wtorek, 30 września 2014

Zmiana harmonogramu

Nie wyrobiłam się, sorry. Już na pewno nie zdołam nic sensownego napisać. A ponieważ mam sporo roboty, to przez najbliższe miesiące nie będę dawała rady pisać dwa razy w tygodniu.
Dlatego od dzisiaj notki będą się pojawiały co środę. Mam nadzieję, że w ten sposób zachowam jakąś stałą objętość i zmieszczę tam więcej jakichś kluczowych informacji. Po cichu liczę, że to troszeczkę zwiększy frekwencję komentujących. Tydzień to już jest coś stałego, traktujmy to jak co tygodniowy serial...

Od dzisiaj emisja w każdą Środę. 

Jeśli mi się uda, to powrócę do systemu dwa razy w tygodniu. Trzymajcie się! I wybaczcie. 

czwartek, 25 września 2014

Odcinek 25 – Lizzy kontra Porwanie

Byliśmy już w Echo Parku. Chciałam się przebrać, zanim pojadę po Arthura, a na razie musiałam się pocieszyć perspektywą wyrzucenia wszystkiego Chuckowi.
-Dlaczego mi nic nie powiedziałeś o Arthurze? - zapytałam, opierając się o blat kuchenny.
-Nie było takiej potrzeby. Ciotka Kate dała mi szczegółowe instrukcje, jak obchodzić się z Arthurem. - odpowiedział, wciąż nie podnosząc głowy znad laptopa. - Sam uważałem, że to wystarczy.
-Ale nie wystarczyło. - odpowiedziałam, łapiąc bluzę i zarzucając ją na koszulę mundurka szkolnego. - Jadę do niego. Ty pewnie już u niego byłeś.
Wyszłam z mieszkania i wpadłam na Kendalla. Uśmiechną się do mnie i przytulił do siebie.
-Jak poszło? - zapytał, całując mnie w czoło. - Mam żałować, że nie jestem w jego skórze?
-Nie przesadzaj. - odparłam, kiedy razem szliśmy na stację metra. - Nie miałam siły robić mu wyrzutów. A już szczególnie, kiedy siedzi nad naprawą. Wiem ile skupienia go to kosztuje i nie mam zamiaru testować jego podzielnej uwagi.
Kendall zaśmiał się, prowadząc mnie skrajem chodnika.
-Kiedyś testowałem tak cierpliwość mojej mamy, ale to nic nie dawało. - oznajmił, kiedy schodziliśmy już na stację.
-Jakie wysunąłeś wnioski? - zapytałam, siadając mu na kolanach.
-Że kiedy ktoś jest naćpany, to wszystko inne traci sens. Liczą się tylko prochy. - powiedział, a ja objęłam jego szyję.
-Pielęgniarka wspomniała coś o leczeniu. - powiedziałam, przypominając jej słowa. - Ale ono jest dość czasochłonne. Myślisz, że Arth byłby w stanie to przetrzymać?
-Raczej ty mi powiedz. - wzruszył ramionami. - Jeśli tylko będzie dostatecznie cierpliwy.
-Ale on nigdy nie był cierpliwy, rozumiesz? Zawsze chciał wszystko na już... Natychmiast. Nawet jeśli chodzi o jego zdrowie.
-Namówimy go. - pocieszył mnie, zanim przyjechał pociąg. - Jeszcze zobaczysz.
Uśmiechnęłam się na wspomnienie namawiania na sposób Kendalla.
-Wszystko się ułoży, zobaczysz. - powiedział, ciągnąc mnie do pociągu, który właśnie przyjechał.
Nie siadamy. Nie było po co, Nawet, jeśli były wolne miejsca. Po prostu się nie opłacało. Szpital był dwie stacje dalej. Weszliśmy do środka, trzymając się za ręce. Nie wiedziałam, gdzie jest Arthur, ale zawsze mogłam kogoś zapytać. Podeszłam do pielęgniarki przy biurku.
-Przepraszam? - zaczęłam opierając się o blat. - Gdzie znajdę Arthura Collinsa?
-Jesteś kimś z rodziny? - zapytała, podnosząc głowę.
-Tak, to mój kuzyn. - odpowiedziałam, a ona uśmiechnęła się do mnie i rozejrzała się po korytarzu. -Na końcu korytarza, sala numer pięć. -Wciąż jest na izbie przyjęć? - zmarszczyłam brwi.
-Na piętrze nie na łóżek, a on i tak rano wraca do domu. - oznajmiła, sięgając po dzwoniący telefon.
Odwróciłam się, spoglądając na Kendalla, który pociągnął mnie żyć rękę i poprowadził mnie do wskazanej sali. Ale coś było nie tak...
-Kendall, jego tu nie ma. - zawołałam, a on zajrzał do środka.
~***~
-Jak to nigdzie go nie ma? - zapytał Chuck, który pojawił się po moim telefonie. - Miał być tu bezpieczny.
-Przykro nam, panie Carmichael. Nie mogliśmy nic zrobić. Poproszę ochroniarzy, żeby przejrzeli nagrania z kamer.
-Jeszcze tego nie zrobiliście? - krzyknął, a ona odeszła.
-Co teraz? - zapytałam, zostając z nim sam na sam.
Wyruszył ramionami i w tej chwili zadzwonił mu telefon. On odebrał natychmiast.
-Pogotowie komputerowe, w czym mogę pomóc? ... Słucham? Nie zrozumiem o czy Pan mówi. Jestem tylko serwisantem. ... Czego chcecie? ... On nie jest niczemu winien, wypuście go. ... Kiedy?
Nie rozumiałam o czym on mówi. W końcu odłożył słuchawkę i spojrzał na mnie ze łzami w oczach.
-To był ojciec Kendalla. - oznajmił, szukając czegoś wzrokiem. - Wykrył pasożyta w swoim telefonie i wszystkiego się domyślił. Porwał Arthura.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nawet sobie nie zdajecie sprawy, ile kosztowała mnie ta bździna. No, ale jest. Teraz powoli będę pisała następną i może się wyrobię. Jeżeli uznam, że nie dam rady ciągnąć bloga dwa razy w tygodniu, zmienię naraz w tygodniu, ale o tym poinformuję Was we wtorek. Mam nadzieję, że mimo wszystko podobały Wam się te wypociny. Trzymajcie się! Do następnej!  

wtorek, 23 września 2014

Odcinek 24 – Lizzy kontra Podwójna Randka

-Kelly? - powtórzył Carlos, wlepiając we mnie wzrok. I w Logana przy okazji. - Kadetka Kelly? Ona ma rozprowadzać w szkole narkotyki?
-Przecież to właśnie powiedziałem. Nie jest sama. Trzeba znaleźć jeszcze tego drugiego.- wycedził Logan. - Czemu patrzysz na nią, a nie na mnie?
-Bo przyjemniej. - odpowiedział wprost.
Pokręciłam głową i poczułam, jak telefon mi wibruje w kieszeni. Wyciągnęłam go i otworzyłam wiadomość.
Od: James M.
Arthur zemdlał na pół minuty.”
Otworzyłam usta za zdziwienia i wstałam od stolika. Może i jestem dziewczyną, ale i tak wejdę do męskiej. Raz nie zaszkodzi. Co mi tam? Ważny jest Arthur.
-Muszę iść. - powiedziałam i wybiegłam ze stołówki.
Łazienkę chłopaków znalazłam niemal natychmiast. James stał nad Arthurem opierającym się o ścianę. Oddychał wyraźnie ciężko.
-Co się z Tobą dzieje? - zapytałam.
-To nic. - westchnął i znowu zaczął osuwać się po ścianie. Podtrzymaliśmy go i doprowadziliśmy do ławki na ciuchy, żeby miał na czym usiąść. - Zdarza się od czasu do czasu. Wy dziewczyny też coś takiego macie. - wydyszał z bladym uśmiechem.
Jego zwykle śniada cera przybierała coraz bardziej blady odcień. Coś było nie tak...I to mocno nie tak. Tylko czemu in wysławia się tak... Niejasno.
-Co my dziewczyny? - zmarszczyłam brwi, próbując go jakoś podtrzymać w pozycji siedzącej.
-To coś jak okres. - jęknął, a ja zauważyłam kropelkę potu spływającą po jego czole. - Tylko... z magnezem. Mam niedobór magnezu. Biorę leki, ale... mój organizm spala go jak węglowodany. Mam problem z przyswajaniem magnezu.
Czułam, że za chwilę znowu zemdleje i poklepałam go po policzkach.
-Hej, nie zasypiaj! - krzyknęłam, próbując go jakoś ocucić. - Zostań z nami.
-Jestem zmęczony. - wymamrotał.
-Do pielęgniarki? - zapytał James, pomagając mi go podnieść i wynieść na korytarz.
-Mamy pielęgniarkę? - spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
-No a nie? - wycedził przez zaciśnięte zęby. - To dwa piętra wyżej.
-Na razie to jedyne wyjście. - wzruszyłam ramionami.
Ponieśliśmy go do gabinetu pielęgniarki. Kurde, nawet nie wiedziałam, że to istnieje.
-Co się z nim stało? - zapytała kobie, stojąca przy oknie. - Połóżcie go tutaj.
Wskazała mam kozetkę, a my położyliśmy Arthura, który zamknął oczy i teraz wyglądał tak, jakby stracił przytomność. To mnie mocno przeraziło.
-Arthur? - położyłam mu dłoń na ramieniu, chcąc żeby na mnie spojrzał. Ostrożnie otworzył oczy. To mnie trochę ucieszyło, bo przynajmniej był przytomny.
-Co ci się stało? - zapytała pielęgniarka, odtrącając mnie na bok. - Spójrz na mnie.
-Nie mam... - wydyszał, ledwo słyszalnym tonem. - Magnezu i Żelaza.
-Jeździsz do szpitala na kroplówki? - zapytała, kładąc mu trzy palce na szyi.
-Raz w miesiącu. - odpowiedział, spoglądając w sufit i rozglądając się po pomieszczeniu. - Lizzy?
-Jestem tu. - powiedziałam, odrywając dłoń od ust. - dlaczego nie powiedziałeś, że coś takiego masz?
-Przepraszam, nie wiedziałem, że to mnie teraz dopadnie. - odpowiedział, kiedy pielęgniarka zajrzała mu do oczu.
-Nie martw się. - usłyszałam głos Jamesa. - Pani Parker wie co robi.
Westchnęłam, ale nie odpowiedziałam. Miałam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Bo Arthur w takim stanie to była dla mnie nowość. Zawsze był chudy, ale szybki. Miał śniadą cerę, ale usta często robiły się bardzo blade. Jeju, jaka ja jestem głupia. Przecież mogłam to wcześniej zauważyć...
-Muszę wezwać pogotowie. - oznajmiła Pani Parker, kiedy już zbadała Arthura. - Na razie wypij to.
Podała mi szklankę z przezroczystym płynem z bąbelkami. Wyglądało normalnie.
-Koleżanka Ci poda, żebyś miał łatwiej. To niewielka dawka żelaza. Pomoże, dopóki nie przyjedzie karetka.
-Lizzy to moja kuzynka. - poprawił ją, kiedy pomogłam mu ponieść głowę. - A nie mogę później sam dojechać do szpitala. Karetka nigdy mnie nie zabierała.
-Obawiam się, że nie ma innego sposobu. - Pani Parker pokręciła głową, podnosząc słuchawkę telefonu bezprzewodowego. - Masz przyspieszone tętno i obniżoną temperaturę. Obawiam się, że będziesz musiał zostać w szpitalu na noc.
-To nic. - uśmiechnął się słabo, kręcąc głową. - czasami mnie trzymają, ale rano mogę normalnie iść do szkoły. Pani Parker spojrzała na niego ze zdziwieniem.
-Idziesz do szkoły sam? - zmarszczyła brwi, kiedy wypił już całą zawartość szklanki. Nawet nie wiem kiedy. Byłam za bardzo skupiona na tej wymianie zdań. - Prosto ze szpitala?
-Siostra dyżurna zawsze daje mi talon na taksówkę. Zawsze jakoś sobie radzę. - wyruszył ramionami. - Po nocy pod kroplówką jestem już na nogach.
-Wydaje mi się, że Lekarz powie Ci to samo. - powiedziała, odkładając słuchawkę na biurko. - Powinieneś więcej odpoczywać. Podjąłeś już terapię, żeby Twój organizm lepiej przyswajał magnez i żelazo?
-Nie. - pokręcił głową. - Nie było na to czasu. Na razie tylko uzupełniamy braki, kiedy trzeba.
-Ale... - zaczęłam, ale Arthur natychmiast mi przerwał, jakby wiedział co chcę powiedzieć.
-Nie, Lizzy. - pokręcił głową, łapiąc mnie za rękę. - Ta terapia trwa trzy miesiące. Trzy miesiące bez przerwy w szpitalu. Wyobrażasz to sobie? To zdecydowanie za długo, jak na mnie. Nie mógłbym tego znieść.
Westchnęłam, zaciskając uścisk na jego dłoni. To był kolejny nasz moment. Znowu poczułam się, jakbyśmy mieli po osiem lat, co było dla nas wyjątkowe.
-Jest pogotowie! - krzyk szkolnej pielęgniarki przerwał naszą rozmowę. No tak... Teraz na prawdę musiałam się odsunąć.
-Zobaczymy się w szpitalu. - wyszeptałam, chcąc wyjść, ale on niespodziewanie wyrwał mi spinkę od mankietu.
-Ale najpierw idź na randkę. - powiedział, nic sobie nie robiąc z uwag sanitariuszy, którzy chcieli już odjeżdżać.
-Na jaką... - zmarszczyłam brwi, patrząc na niego ze zdziwieniem.
-Kendall zaproponuje Ci podwójną randkę. - odpowiedział z promiennym uśmiechem na bladej twarzy. - Z Din i Jonathanem. Nic mi nie będzie. Na prawdę.
Kendall planuje podwójną randkę? Teraz? I to w dodatku nic mi nie powiedział? Jak on tak może? Kiedy ekipa sanitariuszy wyprowadziła Arthura ze szkoły, podszedł do mnie Kendall.
-Podwójna randka? - zapytałam, patrząc na niego że skrzyżowanymi ramionami.
-Odwołujemy? - zapytał, obejmując mnie w pasie. - Myślę, że nie. - odezwał się James, który nagle pojawił się za naszymi plecami. - Słyszałaś Arthura. On tego chce.
Nie wiedziałam, co mam o tym sądzić. Mam po prostu iść? Nie martwić się? Nie przejmować. Przecież to mój kuzyn.
-Muszę zadzwonić do Chucka. - powiedziałam, a on objął mnie ramieniem i wyprowadził na szkolny dziedziniec.
-To dzwoń. - powiedział, całując mnie w czoło.
Karetka już odjechała. Fajnie, bo to oznaczało, że szybciej dojdzie do siebie. Tak powinno być lepiej. Chciałam do niego jechać. Posiedzieć z nim i w ogóle...
~***~
Na randce było całkiem znośnie. Aż do pewnego momentu.
-Tu mam coś ekstra. - oznajmił Jonathan, wyjmując z kieszeni torebkę z białym proszkiem.
-Pas. - szepnęłam, wstając z kanapy, a Kendall wyszedł za mną.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dzisiaj na tyle... Dolegliwość Arthura została przeze mnie całkowicie zmyślona i na maksa wyolbrzymiona. Głupota kompletna z mojej strony. Jakby co, mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Wyszło w granicach normy, uff... Ale w czwartek tego nie gwarantuję. Mam nadzieję, że wybaczycie mi kolejną bździnę, o ile taka będzie... Liczę, że podobała Wam się ta notka. Dajcie znać jakie wrażenia. Trzymajcie się!  

czwartek, 18 września 2014

Odcinek 23 – Lizzy kontra Szkolny Dealer

Kendall i Arthur rozmawiali ze sobą przy stoliku. Nie chciałam jeszcze do nich podchodzić. Widziałam, jak miło im się rozmawia. Lubię ich obu. Nawet uwielbiam.
Usłyszałam dzwonek swojej komórki. Westchnęłam i spojrzałam na wyświetlacz. „Chuck”. Chuck zawsze dzwonił w najmniej odpowiednim momencie. Nie odebrałam. Po prostu wyciszyłam komórkę, pozwalając, żeby dzwonił dalej.
Podeszłam do stolika, przy którym siedzieli. Carlos pociągnął mnie za rękaw.
-Co się dzieje? - mruknęłam, pochylając się nad miską rosołu.
-Nie podoba mi się ten Jonathan. - odpowiedział, spoglądając na Din, która z nim rozmawiała.
-Przecież jest chłopakiem. Nie może Ci się podobać. - wzruszyłam ramionami. - Wystarczy, że podoba się Din. Na prawdę.
-Nie lubię go.
Wróciłam do jedzenia.
-Drodzy uczniowie! - usłyszałam głos, wydobywający się z głośników szkolnych. - Mówi dyrektor Shorts. Dotarła do mnie informacja, że ktoś wśród uczniów rozprowadza narkotyki. Uczniowie, którzy mają na ten temat jakieś informacje proszeni są do mojego gabinetu. To wszystko. Dziękuję.
-Narkotyki w szkole? - powtórzyła Madisan. - Wiecie coś na ten temat?
-O dziwo nie. - odpowiedział Chris, ogryzając jedno z kurzych skrzydełek. - Myślałem, ze dowiedziałbym się o tym jako pierwszy.
-Chyba nie masz zamiaru ćpać. - spojrzałam na niego, puszczając łyżkę. - Chris, jeśli Ty...
-Nie, nie, nie... - pokręcił nagle głową, na co Kendall i Arthur zaczęli się śmiać. - Nie biorę narkotyków, ale myślę, ze wiedziałbym, gdyby ktoś miał towar.
-Ja chyba też bym wiedział. - powiedział Logan, który siedział obok niego. - Wiedzą, ze nie jestem grzeczny, to mi proponują.
-Zadajesz się z aniołkami. - powiedziała Nathalie, oblizując swoją łyżeczkę. - Takimi jak my.
-Myślicie, że byśmy wam powiedzieli? - zapytał retorycznie Logan. - Mowy nie ma.
-Właśnie! - zawtórował Chris. - Niegrzeczni chłopcy też mają swoje tajemnice.
No, nie szczególnie... - pomyślałam, wracając do jedzenia. Nie wiem, czemu teraz wszyscy jedliśmy obiad w szkolnej stołówce. Czyżby wszyscy nagle doświadczyli zwyrodnienia rodzicielskiego? Bo jeżeli tak, to ja dziękuję.
Westchnęłam i wróciłam do swojej zupy. Od tej opuncjowej zielonej herbaty strasznie bolała mnie głowa. Nie wiem, czy to był przedsmak tego co niespodziewane, czy po prostu miało tak być. Pewnie po prostu tak na to reaguję.
-Muszę na chwilę wyjść. - powiedział Arthur, wstając od stolika.
-Wszystko gra? - zapytała Madison, oglądając się za nim. - Nie wyglądasz dobrze.
-To nic. - potrząsnął głową. - Tylko kręci mi się w głowie. Pójdę na chwilę do łazienki.
Zmrużyłam oczy. Coś było z nim nie tak. Koszmary to jedno, a zawroty głowy ni z tond, ni zowąd to zupełnie co innego. Martwiłam się o niego. Nigdy nie chorował, nawet nie brał witamin w tabletkach. A teraz po prostu wstaje i mówi, że kręci mu się w głowie.
-Przypilnuję go. - powiedziałam, podnosząc się z krzesła.
-Ale ty jesteś dziewczyną. - powiedział Chris, biorąc kolejne skrzydełko.
-Łał. - uniosłam ręce, spoglądając na niego z żartobliwą pogardą. - Bystry jesteś.
-Nie, nie o to mi chodziło. - pokręcił głową. - Poszedł do łazienki. A Ty jesteś dziewczyną. Nie możesz przecież wejść do męskiej.
-Racja... - powiedziałam powoli, przekrzywiając szczękę na bok.
-Kiedy tak robisz, stajesz się do niego jeszcze bardziej podobna. - wypalił Carlos. - Wiesz, on ma tak brodę na boku.
Spojrzałam na niego, szybko mrugając. No fajnie wiedzieć, ze teraz pozwolił sobie na szczerość. Jedno dobre, że wyraził swoje zdanie. Wydawało mi się, że nieregularna szczęka Arthura nie jest największym problemem.
-Pójdę sprawdzić, co jest grane. - powiedział James, kładąc mi dłoń na ramieniu, tak, żebym usiadła.
-Ja też się przejdę. - oznajmił Logan, wychodząc razem z Jimmy'm z jadalni.
Westchnęłam i poczułam, jak Kendall owija wokół mnie swoje ramię. Nie zwróciłam na to uwagi. Musiałam dojeść to, co mam.
Wrócił Logan. No fajnie. Sądząc po jego minie, zaraz podzieli się z nami rewelacjami.
-Ludzie! - wydyszał. - Wiem, kto rozprowadza w szkole Prochy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dzisiaj się nie popisałam, wiem, odcinek śmiesznie krótki. Więcej nie dam rady, sorry. Dwa powody: Brak Weny, chociaż pomysły są i brak czasu. We wtorek może będzie nowa notka. Mam jednak nadzieję, że podobała Wam się ta bździna. Trzymajcie się. Do Wtorku!  

wtorek, 16 września 2014

Odcinek 22 – Lizzy kontra Małpie Tańce

Po obiedzie wrócili rodzice Din. Dziwnie szybko. To chyba ich rekord. Za to Sarahy i Chucka jeszcze nie było. Może to i lepiej.
-Muszę do łazienki. - powiedział Kendall, wstając od stołu.
-Okey... - westchnęłam i spojrzałam wymownie na Arthura. Muszę mu powiedzieć. In szybciej tym lepiej. Musi to przyjąć do wiadomości.
-Co jest? - popatrzył na mnie, marszcząc brwi. - Jakiś problem?
-Tak jakby. - westchnęłam. - Nie możemy szukać trzeciej ciotki.
-Co? - zmarszczył brwi, wpatrując się na mnie ze zdziwieniem. - Dlaczego?
-To niebezpieczne. Nie wiem dlaczego. - oznajmiłam, w trakcie, kiedy on wpatrywał się we mnie z otwartymi ustami. - Myślę, że ona nie chce zostać odnaleziona. Mógłbyś zamknąć buzię? - poprosiłam. - Wyglądasz bardzo głupio.
Arthur nie odpowiedział, tylko zacisnął zęby. Wyglądał na wyprowadzonego z równowagi. I to mocno. Rozumiałam go i dlatego nie mam nic przeciwko, jeżeli się na mnie zezłości.
-Co ty do mnie mówisz? - wybuchł, zachrypniętym głosem. - Chciałem ją znaleźć. Wciąż chcę ją znaleźć. Dlaczego nie chcesz mi w tym pomóc.
-Myślę, że ona... - zastanowiłam się, gniotąc sobie kostki. - Ona jest trochę jak moja mama. Obie zerwały kontakty z rodziną. Nie odzywają się od tylu lat...
-Tylko dlaczego? To rodzina. Wytłumacz mi dlaczego się z nami nie kontaktują?
-Dla naszego dobra. Twojego, Chucka, Ellie, Ciotki Kate... Mojego.
~***~
Ja i Kendall wyszliśmy przed dom. Din wróciła z rodzicami do domu. Jak na mój gust udało im się poprawić. Spędzali z nią coraz więcej czasu, ale nie wiem, czy sprawa z Jonathanem ma z tym coś wspólnego.
-Byłaś bardzo dzielna. - pochwalił mnie, kiedy prowadziłam go przez dziedziniec Echo Parku. - Ja bym stchórzył na Twoim miejscu.
-Dzięki, ale i tak nie mam do tego siły. Wiesz jak jest. Kiedy Arthur wyjedzie... - westchnęłam. - Będę musiała wrócić do regularnego szpiegowania.
-Wiem. - mruknął, przytulając mnie do siebie. - Spróbuję coś poszukać u ojca. Wszystko będzie dobrze. Nie martw się. Przejdziemy przez to razem.
-Wiem. - odpowiedziałam, wtulając się w jego ciepłe ramię.
Następnego dnia Arth musiał przestać się na mnie złościć. Znowu miał koszmar. Obudziły mnie jego krzyki i jakoś musiałam doprowadzić go do ładu.
-Dzięki. - wydyszał, kiedy pomogłam mu się uspokoić. - I przepraszam.
-Przepraszasz mnie? - uniosłam brwi, spoglądając na jego splątane włosy na czubku głowy. -Dokładnie za wczoraj. Gadałem z Chuckien. Powiedział mi, że Ciotka Mary... że ona ma dużo tajemnic. To nie Twoja wina, że żyjemy w takiej rodzinie.
Nawet do głowy by Ci nie przyszło... - westchnęłam w myślach, ale zaraz się opamiętałam. Połowa naszej rodziny to szpiedzy. To byłby dla niego niezły szok. Poza tym... Arthur jest zbyt niewinny na tą wiedzę. Szybko biega, jest bystry... Ale nie można go narażać na takie niebezpieczeństwo.
-Zjemy śniadanie? - zapytałam, wychodząc mu na przeciw i pomagając wstać. - Greta zrobiła paluszki rybne. Wiesz, takie z sosem. Jej pomysł. Nigdy takich nie jadłeś. Arthur uśmiechnął się i wygramolił z łóżka. Niby zwykły dzień. Nic specjalnego.
Przynajmniej nie muszę mu tłumaczyć o CIA. Dobrze, że nie wie nic o Ciotce Diane. Nie musimy się tłumaczyć. Mówimy do niej "ciociu", co stało się już przyzwyczajeniem. Mogłam mieć pewność, że nie pojawi się ni z tego ni z owego, żeby nas zabrać do szkoły. Jeszcze mu przyjdzie do głowy, że to jest trzecia siostra. No, jeszcze tego by brakowało. Po zaliczeniu porannej toalety, poszliśmy do kuchni, gdzie Greta już zrobiła wymyślone przez siebie danie. Niby byle co, ale jest bardzo smaczne. I pikantne.
-Dzień dobry. - powiedziała z uśmiechem, stawiając przed nami talerze. - Lepiej zacznijcie od razu. Kiedy ostygnie, nie jest już takie dobre.
Wyruszyłam ramionami i sięgnęłam po widelec. Arthur już zdążył się za swoje zabrać, ale... Chyba nie bardzo mu smakowało, bo na twarzy zrobił się cały purpurowy i zakrywał sobie usta dłonią.
-Co, za dużo Chili? - Greta zmarszczyła brwi, podając mu kubek zimnego mleka. - Masz, napij się. Zaraz Ci przejdzie.
Arthur wypił całą szklankę jednym susem, ale wciąż ciężko Oddychał. Spróbowałam swojej porcji. Nie rozumiem o co mu chodzi. Jest normalne. Nic nie jest za ostre, ani coś w tym rodzaju.
-Mogłyście uprzedzić... - wydyszał, kiedy częściowo odzyskał oddech. - że to będzie takie pikantne.
-Nie rozumiem, zrobiłam tak, jak zwykle. - Vici wzruszyła ramionami, wpatrując się w talerz ze swoją porcją.
Potem zawiozła nas do szkoły i wypuściła pod same drzwi. Chris i Madison już na nas czekali. No tak. Występ na korytarzu.
-James nie ma już usztywnienia, ale i tak nie zatańczy. - oznajmił Chris, idąc z nimi przez szkolny dziedziniec.
-Jack zrobił mu próbę, której nie zdał. - oznajmiła Mad, poprawiając sobie kosmyk włosów. - Wiecie, to z utrzymaniem siedemnastowiecznego rapiera. Nie utrzymasz przez cztery minuty, wypadasz.
-Wasz wychowawca jest co najmniej dziwny. - stwierdził Arth, kiedy szliśmy do klasy. - Tak jak cała szkoła. Właściwie dlaczego jest podział na klasy. A nikt nie ma indywidualnego planu zajęć?
-Standard europejski. - oznajmiła Madison, Poprawiając sobie włosy. - Liceum Muszkieterów dba o Francuską kulturę sprzed kilku wieków, co jest nawet fajne w połączeniu z nowoczesnymi technologiami.
Przez chwilę stał bez ruchu, ale kiedy otrząsną się z zamyślenia, wyciągną z torby notes i spojrzał na nią z uwagą.
-Możesz to powtórzyć? Tylko wolniej. - poprosił, gotowy do pisania. Pokręciłam głową. No tak... Zapomniałam, że ma napisać wypracowanie o pobycie w szkole. To nawet fajne, bo zaczął prowadzić pamiętnik, ale to nie to samo, co mój. Jego notatki przypominają coś w rodzaju dziennika pokładowego, gdzie zapisuje wszystkie szczegóły każdego dnia.
-Witaj, skarbie. - usłyszałam za sobą głos Kendalla, który ni z tego ni z owego zaszedł mnie od tyłu. - Jak się spało? - zapytał jak gdyby nigdy nic.
-A dziękuję, cudownie. Gdzie jest Din? - zapytałam, zdając sobie sprawę, że jej tu nie ma
-Gada z Jonathanem. - oznajmił Carlos ze zbolałym wyrazem twarzy. Zaraz potem spojrzał na Kendalla. - Stary, już wiem, jak się czułeś w tamtym roku.
Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Kendalla, w trakcie, kiedy James podszedł do Nathalie, która zarumieniła się jak na zawołanie.
~***~
Kiedy nadeszła ta przerwa... A właściwie miała nadejść, wszyscy poprzebieraliśmy się w te śmieszne ubranka. To jest dziwne. I to przynajmniej. Miałam to obkute na blachę, ale chciałam to już mieć za sobą. Nie lubiłam tych strojów. Cieszyłam się, że dzisiaj po południu oddajemy je do wypożyczalni.
Na początku było okey. Nikt się nie gubił, czy coś... W pewnej chwili Chris prawie przewrócił się na Logana. To było... Dziwne. Niby nic wielkiego, ale to doprowadziło do ogromnego chaosu. Trochę, jakbyśmy my wszyscy zaczęli ich naśladować. To doprowadziło do powstania jakiegoś dziwnego, dzikiego tańca. Nie potrafiłam się skupić i wyszło jak wyszło, a wyszło fatalnie.
-Szczęście, że to nie jest na ocenę. - wydyszała Madison, kiedy zebrałyśmy się w kącie.
-Jak to nie na ocenę? Ty mówisz mi to teraz?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepis na paluszki rybne w sosie Grety.
(Porcja dla trzech osób)
Potrzebne będą:
-Paczka Paluszków rybnych
-Olej i oliwa z oliwek do smażenia
-1/4 małej, czerwonej papryki
-1 średnia cebula
-4 łyżeczki koncentratu pomidorowego
-3/4 łyżeczki pieprzy cayenne
-Sól do smaku z suszonymi warzywami
-Pół torebki ziołowo-paprykowego sosu sałatkowego
-Gorąca woda, jako regulator gęstości
Wybraną ilość paluszków rybnych przyrządzić według tradycyjnego sposobu.
Paprykę i cebulę pokroić w bardzo drobną kostkę. Zasmażyć ją na oliwinie z oliwek, a następnie dodać wszystkie przyprawy. Kiedy wszystko się połączy, dodać koncentrat, ciągle mieszając. W trakcie wrzenia stopniowo dodawać wodę, aż do uzyskania pożądanej konsystencji. Jeśli przesadzimy, można odparować. Kiedy będzie w takiej rzadkości, jak lubimy, zalać nim paluszki rybne i trzymać na ogniu jeszcze kilka minut, żeby oba smaki się ze sobą połączyły. Podawać koniecznie gorące.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wiem, wiem... Wyszło okropnie. Ostatnio mi się nie lepi... Udało mi się napisać jeden niezły tekst, ale nie o Big Time Rush. Mojej przyjaciółce się podobał. Jeśli znajdzie się tutaj kilkoro fanów serialu „Teen Wolf: Nastoletni Wilkołak”, przepiszę tekst i zamieszczę na blogu. Mojej przyjaciółce się podobało. Napisała recenzję w formie wiersza. Wariatka... Co cóż... Mam nadzieję, że mimo wszystko dzisiejszy odcinek Wam się podobał. Trzymajcie się!  
Z boku macie ankietę. Wszyscy wymienieni dowiedzą się o szpiegostwie Lizzy, ale każdy w innych okolicznościach. Jak obstawiacie? Kto dowie się najszybciej i jak? Swoje zdanie możecie wyrazić pod postem i w Księdze Gości.

czwartek, 11 września 2014

Odcinek 21 – Lizzy kontra Ślepy Zaułek

Byłam zszokowana, tym, co powiedział mi John. Zabrania nam szukać tej tajemniczej ciotki? Coś tu nie gra. Albo coś wie i nie chce, żebym się dowiedziała.
-Hej, wszystko gra? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Carlosa, który też występował na korytarzu. - Jesteś smutna.
-Mogę skopać tyłek temu, który sprawił Ci przykrość. - zaproponował Chris, ubierając swój kowbojski kostium.
-Nie trzeba. - uśmiechnęłam się do niego, zawiązując buty. - Wciąż jesteś na warunkowym i nie chcę, żebyś trafił znowu do poprawczaka.
-Ostatnio jestem grzeczny. - powiedział z uśmiechem. - Stary i matka mają mnie gdzieś, a jeśli przydzieliliby mnie do otwartego tak byłoby nawet lepiej.
-Wiem, że brakuje Ci miłości w domu, ale lepsze to niż poprawczak. - powiedziałam, wstając z ławki. - Poza tym kolację możesz zjeść w Echo Parku. Z nami.
-Wiem. - pokiwał głową, idąc za mną przez salę gimnastyczną. - Jesteś pewien, że możesz tańczyć? - zapytałam Jamesa, który już się przebrał. - Wciąż masz usztywnienie.
-Nic mi nie jest. - odpowiedział, pokazując, jaki jest sprawny. - Po prostu będę mało ruchliwy, ale to nic. Jakoś to będzie.
Kendall stanął obok mnie i poprowadził aż do naszej „sceny”, jak nazywał to Carlos.
-Słuchajcie! - krzyknął Logan, ustawiając kamerę. - Nagramy się dwa razy, obejrzymy i zastanowimy się co trzeba przedjutrem dopracować.
-Przedjutrem? - Madison uniosła brwi.
-Nawet nie ma takiego słowa. - dodała Din, po czym Logan popatrzył na nią z politowaniem.
-Już jest. - powiedział, opierając się o statyw. - Stowarzyszenie mowy narodowej właśnie go uznało.
-Takiego stowarzyszenia też nie ma. - powiedziała Din, poprawiając sobie fleki w obcasach.
-Możecie się zamknąć? - przerwał im James. - Może po prostu zaczniemy próbę. Włączę muzykę.
I przeszedł do magnetofonu. Zaczekał, aż wszyscy się ustawimy, ale Nie włączył muzyki od razu, dopiero po kilku sekundach. Jednak to nie były te dźwięki.
-James! - zawołał Kendall, kiedy on już chciał do nas podbiec, ale natychmiast się wycofał.
-Sorry, nie ta nuta. - zawołał i wrócił do odtwarzacza.
Teraz dopiero odtworzył odpowiedni kawałek. Znałam wszystkie te śmieszne ruchy, które wymyślili Madison, Nathalie i Carlos. Nie wiem, czemu, ale oni sami się do tego zgłosili. Ja i Din Mieliśmy poszukać kostiumów w wypożyczalniach. Miało być tandetnie, stylowo i śmiesznie. Dlatego Din namierzyła kowbojskie stroje w stylu Hannah Montany i dobrała je tak, żeby na każdego pasowały. Miała być „Wiocha” i jest. „Cotton Eye Joe” trwa ponad trzy minuty, a ci troje mieli taką wenę, że wymyślili układ do całego utworu.
Już po pierwszym tańcu złapała mnie niezła zadyszka. Klasowe występy artystyczne. Tylko czemu co rok jest inny temat? I dlaczego Emma, przewodnicząca „dwójek” nie chce mieć z tym nic wspólnego? Pojęcia nie mam.
-Mad, jak twoja Kadetka? - wydyszał Logan, schodząc do kamery.
Madison spojrzała na niego, szeroko otwierając usta. Wiedziałam, ze się w nim podkochuje, ale nie wiedziałam, że to aż tak widać. Poza tym... Wydawało mi się umie to kryć. Tylko jakim sposobem wciąż traciła głowę, kiedy do niej coś mówił? Równie dobrze mógłby się podpalić. Umarłby, a Mad wciąż gapiłaby się na niego z otwartymi ustami nie wiedząc co robić, czy jak się zachować.
Kadetka, czyli uczennica z wymiany. Trafiła się Mad. Jest miła, ale za bardzo zdyscyplinowana. Ma na imię Kelly. Chodzi do liceum wojskowego, a do nauczycieli czasami mówi o sobie w trzeciej osobie. A to trochę denerwujące.
-Dobrze. - odpowiedziała, wzruszając ramionami. - Już nawet nie wstaje o świcie i nie nosi zieleni. Wiesz, ten rygor wojskowy. Ale w ciąż na nas krzyczy.
-Krzyczy? - Kendall uniósł brwi.
-Mówi, ze składa meldunek. - wzruszyła ramionami i zaczęła przedrzeźniać koleżankę z innej szkoły. - Rozkaz wykonany, kapitanie! - zasalutowała, stając na baczność, co w tym różowym kostiumie kowboja wyglądało dość komicznie. - Kadet czeka na następne rozkazy.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Inni głośno się śmiali, a ja nie potrafiłam tak po prostu... No wiecie. Roześmiać się. Tak wygląda jej nauczanie, nie ma tyle luzu co my i dla nas jest to dziwne. Dla niej to porządek dzienny.
-Dobra, przejdźmy do rzeczy. - powiedział Carlos, wgrywając nagranie z kamerki do laptopa. - Zobaczcie tu. Kendall prawie się wywalił.
Przyjrzałam się filmikowi. Rzeczywiście. Kendall zrobił taki ruch, jakby miał się przewrócić, co nie byłoby śmieszne, gdyby chodziło o coś poważnego. A tak?
-Musisz przećwiczyć ten obrót. - powiedział James, przewijając dalej. - Trzymaj równowagę i wtedy się nie wywalisz.
-Jasne! - przytaknął grzecznie. - A co teraz?
-Oglądamy dalej. - Logan wzruszył ramionami.
~***~
Po treningu wracałam z Kendallem i Din. Wprosili się na obiad, ale to nawet dobrze. Już sama myśl o reakcji Arthura na zakaz od Johna przyprawiała mnie o mdłości. Biorąc pod uwagę, że nie było czasu mu o tym powiedzieć.
-Din, co się dzieje? Jesteś prawie tak przygnębiona jak wczoraj Lizzy. - powiedział Kendall, spoglądając na nią przez moje ramię.
-Wczoraj się umówiłam. - odparła nieśmiało. - Z tym kolesiem z trzeciej klasy. Wiesz, ten, co ma nazwisko nie do wymówienia.
-Kojarzę. - Kendall pokiwał głową, a ja spojrzałam na nią z zwężonymi powiekami.
-Myślałam, że podoba Ci się James.
-Bo podoba. - pokiwała głową.
-A Carlos? - zapytałam. - Wiesz, że się w Tobie podkochuje?
-Wiem, ale... Nie chcę mu robić niepotrzebnych nadziei. - odparła, wyprzedzając nas o kilka kroków. - Wiem, że jest wrażliwy i w ogóle... Nie chcę mu dodatkowo łamać serca. Bardzo go lubię. Nie chcę, żeby był nieszczęśliwy.
-Myślisz, że my chcemy? - Kendall spojrzał na nią zza ciemnych okularów. - To nasz przyjaciel.
Wywróciłam oczami, spoglądając na Kendalla z dołu, a on tylko się uśmiechnął. Obiad. Czas zmienić temat. Najwyższy czas.
-Umieram z głodu. - odparł, jakby czytał mi w myślach.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Trzeba powiedzieć Arthurowi prawdę. Zaraz po obiedzie.
~**Chuck**~
-Ciociu, nie jestem pewien, czy... - zacząłem, siedząc naprzeciwko Generał Beckman w kawiarni. - Dzieciaki prędzej czy później odkryją prawdę. Może powinniśmy im powiedzieć?
-Jeszcze nie teraz. Dowiedzą się w odpowiednim czasie. - przerwała mi, dosypując sobie cukru do herbaty. - Wiem, ze to bystre dzieciaki, ale nie dojdą sami do prawdy.
-Skąd jest ciocia tego taka pewna? - spojrzałem na nią z mieszaniną zażenowania i błagania. - Wiedzą jak szukać informacji w sieci, już nie wspomnę o tym, że Lizzy była w archiwum taty. Przeszkadzamy im, owszem, ale wiem, ze są zdeterminowani... - wziąłem głęboki oddech, nagle zdając sobie sprawę, że zaczyna mi brakować tlenu.
-Chuck, zwolnij, bo się hiperwentylujesz. - oznajmiła łagodnie. - Archiwum waszego ojca to ślepy zaułek. Nie ma nim żadnych istotnych informacji. Dla CIA i NSA rodzina to tylko wzmianka w CV. Szczególnie, jeżeli informacje były zatuszowane. Przecież widziałeś te dokumenty. Wiesz, jak wyglądają informacje, którymi interesują się Lizzy i Arthur.
-Tak, wiem. - Mruknąłem, przypominając sobie czym zajmowałem się jeszcze rok temu.
Beckman nie wie jednego. Ja znalazłem wtedy mamę. To nasza tajemnica. Nikt o tym nie wie. Ja też nie wiem kilku rzeczy. Wiem, że mama została uznana za zdrajcę, ale tak naprawdę działa incognito. W Rosji. Tyle, że oni tego nie pamiętają.
-Moje akta zostały zniszczone. - powiedziała mama, przekazując mi flasha USB. - Nikt nie może wiedzieć o naszym spotkaniu. A te dane... Pomogą Wam w schwytaniu Vernona. Potraktuj to jak prezent na jedenaste urodziny.
I tyle ją widziałem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Prawdopodobnie się nie popisałam. Wiem. Wiem, że trochę pomijam kumpli Lizzy. Przepraszam, od dzisiaj będę to naprawiać. Obiecuję. Ja Wam nie powiem, co kombinuję. Ani mi się śni. Staram się pisać na bieżąco. Country Party wymyśliłam u dentysty. Tak, wiejska impreza. Jutro zabiorę się za wtorkową notkę. Jak się uda, to dzisiaj. No cóż... Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Dajcie znać jakie wrażenia. Trzymajcie się.  

wtorek, 9 września 2014

Odcinek 20 – Lizzy kontra Postarzający program

-Jestem od Ciebie starszy! - wrzasnął Arthur, kiedy wkładałam rajtuzy.
-Tak, dokładnie szesnaście godzin! - odkrzyknęłam, szukając drugiej spódnicy. - Idę do niej sama.
-Ale dlaczego? Mnie też to dotyczy.
-Nie dyskutuj. - urwałam, zapinając guzik od spódnicy i wychodząc z mieszkania. - Idę sama, a poza tym Greta nawet Cię nie zna.
-Przecież pracuje w sklepie. - zauważył. - Tam spotyka mnóstwo obcych ludzi.
-Właśnie. W sklepie. A nie w swoim mieszkaniu. - odpowiedziałam, biorąc USB z zgranymi zdjęciami. - Zostań tu i spróbuj czegoś poszukać w sieci.
Wyszłam, zostawiając go samego w budynku. Wolałam pogadać z Gretą sam na sam. W prawdzie ma w CV wzmiankę, że była technikiem policyjnym, ale nic poza tym. To jedynie mogło wytłumaczyć Artuhrowi, dlaczego idę z tym właśnie do niej.
Przeszłam przez plac, mijając Din, która siedziała przy fontannie z jakimś chłopakiem. Nie wiem kto to jest. Nie chodzi do naszej szkoły. Uśmiechnęłam się do niej, a potem bez wahania podeszłam do drzwi Grety. Zapukałam. Otworzyła mi po niecałej minucie.
-Co jest? - spojrzała na mnie, unosząc brwi.
-Mówiłaś, że masz w kompie program do postarzania zdjęć. - powiedziałam, unosząc pendrive'a na wysokość jej oczu. - Będę miała prośbę.
-Dobra. - pokiwała głową. - Ale trochę to potrwa.
~***~
-Skąd wiedziałaś? - zapytałam, kiedy wyjawiła, że wie o całym naszym planie.
-Podsłuchiwałam Wasze rozmowy. - powiedziała. - Kiedy będziemy mieli Twarz waszej potencjalnej ciotki będziemy mogli poszukać czegoś więcej. A teraz wracaj do domu. Jutro musisz iść do szkoły. Zajmę się tym.
-Ale... - zaczęłam, ale ona natychmiast mi przerwała, wstając z krzesła.
-Żadne ale. Uciekaj. Zostawiłaś kuzyna samego w domu.
-Okey... - westchnęłam. - Do zobaczenia później. Wpadnę do sklepu, jak tylko skończę lekcje.
Wyszłam bez pożegnania. Wiem, że Greta tego nie lubi. Najlepiej odejść bez słowa. Zero pretensji, chaosu, czy czegokolwiek innego. Nawet najmniejszej oznaki gniewu.
Jednak, kiedy zaszłam do mieszkania, nie zaszłam do Artuhra, który siedział na czacie ze swoim kumplem. Może mnie nie zauważy? Po cicho zeszłam do piwnicy. Archiwum taty... Tu są akta dwustu czterdziestu przestępców, czterystu czterech agentów, Pięćdzisięciu naukowców, czterystu poległych szpiegów i Pięciuset martwych przestępców. Reszta nie wiem...
Chciałam znaleźć dokumenty mamy, przejrzeć je, przeczytać... Może to pomogłoby mi się czegoś dowiedzieć. O tej ciotce, o której nikt nie ma pojęcia. Do Chucka nie pójdę. Może dowie się od Grety, ale nie ode mnie i Arthura. Nie dzisiaj.
Dokumenty zgromadzone przez tatę miały jedną wadę. Wszystkie były opisane pseudonimami, a ja nie miałam pojęcia, jaką ksywkę ma mama. Przebiegłam wzrokiem po etykietach.
„Frost” - Nie wiem, czemu zatrzymałam się przed tym pudłem.
-”Opowieść o Królowej Mrozu”? - zapytałam, spoglądając na książkę, którą Chuck położył mi na kolanach. - Dlaczego mi to dajesz?
-To jedyne, co mama po sobie zostawiła. - odpowiedział, otwierając książkę dla dzieci. - Mama czytała mi to na dobranoc w przeddzień, kiedy odeszła.
Frost. Ta królowa miała na imię Frost. - uśmiechnęłam się pod nosem, biorąc pudło do rąk.
Podeszłam do biurka ze starym komputerem i otworzyłam wieko. Teczka. Pierwsza z brzegu. Otworzyłam folder i wyjęłam zdjęcie kobiety przyczepione spinaczem do akt. Może nie pamiętam jak wygląda mama, ale kiedy zobaczyłam twarz na zdjęciu... Wiedziałam, że to mama.
Imię i nazwisko: Mary Elizabeth Carmaichael
Nazwisko panieńskie: Arthur
Rodzina:
Rodzice: Martwi;
Rodzeństwo: Starsza siostra Katelyne, brak kontaktu od trzech lat (w chwili utworzenia dokumentu):
Dzieci: Eleonor, Charles i Elizabeth.
Status: Zaginiona.
To na nic. - westchnęłam w myślach. Nie interesują mnie jej operacje szpiegowskie, egzekucje, czerwony test... i co tam jeszcze było.
Usłyszałam dzwonek swojego telefonu. Wyciągnęłam go z kieszeni bluzy i spojrzałam na wyświetlacz. „Kendall”. Westchnęłam i odebrałam.
-Słucham Ciebie... - powiedziałam do słuchawki.
-Co taka smutna? - mruknął, jakoś poprawiając mi tym nastrój.
-Nic, po prostu mamy sporo pracy.
-A jak twój referat?
-Prawie skończyłam. Tylko dopiszę zakończenie i przygotuję wystąpienie.
-Na pewno sobie poradzisz. A może masz ochotę na małe Cauntry Party? Musimy dopracować układ. Jutro tańczymy na korytarzu.
-To już jutro? - zmarszczyłam brwi. - Szybko zleciały te nasze przygotowania.
-Żebyś wiedziała. - zaśmiał się. - Jadę do Ciebie z Jamesem.
-Dobrze, za chwilę. - uśmiechnęłam się, wkładając rękę do pudełka. - Za kilka minut zacznę się szykować. Daj mi kwadrans, dobra?
-W porządku. - usłyszałam śmiech w jego głosie. - Widzimy się za piętnaście minut.
Odłożyłam telefon na biurko taty. Już miałam zatrzasnąć pudełko, ale moja ręka zatrzymała się na teczce z pieczęcią „Ściśle tajne”. Zmarszczyłam brwi w podniosłam tekturowy skoroszyt. Otworzyłam go. Większość tekstu była zamazana. Nie mogłam tego odczytać.
Jest nam wiadome pokrewieństwo agentki Carmichael z ||||| |||||||, jednak trzeba mieć na względzie, że Centralna Agencja Wywiadowcza dołoży wszelkich starań, żeby żaden z wrogich agentów i najemników nie dowiedział się o związkach rodzinnych Agentki Frost z pracownicą ||||||| |||||||||||||| |||||||||| z powodów narażenia ojczyzny na niebezpieczeństwo.
Dalszy tekst miał jeszcze więcej dziur, więc nie mogłam się pokapować, co tam jest napisane. Coś mi mówiło, że ta Agentka z innej Firmy jest siostrą mamy. I ciotki Kate. Tylko dla jakiej agencji pracuje? Jednak, zawsze to dla rządu. Zawsze coś. Jeśli John i Greta się zgodzą... przeszukam bazę danych. Chociaż wątpię. To poważne naruszenie, a nie znam drugich takich, którzy bardziej rygorystycznie przestrzegają regulaminu.
Zatrzasnęłam pudełko i schowałam je pod biurko. Musiałam sprzątnąć ten kluczyk. Do tych papierów jeszcze wrócę. Przejrzę je dokładniej, kiedy... Kiedy nikogo nie będzie w domu. Zamknęłam głęboki pokój w piwnicy i schowałam kluczyk do wazonu z suszonymi kwiatami. To chyba jest mamy... Ze ślubu. Kiedy jakimś sposobem udało mi się opanować, weszłam na górę. W właściwie na parter. Arthur siedział nad wypracowaniem, które zadał mi profesor Miller, co było dość dziwnym zjawiskiem.
-Co robisz? - zapytałam, marszcząc brwi. - Jeszcze nie skończyłam.
-Sama to pisałaś? - spojrzał na mnie znad brudnopisu. - Czy gotowiec?
-Sama, a co... - odpowiedziałam, spinając włosy w kucyka.
-Fajnie się wysławiasz. - uśmiechnął się, obserwując mnie uważne. - Wybierasz się gdzieś?
-Tak, mamy próbę generalną. - powiedziałam, pakując torebkę. - Projekt z wuefu. - wyjaśniłam, widząc jego spojrzenie. - Lekko artystyczny. Mamy coś wymyślić, żeby zaliczyć. Jack zazwyczaj daje nam wolną rękę. Tak słyszałam, bo po raz pierwszy biorę w tym udział.
Drzwi otworzyły się. Miałam pewność, że to nie Morgan, bo on zawsze używa do tego okna. Taki już jest. Można się przyzwyczaić. Nie zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam Johna.
-Chuck nie ma. - powiedziałam od razu. - Ma instalację na mieście.
-Ale ja do Ciebie. - mówi spokojnie. - Zajmę Ci tylko chwilę. Możesz wpaść do mojego mieszkania? To ważne.
Wzruszyłam ramionami i spojrzałam wymownie na Arthura, a on tylko pokiwał głową. No tak, w końcu nie zna tu żadnych zwyczajów.
-Co się dzieje? - zapytałam, spoglądając na niego pytająco. - Mówiłeś, że...
-Wiem, co kombinujecie. - powiedział ostro, kiedy zamknął za nami drzwi. - Nie szukajcie trzeciej siostry.
-Co? - zmarszczyłam brwi.
-To bardzo niebezpieczne. Jeśli jeszcze raz spróbujecie, dopilnuję, żebyście niczego nie znaleźli.
-Ale... - zaczęłam, ale on natychmiast mi przebrać.
-To jest rozkaz. - odpowiedział ostro. - Odmaszerować.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

W prawdzie jeszcze nie skończyłam czwartkowej notki, ale powinnam się wyrobić. Dzisiaj trochę sobie popisałam... I obejrzałam ostatni odcinek sezonu. Już nie mogę się doczekać kolejnego. Ale to nie ważne. Zamierzam się wziąć ostro za pisanie. Może nie będzie zawsze pisane na zaś, ale... czasami notki będą krótsze. Przygotujcie się na to. Mam nadzieję, że dzisiejszy odcinek Wam się podobał. Nie wiem, kiedy dowiecie się, dlaczego Casey zachował się tak, a nie inaczej. Może za tydzień, może trochę dłużej... Trzymajcie się. Do czwartku!  

niedziela, 7 września 2014

Fukushima

To takie drobne „Co by było gdyby Aliana pojechała do Japonii na The Wolverine”. Pamiętacie ten wątek w pierwszej historii? Mam nadzieję. Wtedy odmówiła, ale co by się zdarzyło, gdyby jednak przyjęła propozycję? Przeczytajcie, jak wglądałaby premiera filmu w Londynie. A teraz zapraszam na jednorazówkę z okazji pierwszych urodzin bloga.
James Mangold, Will Yun Lee, Tao Okamoto, Hugh Jackman, Rila Fukushima i Hiroyuki Sanada.

Fukushima
Cześć. Nazywam się Rila Fukushima. Jestem modelką. I trochę aktorką. Nawet mniej niż trochę, bo wystąpiłam w dokładnie w jednym filmie.
Ja, Hugh, Tao, Will, Famke i Swietłana lecieliśmy jednym samolotem do Londynu. Premiera naszego filmu w Wielkiej Brytanii już niedługo. Jeszcze dzisiaj. Mieliśmy go zobaczyć razem po raz pierwszy. Cała obsada i ekipa ma tu dotrzeć na umówioną godzinę. Będą jeszcze goście. Aliana Hamilton, nasz fotograf obiecała, że skrzyknie swoich przyjaciół i dopilnuje, żeby dojechali do Londynu. Najpierw czerwony dywan, potem seans, znowu zdjęcia i bankiet. Nie wiem jak reszta, ale ja mam zamiar upić się do nieprzytomności.
-Rila? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Tao. - Niedługo będziemy lądować.
-Okej. - kiwnęłam głową, zapinając pas.
Kiedy wylądowaliśmy, wyszłam do gmachu lotniska. Nikt mnie nie kojarzył i całe szczęście. Japonka jak każda inna. - pewnie myśleli. - Nie miałam problemów.
Kiedy dojechałam taksówką do hotelu, zauważyłam znajomą, rudą czuprynę. Uśmiechnęłam się na widok znajomej fotografki. Od Tokio zdążyłyśmy się zaprzyjaźnić.
-Aliana! - zawołałam, a ona odwróciła głowę. Uśmiechnęła się do mnie.
-Już jesteś? - zapytała, zamiast powitania. - Myślałam, że będziesz z Hugh i Tao.
-Miałam być, ale koło Hugh są zawsze tłumy, a wiesz, ze tego nie lubię. - odparłam, a ona pomogła mi wziąć drugą walizkę. - O nie nie nie! Jesteś w ciąży, nie możesz.
-Siódmy miesiąc. - przypomniała szeptem. - Nic mi nie będzie.
Weszłyśmy, żeby się zameldować. Ona właściwie była już gotowa. No tak, jak zwykle wyglądała świetnie. Szkoda, że nie jest modelką, ale zdjęcia robi cudowne.
Rozstałyśmy się pod pokojem. Miałam teraz czas, żeby się przygotować. Mój dwuczęściowy komplet był złożony w walizce, ale zanim to na siebie włożę, wolałam się przespać, co okazało się niezwykle proste.
Kiedy się obudziłam, zdałam sobie sprawę, że za pół godziny przyjedzie pod hotel limuzyna. Zaczęłam ubierać się w pośpiechu. Było gorzej, kiedy musiałam się umalować. Rila, daj spokój! - pomyślałam. - Raz Cię malowali? Przecież wiesz jak to robić. - Bierz puder, tusz i szminkę i do dzieła! Na co czekasz?
Pośpiesznie się wyszykowałam i spojrzałam w lustro. Przekrzywiłam głowę. Nie jest tak źle... Spojrzałam na zegarek. Za dziesięć minut przyjedzie limuzyna. Nie jest tak późno.
Na miejscu było dość dziwacznie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że w życiu nie widziałam tylu aparatów naraz. Wszyscy robili nam zdjęcia. Nawet Aliana. Chociaż do niej byłam przyzwyczajona.
-Uśmiechnij się. - powiedziała Swietłana. - Robią nam zdjęcia.
Z niechęcią posłuchałam jej rady. Łatwo jej mówić. Bóg wie, ile razy była tak oblegana przez fotografów. Rozejrzałam się w poszukiwaniu kogoś, kto nie miał przy sobie aparatu.
Wtedy ich dostrzegłam Było mich czterech. Jeden z nich, Latynos patrzył na mnie przenikliwie, ale kiedy zorientował się, że nasze spojrzenia się spotkały, wysłał mi oczko na odległość.
Kiwnęłam palcem i przywołałam go do łazienki dla ekipy i personelu. Nikogo tam nie było. Tylko my obydwoje.
-Coś nie tak? Wyglądasz niepewnie. - zapytałam z nadzwyczajną śmiałością. - Przecież widzę, jak na mnie patrzysz.
Uśmiechnęłam się, i pocałowałam go namiętnie, przygwożdżając do ściany.
-Nie mam zwyczaju uprawiania seksu z nieznajomą. - powiedział niepewnie.
Uśmiechnęłam się. Oboje tego chcieliśmy, a ja pragnęłam tego coraz bardziej.
-Jestem Rila. - uśmiechnęłam się między pocałunkami. - Modelka.
-Carlos. - odpowiedział. - muzyk.
-Widzisz? Już się znamy.
Zatopiliśmy się w głębokich pocałunkach. Było mi z nim tak dobrze... Mogłam to robić godzinami, ale wiedziałam, że nie mamy za wiele czasu.
Poczułam, jak Carlos sięga do suwaka mojego kompletu. Nie wiedział, jak odczepić jedną część od drugiej.
-Dwie części. - powiedziałam. - Dość łatwo się odpina.
-Ale... - zawahał się.
-Już dobrze. - powiedziałam cicho. - Jesteśmy sami.
~***~
Może trudno w to uwierzyć, ale to był mój pierwszy szubki numerek w kiblu. Carlos stanął naprzeciwko mnie, kiedy mieliśmy już wyjść.
-Spokojnie. - uśmiechnęłam się do niego. - Nikt się nie dowie. To będzie taka nasza mała tajemnica.
-Nikt się nie dowie. - powtórzył.
Jak gdyby nigdy nic wróciliśmy na premierę. Mam nadzieję, że nikt nie zauważył, że na chwilę zniknęliśmy. I nie wiem, jak reszcie, ale ze mnie cały stres uleciał i mogłam spokojnie iść na seans.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Miniaturka mega malutka. Czy wy macie jakiś radar do erotyzmu, czy jak? „Bajka o Wilku, który pokochał Liasa” nie miałaby takiej sceny. Miałam po krotce napisać o czym byłoby to opowiadanie, ale... ale tego nie zrobię. Żeby potem nie było „szkoda, że nie głosowałam/głosowałem, byłoby lepsze”. Mogę powiedzieć tylko tyle, że w roli wilka byłby James.

Minął rok. Dokładnie rok, odkąd utworzyłam bloga. Dokładnie rok temu. W sobotę o tej samej porze siedziałam robiąc pierwsze tło na LA. Kilka pierwszych notek powstało oczywiście tydzień przed, bo jakoś musiałam to zacząć. Wtedy, na początku ubiegłego roku szkolnego oglądałam powtórkę „Tajemnic Smallville” i patrząc na Odessę Rae (Wtedy w roli Meggie/Silver Banshie) wymyśliłam Alianę, fotografkę pracującą dla stacji Nicka.  

Wyświetlenia i komentarze

Nie mam za bardzo czasu na pisanie wszystkiego na gorąco. Za to porobiłam zrzuty. Zobaczcie: 


Dziękuję Wam za ten rok. Nie wiem ile jeszcze dam radę go pociągnąć, ale mam nadzieję, że jak najdłużej. Dziękuję Wam, którzy byli od początku i tym, którzy nie koniecznie, ale są ze mną do tej chwili. Jesteście cudowni. Na razie dobra wiadomość jest taka, że we wtorek będzie odcinek.Trzymajcie się! 

czwartek, 4 września 2014

Odcinek 19 – Lizzy kontra Normalne Życie

-Serio myślisz, że to może być nasz ciotka? - zapytałam, wpatrując się w zdjęcie. - To może być każdy, wiesz o tym?
-Lizzy, przestań się powtarzać. - jęknął, kiedy zadzwonił mój telefon. - To jest trzecia siostra i koniec. Trzeba tylko się dowiedzieć kto to jest.
Nie odpowiedziałam mu, tylko wciąż wpatrywałam się w wyświetlacz komórki. Nie wiedziałam, czy uznać to za dziwactwo, czy po prostu zignorować... A może... Jest z nim coś nie tak?
Od: Chris
„Nie wychodź przed dom. Sterczą tu jacyś kolesie.”
-Wszystko gra? - z zamyślenia wyrwał mnie z zamyślenia, patrząc prosto w twarz. Spojrzałam w jego brązowe oczy. Te brązowe, paskudnie piękne brązowe oczy.
-Tak, nie musisz się przejmować. - powiedziałam i przesłałam wiadomość do Johna. Arthur nigdy nie zaglądał mi do rzeczy osobistych. Mówi, że nawet przyjaźń ma granice i ani mu się śni, oglądać damskich pierdółek.
-A Twoja mama? No wiesz, ciotka Mary. Może zostawiła tu coś z dzieciństwa?
-Na pewno nie. Mama wprowadziła się tu z jedną torbą ciuchów, kontem w banku i szczoteczką do zębów. Na bank nie ma tu żadnych zdjęć i zapisków. - oznajmiłam, odkładając telefon, ale wciąż trzymając na nim rękę.
-Jesteś pewna? Może jednak...
-Arthur, ile razy mam Ci to powtarzać? Nie ma opcji, żeby coś tu zostało. Trzeba poszukać gdzieś indziej, ale na pewno nie w domu.
Chyba, że pod domem, ale tego nie mogę mu powiedzieć. Już sam wstęp do opowieści brzmi bez sensu. „Hej, wiesz co? Tata zgromadził w piwnicy ściśle tajną dokumentację szpiegowską. Może tamto przejrzymy?” Bez jaj! Normalni ludzie w piwnicy mają wino, a nie szpiegowskie archiwum sprzed lat, co jest zupełnie nienormalne.
~***~
Muszę zacząć zachowywać się jak normalna nastolatka. Typowa, miękka dziewczyna. Ograniczając się do szermierki raz w tygodniu. Zero strzelania. To będzie musiało zaczekać. Dla Arthura. Tyle chyba jestem w stanie zrobić. To nie może być takie trudne. Zacznę chodzić z ludźmi do kina, może ja i Kendall pójdziemy na prawdziwą randkę... Jeszcze spróbujemy zeswatać Madison i Logana. A za następne kieszonkowe nakupię szczeniackich filmów na DVD. W końcu to zawsze jakiś początek. I muszę jeszcze wypisać cztery nominacje do szkolnego plebiscytu „Odlotowa Laska”. To chyba nie jest powyżej moich kwalifikacji. A teraz czas na Kendalla. Arthur obiecał, że jakoś sobie zorganizuje czas... Nie wiem, ale za Kendallem już tęsknię. Chociaż nie widzieliśmy się jakieś... półtorej godziny. Tyle zazwyczaj potrzebujemy, żeby odrobić lekcje i się wytłumaczyć.
Po skończonej notatce zamknęłam pamiętnik i włożyłam go tam gdzie zazwyczaj. Torebka zawsze na miejscu. Chociaż teraz na ramieniu.
-Powieść Cię? - zawołała Greta, wychylając głowę za okno.
-Nie trzeba, to niedaleko. - odkrzyknęłam.
-Baw się dobrze!
-Dzięki, ty też! - zawołałam i zaczęłam iść w stronę parku. Nie wiedziałam, jak tym razem to będzie wyglądać. Nie wiem, co mam zrobić, jak mu powiedzieć o odkryciu Arthura... Chuckowi.
A może on coś wie, ale nie mógł nic powiedzieć. A wątpię, żeby tym razem nam powiedział i wytłumaczył się mówiąc: „Nic jej nie mówiłem, sama się domyśliła”. Nigdy nic nie wiadomo, a lepiej przygotować się na wszystkie ewentualności.
Już prawie doszłam, więc niedługo go zobaczę. Jego. Kendalla... Nagle zobaczyłam Chrisa i Logana, którzy siedzieli na murku przed brzegiem rzeki. Najdziwniejsze miejsce w całym Burbank. Ta rzeka jest tak wąska, że spokojnie można ją nazywać szerokim strumykiem. I właśnie to jest dziwne. Za wąskie na rzekę, za szerokie na strumień.
-Ziemia do Lizzy! - z zamyślenia wyrwał mnie głos Kendalla. Odwróciłam się w jego stronę, wpadając prosto w jego ramiona. A on zrobił coś, co zawsze robił.
Pocałował mnie prosto w usta. Potem uśmiechnął się szeroko i przytulił mocno.
-Coś się stało? - zapytał, marszcząc brwi. - Wyglądasz na przygnębioną.
-Arthur odkrył, że mamy ciotkę i uparł się, że musimy się dowiedzieć kto to jest. - westchnęłam, wiedząc, że mogę mu powiedzieć wszystko.
-Myślisz, że mógłby odkryć jakiegoś wujka w mojej rodzinie, który nie jest terrorystą, psychopatą, albo narkomanem? - odparł, prowadząc mnie wąską alejką.
-Mówiłam poważnie. - jęknęłam.
-Ja też. - kiwnął głową, kiedy siadaliśmy na ławce. - Wiele bym dał, żeby Mój ojciec nie był przestępcą, przemytnikiem... - pokręcił głową. - Chociaż przemyt kiełbasy uszedłby w tłoku.
Uśmiechnęłam się, rozumiejąc jego żart. Teraz pewnie wyglądaliśmy jak na prawdziwiej randce. Tylko szkoda, że cały park roił się od naszej kliki.
-Masz ochotę iść gdzieś indziej? - wyszeptał, kiedy oparłam głowę o jego ramię.
-Miałam nadzieję, że to zaproponujesz. - westchnęłam.
Wstaliśmy z ławki i zaczęliśmy iść w drugą stronę. Byleby znaleźć się poza zasięgiem Carlosa, który zawsze wiedział, kto, gdzie, jak i po co. