oprawki są okropne! - jęknęła. - Wiesz, w nowej szkole trzeba jakoś wyglądać.
-Dostałaś się? - zawołałam, zapraszając ją do środka. - Wznieśmy toast oranżadą... - zaproponowałam, kiedy pokiwała głową.
Din zaśmiała się szeroko i usiadła na stole we wskazanym przeze mnie miejscu. Szybko zabrałam teczkę, obawiając się, ze ta do niej przypadkiem zajrzy.
-Chuck, zostawiłeś teczkę w kuchni. - zawołam, niosąc to do sypialni – Trzymaj swoje serwisowe papiery z dala od jedzenia.
Chuck zmarszczył brwi, odwracając się od laptopa na toaletce. I pomyśleć, że dzisiaj rano były tu porozwalane kosmetyki Sary.
-Din przyszła. - wyszeptałam, a ten zrobił miną pod tytułem „Aha” i odwrócił się z powrotem do komputera. Pokręciłam głową i wróciłam do kuchni, wyciągając dwie, czyste szklanki.
-Słuchaj, chciałam cię zapytać o... - zaczęła Din, kiedy zaczęłam nalewać napoju do szklanek. - Tego chłopaka, który przyniósł Ci testy do sprawdzenia.
-O Jamesa? - zastanowiłam się, stawiając szklanki na stole. - Za Musketeers High.
-Za Musketeers High! - odpowiedziała, stukając o moją szklankę. - Właśnie, James. Nie wiesz, czy on ma dziewczynę?
-Nic mi o tym nie wiadomo. - zmarszczyłam brwi. - Na pewno wzdycha do niego pół Czterech Szpad. A czemu o to pytasz?
-Bo poprosiłam, żebym była z Tobą w klasie i chyba będę z nim w jednej grupie.
-No tak, ale nie przejmuj się. Jest bardzo miły. - pocieszyłam ją. - W klasie jest kilka fajnych osób. Na pewno się z nimi dogadasz. Mnie było z nimi łatwiej.
-A zajęcia dodatkowe? - zapytała. - Chciałabym chodzi na pianino, ale dawno nie grałam.
-Ja chodzę na pianino z Kendallem. - odpowiedziałam automatycznie. - Jeszcze na szermierkę i jeździectwo. I musisz przeczytać „Trzech Muszkieterów” i „Hrabiego Monte Christo”. To lektury obowiązkowe.
-Już przeczytałam „Hrabiego”. - wzruszyła ramionami, a ja wytrzeszczyłam oczy. - No co? Było nawet ciekawe.
~***~
Dzisiaj jest pierwszy dzień mojego szpiegowania. Akta tej Volkoff znam na pamięć, a podłożenie kilku podsłuchów może nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. A jak ktoś je znajdzie? Wiem o urządzeniach, które wykrywają rządową elektronikę. Chuck mi kiedyś coś opowiadał.
-Jedziemy do szkoły? - zapytałam, schodząc na dół. - Bo zaraz będziemy spóźnieni.
-Daj mi jeszcze chwilę. - zawołała Sarah, biegając po pokoju, próbując sobie związać włosy wstążką. - Nie mogę znaleźć swojej broni.
-Weź zapasową. - krzyknął Chuck, podając jej drewniane pudełko, które trzyma w szafce kuchennej. - Tamtą zostawiłaś w hotelu.
-Teraz mi to mówisz? - jęknęła, chowając pod bluzką pistolet. - Dziękuję, kochany jesteś.
I pocałowała go w policzek, a on włożył torbę przez ramię.
-Lecę na instalację. - oznajmił, kiedy szliśmy do samochodów. - Potem będę w Buy More. Spotkamy się na przerwie śniadaniowej.
Chuck odjechał Nerd Herderem, a my rządowym Pick-Upem z logo jogurtowni. Nie wiem, czy ona jeździ z dostawami, czy po prostu ma go jako element przykrywki. Kiedy dojechaliśmy do szkoły, wyskoczyłam z auta i pobiegłam do wejścia. I jakoś tak się złożyło... Że się spóźniłam.
Weszłam do klasy. Wszyscy już tam byli i niestety moje obawy okazały się słuszne i było już grubo po dzwonku. Nienawidziłam się spóźniać. A już szczególnie w pierwszym miesiącu szkoły. Rozejrzałam się i zobaczyłam Chrisa siedzącego w ławce. Dzisiaj jest jego pierwszy dzień. Jak mogłam o tym zapomnieć? Swoją drogą, dziwne, że wyciągnięcie go z poprawczaka zajęło Generał Beckman zaledwie dwa dni. Chłopak jedzie na lewym egzaminie, ale pewnie jakoś dałby sobie z tym radę. Wiem, jaką ma wiedzę życiową, ale Chuck podpiął się pod serwer i rozwiązałam test za niego. I dostał się bez problemu.
-Przepraszam za spóźnienie, panie profesorze. To wyjątkowa sytuacja. - oznajmiłam, próbując go jakoś udobruchać.
-Nic się nie stało, Lizzy. - odpowiedział z uśmiechem. - Jeszcze nawet nie zaczęliśmy lekcji. Zajmij, proszę swoje miejsce. Muszę jeszcze iść po rzutnik. Pokarzę Wam dzisiaj bardzo ciekawy film, ale najpierw zrobimy notatki.
Usiadłam obok Kendalla i rozejrzałam się po klasie. Zmarszczyłam brwi, kiedy okazało się, że nie ma większości naszej paczki.
-Gdzie są dziewczyny? - zapytałam półgłosem, otwierając zeszyt na czystej stronie.
-Wagary. - odpowiedział. - Przyjdą na trzecią lekcję. Dzisiaj jest długi dzień.
-Dziewięć lekcji. - wyruszyłam ramionami. - I żadnych zajęć dodatkowych.
-Właśnie. - pokiwali jednocześnie głowami, właściwie jednocześnie.
-Mad ledwo wytrzymuje siedem godzin. - Dodał Logan szukając czegoś w torbie. - Słuchaj, masz może zapasowy długopis? - zapytał po kilku sekundach przewracania swoich rzeczy. Pokiwałam głową i wyjęłam z kosmetyczki dodatkową stalówkę. Wczoraj John ją sprawdzał, więc powinna pisać.
-Może być? - zapytałam, podając mu to różowo-fioletowe coś.
-Oby pisało. - uśmiechnął się, odwracając stalówkę. - Jesteś wielka. Rety, jakie dziewczyńskie. - dodał nieco ciszej.
-Uuu... Dzwoneczek. - oznajmił Carlos, siedzący naprzeciwko niego, czym wywołał falę gromkiego śmiechu. Uśmiechnęłam się pod nosem.
No może Uczynne Wróżki to nie był zbyt męski motyw, ale to nie ja kupowałam mi przybory, tylko Chuck. Profesor Miller wrócił po minucie. Trzymał w dłoniach Biblioteczne wydanie rekonstrukcji wojennej na DVD.
-Zaczniemy od notatki. - oznajmił, rzucając płytę na stolik. - Kto zna nazwisko Lorda Protektora za czasów dynastii Stuartów?
-Oliver Cromwell. - mruknęłam w stronę Chrisa, który był nadzwyczaj zajęty mierzeniem wzrokiem Logana.
-Oliver Cromwell. - Powtórzył, odrywając wyrok od krzesła Logana.
-Oliver Cromwell położył sobie u stóp całą Europę. - Profesor Miller usiadł na skraju stolika. - Żeby udowodnić, jaki jest potężny, zdecydował się na dość odważny ruch. Jaki? Może pani wie, panno Carmichael?
