czwartek, 28 sierpnia 2014

Odcinek 17 – Lizzy kontra Nie tak bliski Kuzyn

Zaraz wychodzę na scenę. Byłam już w tym klubie, ubrana w skromne wodzianko. Oczywiście słowo „skromne” jest przesiąknięte ironią do szpiku kości. Ale przecież słowa nie mają kości, prawda? To byłoby przynajmniej niedorzeczne.
-Lisa, wchodzisz! - usłyszałam krzyk kierownika klubu.
Nadali mi ksywkę „Lisa”, bo lepiej, żeby nie znali mojego prawdziwego nazwiska. Swoją drugą to dość dziwne miejsce. Pod ziemią. Dosłownie i w przenośni. Po prostu zrób to samo, co na próbie. - pomyślałam, próbując się uspokoić.
Wyszłam na scenę, starając się uśmiechać to tych wszystkich nawalonych facetów. Nie bardzo pasowało mi kręcenie przed nimi tyłkiem. Kiedy usłyszałam wstępne akordy piosenki, do której ćwiczyłam z instruktorką. Kiedy tańczyłam, kątem oka zauważyłam carinę, która po kryjomu grzebała Schmidtowi w kieszeniach. Carina... No jasne. Mogłam się tego spodziewać. Bo kto lepiej wykona takie zadanie niż „Szwecka Suka” z DEA? W tym Carina jest całkiem niezła. Przez jeszcze chwilę, tańczyłam, a potem mogłam już zejść.
O dziwo, chwilę później dołączyła do mnie Carina. Pośpiesznie chowała coś niewielkiego do torebki. Niemal biegła w moją stronę na tych swoich obcasach.
-Uciekajmy, zanim ktoś nas zauważy. - wyszeptała, a ja zaczęłam iść razem z nią. - Przynajmniej mam to USB.
Pobiegłyśmy do czekającego samochodu Sarah'y, która ruszyła jak tylko obie wsiadłyśmy.
-Co właściwie na nim jest? - zapytałam, chcąc się przebrać w coś normalnego.
-Coś w rodzaju encyklopedii multimedialnej. - wyjaśniła Carina, kiedy zdejmowałam z siebie to coś. - Tylko z ofiarami.
~***~
Kiedy wróciłam do domu, nie marzyłam o niczym innym, jak pójściu do łazienki i wzięcia porządnej kąpieli. Sarah i carina uparły się, żeby iść jeszcze na szybko-dokładne zakupy, żeby mieć jakieś alibi. Dla wiarygodności sąsiadów.
-Dobrze, że jesteście. - oznajmił Chuck, całując Sarę na powitanie. - Masz towarzystwo.
-Co? - zmarszczyłam brwi. - Kto?
-Czekają u Ciebie w pokoju. - powiedział, a ja natychmiast poszłam do siebie.
Byłam zaskoczona, kiedy na moim łóżku siedzieli Madison, Kendall i Logan.
-Eee... - otworzyłam usta ze zdziwienia, spoglądając na nich ze strachem wymalowanym na twarzy. - Stało się coś?
-Tak jakby... - zaczęła Madison. - W naszej klasie cztery osoby są na liście gościnności.
-To znaczy? - zapytałam, siadając przy biurku.
-To znaczy, że nasza czwórka przyjmuje po jednego ucznia z wymiany. - wyjaśnił Logan. - Najlepsze jest chyba to, ze stary Kendalla będzie miał szlaban na panią nauczycielkę.
Pokręciłam głową nad jego sposobem myślenia. Zauważyłam, że Kendall milczy. Po prostu. Ale uczeń z wymiany? Czemu Chuck mnie o tym nie uprzedził? Przecież zawsze mówiliśmy sobie wszystko.
-Chuck, czemu nic mi nie powiedziałeś, że ktoś przyjeżdża do nas z wymiany? - krzyknęłam, zaglądając do kuchni. - Kiedy on, albo ona ma przyjechać.
-Które wygadało o niespodziance? - zapytał, mijając mnie w drzwiach i idąc do mojego pokoju.
-Jakiej niespodziance? - chwyciłam go za rękaw koszuli, chcąc od niego coś jeszcze wyciągnąć.
-O nie! - zaprzeczył, unosząc ręce... - Ja nic nie powiem! Sama musisz zobaczysz kto przyjedzie.
-Przepraszam, nie wiedzieliśmy, że... - powiedział Logan, patrząc na Chucka ze skruchą.
Madison przygryzła wargę z niepokojem.
-To może zmieńmy temat... - powiedziała, klaszcząc nad głową. - Na przykład... Dlaczego James nie był na balu...
-Miał szlaban. - Logan wzruszył ramionami, stojąc w drzwiach mojego pokoju z dłońmi w kieszeniach. - Po prostu musiał swoje odsiedzieć.
-Albo nie! - wstała z łóżka. - Dlaczego Din odrzuciła zaproszenie Carlosa, a potem i tak z nim tańczyła.
-Na plotki Ci się zebrało? - rzucił Kendall. - Kwestia uczniów z wymiany była ustalona. Mój ojciec nas zgłosił, was też zgłosili rodzice. Taki projekt. Ale dlaczego Lizzy o niczym nie wie.
Westchnęłam, kładąc dłonie na biodra. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby zataili przede mną takie coś. Nie, zapomniałam. Już to zrobili.
-Dobra, skoro aż tak chcesz to przede mną zataić, to przynajmniej powiedz, kiedy przyjedzie ten tajemniczy ktoś...
Chuck nie odpowiedział. Przynajmniej nie od razu. Tylko spojrzał na zegarek i westchnął ciężko. Potem uśmiechnął się niezręcznie i otworzył usta.
-Za jakieś piętnaście minut. - odparł. - I zapewniam Cię, że kiedy zobaczysz, kto to jest od razu złość Ci minie. Zobaczysz.
-Dziwi mnie Twoja pewność. - odpowiedziałam i wróciłam do pokoju.
Usiadłam przy biurku, chowając bransoletki do ołowianej szpatułki ze sprzętem. Nie będą mnie teraz podsłuchiwać. O nie! Niech sobie to wybiją z głowy.
-Lizzy, może nie będzie tak źle... - powiedział Logan, który wszedł do mnie z pozostałą trójką.
-Właśnie. - Kendall pokiwał głową, przytulając mnie do siebie. - Może to jakiś Twój przyjaciel... Z dawnej szkoły, albo koleżanka z przedszkola... Hmm...
-No nie wiem, nie wiem... - westchnęłam. - Nawet nie wiem, kto to jest.
-I o to chodzi w niespodziankach, prawda? - zauważył.
Madison włożyła rękę do kieszeni. Kiedy wyjęła telefon, spoglądając na wyświetlacz, który migotał. Westchnęła ciężko i wywróciła oczami.
-Muszę iść. - jęknęła. - Uczeń z wymiany już przyjechał. Na razie.
I wyszła, machając nam na pożegnanie.
-Ja też będę się zbierał. - oznajmił Logan, podwijając rękawy. - Mieszkam niedaleko, więc pewnie też ten dla nas niedługo przyjedzie. To na razie...
I wyszli. Więc zostaliśmy sami. Mamy piętnaście minut dla siebie. Złote, jedyne piętnaście minut.
-Posmutniałaś. - zauważył, siadając naprzeciwko mnie. - Może oni mają rację? I polubisz ucznia z wymiany, hmm? Ale pamiętaj, że to ja jestem Twoim chłopakiem.
Zaśmiałam się, kiedy pojęłam sens tych słów. To jest Kendall... Zawsze uroczy. Za to go kocham. I nie tylko za to... Jeszcze za wiele innych rzeczy. Jego uśmiech... Poczucie humoru...
Minęło piętnaście minut. Chuck zajrzał do naszego pokoju i przywołał mnie do siebie kiwnięciem palca. Wywróciłam oczami i wstałam, kiedy tylko wyszłam, Chuck zakrył mi oczy dłońmi.
-Czy to na pewno konieczne? - jęknęłam.
-Bez tego nie byłoby niespodzianki. - usłyszałam głos Kendalla.
Chuck wyprowadził mnie do salonu i wtedy zobaczyłam jego. Stał tu jak gdyby nigdy nic.
-Witaj, kuzynko. - powiedział trochę grubszym głosem, niż to zapamiętałam. - Stęskniłaś się?
-Arthur! - zawołałam, mocno go ściskając. - Nie mogłeś mi tego od razu powiedzieć? - rzuciłam do Chucka. - To Arthur. Mój Arthur.
-Niespodzianka. - uniósł dłonie w geście poddania. - Nie mogłem tego powiedzieć.
Dopiero teraz przypomniałam sobie o Kendallu. Spojrzałam na niego, który stał tu, na środku salonu, ukrywając się za plecami Chucka, jak ostatni głupek.
-Arth, poznaj mojego chłopaka. Kendalla. - oznajmiłam, ciągnąc Kendalla za rękę. - Kendall, to Arthur, mój kuzyn.
-Cześć, miło mi Cię poznać. - Arth uśmiechnął się do Kendalla, ściskając jego dłoń.
-Kuzyn? - powtórzył Kendall.
-Nasze mamy to siostry. - wyjaśnił Chuck, z kuchni. No tak. Kolacja. - Kendall, zjesz z nami?
~***~
Po kolacji musiałam się jakoś oderwać od opowieści Artuhra z minionych kilku lat. Sporo się nie widzieliśmy. Co z tego, że rok temu zadzwonił po kryjomu, ale Ciotka Kate zabraniała mu się z nami kontaktować. Jutro rano jest zwykły piątek. A ja muszę jeszcze przeczytać lekturę. Bez najmniejszego wahania położyłam się na łóżku. Kiedy czytałam drugą stronę, do mojego pokoju wszedł Artuhr. Całkowicie ubrany w piżamę.
Nic nie powiedział. Po prostu się uśmiechnął i włączył radio. Akurat zaczynała się piosenka.
-Nie wiedziałem, że wciąż to grają. - oznajmił i położył się obok mnie.
-Nieśmiertelny kawałek. - uśmiechnęłam się, odkładając książkę. - Jakiś czas tego nie słyszałam. Rzadko słucham radia.
-Właśnie widzę. Toniesz w audiobookach. - westchnął i wziął głęboki oddech. - It's gettin late, I'm making my way over to my favorite place.
-Oj, proszę Cię... Chybe nie masz zamiaru teraz śpiewać? - jęknęłam, zamykając książkę.
-I gotta get my body moving shake the stress away, I wasn't looking for nobody when you looked my way. - Śpiewał dalej. - Possible candidate yeah.
-Who knew, That youd be up here lookin like you do. - podchwyciłam jego gatkę, śpiewając razem z nagraniem.
-You're making staying over here impossible, Baby I must say your aura is incredible, If you dont have to go don't. - zaśpiewał. I spojrzał na mnie, jakby oczekiwał, że teraz będę śpiewała dalej.
-Do you know what youv started, I just came here to party, But now wer rockin on the dancefloor acting naughty. - zaśpiewąłam I natychmiast przerwałam, na co on uniusł kącik ust I śpiewał dalej.
-Your hands around my waist, Just let the music play, We're hand in hand, Chest to chest, And now we're face to face.- zaśpiewał, ale nie przerwał.
-I wanna take you away, Lets escape into the music DJ let it play, I just can't refuse it, Like the way you do this, Keep on rockin to it. - refren zaśpiewaliśmy razem. - Please don't stop the, Please don't stop the, Please don't stop the music.
Dalej już nie śpiewaliśmy. Po prostu leżeliśmy I się śmialiśmy. To mi o czymś przypomniało.
-Jakbyśmy znowu mieli osiem lat, prawda? - zaczął, kiedy razem wpatrywaliśmy się w sufit w moim pokoju oblepiony fluorescencyjnymi nalepkami w kształcie gwiazdek I planet układu słonecznego. - Fajne to masz, wiesz. - oznajmił po dłuższej chwili, wyciągając rękę wprost siebie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I to by było na tyle. W notce wykorzystałam słowa piosenki, której przekierowanie na YouTube jest w linku. Chyba każdy to zna. Tak mi się przynajmniej wydaje. Skopiowałam je z dokumentu na Chomiku I takie coś wyszło. Pozostało mi jeszcze coś napisać. I sorry za wielkie I. Samo mi się tak robi, a nie umiem tego poprawić.
UWAGA!
Nowa postać!

Kim jest? Artuhr Collins jest kuzynem Lizzy, Ellie I Chucka. Jego matka nie utrzymuje kontaktu z resztą rodziny. Jego imię jest nazwiskiem panieńskim jego matki I automatycznie mamy Carmichael. Z niewiadomych powodów, nie pozwala na kontakty synowi, chociaż oni I jej syn bardzo się lubią.
Co tutaj robi? Został zakwalifikowany na wymianę międzyszkolną. Ma chodzić do Liceum Muszkieterów przez miesiąc, a potem napisać artykuł porównujący obie szkoły. Dokonał pewnego odkrycia w albumie rodzinnym. Artuhr I Lizzy mają miesiąc, żeby rozwikłać rodzinną zagadkę.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

No I teraz już na prawdę koniec. Mam nadzieję, że Odcinek Wam się podobał. Czekam na Wasze opinnie I idę oglądać sami-wiecie-co, bo zostało mi jeszcze dwanaście odcinków do końca sezonu. A co oglądam? Domyślcie się. Trzymajcie się! 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Odcinek 16 – Lizzy kontra Podwójny Wierszyk

W poniedziałek każdy musiał wrócić do szkolnych zajęć. Oczywiście Din zdążyła rozpuścić, że zaprosiłam Kendalla na "wesele kuzyna z Ekwadoru". Sarah zdążyła zrobić mam kilka zdjęć, żeby zapewnić nam jakieś "alibi".
Tak, czy siak musieliśmy wparować rano do szkoły trzymając się za ręce. To był najbardziej odpowiedni sposób.
-Szkolna tradycja działa. - oznajmiła Madison, podbiegając do nas zaraz przy wejściu. - Z balu wyszła kolejna para.
-Jaka tradycja? - zmarszczyłam brwi, spoglądając na Kendalla.
-Jest taki szkolny przesąd. Głupi, moim zdaniem. - wyjaśnił. - Są takie pary, które przychodzą na bal jako przyjaciele, ale wychodzą jako Chłopak i Dziewczyna.
Teraz nagle zrozumiałam, dlaczego Madison tak bardzo chciała, żeby Logan ją zaprosił. Liczyła, że tym razem scenie na nich. Ciekawa jestem, do czego tym razem się posunie, żeby go "zdobyć".
Zabrzmiał dzwonek. Czas na pierwszą lekcję. Nie za bardzo wiedziałam, co teraz zaczynamy, ale ponieważ szermierkę mamy dopiero w środę. Jakże Byłam zdziwiona, kiedy w drzwiach klasy zobaczyłam pana Millera, a przecież nigdy nie zaczynaliśmy poniedziałku od Historii.
-Z uwagi na dzisiejszą nieobecność profesor Volkoff poprowadzę dzisiejsze zajęcia. - oznajmił, wyjmując z kieszeni swoje pióro. - Jest też dobra wiadomość. Dzisiejsze lekcje skończycie godzinę wcześniej.
Po klasie rozległ się typowy dźwięk ulgi, wyrażany zawsze, kiedy tłum był zbyt zmęczony, żeby krzyczeć z radości.
-Otwórzcie podręczniki na stronie sześćdziesiątej i zacznijcie czytać dzisiejszy temat.
Pośpiesznie otworzyłam książkę na wskazanej stronie. "Władza we Francji na przełomie szesnastego i siedemnastego wieku: kto i dlaczego?", głosił nagłówek.
-Jeśli przeczytaliście już ten temat, to dobrze. Bo jego treść będzie na sprawdzianie. - pan Miller wstał z krzesła i zaczął przechadzać się po klasie, jak zwykle, kiedy wstępnie objaśniał nam temat.
W tym samym momencie Kendall rzucił mi na ławkę jakąś karteczkę. Rozwinęłam ją z ciekawością.
"Ponoć jestem Romantykiem,
Przy mnie kobiety wpadają w panikę."
Dobra, rozumiem. Teraz będziemy się bawili w pisanie wierszyka. Jasne, nie ma sprawy. Skoro radzę sobie z misjami szpiegowskimi... To z takim wierszykiem na bank sobie poradzę.
"Jam uosobienie kobiecych snów,
Wdzięku mam więcej niż rozbójników stu."
No i co na to powiesz, cwaniaczku? - pomyślałam, składając kartkę. Pan Miller wciąż opowiadał o królach, ich żonach i kardynałach. Nie wiedziałam, jaki sens ma opowiadanie tego wszystkiego, skoro i tak w domu będziemy musieli zrobić notatkę z całego rozdziału. Z datami, opisami i tak dalej. A może on po prostu lubi tyle gadać? W końcu uczy historii.
Kiedy rzucałam Kendallowi karteczkę, napotkałam dziwne spojrzenie Carlosa. Trochę, jakby chciał mi powiedzieć: "zrób to jeszcze raz, a pożałujesz", jednak wcale się tym nie przejęłam.
-Łał, pochlebiasz mi. - wyszeptał Kendall, na tyle cicho, żebym tylko ja mogła usłyszeć.
Przygryzłam wargę, kiedy dopisywał kolejne dwie strofy. W końcu zajęcie Jak każde inne. Nikt nie powinien się wkurzać o takie coś. Uśmiechnęłam się, kiedy kartka do mnie wróciła. Byłam ciekawa, co tym razem wymyślił Kendall. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że Din chce mi zajrzeć przez ramię, ale w ostatniej chwili się opanowała.
"Rozbójnik Don Marco wstydem damy okrywał,
Lecz ciągle tej samej metody używał."
Pokręciłam głową. Więc podchwycił rozbójnika. Dobra. Pomyślałam przez chwilę i postawiłam kropkę nad kropką i dopisałam kolejne dwa wersy:
"Oddawaj klejnoty, nie będziesz cierpiała.
Dla dziecka cudem okazał się bez mała.".
Kiedy składałam kartkę, poczułam jak ktoś szturcha mnie w ramię. Podniosłam głowę, spoglądając na Chrisa, który jak gdyby nigdy nic oglądał się w odbiciu swojego zegarka, który do złudzenia imitował prawdziwe srebro.
-Co? - Wyszeptałam, a on pokazał mi swoje szkolne notatki.
-Chyba coś pomyliłem. - mruknął.
Przyjrzałam się jego notatkom i zastanowiłam się nad sensem napisanych zdań.
-Zobacz. - wyszeptałam, wskazując na daty życia Anny Austriaczki. - Tu powinno być tysiąc sześćset sześćdziesiąt sześć.
W odpowiedzi na moją uwagę, ten tylko przyjrzał się napisanej przez siebie notatki.
-Dzięki. - mruknął, poprawiając źle napisaną datę.
W tym czasie kartka zdołała już do mnie wrócić, chociaż nie pamiętałam, żebym ją odsyłała. Rozłożyłam ją, żeby przeczytać kolejne dwa wersy napisane przez Kendalla.
"Serce D'Artagnana zakwitło jak róża,
Lecz zaraz potem nadciągnęła burza."
Czyli mieszamy w to legendę. Ok... Jak już zmyślamy to na całego, nie? Dasz radę, Lizzy. - pomyślałam i chwyciłam długopis.
"Królowa kochanka młodego mieć chciała,
D'Artagnan chciał odejść, sprawa to niemała"
Złożyłam kartkę i natychmiast podałam ją Kendallowi, który tylko uśmiechnął się pod nosem i natychmiast zaczął odpisywać. Ale ledwo zdołał oderwać długopis od kartki, ta natychmiast została przechwycona przez Pana Millera.
-Może powie nam pani, Panno Carmichael, kto rzeczywiście sprawował władzę w siedemnastowiecznej Francji? - Zapytał, czytając nasze poczynania sprzed ostatnich dwudziestu minut.
-Kardynał. - odpowiedziałam bez chwili namysłu. - Król tylko...
-Panie Schmidt, proszę dokończyć zdanie zaczęte przez koleżankę. - poprosił Pan Miller, nie odrywając wzroku od tego nieszczęsnego wierszyka.
-Królowie pełnili prędzej funkcję reprezentacyjną. - oznajmił Kendall, uderzając ołówkiem w dłoń.
-Dlaczego? Podniosłam rękę. Co jak co, ale rządy czternastego znałam na pamięć. Przynajmniej te oficjalne.
-Proszę Lizzy. - spojrzał na mnie z zachęcającym uśmiechem.
-Kiedy Ludwik trzynasty i Ludwik czternasty zasiadali na tronie byli jeszcze dzieciakami, ale nawet jak dorośli, to kardynałowie sprawowali władzę we Francji. - powiedziałam, przypominając sobie całą formułkę. - Wciąż uważano ich za dzieciaki , szczególnie biorąc pod uwagę, że mieli swoje "zabawki".
-Wyjaśnij nam o jakie zabawki chodzi. - poprosił.
-Muszkieterowie. - odpowiedziałam, wzruszając ramionami. - Czasami byli nazywani "Ołowianymi żołnierzykami króla Ludwika."
-Właśnie. - kiwnął głową, podnosząc naszą kartkę. - W wierszu waszych kolegów jest bardzo ciekawe zdanie.
Pokonaj pieczenie policzków, pokonaj je... Przecież nie można się czerwienić z byle powodu, prawda?
-"Królowa kochanka młodego mieć chciała", a tak się składa, że kardynał musiał jej wystarczyć?
-Co?
-Kardynał był kochankiem królowej?
-To przecież niemożliwe! Takie i podobne krzyki było właśnie słychać w klasie. Pośród wszystkich uczniów podniosła się niewielka wrzawa.
-A celibat? - to pytanie Jamesa jakimś cudem zdołało przywrócić ciszę w klasie.
-Było powiedziane, że duchowni nie mogą mieć żony, ale nikt nie wyszukiwał się w paragrafach kobiety.
-Tylko dlaczego królowa... - Logan podniósł głowę, jakby w końcu coś na lekcji zdołało go zainteresować.
-Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Kardynał chciał mieć władze, chciał mieć państwo pod kontrolą. Kluczem do jego upragnionej władzy była królowa. Kobieta, jak każda inna. Potrzebowała pocieszenia, była na swój Sposób wrażliwa. Kardynał postanowił ją pocieszyć. I w ten sposób zdobył wymarzoną władzę, zaspokoił królową i siebie przy okazji.

Zastanowiłam się nad jego słowami. Przecież to byli tylko ludzie, Lizzy. Co z tego, że przeszli do historii, mieli cały świat u swoich stóp... Mieli też słabości. Jak każdy człowiek urodzony na tej ziemi. Co z tego, że królów zazwyczaj nazywano "Pomazańcami Bożymi"-To byli ludzie. Z krwi i kości. Umierali tak jak my, czuli tak jak my... Kochali, nienawidzili.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i wracamy do regularnych notek... Ten odcinek napisałam w telefonie, a potem wysłałam do siebie na pocztę. Potem tylko kopiuj-wklej... Elegancko. 
Teraz kilka ogłoszeń. 
1. Wierszyk, który widnieje w odcinku, przepisałam kiedyś z telewizora. Serial "Młodzi Muszkieterowie", odcinek "Muszkieterowie i Niemowlę". Brakuje tu tylko ostatniej zwrotki: 
Szukaliśmy matki, a rozbójnik łupił. 
Schwytany od śmierci ledwo się wykupił, wybrawszy ojcostwo. 
A ja wam radę tylko jedną dam: 
Jak żołądek napełnisz, pokój ducha przyjdzie sam. 
2. Składam podziękowania panu Jackowi, mojemu nauczycielowi historii, który trochę urozmaicił mój ulubiony temat o powyższe intrygi o których opowiadał Profesor Miller. 
3. Są tu jacyś fani "Violetty"? I moich opowiadań przy okazji. Założyłam bloga... Za namową koleżanki i inspiracji dziewczyn innego bloga. Jakby ktoś był zainteresowany: [KLIK]
I to już wszystko na dzisiaj. tradycyjnie mam nadzieję, że się Wam podobało... Pozostaje mi tylko czekać na Waszą opinię. Trzymajcie się! Do czwartku! 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Odcinek 15 – Lizzy kontra Tropikalni Terroryści

Właśnie skończyłam ostatnią przed wyjazdem lekcję strzelania. Wylatujemy za dwie godziny. Chuck miał dość sporo przeciwko temu i zgodził się dopiero, kiedy John i Generalissimus (on też mnie uczył) przysięgli na honor ojczyzny, że nie dadzą mi ostrej amunicji w terenie i będę jej używać tylko na ćwiczeniach. Tak, czy siak, szło mi całkiem nieźle.
-Domyśliłam się, że Lizzy odziedziczyła talent strzelecki po Mary. - usłyszałam głos Generał Beckman. - Będziesz ją dalej szkolił, pułkowniku?
Zajrzałam przez szparę do pokoju. John był w trakcje wideokonferencji z naszą dowódczynią. W takich przypadkach zawsze się wycofywałam, ale rozmawiali o mnie. Musiałam chociaż trochę podsłuchać.
-Tak, pani generał. - odpowiedział posłusznie John. - Mam zamiar szkolić ją w kierunku snajperskim. Ma bardzo dużo potencjał pod tym względem.
-Rozumiem, pułkowniku. - oznajmiła. - Informuj mnie o nowościach w sprawie.
Kiedy się rozłączyła, wiedziałam, że długo nie będę w stanie udawać, że to słyszałam, dlatego lepiej będzie, jeśli od razu o tym powiem.
-Mama była snajperem? - zapytałam, stając w drzwiach.
John dopiero teraz mnie zauważył. Zaczął niezręcznie zbierać papiery porozkładane na łóżku.
-Jest całkiem niezła w tej robocie. - powiedział, wycierając i tak czysty stolik. - Nie chciałem Ci mówić, bo... Wiesz, to dość cenna umiejętność.
-Ale ja nie chcę nikogo zabijać.
-Wiem.
Jednocześnie żałowałam, że John zostaje w Burbank, a nie jedzie z nami do Costa Gravas. Z pewnością byłoby fajnie. Może to nie jest za specjalnie rozrywkowy koleś, ale fajnie by było, jakby poleciał z nami. Ale przynajmniej Kendall leci.
-A Twój chłopak o której ma być? - zapytał, jakby czytał mi w myślach.
-Za pół godziny, mamy jeszcze trochę czasu. - wzruszyłam ramionami. - Jak Premier?
-Gra z Twoim bratem w szachy.
-Szachy? - powtórzyłam, spoglądając na niego ze zdziwieniem.
-Powiedzmy, że ich szanse są wyrównane. Goya to dobry strateg, a Carmichael jest...
-Inteligentny? - dokończyłam i wyszłam z nim przed fontannę.
-Właśnie. - pokiwał głową.
Uśmiechnęłam się pod nosem i rozejrzałam się po dziedzińcu. Zauważyłam Kendalla, który szedł główną bramą, którą była wiecznie otwarta.
-Jesteś przed czasem. - powiedziałam, całując go na powitanie.
-Powiedzmy, że nie mam w domu za wiele do roboty. - odpowiedział.
-Zrobiłeś to, o co Cię prosiłem? - zapytał John, ignorując nasze amory.
-Tak, bez problemu. - odpowiedział, krzyżując ramiona.
-Co właściwie miałeś zrobić? - zapytałam, patrząc na niego przenikliwie.
-Podłożyć tacie pluskwę w telefonie. - powiedział, stając naprzeciwko nas. - Skorzystałem z okazji, kiedy mu się rozładował. Łatwizna.
Pokręciłam głową. Jeszcze tego by brakowało, żeby John robił z mojego chłopaka szpiega. Wtedy byłby komplet.
-A i jeszcze jedno. - przypomniał sobie, obejmując mnie ramieniem. - Rozmawiałem z Dustinem.
-Dustinem? - zmarszczyłam brwi, spoglądając na niego ze zdziwieniem.
-Mój przyrodni brat. - wyjaśnił. - Mamy tą samą matkę. Przyjedzie przed Bożym Narodzeniem i już zostanie.
-A my bez najmniejszych komplikacji będziemy mogli zgarnąć twojego ojca. - westchnęłam, prowadząc go do mieszkania. - Jesteś pewien, że chcesz się na to zgodzić?
-Tak. - pokiwał głową ze zdecydowaniem. - Lepsze jest takie życie z Dustinem, który zarabia jedenaście dolarów na godzinę i ciągle mnie kontroluje. Lepsze to niż kompletna olewka. A ty? Jak nasz że swoim bratem?
Zastanowiłam się na chwilę. Tak na prawdę gniew nad tym nie myślałam. Zasady, które kierują naszym życiem są takie... Naturalne.
-Więc... - zaczęłam, siadając na fontannie. - Chuck ostatnio ochrzan! ił mnie jakieś trzy lata temu. Staramy się spędzać ze sobą maksymalnie dużo czasu. Sam często powtarza, że jego zakazy to tylko sugestie.
-Sugestie? - uniósł jedną brew ze zdziwienia, może z podziwu.
-Tak mówi. - kiwnęłam głową.
~***~
Lot był spokojny. Mimo, że był środek dnia, Kendall przez cały czas smacznie spał. Chuck i Sarah zajęli się sobą, udając, że rozwiązują krzyżówkę. Generalissimus tez się nudził, bo kiedy włożyłam słuchawki i odtworzyłam sobie tego audiobook'a, ten po prostu mnie szturchnął w ramię i wytrącił mi w ucha jedną pesteczkę. I tak przesłuchaliśmy jakieś cztery rozdziały Hobbita. Niby nic wielkiego, ale równie dobrze nie chciał myśleć o narzeczonej. Jak go znam, swojej młodej, seksownej narzeczonej.
-Moi ludzie zaprowadzą was do pokoi w mojej rezydencji. - oznajmił Generalissimus, kiedy szliśmy do limuzyny, którą miała nas tam zawieźć. - Bierze się, że przyjęliście moje zaproszenie, dzieci.
Dzieci... Nie tylko on się tak do nas zwraca. Generał Beckman też. Znaczy czasami.
Wzięłam Kendalla za rękę. To też zrobiło się ostatnio naturalnie.
-Mam nadzieję, że jesteście wypoczęci. - oznajmił jeden ze strażników. - Uroczystość rozpoczyna się za dwie godziny.
I wyszedł. Kendall nic nie powiedział, tylko wyciągnął z walizki zgrabnie złożony pokrowiec na ubrania.
-Garnitur? - zapytałam, podchodząc bliżej.
-Najbardziej elegancki, jaki mi kupił ojciec. - odpowiedział, rozsuwając zamek błyskawiczny. - Za brudne pieniądze.
-Raczej nie mów tego nikomu, ok?
-A ty? W co się ubierasz?
-Mam sukienkę od premiera. Wyraźnie zaznaczył, że mam ją włożyć na to wesele.
~***~
Dom Generalissimusa został ucharakteryzowany na tropikalny klub imprezowy. Wiedziałam, że to zabawowy koleś, ale czegoś takiego się nie spodziewałam. Pierwszy walc, a raczej pierwsza czacza należała do Generalissimusa i Olgity, jego zgrabnej żony. Urzędnik załatwił swoje i został zaproszony do zabawy.
-Twój brat chyba dobrze się bawi. - usłyszałam przy uchu głos Kendalla, który „bujał” mną na boki.
Spojrzałam na Sarę i Chucka, którzy tańczyli swobodnie do spokojnej melodii. Chuck szeptał Sarze coś do ucha, a ona mu coś odpowiadała. Zauważyłam, że się przebrała. Wcześniej miała białą sukienkę. Teraz czarną. Widocznie tamten kolor nie bardzo jej pasował. Chociaż z drugiej strony... To Sarah, więc raczej tak sobie zaplanowała.
Czułam, że jest mi gorąco. Nawet bardzo. Nie mogłam uwierzyć, jak Kendall, Chuck i reszta wytrzymywała w tak ciepłych marynarkach, skoro ja ledwo znosiłam lekką sukienkę.
Wsłuchałam się w słowa piosenki, ale mogłam z niej wyłapać tylko pojedyncze słowa, bo nie znałam tego języka. Odwróciłam się w stronę Kendalla, kładąc dłoń na jego ramieniu.
-W tym świetle masz czerwone tęczówki. - powiedział powoli, przechylając głowę. - To nawet zabawne. - Uśmiechnął się delikatnie.
-Czerwone oczy jak u wampira?
-Wampiry są piękne. - odparł z uśmiechem. - To miał być komplement.
-Piękne, ale przeklęte. - odpowiedziałam, spoglądając na Generalissimusa, który czule obejmował swoją wybrankę.
-Wszytko w porządku? - zapytał nagle Kendall. - Wyglądasz na smutną. Może nawet rozczarowaną.
-Miałam nadzieję, że Devon i Ellie też przyjadą, ale odmówili. - odpowiedziałam, wiedząc, że na nic ukrywanie tego wszystkiego. - Pewnie mają dużo pracy.
Poczułam ulgę, że to w końcu z siebie wyrzuciłam. Starałam się o tym nie myśleć. Nie bezpośrednio w każdym razie. A on to tak prosto to ode mnie wyciągnął.
-To jakaś Twoja rodzina? - zapytał, kołysząc mną w rytm spokojnej melodii.
-Siostra i jej mąż. - oznajmiłam, przytulając się do jego piersi. Poczułam, jak gładzi dłonią moją łopatkę, jakby było mu tak wygodnie i nie chciał, żebym się od niego odrywała.
Nagle rozległy się trzy strzały. W panice przytuliłam się mocniej do Kendalla, ale natychmiast się z tego wycofałam i zaczęłam rozglądać się uważniej po sali bankietowej. Na antresolach stało kilku ludzi z wyciągniętą bronią. Mierzyli w Premiera. I w nas wszystkich przy okazji.
-Radziłbym przenieść się z tym na zewnątrz, Generalissimusie. - oznajmił jeden z nich, kaleczonym angielskim.
-Dobrze, ale chcę, żeby niewinni byli bezpieczni. - odpowiedział Premier, unosząc dłonie.
-W porządku. Niech się gdzieś ukryją. W domu.
Wszyscy zaproszeni zaczęli wychodzić z pokoju. W dziwnym, narastającym bałaganie. Chuck i Sarah nadal stali na swoich miejscach. Więc ja i Kendall też nie ruszaliśmy się z miejsca.
-Lizzy idź z innymi, ale skręć przy wyjściu i biegnij na dach. - powiedział Chuck, łapiąc mnie za rękę. - Weź ze sobą Kendalla. Na pół piętrze stoi skrzynia. W środku jest snajperski karabin naładowany usypiaczami dalekiego zasięgu.
-Po prostu zacznij ich rozwalać, a my zajmiemy się resztą. - Dodała Sarah z zaciśniętymi zębami.
Wybiegłam z pomieszczenia, uprzednio chwytając Kendalla za rękę. Nauka strzelania. Jasne. Potraktuję to jak... test. Zwykły, szkolny test. Jak każdy inny. Jasne. Przecież nikogo nie zabiję.
Skrzynia na półpiętrze. W jednej sekundzie zatrzymałam się w biegu i dopadłam do skrzyni, puszczając dłoń Kendalla. Otworzyłam wieko. Skrzynia nie jest tak wielka, jak ta w pokoju nauczycielskim, ale w środku było tylko kilka przedmiotów. Karabin, zapasowy magazynek... i stojak. Taki, jak John trzyma przy arsenale.
-Wiesz, jak tego używać? - zapytał Kendall, kiedy zabierałam wszystko na górę.
-Mniej więcej. - odparłam, znajdując dobre miejsce przy brzegu i zaczęłam składać wszystkie części do kupy. John raz, czy dwa pokazał mi jak to zrobić.
-Czekaj... - Kendall położył dłoń na mojej ręce, kiedy mocowałam karabin do stojaka. - To nie w ten sposób. Trochę inaczej.
-Gdzie? - zmarszczyłam brwi.
-Mój ojciec handluje bronią, zapomniałaś? - uśmiechnął się sarkastycznie. - Nauczył mnie kilku sztuczek. Uznał, że... Powinienem znać podstawy.
No tak. Jak mogłam o tym zapomnieć. Spojrzałam w dół. Wszyscy wyszli przez taras, do ogrodu. Otoczyli basen. Oni na północy, my na południu. Całe szczęście, miałam łatwiej.
Kiedy Sarah obezwładniła jednego talerzem (tort weselny miał być podany w ogrodzie), wiedziałam, że mam jednego mniej. Nie było to dla mnie za specjalne odciążenie, ale lepsze to niż nic. A najgorsze jest to, że... Nie mam kontaktu z Chuckiem.
Zobaczyłam, że znieruchomiał, kiedy dwóch do niego podeszło. Wizja. Właśnie ją wywołuje. A potem było bach! Zamartwiał obydwu naraz.
Spojrzałam niepewnie na Kendalla, a on tylko kiwnął głową. Kiwnął głową. Na to nie ma słów. Wycelowałam. Najpierw pomogłam Chuckowi. Pośpiesznie wystrzeliłam dwie strzałki.
Why not
Take a crazy chance
Why not
Do a crazy dance
If you lose the moment
You might lose a lot
So, Why not, why not (...)
Stara piosenka. Dla nastolatek... Chuck często mi to puszczał. Wyszła kilka lat po tym jak mama odeszła. Miałam wtedy... Sześć lat. Pomagało się uspokoić.
-Nucisz teraz? - zapytał ze zdziwieniem. - Nie wierzę.
Zignorowałam go. To ja mam to zrobić. A skoro ja mam to zrobić, to zrobię to po mojemu. Odnajdę własny sposób.
-Szybkość jest ważna. - oznajmił John, stając za mną, żeby jakoś pomóc mi załapać kadr na celowniku. - Ale ważniejsza jest celność. Na razie zajmijmy się celnością. Kiedyś pomogę Ci połączyć i jedno i drugie. A teraz... skup się na tarczy.
Z tym, że John nie wiedział, że najlepszy moment na to przyjdzie właśnie teraz. „Jeśli stracisz moment, możesz stracić wiele.” Przed chwilą to zanuciłam. I od tej chwili to moje motto. Czuję, że właśnie straciłam taki moment.
Najważniejsza jest celność.
Szybkość też jest ważna.
Celność i szybkość. Muszę to połączyć.
Teraz.
Maksymalnie skupiłam się na celach. Została jeszcze jakaś... piętnastka. To sporo, ale nie wiedzą, gdzie ja jestem. A jestem tutaj.
Wystrzeliłam jedną strzałkę. Facet, który miał strzelić do Sary. Potem kolejną. I następną. Po którejś tam z kolei zaczęłam nabierać wprawy. Jeszcze trochę, a dojdę do następnego. I jeszcze ostatniego. Wystrzeliwałam ich jak kaczki, cokolwiek to znaczy. Nie wiem, kiedy wszyscy już leżeli na ziemi. Chciałam zbiec na dół... upewnić się, że z Chuckiem i Sarą wszystko w porządku. Kendall przynajmniej był obok mnie. Czułam jego obecność, słyszałam jego głos, chociaż nie skupiałam się na wypowiadanych przez niego słowach. Miałam to gdzieś. Ważne, że był obok mnie. Miałam pewność, że nic mu nie grozi.
-Już po wszystkim! - z letargu wyrwał mnie zadyszany krzyk Chucka. Mogliśmy zejść na dół.
Powoli wyprostowałam się i złożyłam karabin. Teraz, kiedy byłam spokojniejsza, szło mi to o wiele sprawniej. Byłam spokojniejsza. Zabezpieczyłam go i rzuciłam o ziemię, z pewnością, że nie wystrzeli. Sekundę później wtulałam się w Kendalla, który odwzajemnił mój uścisk.
-Już dobrze. - Wyszeptał, gładząc mnie po głowie.
Pękłam, ale pokonałam nagły wybuch płaczu. Z trudem, ale jakoś mi się to udało. Dokonałam czegoś, co niemal graniczy z cudem. Odlot, co nie?
~***~
Siedzieliśmy już w samolocie powrotnym. Costa Gravas nie ma własnego rządu, ale Premier ma własną straż, która zajmie się tymi terrorystami. Prawie wszystkimi, bo jednego zabiła Sarah.
-Szalone to wesele, co? - zagadnął Kendall, który siedział obok mnie.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Jeszcze tego by brakowało, żeby to kiedyś powtórzyć. Miałam nawet cichą nadzieję, że do tego nie dojdzie, a Ci terroryści wybrali sobie kiepski moment na atak.
-Nawet bardzo. - odpowiedziałam, zastanawiając się nad wszystkimi interpretacjami tego zdania. - Cieszę się, że wracam do domu.
-Ja niestety też. To oznacza powrót do taty. Nawet wolałbym, żeby Dustin przyjechał nawet dzisiaj, a ojca moglibyście śmiało aresztować.
-Aż tak go nienawidzisz?
-Z całego serca.
-A może dasz się zaprosić na małe, po-misyjne świętowanie? - zaproponowałam.
-Co?
-Będzie John... Chuck otworzy wino, jak go znam Chardonary. Sarah zrobi szybkiego kurczaka. - wymieniałam, przypominając sobie tradycję rodem z CIA. - I będziemy dziękować Bogu, że nic nam nie jest. To chyba wszystko.
-Niezła rodzinka. - zaśmiał się.
-Ale najpierw do Buy More. - przerwałam, przypominając sobie złożoną obietnicę. - Muszę opowiedzieć Lesterowi, jak było na ślubie „kuzyna z Ekwadoru”.
Kendall zachichotał. Co prawda wiedział, że wcisnęliśmy w sklepie jakiś kit, ale nie znał szczegółów całego przedsięwzięcia. Głównie to ja będę opowiadać.
Weszłam do sklepu, mijając Alex, która całowała Morgana. Podeszłam do Johna , który patrzył na nich, krzywiąc się z obrzydzenia.
-Jak było u komunistycznego kacyka? - zapytał, kiedy Alex już wychodziła.
-Ex-kacyka. - poprawiłam. - Wracając do pytania, zaraz powiem ci dwa słowa, które sprawią, że pożałujesz, że Cię tam nie było.
-Wal.
-Była strzelanina. - oznajmiłam.
-Masz rację. Żałuję, że mnie tam nie było. I co? Zabili go? - zapytał, a ja pokręciłam głową. - Szkoda.
Westchnęłam. On chyba nigdy się nie zmieni.
~***~
Domowa „impreza” była już prawie gotowa. Sarah zrobiła swojego słynnego kurczaka, a Chuck wyjmował szkocką dla Johna. Chociaż on wie, gdzie to trzymamy i pewnie sam by się obsłużył.
Jedyna nowość w pokoju... to był Kendall. Rozstawiał talerze na stole, starając się robić to jak najdokładniej. Uśmiechnęłam się, kiedy do mieszkania przyszli John, Alex i Morgan.
-Kolejne zadanie wykonane, co? - powiedział Chuck, siadając na kanapie, biorąc od Sary kieliszek czerwonego wina. - Możemy już wrócić do sprawy Volkoff. Jakieś wieści od Lloyda?
-Z tego, co mi wiadomo, został czwartym kochankiem tej zwyrodniałej zdziry. - oznajmił John, kiedy usiedliśmy przy stoliku, rozlewając lemoniadę do szklanek. - Informuje nas o jej poczynaniach. Niestety,ona nie ufa mu na tyle, żeby zdradzić mu wszystkie swoje tajemnice.
-W tym kontakty do eksploratorów? - zgadłam.
-Szczególnie. - pokiwał głową. - Na razie prowadzimy dotychczasowe poczynania. O grzebaniu w jej telefonie możemy zapomnieć. Cały zaszyfrowany. Kendall... dałbyś radę coś jeszcze dla nas zrobić?
-To znaczy? - zmarszczył brwi.
-Zdobądź numer i adres do banku depozytowego z którego korzysta Twój ojciec. Jak często daje Ci dostęp do swojego telefonu?
-Kiedy trzeba go naładować. - oznajmił. - To jest jakieś dwa, trzy razy w tygodniu. Zależy ile korzysta. A z pluskwy nie da się tego wyczytać?
-Kilka kontaktów jest odbierana w szyfrze. - oznajmił Chuck. - Nie potrafię odczytać klucza. Musi mieć nałożony jakiś skomplikowany i nieregularny algorytm.
-Nawet ty nie dajesz rady? - Morgan zmarszczył brwi, popijając szklanką soku. - Słynny haker „Pirania”?
-Nawet.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mam nadzieję, że teraz już wiecie, dlaczego napisałam o nim odcinek „specjalny”. W trakcie pisania miałam niezłą wenę, a zeszło mi z tym „jedynie” trzy dni. Czwartek, piątek i sobota.

To jest najdłuższa notka na tym blogu. No, może nie licząc jednorazówki. Mam nadzieję, że się Wam podobał, bo nieźle się z nim napracowałam. Dajcie znać, jakie wrażenia. Trzymajcie się!
A na koniec, piosenka, którą nuciła Lizzy, skąd zaczerpnięte jest jej życiowe hasło, nie śmiejcie się, ja na prawdę tego słucham. 

środa, 20 sierpnia 2014

Info o jutrzejszym odcinku + ankieta

O jutrzejszym odcinku: 

Jutro jest odcinek specjalny. Z tego względu chciałabym trochę Was na to przygotować. Zamieszczę to, co wcześniej wklejałam na swoim asku, ale pewnie nie każdy to widział... Jednak wolę to napisać dla świętego spokoju. Jak już wiecie, zrobiłam zwiastun do odcinka, zanim go całkiem skończyłam. Dlatego wyszedł trochę... dziwnie.
Zwiastun: 
No i tyle... Poza tym ten odcinek jest jakieś dwa razy dłuższy. Odcinki (jak i inne notki) zawsze najpierw piszę w OpenOffice, czcionką dwunastką. taką mam wygodę. Czasami program wycina mi różne niewygodne numery (ostatnio powiększało mi samotną literkę "i"), ale po prostu musi tak już zostać. Nic na to nie poradzę. Mówi się trudno. Właśnie dlatego kliknęłam "podgląd wydruku" i pomniejszyłam, żeby było widać jego objętość. Żebyście wiedzieli, na jak długą notkę jutro się przygotować. Wyszło to tyle:

Ankieta: 

Z boku znajdziecie ankietę. Jak wiecie zbliża się papierowa rocznica "LA is Ours", czyli Mój blog kończy roczek. Nie wiem, czy to dobrze. Dlatego napiszę jednorazówkę. A ponieważ mam szkice na dwa opowiadania (takie krótkie), to pozwolę wam wybrać tytuł. Do napisania jej mam czas do 7 września 2014. Ale najpierw napiszę dotychczasowe notki, co da Wam ten tydzień, żeby zdecydować. Obie są romantyczne, przynajmniej tak udaje mi się wywnioskować z tych opisów, które zrobiłam w pięć minut.
Który Tytuł ma nosić urodzinowa jednorazówka? 
-Fukushima (Nie googujcie, w temacie jednorazówki nic Wam to ie powie).
-Bajka o Wilku, który pokochał Lisa.

Ostatnim słowem dzisiaj: 
Mam nadzieję, że Zwiastun nie wyszedł tragicznie. Jakby ktoś szukał tytułu którejś piosenki, którą wkleiłam do filmiku (chociaż wątpię), to wystarczy wejść w link YouTube, zrobiłam to w opisie. Tak samo, że notka nie jest za długa. tak już musi zostać, bo nie mam najmniejszego zamiaru rozbijać ją na dwie części, bo sama nie lubię, jak ktoś tak robi. Tak już musi zostać. Tak sobie zaplanowałam. No... To do jutra. Trzymajcie się! 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Odcinek 14 – Lizzy kontra niebieski kwiatek

W końcu nadszedł dzień wyczekiwany przez wszystkich. Późnym popołudniem ma się tu odbyć bal jesienny. Dyrektor wynajął ekipę, którą ma zmienić salę gimnastyczną nie do poznania pod kierownictwem pani Arias i pana Millera. Na przygotowanie się i ponowny dojazd mamy dwie godziny.
Byłam już w sukience, która była potwornie ciężka i niewygodna. Nie mogłam zrozumieć, jak kobiety mogły w tym chodzić na co dzień. Pewnie po kilku dniach można było się do tego przyzwyczaić. Chociaż la pewnie byłabym w tym oporna.
-Gotowa? - usłyszałam głos Sary. - Wyglądasz super. Czekaj, pomogę Ci.
Weszła do środka i wyjęła mi z dłoni tusz do rzęs i po fachowemu przeleciała mi szczoteczką po górnej rzęsie, potem po drugiej.
-Wyglądasz jak Księżniczka. - powiedział Chuck, stając w drzwiach mojego pokoju.
Namale bardzo ładnie się ubrali. Sarah w spółek małej czarnej... Chuck w garniturze. Gdzieś się wybierają.
-Będziecie pilnować Premiera? - zapytałam, spinając kosmyki, które uciekły z koka.
-Dzisiaj Generalissimus jest w domu Ciotki Diane. Chyba się lubią. - Chuck wyruszył ramionami. - A my idziemy na wesele. A jak idzie Ci nauka tańca?
-Moją instruktorka mówi, że robię postępy. - odpowiedziałam, wstając i idąc do drzwi. - John gotowy?
-Tak, pucuje Victorię. W końcu powiezie dzisiaj dwie księżniczki.
-Oj, daj już spokój z tymi księżniczkami. - jęknęłam, zakładając koronkowy sweterek.
Wyszłam z mieszkania, a oni podążyli za mną jak cienie. Jak dwa, elegancko ubrane cienie. John właściwie już nie mył samochodu, ale był jeszcze w proszku. Miał na sobie jakiś podkoszulek z jakimś rosyjskim napisem. Nie potrafiłam go nawet przeczytać.
-Din gotowa? - zapytałam, siadając na tylnym siedzeniu granatowej Cow Vic.
-Jeszcze nie. - pokręcił głową. - przez chwilę myślałem, że rezygnuje z tego balu.
-Czemu?
-Fryzjerka, która została wynajęta przez jej rodziców, nawet nie wpuściła do środka. - oznajmił. - Aaa... - zatrzymał się na chwilę, zmieniając podkoszulek na czysty i wkładając marynarkę. - Jej rodzice kazali mi zarekwirować jej klucze, bo podobno ma tendencję do gubienia różnych rzeczy.
-To prawda. - oznajmiła sama Din, zamykając mieszkanie i bezceremonialnie oddała Johnowi klucze. - W tamtym mieście zgubiłam cztery telefony. Niezła jestem, co nie?
I paplała tak przez całą drogę, dopóki nie dojechaliśmy na miejsce. Ledwo poznałam ten ceglany budynek. Pozostała jeszcze kwestia podsłuchu. Umówiliśmy się, że chłopaki będą wyłączać telefony, jak tylko dojdzie do jakiejś intymnej rozmowy, w szerokim tego słowa znaczeniu. Jednak szczerze wątpię, że na balu licealnym dowiem się czegokolwiek o wysoce nielegalnej produkcji broni i późniejszym jej transporcie. Volkoff jest jednym z opiekunów, owszem, ale to byłoby trochę nienormalne, gdyby załatwiała swoje sprawy na balu. Szczególnie nielegalne! .
-Pani... - usłyszałam głos Kendalla, który niespodziewanie pojawił się przede mną. - Wygląda pani przepięknie.
Spojrzałam na niego. Był ubrany jak siedemnastowieczny szlachcic. Zza staroświeckiej marynarki wystawała długą, elegancka koronka. Uśmiechnęłam się, chwytając jego wyciągniętą dłoń.
-Zostawiam was tutaj. - powiedział John, kiedy ja i Din stałyśmy w towarzystwie Kendalla. - Przyjadę po was za trzy godziny. W razie czego dzwońcie.
-Jasne, dzięki. - powiedziałam, machając do niego na pożegnanie.
-Bawcie się dobrze. - odparł, zanim wsiadł do samochodu i odjechał.
We troje poszłyśmy do środka. Sala była przepiękną. Kolorowe girlandy, wielkie kwiaty i kilometry błyszczącego aksamitu, który odbijał kolorowe światła.
-Pięknie. - powiedziałam, rozglądając się po sali. - Nie siedziałam, że coś takiego można zrobić w dwie godziny.
-Widzisz? - odparł Kendall, kiedy podeszliśmy do Madison i Nathalie. Kiedy się rozejrzałam po sali, zauważyłam Carlosa, który rozdawał kubki z napojami z szerokim uśmiechem na twarzy. - Na coś musiała pójść ta składka z tamtego roku.
-Z tamtego roku? - powtórzyłam, marszcząc brwi.
-Lizzy, tu Greta. - usłyszałam jej głos w słuchawce. - Pamiętasz tego chłopaka na posterunku Policji? Lloyd Wilson, student prawa. Dzisiaj udało mi się go zwerbować. Pomoże nam w sprawie Volkoff. Dopilnuj, żeby go wpuścili na bal.
-Po co? - mruknęłam, żeby nikt z obecnych mnie nie usłyszał.
-Spróbuje ją uwieść. - uniosłam brwi, opierając się o ramię Kendalla. - Zaraz po pierwszym tańcu będzie próbował wejść.
Nie odpowiedziałam. Do pierwszego tańca już niedługo. Właściwie już za dwie minuty. Menuet. Uczyliśmy się tego na wuefie, francuskim i o dziwo Chemii, bo okazało się, że pani Emery uwielbia tańczyć.
Taniec był całkiem przyjemny. Ci, którzy wcześniej nie dobrali się w pary, jakoś sobie teraz poradzili. Madison wyglądała na mega szczęśliwą. W końcu trafił jej się Logan. Mocno spóźniony, ale jednak obecny.
-Przepraszam, ja muszę tu wejść. - usłyszałam, jak ktoś się kłóci w drzwiach. - Wezwano mnie na kontrolę konsolety! Podobno jakaś awaria.
Spojrzeliśmy w tamtą stroną. W drzwiach stał Lloyd. Dość głośno wykłócał się z panem Gregory. Rozejrzałam się po sali. I wtedy zrozumiałam, dlaczego akurat konsoleta. Stała tam profesor Volkoff. Miała te wielkie słuchawki na uszach i wyglądała, jakby naprawdę mogła być didżejem.
-Uuu... - zagwizdał Logan. - Chyba stary, sprawdzony sprzęt zaczyna nawalać.
-Proszę Cię, daj spokój... - jęknął Kendall, obejmując mnie ramienia. - Kiedyś musiał przestać działać. A tymczasem musimy się zadowolić tą smętną melodyjką...
-Proszę, to dla Was. - powiedział Carlos, który śmiało odnalazł się w roli kelnera.
Rozdał nam po plastikowym kubku wypełnionym napojem. To już moja trzecia szklanka dzisiaj. Może powinnam trochę z tym zwolnić. Ale co tam... To mój pierwszy taki bal.
Spróbowałam. Napój miał smak jabłka, pomarańczy i kokosu. Był lekko kwaskowy, ale to mi nawet odpowiadało. Taki oryginalny, pełny smak.
-Zatańczymy? - zaproponował Kendall, kiedy Madison zaczęła rozmawiać na boku z Loganem, a Din żaliła się Carlosowi, bo James nie zwraca na nią uwagi.
-Czemu nie? - powiedziałam, przyjmując jego zaproszenie.
Kendall poprowadził mnie na parkiet. Przez dłuższą chwilę kołysaliśmy się w rytm muzyki. Objęłam go ramieniem i wtuliłam twarz w jego marynarkę. Nie spodziewałam się, że jest aż tak miękka. Słuchałam pogodnej i powolnej, jednocześnie, piosenki The Last Goodnight. Było mi tak dobrze. Po prostu. Dobrze, jeśli nie za dobrze.
Po skończonym tańcu poczułam niedosyt. Chciałam sie tak kołysać w jego ramionach jeszcze przez godzinę, dwie... Może nawet całą wieczność. Ale to prędzej, czy później musiało się skończyć.
Teraz przyszedł czas na szybki kawałek. Wygląda na to, że Ten Wilson już "naprawił" konsoletę, bo Volkoff nie było ani śladu. Bóg raczy wiedzieć, bo teraz robią w kantorku ze sprzętem gimnastycznym. Materace też tam są, ale nie wiem czy śliskie, skórzane obicie jest odpowiednie do bara-bara. Jednak trzeba myśleć praktycznie, bo lepsze to niż nic.
Kiedy weszliśmy z parkietu, Kendall poprowadził mnie na zewnątrz. Zapadł już zmierzch. Niebo było rozgwieżdżone, a pomnik d'Artagnana wydawał się być otoczony niebieską poświatą.
-Lizzy... - Kendall wyjął z kieszeni sztucznego, błękitnego tulipana. - Ośmielę Ci się zadać to jedno pytanie. Czy zgodzisz się zostać moją dziewczyną?
Spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami. W tym oświetleniu jego tęczówki wydawały się szmaragdowe. Bardziej zielone niż są za dnia. Jednak byłam szczęśliwa, że mnie o to zapytał. Spodziewałam się, że Greta i John wyłączyli monitor i mikrofony.
Pogładziłam płatki niebieskiego kwiatka nie chciało mi się teraz doszukiwać ukrytych znaczeń, bo chociaż Kendall jest romantykiem, coś mi mówi, że nie przywiązywał do tego wagi.
-Tak, zostanę Twoją dziewczyną. - po! kiwałam głową z uśmiechem.
Kendall uśmiechnął się szeroko i mnie pocałował. Ale to nie a był zwyczajny pocałunek. To był Francuski Pocałunek. Prawdziwy. Mój pierwszy. Czułam, jak w chwili połączenia naszych języków łomoczą we mnie płomienie. To było takie... Wyjątkowe. Czułam coś, czego nie czułam nigdy wcześniej. Jakby niewidzialny prąd przeszył moje ciało.
-Kendall, czy... - zaczęłam, odrywając się od jego słodkich ust. - Pojedziesz ze mną do Costa Gravas?
-Do Costa Gravas? - zmarszczył brwi. - A co?
-Na piąty ślub Generalissimusa. - odpowiedziałam, spoglądając na niego z dołu. - Powiedział, że mnie zabrać że sobą kogo chcę.
-Najpierw musiałbym zapytać ojca. Ale pewnie mi pozwoli. I tak ma mnie gdzieś.
Westchnęłam z dezaprobatą. Słyszałam, że Kendallowi nie bardzo układa się z ojcem, ale nie spodziewałam się, że Kendall powie coś takiego. To dość śmiałe określenie.
-Wracamy? - zapyta , przytulając mnie do siebie.
-Wracamy. - odpowiedziałam, a no pocałował mnie w czoło i poprowadził do środka.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kto czekał na bal? Fanów pary Lizzy+Kendall powinna ucieszyć scenka z kwiatkiem. Nie za bardzo wiedziałam jak to zrobić, ale chyba nie wyszło źle.
Pod ostatnim odcinkiem zwróciliście uwagę na jeden element pomocniczy, który piszę sobie od czasu do czasu. Chodzi o pamiętnik Lizzy. Lizzy to nastolatka jak każda inna. Są rzeczy, które nikomu nie może powiedzieć, dużo dzieje się w jej życiu i jakoś to musi sobie to poukładać. A ponieważ pisze tam o CIA i całej szpiegowskiej sprawie, to Chuck karze jej to trzymać pod kluczem. Jak dotąd opublikowałam pierwszy tydzień po przebudzeniu, który napisałam przed napisaniem pierwszej notki. Nie wiem, czy umieszczać te fragmenty pamiętnika częściej, czy zostawić to w całości dla siebie.
No dobra... Koniec już tego gadania. Mam nadzieję, że odcinek się podobał. Trzymajcie się!

PS. Zajrzyjcie na La jutro po jedenastej. Będzie małe info.  

czwartek, 14 sierpnia 2014

Odcinek 13 – Lizzy kontra Morderczy Wuef

Dni do balu były odliczane przez wszystkich uczniów Liceum Muszkieterów. Nawet mnie udzielił się ten nastrój. W swojej poprzedniej szkole nie chodziłam na bale. Sama nie wiem, jakim sposobem zdołałam się namówić na "wolną damę", jak nazwała to Madison. Na szczęście zaprosił mnie Kendall i nie musiałam już robić z siebie idiotki.
Właśnie, omal o tym nie zapomniałam. Kendall współpracuje z CIA. Nie zostanie przebadany Wariografem. Głównie dlatego, że go o to proszę. W sensie Johna. On by tam posyłał każdego.
Z trzaskiem zamknęłam pamiętnik. Chuck pozwolił mi na pisanie, ale tylko pod warunkiem, że będę zamykała go w szkatułce na kluczyk. Jakby co, przekażą to rządowi, chociaż szczerze wątpię, że tych ciołków interesuje moje życie uczuciowe, bo połowa notatek to moje westchnienia do Kendalla.
Wyszłam z pokoju i zabrałam plecak z podłogi. Od jakiegoś czasu ja i Din jeździłyśmy w czwartki tramwajem! . Zamykałyśmy mieszkania i szłyśmy na stację. Dzisiaj Din już siedziała przy fontannie. Tylko była jakaś... Spanikowana.
-Co się dzieje? - zapytałam, kiedy wstrząsnęłam drzwi. - Jesteś jakaś przygnębiona.
-Carlos zaprosił mnie na jutrzejszy bal. - powiedziała, kiedy przekroczyłyśmy już granicę dzielnicy.
-To świetnie! - uśmiechnęłam się do niej, zakładając torbę (plecak to też torba) na ramię.
-Odmówiłam. - powiedziała, a mnie z wrażenia szczęka opadła.
-Ale dlaczego? - uniosłam rękę i zaczęłam sobie obszukiwać kieszenie. - Przecież Carlos jest bardzo miły.
-Chciałabym, żeby James mnie zaprosił. - wyznała.
-Wczoraj powiedział, że wcale nie idzie. - przypomniałam sobie, w końcu znajdując poszukiwany bilet. - A to chyba znaczy, że nikogo nie zaprosi.
-Ale i tak nie chcę iść z Carlosem. No jest dziwny i bez przerwy gada głupoty.
-Wielkie mi co... Naczytał się Platona i teraz powtarza. Gada o filozoficzny postrzeganiu życia i tyle. To nic wielkiego! .
Wsiadłyśmy do tramwaju i oparłyśmy się barierkę. Trochę gadałyśmy i poszłyśmy do szkoły.
-Część dziewczyny. - usłyszałyśmy głos Chrisa. - Din, pójdziesz ze mną na bal?
-Chyba śnisz. - odpowiedziała, wzruszając ramionami.
-Próbowałem. - krzyknął w stronę Logana, który machnął ręką.
Wsadziłam niepotrzebne rzeczy do szafki i wzięłam tylko to, bo było na tą lekcję.
-Mam tego dość! - wrzasnęła Madison, podając mi aktualny numer gazetki szkolnej. - To jest jakiś skandal.
Wzięłam od niej gazetkę i przebiegłam wyrokiem po literkach. W końcu zobaczyłam jej nazwisko przy drugim miejscu.
-Gratulacje, jesteś doradcą. - uśmiechnęłam się do niej.
-Doradcą? - powtórzyła, rwąc gazetkę, którą przed chwilą czytałam. - Nie chcę być doradcą przez kolejny rok. Przewodnicząca klas drugich znowu została ta pinda bez perspektyw. Nie mam najmniejszego zamiaru dostarczać jej wody przez następny rok.
-N! ie mów, że funkcja doradcy ogranicza się do donoszenia wody. - powiedziałam idąc z nic do klasy pani Arias. - To też jest bardzo ważna funkcja w szkole.
Madison nie odpowiedziała. Po prostu wyruszyła ramionami i skrzyżowała dłonie na piersiach.
-Jutro bal, pamiętasz? - zaczęłam, żeby jakoś zmienić temat.
-No i bo? I tak mnie nikt nie zaprosił, a o Loganie to nawet nie mam bo marzyć.
-To ty go zaproś. - wypaliłam. - Co Ci szkodzi.
-To nie jest impreza "Panie proszą Panów". Nie będę się poniżać.
Nie odpowiedziałam, tylko poszłam do środka. Jak zwykle usiadłam pomiędzy Kendallem i Nathalie. Francuski w czwartki oznaczał tłumaczenie tekstu z podręcznika i wychwytywanie dialogów w jakiegoś francuskiego filmu. Najczęściej "LOL'a", bo jest o buncie nastolatków.
Carlos oparł się o ramię, lekko mnie zaczepiając. Od rana jest taki smutny. Wiem, że to pewnie przez to, że Din mu odmówiła. A szkoda, przynajmniej oboje mieliby partnerów.
-Carlos, rusz się! - zawołała pani Arias, kiedy zauważyła w jakim jest nastroju. - Jak kocha to wróci. Nie przejmuj się. - powiedziała, klepiąc go po ramieniu. - Zacznijmy dzisiejszą lekcję. Temat powinien szczególnie zainteresować tych z was, którzy wybierają się na jutrzejszy bal. Omówimy nazwy przekąsek, dekoracji i nazwy kwiatów i ubrań, które nosili damy i panowie dworu za czasów Ludwika czternastego. Otwórzcie książki.
Po lekcji poszliśmy od razu na obiad. Potem fizyka i mocno wyczekiwany przeze mnie wuef. Po raz pierwszy w tym roku mogłam normalnie ćwiczyć. Z biegami na rozgrzewce i w ogóle. A to już było super. No może Jack na początku da mi lekki wycisk, ale z czasem powinnam się przyzwyczaić.
W szatni włożyłam nasz kostium do ćwiczeń i poszłam z dziewczynami na salę gimnastyczną, na co Madison od razu puściła się biegiem po skraju boiska, na co Pan Gold zareagował dość dziwnie.
-Co, znowu nie-takie wyniki wyborów?
Uniosłam brwi. Mogłam się spodziewać, że Jack zna uczniów, jakby byli jego przyjaciółmi, ale wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić, bo jakby nie nie było, facet jest nauczycielem.
-Tak! - Nathalie pokiwała głową. - Niech się wyżyje. Na zbiórkę pójdzie normalnie.
-Przecież od początku było jasne, że ta nieudacznica nie miała ze mną szans. - usłyszeliśmy w drzwiach sali gimnastycznej.
Odwróciłyśmy się. W kompletnym stroju gimnastycznym podchodziła do nas Emma, czyli nowa i dotychczasowa przewodnicząca klas drugich.
-Emma, miło, że w końcu zaszczyciłaś nas swoją obecnością. - westchnął Jack, przeglądając swój zeszyt. - To już szóste spóźnienie w tym miesiącu. A to oznacza jedynkę. Jako przewodnicząca powinnaś dawać przykład, a Ty spóźniasz się na każdą lekcję.
-Proszę Pana... - oburzyła się, trzęsąc demonstracyjnie dłońmi, jakby strącała z nich coś obrzydliwego. - Jakim sposobem mam wyglądać tak! - krzyknęła, pokazując całą swoją sylwetkę. - Mając pięć minut?
-Rozumiem, że z obiadu za godzinę też rezygnujesz? - odezwała się Nathalie, krzyżując ramiona. - Bo masz za mało czasu na przebranie...
Czy my musimy mieć z nią ćwiczenia? - pomyślałam w duchu, mając ochotę trzasnąć ją w tył głowy. - Na każdej lekcji robią takie cyrki, na co Jack (Emma nie może do niego mówić na „ty”, co dziwnie mnie cieszyło) nie zwraca uwagi. Przed zbiórką możemy się kłócić do woli. Poza tym, podobała mi się zasada spóźnień. Trzy spóźnienia, równa się jedynka i reset w każdym pierwszym dniu miesiąca. Mówiąc wprost, jak Na Prawdę musisz się spóźnić na wuef, masz dwie takie możliwości w miesiącu. Tylko Emma twierdziła, że może mieć szczególne przywileje.
-Madison, odpocznij sobie na chwilę! - wrzasną na tyle głośno, że jego głos mógł się ponieść echem po sali ćwiczeń.
Jednak Mad zareagowała dopiero po chwili i zadyszana stanęła między Din i Nathalie. Ustawiłyśmy się w szeregu. A właśnie... W kwestii planu wuefu, czasami nie mogłam się połapać. W Poniedziałki mieliśmy z klasą „Ce”, We wtorki całą klasą, a W czwartki z klasą „A”. Oczywiście, jak jest z inną klasą, to jest podział. Na dziewczyny i Chłopaki. A to dlatego, że we wtorki nie ma drugiego nauczyciela od wuefu, ale i tak lubiłam Wtorki, bo to oznaczało bez graniczne wygłupy z Kendallem w trakcie gry w siatkówkę/piłkę nożną, a nawet w baseball.
Po skończonych zajęciach byłam wykończona. Wspinanie się po drabince postawionej między dwoma kozłami po trzech okrążeniach było wyjątkowo wyczerpujące.
-Jestem padnięta! - westchnęła Madison. -
-Lepiej? - zapytała Nathalie, podając jej szklankę wody.
-Znacznie lepiej, ale nadal mam ochotę zamordować Emmę.
Siedziałyśmy teraz na stołówce. Zajęłam miejsce obok Kendalla, który pachniał mydłem bananowym, którego nie brakowało w szkolnych prysznicach. Chcesz coś innego? Przynieś sobie.
Kendall nie zmienił swojego zachowania wobec mnie, nawet teraz, kiedy wiedział, że pracuję dla rządu. Nawet, jak byliśmy sami.
Zauważyłam, jak Logan i Carlos coś do siebie szepczą, a James jak zwykle siedział z założonymi ramionami. Za godzinę koniec lekcji. Tylko najpierw musimy skończyć fizykę.
-Nie chce mi się iść na tę fizykę. - Chris wpadł mi w słowo, jakby czytał mi w myślach. - Kto się ze mną urywa? - zapytał, rozglądając się po stolikach.
-Las rąk, normalnie. - skomentował James, grzebiąc widelcem w swoich ziemniakach.
-Ja pójdę. - oznajmił Carlos, który już skończył swoje jedzenie.
Pokręciłam głową, patrząc uważnie na Chrisa.
-A tak na poważnie... - zaczął, kiedy odczytał moje ostrzegawcze spojrzenie. - Przesiedzę jakoś na tej fizyce. W końcu mam na głowie kuratora.
-To nie był kawał? - James zmarszczył brwi, a ja i Kendall parsknęliśmy śmiechem. Nasz układ „zero tajemnic” coraz bardziej zaczynał mi się podobać.
Po powrocie do domu, padłam na kanapę, tuż obok Generalissimusa. W tych starych ciuchach taty bardziej przypominał mojego dziadka, niż premiera niewielkiego tropikalnego państewka.
-Ciężki dzień? - zapytał, na co wzruszyłam ramionami.
-Tak jakby. - odpowiedziałam, wyciągając z torby niedojedzonego Snickersa. - Mam gdzieś drugiego. - powiedziałam, napotykając jego spojrzenie. - Przynieść?
-Nie trzeba. - pokręcił głową. - Lekarz zabronił mi jeść słodycze. Ale to twój szwagier. - dodał szeptem, nachylając się bliżej mnie. - Poza tym, nie przepadam za orzechami.
Jak na zawołanie do mieszkania wrócili Chuck i Sarah.
-Dobrze, że jesteście. - oznajmił Premier, wstając z kanapy. - Mam Wam coś ważnego do powiedzenia.
Chuck i Sarah stanęli przed Generałem, a ja chciałam, czy nie, musiałam do nich dołączyć.
-Kiedy jutro odwieziecie mnie do Costa Gravas, chciałbym, żebyście zostali do niedzieli. - zaczął Premier poważnym tonem. - Wiele wam zawdzięczam i chciałbym, żebyście byli gośćmi na moim ślubie. Żenię się.
-Piąty raz? - Sarah uniosła brwi.
-Tak i z tej okazji... - Premier schylił się i wyciągnął niewielkie pudełko spod łóżka. - Lizzy, dziecino... Widziałem, w jakiej sukience idziesz na bal. Lepiej będzie, jeśli włożysz tą.
Niepewnie wzięłam od niego pudełko i wyjęłam białą, lekką sukienkę. Była skromna i nie miała tylu ozdób, jak tamta w której musiałam jutro iść na bal.

-W Costa Gravas jest znacznie cieplej niż tutaj. - powiedział z uśmiechem. - Możesz zabrać ze sobą jakiegoś kolegę. Będziesz miała z kim tańczyć.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
  Na dzisiaj przygotowałam takie cuś... A mnie znowu dopadła "sytuacja wyjątkowa" i zrobiła mi się bardzo duuża dziura. A nie mogę przecież od tak ominąć trzech miesięcy fabuły, bo to trochę głupie. Coś tam próbuję pisać według starego planu, bo zauroczyłam się uśmiechem i oczętami pewnego słodziaka, czym pewna postać wymyślona kiedyś tam w końcu dostała twarz. No a teraz piszę po trzy akapity dziennie, bo więcej nie jestem w stanie. Dobrze, że przynajmniej na nk jakoś leci... Pewnie na to zużywam większość weny, ale dobra, nie ważne. 
No więc... Koniec tego trucia. Mam nadzieję, że Odcinek Wam się podobał. dajcie, proszę znać, jakie wrażenia, bo pradawna zasada CKM (Czytasz + Komentujesz = Motywujesz) na prawdę działa. I wy mi to dajecie, za co baardzo jestem Wam wdzięczna. 

wtorek, 12 sierpnia 2014

Odcinek 12 – Lizzy kontra Generalissimus

-Szpiegiem? - powtórzył z niedowierzaniem. - I ty tak po prostu mi to mówisz?
-To był najszybszy sposób. Miałam Ci powiedzieć przed balem w piątek, ale nasza Generał trochę mnie pogoniła. Wiesz, szefa trzeba się słuchać.
-A na jakiej podstawie chcecie „zgarnąć” - powiedział, robiąc cudzysłów w powietrzu. - Mojego ojca? Bo za grzeczny to on nie jest.
-Agencja ma dowody, że współpracuje z profesor Volkoff, która...
-Produkuje groźną broń. - dokończył za mnie. - Wiem o tym. Ona produkuje, a ojciec zajmuje się eksportem. Czasami za granicę. Tylko, że... - Kendall zawahał się, przełykając ślinę. - Profesor Volkoff nie jest jedyną, która mu dostarcza sama-wiesz-co, żeby popychał to dalej.
-Bierzemy chłopaka na przesłuchanie. Sporo wie, chyba będzie sypał. - usłyszałam w słuchawce głos Johna. Spuściłam wzrok i z trudem pokonałam pokusę wyciągnięcia kolczyka z ucha i wrzucenia go do do szklanki z colą.
Zamiast tego uniosłam rękę i przesunęłam palcem po uchu. Bardzo trudno było mi się przyzwyczaić do tego denerwującego przedmiotu w uchu. Wiem, że powinnam już do tego jakoś przywyknąć, ale nie mogłam. To było silniejsze ode mnie.
-W naszym mieszkaniu? - mruknęłam, mając nadzieję, że się na to zgodzi. - Chcą Cię przesłuchać. - powiedziałam Kendallowi, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.
-W porządku. - wzruszył ramionami. - Możecie też aresztować mojego ojca, mam to gdzieś. I tak nie zachowuje się jak ojciec, tylko jak jakiś... - przerwał w poszukiwaniu odpowiedniego słowa. Widziałam, że jest zdenerwowany, ale nie wiedziałam dlaczego. Domyślałam się, ale miałam wątpliwości. - Bandyta. Tylko poczekajcie do Bożego Narodzenia. Proszę. Powiem co chcecie, tylko poczekajcie.
Zmarszczyłam brwi. Boże narodzenie? Dlaczego? Co za różnica, czy zamkniemy go teraz, czy za te dwa miesiące. Dla nas im szybciej, tym lepiej. Ale może właściwie lepiej, że ten chce dostarczyć nam dowody przeciwko ojcu. Dzięki temu pójdzie szybciej. A te dwa miesiące... Może tyle czasu wystarczy, żeby agencja sama zdobyła dowody.
-Dlaczego właśnie Boże Narodzenie? - zapytałam, rozkładając ręce na stoliku.
-Na Boże Narodzenie przyjeżdża mój brat. - wyjaśnił. - Mógłbym go prosić, żeby przyjechał wcześniej, ale nie chcę go odrywać od zajęć.
-Jasne. - pokiwałam głową. - Mój brat chce z Tobą porozmawiać. - powiedziałam niepewnie, odkładając na bok słowo „przesłuchać”. Sama go nie lubiłam, a co dopiero na co dzień się nim posługiwać. To było takie... nienaturalne.
-Ruszcie się! - powiedział John. - Czekam na was pod lokalem.
-Musimy już iść. - powiedziałam, wstając i wsadzając w kartę kilka banknotów. - John nas trochę pogania. Zawsze był niecierpliwy.
-Twój sąsiad? - zmarszczył brwi, wychodząc z pizzerii. - On też pracuje dla CIA.
-On akurat jest z NSA. Jest pułkownikiem. - odpowiedziałam mu spokojnie. - Niedługo Ci wszystko wytłumaczymy. Tam, do furgonetki.
Poprowadziłam go do obserwacyjnego samochodu Sary. John i Chuck też czasami nim jeżdżą, chociaż to głównie mój brat go wyposażył.
Weszliśmy bocznymi drzwiami i John ruszył dokładnie sekundę po zamknięciu drzwi. Silnik chodził bardzo cicho, bo przy obserwacjach to było bardzo ważne. „To FBI. Są głupi, nie głusi” - jak kiedyś powiedział John.
-Dokąd jedziemy? - zapytał Kendall, kiedy usiedliśmy w fotelach pasażerskich.
-Do Echo Parku. - powiedziałam, zdejmując torebkę z ramienia. - Nie zdziw się, jak zobaczysz Din. Ona też tam mieszka. W budynku naprzeciwko. Sam zobaczysz.
Pokiwał głową i wziął głęboki oddech. Nie wyglądał na zadowolonego. Nie wiem, jak Chuck i Sarah go przyjmą. Domyślam się, że zrobią zwykły obiad, żeby zjeść przy stole i na spokojnie mu wszystko wytłumaczyć.
Kiedy John zaparkował, na dworze przy fontannie nikogo nie było. Było cicho, spokojnie... A ja wciąż byłam spanikowana, bo za jakieś piętnaście minut Kendall się wszystkiego dowie. Nawet domyślam się, że po tym wszystkim nie będzie już chciał iść ze mną na bal.
-Pamiętasz, że jutro są wyniki wyborów samorządowych? - zapytał. - Chociaż Logan już skombinował stronę z głosowania. Jak myślisz? Madisn dopnie swego?
-Mam taką nadzieję. - odpowiedziałam. - Nie zniosę jej marudzenia przez cały miesiąc. Co, Ciebie też skusiły większe porcje obiadowe.
-Byłoby miło. Tym co nam podają nie da się najeść.
Weszliśmy do środka, a zaraz za nami John zamknął drzwi na klucz.
-Angel de la Muerte! - krzyknął jeden ze strażników Generalissimusa (jednego musiał ze sobą zabrać), kiedy tylko zobaczył Johna.
-Uch! - westchnęłam, uderzając się otwartą dłonią w czoło. - Opanuj się, człowieku! Ile można? To jest John Casey, a nie żaden „Anioł Śmierci”. Łagodny jak baranek. Nie zrobi krzywdy nikomu, kto na to nie zasłużył.
Ten w odpowiedzi spojrzał na mnie jak na wariatkę. No oczywiście. Sława Johna w Costa Gravas nas wyprzedza. Miałam tego serdecznie dosyć od pierwszego razu.
-Co to było? - zapytał Kendall, kiedy tamten pognał do pokoju gościnnego. Biedaczek pewnie sypia na podłodze. Łóżko musiało zostać dla premiera.
-Nawet nie pytaj. - wzruszyłam ramionami. - Ten gość za długo tu nie zabawi. Tylko do soboty... Witaj w Casa de Carmichael. Nie zwracaj uwagi na broń, kamerki, o ile jakąś zauważysz i nie przejmuj się, jak na jednym z naszych telewizorów pojawi się niski babsztyl z gładko zaczesanymi włosami. To tylko nasza szefowa.
-Nie stójcie tak w przejściu! - zawołała Sarah, stawiając na stole półmisek z filetami łososia. - Lizzy, zaproś kolegę do stołu. Porozmawiamy na spokojnie.
-Mówi jakby była Twoją mamą. - powiedział Kendall, kiedy orientacyjnie zabrał noże i zaczynał je rozkładać na stole. - Chociaż jest zdecydowanie za młoda.
-To Sarah, narzeczona mojego brata. - wyjaśniłam.
-Cześć, jestem Sarah, bardzo miło mi Cię poznać. - powiedziała, uprzejmie wyciągając do niego dłoń. - Fajnie, że przyjąłeś nasze zaproszenie.
-Kendall. - odpowiedział z lekkim zakłopotaniem.
Zaproszenie... Ładnie to ujęła. Nie pozostawiliśmy mu wyboru. A James, Carlos, Logan, Mad, Din i Nathalie... Na razie lepiej zachować to przed nimi w tajemnicy. Jest dobrze tak, jak jest. Musi tak pozostać, bo nie możemy ich narazić.
-Lizzy! - usłyszałam głos generalissimusa, który miał tendencję do pojawiania się znienacka w pokoju. - Aleś ty urosła, bella!
Po czym pocałował mnie w oba policzki, jakbym była jego dawno niewidzianą bratanicą. Lizzy, uspokój się... - pomyślałam. - Może tym razem nie dostanie zawału z byle powodu.
-Mnie również miło widzieć pana premiera. - odpowiedziałam uprzejmie. - Bardzo dobrze Pan wygląda.
-Oj, dziękuję, moje dziecko... dziękuję... - zachichotał nieśmiało, siadając przy rozłożonym stole.
Zauważyłam zastanawiające spojrzenie Kendalla. No tak, przecież nie wiedział kto to jest, skąd się wziął i co najważniejsze... Co tutaj robi?
-Alejandro Goya. - wyszeptałam. - Premier Costa Gravas.
-Podano do stołu, siadajcie! - zawołał Chuck.
Kiedy usiedliśmy przy stole, Sarah podała Kendallowi naszą tradycyjną szklankę z sokiem pomarańczowym.
-Musimy porozmawiać o naszej sprawie. - powiedział Chuck, nakładając na talerze porcje frytek. - Jak już dobrze wiesz, mamy dowody obciążające Twojego ojca i Vivien Vokoff. - oznajmiła Sarah, dając Premierowi sos z pomidorów. - W pizzeri powiedziałeś Lizzy, że Volkoff to nie wszystko. Bo miałeś na myśli?
-Ojciec ma taki notes zamykany na kluczyk. Ma tam kontakty do wszystkich klientów.
-Dałbyś radę skopiować nam tą listę? - zapytał John, patrząc na niego przez stół.
-Ojciec nie pozwala mi się do niego zbliżać. - Kendall wzruszył ramionami, oddzielając frytki, żeby zostawiać wolną połowę talerza. - A wy chcecie ojca jakoś... No wiecie. Zreformować.
-O ile obejmie się więziennej resocjalizacji. - powiedział Chuck, grzebiąc w swojej sałatce. - Niewielu na to idzie. Wiem, siedziałem...
Kendall ! wytrzeszczył oczy. Sarah parsknęła śmiechem. Oczywiście nie wiedział, co się działo dwa lata temu. Przepraszam, cztery lata.
-Incognito. - mruknął John. - Przecież ten mięczak nawet muchy by nie skrzywdził.
-Tego bym nie powiedział. - wtrącił Generalissimus, prostując się na krześle. - Ten chłopiec na moich oczach obezwładnił czterech terrorystów. Więc nie jest taki niewinny, jak wszystkim się wydaje.
Przy stole zapadła cisza. Nikt się nie odzywał. Dobrze wiedziałam, że Chuckowi się to udało tylko dzięki Intersektowi.
-Ponieważ trochę zboczyliśmy z tematu, najwyższy czas, żeby Ci wszystko wytłumaczyć. - oznajmiła Sarah.
Jak na komendę wszyscy spoważnieliśmy. Teraz zaczną się pytania... Te niezręczne odpowiedzi... Wiadomo jak jest. Chuck wstał i wytarł plamę od oleju sałatkowego, który dopiero co zdołał zrobić. Zaraz potem wyszedł do kuchnio-ścianki i zaczął coś tam robić. Zdecydowanie za dług! o, jak na wyrzucanie jednej serwetki.
-Ja i Chuck pracujemy pod przykrywką. Dla agencji rządowej. - opowiedziała Sarah, jakby rozmawiała z jakimś dzieciakiem. -W naszym przypadku CIA. John przez pewien czas był żołnierzem, ale pewnego dnia został zwerbowany do Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. Przejdźmy do śledztwa, które prowadzimy. Analitycy ciotki Diane odkryli, że jedną z nauczycielek w Liceum Muszkieterów to niebezpieczna handlarka bronią. Wtedy zaczęło się zadanie Lizzy.
-Z tym, że jej zadanie miało się ograniczać do podkładania podsłuchów i zbliżania się do potencjalnych podejrzanych. - wtrącił Chuck, wracając do stołu. - Ale niestety.
Jak to powiedział, wymownie spojrzał na Johna. Nie wiedziałam, o co mu chodzi, bo ten w odpowiedzi tylko prychnął.
-Kiedy Carlos powiedział mi o tym, co jest między Twoim ojcem, a Vivien, zaczęłam się trochę bać. - powiedziałam, mieszając w swojej sałatce.
-Niby czego? - zapytał, marszcząc w swoich frytkach.
-Że mnie odkryjesz... I ni! e będziesz chciał się że mną spotykać.

-Raczej ja powinienem się tego obawiać. W końcu to ja jestem synem kryminalisty. - powiedział ze śmiechem. - To co? Widzimy się w piątek na balu?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No to już wiecie, jak Zareagował Kendall? Zszokowani? Mam nadzieję, bo miałam takie plany. Po odcinku specjalnym szykuję jeszcze kilka niespodzianek, ale zachowanie Kendalla jest jasne. Bo przecież nie okłamałby kogoś, kogo kocha, co nie? I jakie wrażenia? Na Kendallu... Generalissimusie i ogólnie całym odcinku? Dajcie znać! Trzymajcie się! Do czwartku! 

czwartek, 7 sierpnia 2014

Odcinek 11 – Lizzy kontra Parcie na Premiera

-Prets! Allez! Halte! Prets! Allez! Halte!
Po sali treningowej głos Jacka Golda odbijał się echem od ścian. Wydawał nam komendę za komendą, a my perfekcyjnie wykonywaliśmy jego polecenia.
-Lizzy, możemy porozmazywać? - opadły mi ręce, kiedy to usłyszałam. Ćwiczebny floret omal nie wypał mi z dłoni.
Z małym niezadowoleniem odłączyłam się od grupy i poszłam za Jackiem. Facet upominał mnie chyba z pięć razy, zanim nauczyłam się tak do niego mówić.
-Ale ja się naprawdę staram! - powiedziałam, obawiając się, że zaraz mnie zmiesza z błotem.
-Widzę, że się starasz. - pokiwała głową. - I zostawiasz swoich kolegów daleko w tyle.
-Słucham? - uniosłam brwi, patrząc na niego z dołu. Nic nie poradzę, że jest taki wysoki.
-Zapraszam Cię na ćwiczenia w czwartek. - powiedział, zanim zdołałam się zorientować co dokładnie ma na myśli.
-Ale wtedy ćwiczy...
-Poziom trzeci, wiem. - pokiwał głową. - Wiem, że trenowałaś już wcześniej, a zaczynanie od początku to strata czasu. Jesteś za dobra, żeby ćwiczyć od podstaw.
-A czy mogę dokończyć dzisiejszy trening? - zapytałam, ale zaraz potem dodałam: - Proszę...
-Jeśli tak bardzo chcesz... To proszę, ale w poniedziałki nie chcę Cię tu widzieć. - zażartował. - Jasne?
-Jasne!- kiwnęłam głową i wróciłam do szeregu.
Po skończonym treningu poszłam do Czterech Szpad, gdzie czekał na mnie Chris. Umówiliśmy się, że pojedziemy razem do sklepu i odrobimy lekcje w sali kina domowego. Albo w stołówce. Zależy, czy „salonik” będzie wolny.
Ku mojemu zdziwieniu Chris siedział przy stoliku, ale razem z Loganem. Obaj wesoło rozmawiali, pokazując sobie zdjęcia w sportowym czasopiśmie, który był rozłożony na środku stolika pomiędzy dwiema porcjami obiadowymi.
-Wy naprawdę się dogadaliście. - powiedziałam, siadając obok Logana. - Myślałam, że udawaliście przez cały dzień, żeby nie doprowadzać nauczycieli do szału.
-Powiedzmy, że dałaś nam trochę do myślenia tą swoją tyradą na posterunku. Twoi znajomi wcale nie są tacy źli. - powiedział Chris, grzebiąc w swoich ziemniakach. - Jest jeszcze to. Wstępna wersja jutrzejszej gazetki.
-Skąd to macie? - zmarszczyłam brwi, biorąc od niego kawałek papieru.
-Wypadło naczelnemu. - odpowiedział Logan. - Znalezione nie kradzione.
~***~
Kiedy w końcu odrobiliśmy lekcje, a chłopaki już sobie poradzili. Chyba naprawdę się dogadali, a Chris odrzucił swój tradycyjny pesymizm. Pod szkołą czekał na mnie samochód Johna. Przyjechał po mnie, tak, jak obiecywał.
-Gdzie jedziemy? - zapytałam, kiedy zorientowałam się, że już dawno minęliśmy sklep.
-Aresztujemy ojca Kendalla. - odpowiedział. - Dogadaliśmy się z jego bratem. Przyjedzie, żeby zająć się młodym, kiedy jego stary będzie oczekiwał na proces.
-Nie możecie tego zrobić! - wrzasnęłam. - Pozwól mi najpierw...
-Najpierw co? - spojrzał na mnie ostro, jakbym go czymś obraziła.
-Powiem mu prawdę. - powiedziałam, ściszonym głosem. - Po swojemu, on sam ledwo znosi postępowanie swojego ojca. Słyszałeś podsłuch, moje rozmowy z Kendallem i Carlosem... Pozwól mi to zrobić po mojemu... Proszę...
John nie odezwał się przez kilka minut, później wcisnął przycisk, przywołujący generał Beckman, ale jej podobizna już była na monitorze.
-Słyszała pani?
-Tak i niestety muszę przyznać Lizzy rację. Prowadźmy dalsze postępowania. Wątpię, czy Volkoff i Schmidt działają samodzielnie.
~***~
Tyrada z Generał Beckman trwała w najlepsze, kiedy przypadkiem spojrzałam na zegarek. Na prawdę jest już szósta wieczorem?
-Tak, a co? - Sarah wzruszyła ramionami, wciąż oglądając sobie paznokcie.
-Umówiłam się z Kendallem. - oznajmiłam, wstając z miejsca. - Jak zaraz wyjdę, może się nie spóźnię.
-Siedź! - rozkazał John, kiedy już się zbierałam. - Jak kocha, to poczeka.
-Poza tym, pięć minut Cię nie zbawi, a mamy do omówienia jeszcze jedną bardzo ważną kwestię. - oznajmiła generał Beckman, czym zmusiła mnie do zajęcia krzesła. - Otrzymujecie ode mnie nowe zadanie. Dzisiaj z Costa Gravas przyjeżdża Premier Allejandro Goya. Zabawi u Was tydzień.
-Pani Generał, co ma pani na myśli, mówiąc „u was”? - zapytał Chuck, który przez cały czas siedział, oparty o własne łokcie.
-W waszym mieszkaniu, oczywiście. - kiwnęła głową. - Premier podpisuje w czwartek pakt o nieagresji z Iranem. Tamtejsza wojna trwa nadal, a jeśli pakt dojdzie do skutku, Generalissimus będzie miał za zadanie wysłać tam część swoich wojsk, żeby wspomóc obronę. Ale to już nie jest nasza sprawa. Naszym obowiązkiem jest dowiezienie go bezpiecznie na neutralne miejsce spotkania, a w piątek pojedziecie z nim do Costa Gravas.
-Ale po co? - zapytała John, krzyżując ramiona. Jego wyraz twarzy był wściekły.
Wiedziałam, że nie bardzo przepada za tym maleńkim państwem, ale co było to minęło. Miałam tylko nadzieję, że Generalissimus będzie tam bez sztabu swojej ochrony, a my mu wystarczymy. Kiedy ostatnio u nas byli, myślałam, ze padnę ze śmiechu, ale po dwóch dniach to przestało być śmieszne. Nadali mu ksywkę „Angel de la Muerte”. Co za ludzie... Jeszcze daleko Johnowi do Anioła Śmierci, cokolwiek to znaczy w ich mniemaniu.
-To wyjaśni wam sam premier. Za kwadrans ląduje w Los Angeles. Pojedziecie po niego na Lotnisko. - rozkazała dyplomatycznym tonem. - Pułkowniku Casey, proszę przygotować Premierowi miejsce do spania w dodatkowej sypialni Chucka i Sary.
-Nie trzeba. - powiedziała Sarah, zanim zdążyliśmy się zorientować. - Wczoraj zmieniłam pościel.
-Znakomicie. Sarah, Chuck... Jedźcie teraz po Premiera na lotnisko. Pułkowniku Casey, proszę zawieźć Lizzy na spotkanie z synem Schmidta. Czy masz zamiar mu powiedzieć, że dla nas pracujesz?
Serce zabiło mi mocniej, kiedy zdałam sobie sprawę ze znaczenia tych słów.
-Miałam zamiar to zrobić przed balem, bo teraz chyba nie ma na to odpowiedniego momentu. - odpowiedziałam, kręcąc głową.
~***~
Kiedy dotarłam do pizzeri, miałam mieszane uczucia. To, co usłyszałam w bazie nieźle mną wstrząsnęło. Nie wiedziałam, czy mam powiedzieć Kendallowi i swoim zadaniu teraz, czy jeszcze poczekać. Generał nieźle mnie przycisnęła, a mnie jakoś nie widzi się wyznawanie tajemnicy w lokalu pełnym ludzi.
Weszłam do klimatyzowanego pomieszczenia. Dość szybko udało mi się zauważyć Kendalla, który siedział przy stoliku niedaleko baru. Uśmiechnęłam się, kiedy na mnie spojrzał i podeszłam do niego. Wydawał się zadowolony, że mnie widzi, a musiałam się liczyć, że zaraz zrzednie mu mina.
-Wiesz, musimy porozmawiać. - Zaczęłam, kiedy zamówił jedzenie.
-O czym tylko zechcesz. - uśmiechnął się czarująco, co wprowadziło mnie w jeszcze większą panikę.
-Jestem szpiegiem. Pracuję dla CIA. - powiedziałam na jednym wydechu. - Mamy zamiar aresztować Twojego ojca.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ten odcinek jest dedykowany Marli S. Marlo... Zastanów się nad końcówką, przemyśl jak się teraz czujesz i zapamiętaj, bo ty takie numery wykręcasz niemal bez przerwy. I powiedzmy, że to jest ta moja zemsta za urwanie w pół zdania. 

Dobra, a tak na serio. Dziękuję za te siedem komentarzy (w tym pięć, które pojawiły się po moim zażaleniu na facebookowej grupie) pod ostatnią notką. Udało Wam się jakoś podnieść mnie na duchu. Następny odcinek będzie ciut dłuższy, podobnie jak następne, o ile znowu nie przydarzy mi się jakaś "sytuacja wyjątkowa". Zwiastun do odcinka piętnastego jest już gotowy, a sam odcinek właśnie "się pisze". Mam nadzieję, że jakoś uda mi się zmieścić tam wszystko, co chcę. No cóż... Mam nadzieję, że odcinek Wam się podobał. Dajcie znać, jakie wrażenia! Do wtorku! Trzymajcie się!