Podniosłam głowę na dźwięk swojego nazwiska. Zdałam sobie sprawę, że wszyscy na mnie patrzą. Łącznie z Chrisem i panem Millerem na czele.
-Cromwell oskarżył o zdradę Karola pierwszego i nakazał go ściąć. - odpowiedziałam, odkładając długopis na ławkę.
-Jak myślisz, co chciał tym udowodnić? - ciągnął mnie za język.
-Myślę, że przede wszystkim fakt, że nie cofnie się przed niczym. - wyruszyłam ramionami, próbując improwizować. - Skoro posłał swojego króla pod toporek, to pośle każdego.
-Właśnie. - kiwnął głową. - zapiszcie to sobie. Daty uzupełnimy później.
Wszyscy chwycili swoje szkolne notatniki i zaczęli zapisywać. Niepewnie poszłam za ich przykładem, chociaż znałam cały temat na pamięć.
~**Sarah**~
Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że Chuck zgodził się na tak czynny udział Lizzy w zadaniu, które od tak został odebrany innej drużynie CIA. Ciągle słyszę, że jesteśmy najlepsi i dostajemy najważniejsze zadania. Chuck nie lubi zbyt długie działania Incognito i ja chyba też, bo prawie zapomniałam jak naprawdę się nazywam. Jennifer Burton – powtarzam sobie to wciąż i wciąż, żeby nie zatracić się w szpiegowskim działaniu.
Odruchowo sięgnęłam do monitoringu. A właściwie zapisów z wideokonferencji. Przez chwilę zastanawiam się, które nagranie może pochodzić z rekrutacji Lizzy. W co jeszcze bardziej nie jestem w stanie uwierzyć, bo Chuck zawsze stawia na bezpieczeństwo. Nafaszeruje delikwenta środkami usypiającymi, ale nigdy nie zabije. Za każdym razem, kiedy mnie, albo Johnowi uda się kogoś zabić na jego oczach, to jest w stanie gadać przez jakieś dwa dni, że to nie było konieczne i moglibyśmy go przesłuchać. A jeśli chodzi o rodzinę? To już całkiem. Do Ellie i Devona nawet nie pozwala się zbliżać agentom. Raz, czy dwa wysłał do nich ochronę, ale to wszystko. Nie miałam ochoty oglądać wszystkich po kolei. To nie miało najmniejszego sensu. W końcu trafiłam na tytuł, który mógł do tego pasować.
-Czas, by Twoja siostra została szpiegiem. - głos Generał Beckman nosił się echem po bazie. Chyba Chuck znowu hakował i włączył głośną muzykę. Gwałtownie ściszyłam, nie chcąc, żeby ktoś obecny w sklepie zauważył hałas.
-Nie mogę się na to zgodzić, pani generał. - usłyszałam jego odrobinę zniekształcony głos. - Lizzy dopiero wyszła ze szpitala i nie mogę jej na nic narażać.
-To jest rozkaz, Agencie Carmichael! Nie wysyłałabym na misję cywila, jeśli wiedziałabym, że sobie nie poradzi. Twoja siostra będzie pod stałą obserwacją agentów NSA, których Lizzy już zna. Jeśli coś miałoby pójść nie tak, wkroczą do akcji. Będzie z nimi w stałym kontakcie, żeby na bieżąco informować ich o swoim położeniu. Ręczę całą swoją reputacją, że Lizzy jest całkowicie bezpieczna. Czy to jasne?
-Tak jest. - odpowiedział Chuck, nieco cichszym głosem niż wcześniej.
-Przekaż jej rozkazy dzisiaj wieczorem. Podepnę się pod wasz kuchenny monitor, gdzie na nowo omówimy szczegóły.

I na tym kończyło się nagranie. Nie wiedziałam, co miałam o tym sądzić, ale myślę, że powstrzymał się od większej kłótni tylko dlatego, że zna swoje miejsce w szeregu i taka była prawda. Generał Beckman jest naszym przełożonym i musimy wykonywać jej rozkazy, czy to się nam podoba, czy nie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 Nie grzeszyłam natchnieniem przy pisaniu tej notki. Dzisiaj mam pecha jeśli chodzi o pisanie. Nie za bardzo chce mi się w ogóle pisać. Chyba wyczerpałam swój limit wczoraj. Więc wklejam tu przed tygodniowe dzieło, które i tak nie wyszło. Do napisania końcówki skłonił mnie komentarz Mrs. Schmidt. A właściwie do jego przerobienia, bo wykorzystałam niepublikowany fragment. No ok... Dajcie znać jak wrażenia. Trzymajcie się! Do Wtorku. 

wtorek, 15 lipca 2014

Odcinek 4 – Lizzy kontra Pierwszy Sprzęt

Oparłam się o oparcie krzesła Logana, który siedział bokiem ze znudzonym wyrazem twarzy. Poczułam nagłą ochotę szerokiego ziewnięcia, ale wiedziałam, że to byłoby nie w porządku wobec pani Arias. Dlatego pochyliłam się nad książką od francuskiego, próbując jakoś odnaleźć wątek lekcji, który zgubiłam.
-Czy ktoś mnie w ogóle słucha? - moje wertowanie podręcznika przerwał zły głos pani Arias. - Zrozumieliście chociaż o czym jest tekst, który czytamy?
-Coś o pałacu. - Carlos, nie przerywając zwijania ściągi na test z fizyki.
-A nie o hotelu? - zapytała Madison, kontynuując przeglądanie miniaturowej wersji pisma o modzie ukrytej w podręczniku.
-Dobra, widzę, że już dzisiaj nic z tego nie będzie. - westchnęła, spoglądając na zegarek. - Dzwonek jest za pięć minut, więc spakujcie swojej rzeczy i bądźcie cicho. Oj, po prostu się spakujcie. - dodała, kiedy nikt z nas się nie poruszył. - Na następną lekcję napiszcie tłumaczenie dzisiejszego tekstu. Ci, którzy nie odrobią zadania, tłumaczą kolejny tekst przy całej klasie!
Kiedy pochowaliśmy rzeczy do toreb, nic się nie zmieniło, tylko Kendall podrzucił mi karteczkę przez ramię, bo akurat usiadł za mną.
Po lekcjach w Czterech Szpadach?
Uśmiechnęłam się pod nosem wyciągnęłam z kieszeni długopis, żeby odpisać.
Będę tam.
Odrzuciłam karteczkę na jego ławkę, żeby chwilę później usłyszeć jak parska śmiechem. Czyli jednak się ucieszył. Już dawno nauczyłam się, że ta reakcja nie zawsze jest dowodem kpiny.
Po dzwonku wstałam, żegnając się po francusku. Nie, nie całowałam Panny Arias.
W biegu wyciągnęłam książkę z fizyki i przechadzam się do klasy pana Sparacino. Nie wiem, jak udało mi się tam dojść, ale zostało mi tylko oprzeć się o ścianę.
-Lizzy? - usłyszałam niepewny głos Carlosa.
-Aaa! - zawołam, odruchowo podrzucając książkę. - Nie strasz mnie tak!
-Przepraszam, po prostu muszę Cię o coś zapytać. - odpowiedział, chowając dłonie do kieszeni. - Lubisz Kendalla, co nie?
Nie za bardzo zrozumiałam jego tok myślenia, ale zawsze najlepiej rozumieć takie rzeczy dosłownie, więc pokiwałam głową.
-Tak, lubię was wszystkich. A w jakim celu...
-Ma wysokie IQ, a i tak nie rozumie. - wymamrotał, odchodząc ode mnie. Pokręciłam głową, zastanawiając się, czy z nim na pewno wszystko w porządku. Tak, czy owak, to Carlos i nigdy nie wiadomo, co się dzieje w jego głowie.
-Umówiłaś się z Kendallem? - zapytała Nath, podchodząc do mnie.
-Tylko na obiad w stołówce. - odparłam, przypominając sobie o wysłaniu SMSa do Johna, żeby przyjechał po mnie trochę później.
-Jesteś pewna? Że tylko? Kendall łatwo się zakochuje i wygląda na to, że mu się podobasz. - cmoknęła. - No i co na to powiesz?
-Nic nie powiem. - pokręciłam głową, wyjmując komórkę z kieszeni szkolnej marynarki. - Uczyłaś się do testu? Wiesz jaki jest pan Sparacino, kiedy ktoś szepcze na sprawdzianie.
-Nie zmieniaj tematu! - wycedziła przez zaciśnięte zęby, próbując zabrać mi podręcznik, który ledwo podniosłam z podłogi.
-Ty go... - zaczęła, wytrzeszczając oczy. - O ja nie mogę, jaki numer!
-Nathalie, proszę... - jęknęłam. - Możemy o tym porozmawiać później?
Trudno mi było przyznać, że go lubię. Kendall naprawdę jest słodki i przypomina mi Jema Carstiansa. Jest delikatny i czuły. Zawsze grzeczny, tylko zamiast skrzypiec ma pianino. Nie wiem, czemu, ale spodobały mi się te książki. John przynosił mi do szpitala. Jedną załatwiałam w dwa dni.
Po wszystkich lekcjach i oczywiście nudnym teście zeszłam do stołówki. Nie było takich tłumów jak na przerwie śniadaniowej, ale teraz też było tu kilkoro dzieciaków. Niektórzy zdjęli marynarki, pochowali szkolną biżuterię do toreb i zabrali do stolików wielkie porcje obiadowe. Wyjęłam swoją kartkę. Miałam podbite dopiero dwa posiłki. Za każdym razem Chuck dzwonił, mówiąc, że dzisiaj w domu obiadu nie będzie. Teraz pewnie zjedzą jogurt i pójdą do „Skwierczących Krewetek”. Podeszłam do stanowiska kucharki i pokazałam kartkę. Ona podbiła pieczątkę i zapytała.
-Rybka?
-Rybka. - pokiwałam głową.
-Jesteś strasznie chuda. - pokręciła głową i chyba tylko przez siatkę włosy nie zafalowały. - Dostaniesz podwójną porcję frytek.
Westchnęłam, odbierając tacę z obiadem. Zawsze to słyszę i dostaję więcej jedzenia. Część oddawałam, a inni chętnie się częstowali, już się do tego przyzwyczaiłam. Bo co bym z tym zrobiła? Poprosiła o plastikowe opakowanie i oddała Johnowi, który może jeść bez opamiętania?
-Dziękuję. - mruknęłam z uśmiechem i wróciłam do stolika.
Nie musiałam długo czekać na Kendalla, bo zjawił się dość szybko z identyczną porcją obiadu.
-Czemu jesteś smutna? - zapytał, rozdzielając dwa, zlepione gęstym sosem pałeczki smażonego ziemniaka. - Coś się stało?
-Nie, po prostu mam jeszcze lekturę do przeczytania. - pokręciłam głową. - A jutro odpytywanie z Hiszpańskiego. Mam jeszcze temat do przeczytania i po prostu próbuje się do tego jakoś psychicznie przygotować.
-Jak wolisz. - wzruszył ramionami. - Może to poprawi Ci nastrój. Jest trochę głupi, ale może dzięki temu się uśmiechniesz.
Podał mi kieszonkowy notatnik na spirali. Spojrzałam niepewnie w Twarz Kendalla, a on po prostu kiwnął zachęcająco głową.
Ciekną prysznice w męskiej szatni.
Szkoda, że kąpię się ostatni.
Gdy patrzę na nie przez pary mgiełkę,
widzę jedynie kapiącą kropelkę. *
Zaśmiałam się, kiedy przeczytałam tę rymowankę. Kendall tylko uniósł brwi z niewinnym uśmiechem. Zabawnie zwężał usta.
-To ty napisałeś?
-Tak, po dzisiejszym wuefie. Uprzedzałem, że to głupie. - oznajmił, wzruszając ramionami.
-Wcale nie głupie. Raczej słodkie. - uśmiechnęłam się do niego. - Ale fakt, trochę głupie.
~***~
-Wróciłam! - wrzasnęłam, kiedy ja i John weszliśmy przez okno.
-No widzę właśnie. - oznajmił Chuck, siadając przy stole. - Mamy coś ważnego do omówienia.
-Czy ty... - zaczęłam, ale Sarah dała mi znak, żebym lepiej się zamknęła.
Usłyszałam skrzyp okna i do mieszkania weszła Greta. W ręku trzymała swój roboczy zeszyt, z którego wiecznie ubywały kartki.
-Jesteśmy w komplecie, więc możemy zaczynać. - odparł John, kiedy wszyscy byliśmy przy stole. I jakoś mi się wydawało, ze miał mnie wieść dzisiaj do Buy More. Jakaś zmiana planów?
Chuck postawił przede mną drewnianą, lakierowaną szkatułkę. Zacisnęłam zęby, przeczuwając, że w środku jest czyjś ucięty palec. Może Morgana? Przecież go tu nie ma. Nie, Morgan! Nie umieraj!
-Co to ma być? - zapytałam, nie myśląc otwierać pudełka.
-Otwórz. - oznajmiła Greta, swoim aksamitnym głosem. Jej blond włosy opadały na ramiona. Jakby z roztargnienia wzięła do buzi swój identyfikator. - To całkiem normalne przedmioty.
Drżącymi dłońmi uniosłam wieczko. Victoria (potocznie nazywana Gretą) trochę inaczej rozumie znaczenia słowa „normalne”. Dla niej normalna jest strzelanina w centrum handlowym, albo trzymanie pod poduszką damskiego pistoletu. W środku był pełny zestaw szkolnej biżuterii. Broszka z portretem Dumasa, zapinki do mankietów, breloczek do kluczyka szafki i dodatkowo dziewczęcy zegarek z motywem kokardki francuskiej rewolucji.
-Dzięki, mam już takie. - powiedziałam, podnosząc głowę.
-Teraz będziesz nosiła te. - usłyszałam głos generał Beckman z naszego kuchennego telewizora, gdzie Chuck zazwyczaj oglądał McGavera przy gotowaniu. - To specjalistyczny sprzęt wykonany przez naukowców CIA. Specjalnie dla Ciebie.
-A po co mi taki sprzęt? - uniosłam brwi. - Bez urazy, pani generał, ale nie potrzebuję takich przedmiotów. Nie jestem szpiegiem i...
-Ale będziesz. - przerwała mi w pół słowa. - Jutro zaczynasz obserwacje. Twój brat przekaże Ci szczegóły. W trakcie całego zadania będziesz chroniona przez naszych ludzi. Wysłaliśmy tam kilka osób, żeby mieli na Ciebie oko. Zadanie pozostanie Twoje. Agencie Carmichael, oddaję Ci głos.
-Twój obiekt to Vivien Vokoff. Legalnie nauczycielka sztuki i instruktorka jeździectwa. - oznajmił Chuck, pokazując mi zdjęcie kobiety po trzydziestce. - Podziemnie bizneswomen. Jej firma produkuje broń wszelkiego rodzaju. Kolejna generacja. Trochę jak z komputerami, które robił tata. Mamy na nią kilka paragrafów, ale w sprawie swoich dystrybutorów świetnie się maskuje.
-To będzie Twoje zadanie. - oznajmiła Sarah, przejmując mowę Chucka. - Masz dojść do jej kontaktów osobistych. Wybadasz gdzie zazwyczaj rozmawia przez telefon i podłożysz kilka pluskiew w strategiczne miejsca. Popytasz o nią innych uczniów, powiedzą Ci co wiedzą. Jako licealista nie wzbudzisz podejrzeń.
-Pluskwy są ukryte w spinkach. Po kolacji pokarzemy Ci, jak je wyjąć i przyczepić.
-Zegarek jest podobny do mojego. - powiedział Chuck, wyjmując go z opakowania. - Tu włączasz GPSa, a tu kiedy chcesz coś powiedzieć. Broszka to kamerka. Zrobiliśmy jeszcze repliki kolczyków, jakie masz w szkatułce i wbudowaliśmy w nie słuchawki. Dayle będzie stał na straży i widział Twój podgląd. Czasami będziemy w vanie. Masz jakieś pytania?
-Wiedziałeś o tym? - zapytałam, odwracając się do Johna, a on tylko pokiwał głową. - Tak trudno było mnie przynajmniej uprzedzić?
-Wybacz, nie mogłem pisnąć słówka. - powiedział, krzyżując ramiona.
-Jest jeszcze jedna kwestia. - powiedziała Sarah, kiedy się upewniła, że Generał już się wylogowała. - Greta znalazła akta twojego kolegi.
Otworzyłam usta ze zdziwienia i spojrzałam na uśmiechniętą buzię Victorii. Ona tylko otworzyła zeszyt i wstała z naszego kuchennego krzesła.
-Okey... - westchnęła, spoglądając na zrobione przez siebie notatki. - Z tego, co udało mi się znaleźć, przyjaciel Lizzy przebywa obecnie w zakładzie poprawczym.
-Ciekawe za co... - mruknął John, nadal coś kombinując przy swoim pistolecie.
Sarah wstała i podeszła do Grety. Bez jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia wyrwała jej zeszyt z rąk i spojrzała na otwartą stronę.
-Bazgrzesz jak kura pazurem. - powiedziała, oddając jej wcześniej odebrany notatnik.
-No wiem. - Pokiwała głową. - Mam tak od dziecka. Wracając do sprawy... Rok temu na Hudsona spadła lawina zarzutów. Zaczęło się od kradzieży...
-Przecież on nie jest złodziejem. - pokręciłam głową, zatrzaskując szkatułkę z biżuterią. - Jest arogancki i kłótliwy, ale nie krad...
-Okradł policjanta na służbie. - ciągnęła dalej, nie zwracając uwagi na moją wypowiedź. - Zabrał pałkę, paralizator i latarkę policyjną.
-Latarkę policyjną? - powtórzyła Sarah, marszcząc brwi. Oderwała wzrok od raportu, który znalazł się w kuchni nie wiadomo skąd.
-Ma wbudowany paralizator. - wyjaśnił Chuck, krzyżując dłonie na piersiach.
-Ale słaby. - odpowiedziała Greta, wracając do swoich notatek. - Dziecięca zabawka.
Zmarszczyłam brwi. Jak można nazwać przedmiot, którym można porazić kogoś prądem, dziecięcą zabawką? Wiem, że ona trochę inaczej odbiera otoczenie. Na swój sposób.
-Zabranymi przedmiotami dokonał podwójnego pobicia. - opowiadała, teraz już z pamięci. - Kiedy zgarnęła go policja, obraził funkcjonariusza, nauczyciela i prokuratora. W sądzie omal nie zaatakował poszkodowanego i obrzucił wyzwiskami sędziego. Nie bronił się; odmówił składania wyjaśnień. W zakładzie nie było na niego skarg, przynajmniej do wczoraj. Zachowuje się przyzwoicie.
Greta zakończyła swój miniaturowy wykład i usiadła naprzeciwko Johna, który bezceremonialnie zaczął sobie uzupełniać pociski z magazynku. Ktoś pewnie bardzo by się zdziwił, gdyby w tym właśnie momencie wszedł do kuchni.
-Chłopak miał potencjał. - wzruszył ramionami. - Chciałem go zwerbować, ale był za młody. Z takimi papierami nie przejdzie. Szkoda, byłby świetnym kandydatem.
-Maiłaś niezłą frajdę, kiedy odnalazłaś te akta, co nie? - zapytała Sarah, składając teczkę. - Nie powiedziałaś jeszcze wszystkiego. Widzę po Twojej minie. Mów.
-Otóż... w aktach widnieje opinia psychologa, który wizytował w „Angeles School”, który wyraźnie potwierdził, że obiekt... co? - Zajrzała do zeszytu. - „Uczeń silnie odbiera negatywne wpływy z zewnątrz. Znajomość z inną uczennicą, Elizabeth Carmichael jest jedynym bodźcem, który trzyma w ryzach agresję ucznia.” jakby tego było mało... - Victoria podniosła głowę. - Hudson wielokrotnie składał do wniosek o przepustkę i możliwość odwiedzenia Cię w szpitalu. A to znaczy, że mamy argument.
-Greta, wszystko ładnie, pięknie, ale jest jeden mały detal. - wtrącił Chuck. - Żeby móc cokolwiek zrobić, musimy mieć zgodę od góry. Szukanie informacji to jedno, a wyciąganie kogoś z poprawczaka to zupełnie co innego.
-A kto powiedział o wyciąganiu...
-Twoja mina! - oznajmili jednocześnie. John chyba już skończył ładowanie swojej zabawki.
-Przecież jest Lizzy. - powiedziała Greta, podając nam robocze kserówki jakiejś odręcznej notatki. - Przy niej Hudson nie jest agresywny, więc możemy ustawić spotkanie w zakładzie i kontroler się przekona, jak działa ta znajomość.
-Vicy... - mruknął Chuck, spoglądając na nią znad kartki.
-Zdajesz sobie sprawę, że tylko Ty mnie tak nazywasz?

__________________________________________

*Wierszyk z serialu „Sabrina, Nastoletnia Czarownica”.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
To chyba najdłuższa nitka w historii tego bloga. Powoli będzie się robiło coraz więcej i więcej elementów uczniowskich, ale mam nadzieję, że to jest plus tego opowiadania. I tak jak Greta miała frajdę przy szukaniu informacji o Chrisie, tak ja miałam frajdę przy pisaniu tego momentu. No cóż... Mam nadzieję, że się Wam podobało. Dziękuję za ostatnie sześć komentarzy. Powtórzycie to? Byłoby miło, ale dodało mi to niezłego powera i efekt tego zobaczycie za tydzień. 
Do Ciri: Już tłumaczę. Właśnie o te Twoje detale mi chodzi. Kiedy czytałam notkę na Twoim blogu, chyba odrobinę za bardzo się na nich skupiłam, a kiedy przystąpiłam do pisana komentarza u Ciebie, coś mnie strzeliło i zapomniałam o czym miało być moje własne opowiadanie. Więc napisałam komentarz i rzeczywiście trudno było mi się wysłowić po zamknięciu karty. Trwało to jakieś dwie godziny i wszystko wróciło. No... To tyle. 
Dajcie proszę znać, jakie wrażenia. Do czwartku! trzymajcie się! 

czwartek, 10 lipca 2014

Odcinek 3 – Lizzy kontra Pierwsze Zadanie

-Zdajesz sobie sprawę, że ten kawałek jest pechowy? - zapytałam Chucka, jak tylko rozpoznałam piosenkę, której słuchał.
-Czemu? - zapytał, odkładając na bok książkę, którą czytał. - lubię tą piosenkę.
Wróciłam właśnie ze szkoły. Pianino z Kendallem trochę się wydłużyło. Poza tym... Lubiłam siadać koło niego przy klawiszach. Fajnie mi się z nim grało.
-Czy ja wiem? - zastanowiłam się, siadając naprzeciwko niego. - zawsze, kiedy jej słuchamy, dzieje się tu coś złego. Ktoś do nas wpada i zaczyna Cię bić, ale ty oczywiście zawsze zdołasz mnie zamknąć w szafie z twoimi koszulami.
-Lizzy... - westchną, prostując się na fotelu. - Nie chce, żeby coś Ci się stało. Pamiętasz, co powiedział lekarz, kiedy wypisywał Cię ze szpitala? Masz...
-Uważać na siebie. - dokończyłam. - tak, wiem, nie musisz mi przypominać.
-Właśnie. - zaczął Chuck, jakby nagle coś sobie przypominał. - Miałem cię o to wcześniej zapytać. Znalazłaś już kilku przyjaciół w szkole?
Zastanowiłam się przez chwilę. Nie wiedziałam, Czy mogę ich nazywać przyjaciółmi. Znałam ich ledwo kilka dni. Rozmawiałam z nimi. Jadłam obiady w Czterech Szpadach, ale jeszcze nie zdarzyło się nic, co można nazwać testem na przyjaciela.
-Jest kilka fajnych osób. - odpowiedziałam, sięgając po pudełko ze smażonymi krewetkami. - Są bardzo mili.
Czego nie można powiedzieć o moich dotychczasowych przyjaciołach, którzy odpowiadają "Pomyłka" za każdym razem, kiedy do któregoś z nich dzwonię.
-Zawsze jakiś początek. - brat uśmiechnął się do mnie pocieszająco, kiedy walczyłam z pałeczkami do chińszczyzny. - Przynajmniej nie mają Cię za kujona.
-Kujoństwo jest u nas rodzinne. - zażartowałam. - I tak mają mnie za kujona. Od pierwszego dnia.
-Jak to w ogóle możliwe? - Chuck zaśmiał się, a ja tylko odłożyłam jedzenie, chcąc sobie rozgrzać palce. Czy one muszą być takie sztywne?
-Są takie tematy, które nikogo nie obchodzą. - wyjaśniłam, przypominając sobie lekcję Geografii. - A jeżeli wiem, odpowiadam automatycznie. Gdzie Sarah? - zapytałam, Zdając sobie sprawę, że jej tutaj nie ma.
-Została z Johnem w bazie. - wyjaśnił, idąc do kuchni i przynosząc mi kubek kawy zbożowej. - nad czymś pracują. Na razie nie chcą mi powiedzieć.
Uśmiechnęłam się na wspomnienie Chucka i Sarahy trzymających się za ręce przed monitorem z Generał Backman, która ma zwyczaj nagłego pojawiania się na naszym telewizorze. Wiem, że kamery są w mieszaniu dla bezpieczeństwa, ale czasami mnie rozpraszają. A kiedy zakleję chociaż jedną, nie mija nawet minuta, a mam telefon od Johna, który prawie na mnie krzyczy z "prośbą", żebym nie robiła sobie jaj. Taki już jest.
-Na pewno nie chcą Cię zadręczać. - zauważyłam, przypominając sobie poprzednie przypadki, kiedy nic mu nie mówili. - W każdą akcję wkręcasz się aż za bardzo. Pamiętasz co się działo trzy lata temu? Wzięliście do sobie chłopczyka, który po tygodniu zaczął uważać Ciebie i Sarah za swoich rodziców. Chcieliście go adoptować, ale sąd się nie zgodził. I mały Cierpiał. No i jest jeszcze Molly.
-Dawno nas nie odwiedzała. - powiedział, otwierając laptopa po tacie. - zaczynam za nią tęsknić.
-Ona też Cię uwielbia. - zaśmiałam się, wiedząc jak dobrze dogaduje się z siostrzyczką Sary. - Zawsze świetnie się bawicie.
Chuck uśmiechnął się blado, jakbym go czymś zawstydziła. I to przynajmniej. Czasami nie wyrabiałam z jego skromnością. A kiedy Sam przychodzi z kolejną porcją raportów z sekcji, on prawi jej komplementy, widząc jakie ma kompleksy.
-Wszystko w porządku? - zapytał do dłuższej chwili ciszy. - Jesteś jakaś smutna.
-Nic mi nie jest. - pokręciłam głową, odbiegając od smutnych myśli. - Po prostu dużo się stało przez te dwa lata, a ja nie miałam na to żadnego wpływu.
-Może na początek przesłuchasz nową płytę OneRepublic? - zaproponował. - Twoja ulubiona kapela wydała album w tamtym roku, ale jak dla Ciebie jest nowa.
-Wydali nową płytę? - zapytałam bez sensu. - Potrzebuję Internetu. Wstałam z kanapy i sięgnęłam po minikomputer, który był podłączony do sieci w mieszkaniu.
-A może i nie? - zauważył, wyjmując coś niewielkiego z szuflady. - Kupiłem ją w dniu premiery. Jest nienauszna. Nawet o niej zapomniałem.
Trzymałam właśnie w rękach nowiutką płytę ulubionego zespołu. Nie była w foli. Była nawet pomazana w kilku miejscach. Nie potrzebowałam wiele czasu, żeby zorientować się, czym są te ślady markera.
-Zdobyłeś mi ich autografy? - zapytam, ze zdumieniem, wpatrując się na artystyczny podpis Rayana.
-Dla Ciebie wszystko, siostrzyczko.
Rozejrzałam się po salonie. Moją uwagę przykuła dziewczyna siedząca przy fontannie. Wyglądała na znudzoną i rozczarowaną.
-Hej, Chuck! - zawołałam. - Co to za dziewczyna?
Chuck podszedł do mnie i wyjrzał przez okno. Uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu, co było u niego typową reakcją na oczywiste pytanie.
-Córka Lensonów. - odpowiedział, ściągając sobie wyciągnięty krawat. - Wczoraj też tak siedziała, dopóki nie wrócili jej rodzice, a wrócili późno. Słyszałem jak rozmawiali. Zapomniała kluczy, a to oznacza czekanie nie powrót rodziców.
-Zaprosimy ją? - zaproponowałam, spoglądając na niego przez ramię.
-Twój ruch. - zaśmiał się, dając mi znak, żebym sama to zrobiła. - No dalej.
-Znowu zwisałeś z dachu, prawda?
-Za następny krawat płaci Casey. - mruknął, jakby do siebie. Pokręciłam głową i wybiegłam z mieszkania. - Cześć! Jesteś od Lewansów?
Dziewczyna spojrzała na mnie znad ogromnych okularów. Uśmiechnęłam się do niej i usiadłam obok. Nagle przypomniało mi się, że Chuck siada tak przez cały czas. Razem z Sarą.
-Tak, a Ty? - zapytała, patrząc na mnie ze zdziwieniem. - Nigdy wcześniej Cię nie widziałam.
-Mieszkam tutaj. - wskazałam na drzwi naszego domu. _ Trudno was zastać. Aż ciężko wierzyć, że mieszkacie tu od miesiąca.
-Wiem, moi rodzice dużo pracują, a jeśli nie biorę klucza, to muszę czekać, aż wróci mama, albo tata. - A to bywa nużące. Wierz mi.
-Jestem w stanie to zrozumieć. - pokiwałam głową. - Jestem Lizzy – powiedziałam, podając jej dłoń. - Do której szkoły chodzić.
-Jestem Indigo, ale wszyscy mówią Din. - oznajmiła z uśmiechem. - I nie chodzę do szkoły. Mama nie zdążyła mi załatwić liceum, ale z prywatnymi nauczycielami nie było problemu.
-To dość proste do zrozumienia. A nie wolałabyś iść do zwykłej szkoły?
-Bardzo bym chciała, ale kiedy mama i tata wracają jestem strasznie zmęczona. - westchnęła, krzyżując ramiona.
-Pewnie dlatego, że tak siedzisz przez cały czas. Może wejdziesz do środka? - zaproponowałam. - Chuck zawsze gotuje dwie porcje za dużo, więc możesz czuć się zaproszona.
-A Chuck to... - zmarszczyła brwi, śmiesznie kręcąc palcem.
-Mój brat. - odpowiedziałam. - Robi dzisiaj kurczaka w ziołach. To jego specjalność. Musisz spróbować. Jest przepyszny, więc chyba musisz spróbować. Masz wybór.
Din zrobiła dzióbek, jakby się nad czymś zastanawiała.
-Dobra, idę. - żarliwie pokiwała głową.
Wstałyśmy jednocześnie. Din to bardzo miła dziewczyna. Szkoda, że jest taka osamotniona. Razem przeszłyśmy do drzwi i już miałam je otworzyć, kiedy usłyszałam czyjś głos.
-Lizzy, Lizzy! - ktoś wołał.
Odwróciłam się i zobaczyłam Jamesa biegnącego w naszą stronę. Uśmiechał się szeroko i wciąż miał na sobie mundurek szkolny.
-Zapomniałeś o czymś? - zapytałam, zatrzymując się z dłonią na klamce.
-Ty zapomniałaś. - powiedział, wyjmując z torby teczkę Kendalla, z którą ten rzadko się rozstaje. - Obiecałaś Kendallowi, że sprawdzisz jego testy próbne. Zrób chociaż jeden, żeby miał pewność, że się do tego zabrałaś.
-Jasne, nie ma sprawy. - odparłam. - Sprawdzę jeden zaraz po kolacji.
-Dobra, to ja muszę już lecieć. - odparł. - Nie chcę, żeby siostra Eleonor zawiadomiła policję.
-Na razie. - pomachał do mnie. - Zobaczymy się na lekcji panny Arias.
-Do zobaczenia. - Powiedziałam mu, machając delikatnie.
Spojrzałam na Din, która wciąż wpatrywała się w plecy Jamesa. Miała takie zabawne, zdezorientowane spojrzenie. Może nawet trochę rozmarzone.
-Din? - szturchnęłam ją w bok. - Dobrze się czujesz?
-On jest taki cudowny! - westchnęła, a ja bez słowa wepchnęłam ją do mieszkania. Gdyby nie to, stałaby tak w nieskończoność.
~***~
Po włożeniu mundurka poszłam na dół. Chuck i Sarah byli już po śniadaniu. Wyglądali jakby mieli już wychodzić.
-Lizzy, możemy pogadać? - zapytał Chuck, wkładając marynarkę.
-Pewnie. - pokiwałam głową. - Garnitur?
-Mamy wizytę korporacji. - wyjaśnił. - Rozmawiałem rano z rodzicami Din.
-I? No mów! - podskoczyłam na palcach, nie mogąc się doczekać wieści.
-Podejdzie do egzaminu w przyszłym tygodniu. - oznajmił. - Jeśli go zda, będziecie w jednej klasie. A to znaczy, że będziecie mogły razem dojeżdżać.
-Poważnie tak można? - wytrzeszczyłam oczy, idąc z nim do drzwi.
-Poważnie. - pokiwał głową, kiedy Sarah wyszła na zewnątrz. - A teraz musimy iść. Greta odstawi Cię do szkoły.
-Ale nie swoim Porsche, prawda? - zapytałam, krzywiąc nos.
-Raczej tak... No i obiecała, że poszuka czegoś o Chrisie. Mamy pozwolenie od Ciotki, więc nie powinno być z tym problemu.
Chuck tylko pokręcił głową i wyszedł. Widziałam, że Greta ma własny samochód, ale czasami ten doprowadzał mnie do szału. Właściwie to jej za szybka jazda.
~**Chuck**~
Pochyliłem się nad klawiaturą starego laptopa taty. Zostało jeszcze sporo sporo danych do przejrzenia. Miło, że zostawił nam lata swojej pracy, żebyśmy nie musieli odkrywać tego na nowo, ale mógł mniej to wszystko szyfrować. Byłoby mniej pracy.
-Agencie Carmichael? - usłyszałem głos Generał Beckman ze strony monitora. - Jesteś sam?
Podniosłem głowę i zobaczyłem na ekranie tą część gabinetu, którą zawsze oglądałem.
-Tak, pani Generał? Jestem sam. Sarah i Casey są...
-Moi analitycy prześwietlili szkołę, do której zapisałeś swoją siostrę. - powiedziała, przybierając swój stały, kamienny wyraz twarzy.
-Mam ją zapisać do innej? - uniosłem brwi, zamykając laptopa i przesuwając go na bok.
-Nie, to się nawet dobrze składa. - pokręciła głową, kiedy na monitorze pojawiły się akta jakiejś kobiety. - Odkryliśmy, że naucza tam wieloletni cel jednej z naszych drużyn. Vivian Volkoff pracuje w Liceum Muszkieterów jako nauczycielka sztuki i instruktorka jeździectwa. Wraca do pracy na początku przyszłego miesiąca. Masz zapisać Lizzy na jej zajęcia i przekazać rozkazy.
-Ma śledzić własną nauczycielkę? Przecież ona nawet nie jest szpiegiem...
-To niebezpieczna kobieta. - przerwała mi, przybierając ten groźny wyraz twarzy nie znoszący sprzeciwu. - Prowadzi mafijną firmę. Produkuje bardzo niebezpieczną broń.
-A jakie ma być zadanie Lizzy? - zapytałem, opierając się o stół konferencyjny.
-Ma się dowiedzieć, kto jest jej dystrybutorem. Bez tego nie moglibyśmy rozpocząć radykalnych działań zlikwidowania jej firmy od środka. Niech zdobędzie jej zaufanie i przyniesie nam jak najwięcej informacji.
-Wydaje mi się, że nie jest jeszcze na to gotowa. - zaprzeczyłem.

-Mam inne zdanie na ten temat. Czas, by Twoja siostra została szpiegiem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kiedy się zabierałam za wklejanie tego czegoś, było za piętnaście pierwsza. A teraz pytanie, które mnie męczy od wczoraj. na początku wam wyjaśnię, o co chodzi i dlaczego. Wczoraj rozmawiałam z kimś, kto czyta to opowiadanie. Dowiedziałam się czegoś dziwnego. Okazało się, że element tytułu, który miał być stały, jest "denerwujący". Zachowałam to z Chucka, bo mi się podobał. Tylko w oryginale to brzmi "Chuck Versus ... (np. Tic Tac)". Jeżeli Wam też jakoś to działa na nerwy, to mi to napiszcie, a zacznę wymyślać jakiej normalne tytuły. No i to tyle ogłoszeń... Zaraz lecę sprawdzić Księgę Gości. Mam nadzieję, że się Wam, podobało. Dajcie znać, jakie wrażenia. Do Wtorku! 

wtorek, 8 lipca 2014

Odcinek 2 – Lizzy kontra nowa szkoła

-Pamiętasz, co Ci kiedyś powiedziałem? - zapytał Chuck, kiedy po raz kolejny próbowałam się dodzwonić do Alice, a ona znowu udawała, że mnie nie zna.
-Szczerze mówiąc nie bardzo. - oznajmiłam, odkładając słuchawkę bezprzewodowego telefonu na stolik. - Jeśli chodzi o Twoją ostatnią reprymendę, to jak przez mgłę. To było jakieś trzy lata temu.
-Tak właściwie, to pięć, ale nie o to chodzi. - wywrócił oczami. - Od początku nie podobała mi się twoja przyjaźń z Alice. Podejrzewałem, że jest fałszywa, ale nie miałem pewności.
Dopiero teraz zorientowałam się, o czym mówi. I z bólem serca musiałam przyznać mu rację. Psia kość... Uważałam ją za przyjaciółkę, a ona mnie zostawiła. Teraz, kiedy wróciłam. Jakbym i tak miała mało problemów.
-Mówiłeś, że to nie potrwa długo. - wyszeptałam, odruchowo kładąc kostkę na jego kolanie. - A ja Cię wyśmiałam... Przepraszam, jestem głupia.
Chuck uśmiechnął się do mnie życzliwie, zdejmując mi ze stopy tenisówkę i zaczynając rozmasowywać moją zdrętwiałą stopę. Zawsze tak robił, kiedy było mi źle, a mnie przynosiło to dziwny spokój.
-Nie przejmuj się. - oznajmił wcale nie bez przekonania. - Nie tylko ty jesteś naiwna. Ja też. Widać to u nas rodzinne. Alice nie jest tego warta. Hmm?
Nie odpowiedziałam, tylko wciąż wpatrywałam się w ekran telewizora, gdzie puszczali właśnie Top Model.
-Co tu tak Cicho? - zapytała Sarah, wchodząc do pokoju. - Zrobiłam blok czekoladowy, chcesz?
-Wciąż robisz blok? - zapytałam, spoglądając na nią przez oparcie krzesła. Sarah właśnie odstawiała swoje wysokie buty do szafki.
-No jasne. - pokiwała głową, idąc do kuchni. - Zrobiłam specjalnie na twoje wyjście ze szpitala. Sprawdzamy, czy będzie ci tak samo smakował?
Odpowiedziałam jej uśmiechem. Chuck instynktownie wyszczerzył swoje śnieżnobiałe zęby.
-Wracając do naszej rozmowy... - powiedział, sięgając za siebie po jakąś ulotkę. - Twoja nowa szkoła nie jest taka zła, jak ci się wydaaje. Egzamin zdałaś, a jutro jest twój pierwszy dzień. Nie martw się. - Powtórzył. - Na pewno znajdziesz prawdziwych przyjaciół. Takich, którzy cię nie zostawią.
-A nawet, jeśli coś by miało w tej kwestii pójść nie tak... - dodała Sarah, stawiając na stoliku talerz z ciastem, chociaż nie wiem, czy miałam na nie ochotę, bo niecałe pół godziny temu zjadłam porządny obiad z Johnem. - Zawsze masz nas. My Cię nie zawiedziemy.
Przemyślmy to sobie jeszcze raz. Jeśli w nowej szkole nie spotkam przyjaciół, zawsze zostanie mi kochany brat, jego dziewczyna, John z mocnym arsenałem broni palnej, zdziecinniały Morgan, generał od CIA i NSA... To i cała reszta domu wariatów z Buy More... Niezła ekipa.
Musiałam się wyspać. Musiałam, ale nie mogłam. Za bardzo dręczyła mnie perspektywa pójścia do nowej szkoły. Gdybym szła do starej, przynajmniej wiedziałabym, czego się spodziewać. A w ten sposób musiałam obejść się smakiem, bo na szafie wisiał nowiutki mundurek szkolny. I dlatego włożyłam go jak tylko się ogarnęłam. Weszłam do kuchni, gdzie Chuck i Sarah robili śniadanie, nie szczędząc sobie macanek. Pokręciłam głową, ale usiadłam przy stole.
-Płatki dla Ciebie. - powiedziała Sarah, stawiając przede mną miskę z mlekiem i kółkami miodowymi. Spojrzałam w tą mieszankę, biorąc do ręki łyżkę z maty stołowej.
-Dzięki. - mruknęłam.
-Wiesz, że mamy nowych sąsiadów? - zagadnął Chuck, siadając naprzeciwko mnie. - Mają córkę w Twoim wieku.
-Chętnie ją poznam. - oznajmiłam, po kilku kęsach płatków. - Już się sprowadzili?
-Nie. - Sarah pokręciła głową, siadają obok. - Beckman kazała nim go prześwietlić. Żadnych problemów z prawem, pracują przez czternaście godzin dziennie. Zamożni, żadnych zwierząt domowych. Tylko śpią i pracują. Jadają na mieście.
-Jakieś snoby? - uniosłam brwi. - Kupili budynek w Echo Parku, tylko, żeby sypiać. Przecież ludzie się tu głównie bawią. Bez przerwy jakieś imprezy.
-Niby tak, ale to dobre miejsce dla rodzin. - oznajmił John, który jak gdyby nigdy nic wszedł przez okno. - Idealne dla stworzenia pozorów.
-Dzień dobry, John. - uśmiechnęłam się, a on pocałował mnie w czubek głowy. - Dobrze spałeś?
-Tak, dzisiaj pierwszy dzień w szkole. Cykorek?
-Lekki. - wzruszyłam ramionami. Jak zwykle zjadaliśmy razem śniadanie. Brakowało tylko Morgana, Grety i Alex. - Mam do was prośbę.
-Tak? - Chuck podniósł głowę znad miski. Patrzył na mnie teraz tymi swoimi wielkimi, brązowymi oczami. - Mógłbyś sprawdzić, co się dzieje z Chrisem Hudsonem? Ma nieczynny numer, a stacjonarnego nikt nie odbiera.
-Dobrze, przeszukamy sieć, na ile możemy. - odpowiedziała Sarah, biorąc od Chucka dzbanek z mlekiem. - Kiedy coś znajdziemy, damy Ci znać, ok?
Uśmiechnęłam się do niej i chwyciłam serwetkę. Lubiłam ją mieć pod miską. To było dla mnie takie naturalne i przypominało mi tatę. Chociaż on nigdy do nas nie wróci. Bo widzieliśmy jak umiera. W ramionach Chucka.
-Wszystko w porządku? - zapytał John, zaglądając mi w twarz. - Nagle posmutniałaś.
-Nic mi nie jest. I tak muszę zaraz iść do szkoły. - odpowiedziałam.
-Zawiozę Cię. - odpowiedział Chuck, zabierając kluczyli od Nerd Herdera.
Do szkoły jechaliśmy może dwadzieścia minut. Budynek ogólnie był bardzo okazały. Wyjrzałam przez okno, spoglądając na zielony dziedziniec z pomnikiem samego D'Artagnana, identycznego jak ten w Paryżu.
-Twój plan zajęć. - oznajmił Chuck, dając mi skrawek papieru. - Uczniowie się Ciebie spodziewają, więc nie zdziw się jak ktoś Cię zaczepi. Miłego dnia. Kocham Cię.
-Też Cię kocham. - odpowiedziałam, dając mu causa w policzek.
Wysiadłam z samochodu, omal nie wpadając na literę „H”, Chuck zaśmiał się zanim odjechał.
-To będzie na szczęście. - rzucił, zanim ruszył.
Pokręciłam głową i ruszyłam w stronę głównego wejścia, spoglądając na kartkę. „Odbierz legitkę w sekretariacie.” - głosiło pismo Chucka, zaraz obok nagłówka „II B LO”. Poszłam do drzwi opisanych „Biuro”, ale zanim weszłam, wpadł na mnie chłopak z jasnymi włosami. Spojrzałam w jego zielone oczy.
-Druga be? - zapytał.
-Tak. - pokiwałam głową. - A ty jesteś...
-Kendall Schmidt. Chodzimy do jednej klasy. Mogę być pani przewodnikiem. - oznajmił, kłaniając się dostojnie.
-Chętnie skorzystam z pańskiej propozycji. - ukłoniłam się, kontynuując jego szopkę. - Elizabeth Carmichael. Ale wszyscy mówią Lizzy.
-Miło mi Cię poznać, Lizzy. Więc może odbierzesz teraz legitymację i przedstawię Ci moją ekipę? - zaproponował, chowając dłonie do kieszeni.
Bez słowa weszłam do sekretariatu i podeszłam to kobiety, która za biurkiem. Ona podniosła głowę i spojrzała na mnie z nieszczerym uśmiechem. Odbyło się całkiem klasycznie, bez żadnych przeszkód. Kiedy wyszłam, Kendall wciąż czekał pod drzwiami. Uśmiechnął się, kiedy mnie zobaczył. Odwzajemniłam, sądząc, że wypada być miłym przynajmniej pierwszego dnia.
Kendall poprowadził mnie korytarzem do odległej klasy. Musiałam przyznać, że wnętrze szkoły było całkiem przyjemne. Francuski styl, repliki mebli z epoki. Na jednej z kozetek leżał chłopak, którego ubiór łamał jakieś czterdzieści punktów szkolnego regulaminu.
-Logan, usiądź jak człowiek. - poprosił go, kiedy stanęliśmy nad tym chłopakiem. - Obczaiłem nową koleżankę.
-To na serio ona? - poderwał się, kiedy się do niego uśmiechnęłam. - Wygląda przyzwoicie, kiedy Gold nam powiedział, że miałaś dziewięćdziesiąt pięć procent na egzaminie. Myślałem, że będziesz wyglądać jak kujon.
-Co, rozczarowany? - pokiwałam głową.
-Raczej mile zaskoczony. - zaśmiał się, wyciągając dłoń w moją stronę. - Jestem Logan Henderson.
-Lizzy Carmichael. - odpowiedziałam, potrząsając jego dłonią. - Miło mi Cię poznać.
-Zaczekaj chwilę. - poprosił. - Zwołam resztę. James, Carlos! - wrzasnął na cały korytarz. Przyprowadźcie Nath i Madison! Kendall namierzył świeżą krew.
Zmarszczyłam brwi, kiedy Logan podbiegł do barierki i zaczął coś krzyczeć. Spojrzałam ze zdziwieniem na Kendalla, który stał z założonymi rękami, starając się ukryć uśmiech.
-Czy on...- zaczęłam, ale Kendall uciszył mnie dłonią.
-Woła obecnych. - odpowiedział, zanim przybiegł z Dwoma chłopcami i dwiema dziewczynami. Jedna miała przerażająco krótka spódnicę, a druga trzymała plik ulotek.
-Jack nam mówił o nowej w klasie. - powiedział, kiedy ci zaczęli go słuchać. - Właśnie przyszła. To jest... Zaraz, jak Ty masz na imię? - zapytał, spoglądając na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
-Lizzy Carmichael. - powtórzyłam.
-Właśnie! Lizzy! Przygarniamy ją? - zapytał, przechylając głowę. Żałowałam, że nie widzę jego wyrazu twarzy.
-Pewnie! - oznajmił wyższy chłopak z lśniącymi włosami. - Jestem James.
-Madison! - krzyknęła dziewczyna z ulotkami. - Kandyduję do samorządu. Obiecuję...
-Mad, daj spokój! - przerwał jej chłopak, niższy Latynos. - To nie jest twoja kampania wyborcza. Daj dziewczynie spokój. Jestem Carlos.
-A ja Natalie! - zawołała dziewczyna w krótkiej spódniczce. -Mogę z Tobą usiąść na Francuskim, błagam? - złożyła dłonie, jakby się modliła. - Mam już dość Madison i jej kampanii reklamowej!
Pierwsza lekcja. Francuski. No fajnie, jak mnie zapyta, to po mnie. Nie ważne, jaka jest ta pani Arias. Dawno nie rozmawiałam po francusku, a na teście kwalifikacyjnym go nie było.
Nathalie usiadła koło mnie bez słowa, na co Madison odpowiedziała jej morderczym spojrzeniem.
-Nie przejmuj się. - wyszeptał Carlos, który siedział po mojej prawej stronie. - One tak cały czas. Kłócą się, a pięć minut później świetnie bawią.
Odpowiedziałam mu uśmiechem. Są bardzo mili. Chyba mogę się z nimi na stałe zadawać. Przecież nic nie stoi na przeszkodzie.
~***~
Cztery Szpady. Tu nie ma stołówki, są Cztery Szpady. To właściwie stołówka, ale swoim wnętrzem przypominałaby czternastowieczną tawernę, ale wszystko łamały nowoczesne akcenty. Stoliki ogromne i okrągłe. Spokojnie pomieszczą się przy każdym dwanaście osób, chociaż przy każdym stało po dziesięć krzesełek.
Kendall dosłownie na siłę zaprowadził mnie do jednego z nich, gdzie zaczęliśmy rzucać swoje manatki. Carlos usiadł od ściany, tuż nad płaskorzeźbą Dumasa.
-Dla mnie kanapka nowojorska! - zawołał. - I soczek jabłkowy.
-Jedno z nas pilnuje stolika. - wyszeptała Nathalie, kiedy podchodziliśmy do pani ze stołówki. - A ktoś z nas bierze dla niego porcję. Czasami spotykamy się tu po godzinach, ale jeśli nie chcesz płacić dodatkowo przy zamówieniach, to dajesz przy kasie porządnie za dwadzieścia pięć posiłków. Każda porcja obiadowa jest tej samej wartości.

No, czuję, że tu będzie całkiem fajnie...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I wyszło w samo południe! pisałam to chyba trzy dni, ale myślę, że się opłaciło. Obecnie jestem na etapie częstszego dodawania chłopaków i powoli trzeba się do tego przyzwyczajać, ale myślę, że to dobrze. Nie mogłam się doczekać, kiedy to zrobię, ale już jest Aaa... No i jeszcze jedno. Spięłam tyłek i zaczęłam czytać "Trzech muszkieterów", a to znaczy, że w opowiadaniu będą cytaty z tego dzieła, bo jestem dopiero w piątym rozdziale i już znalazłam kilka fajnych tekstów. No ok... Cyba nie było źle, co? Początki bywają trudne, ale chyba się rozkręcę. Mam nadzieję, że się Wam podobało. Byłabym wdzięczna za słowo komentarza. I dziękuję tym, którzy skomentowali "Premierę".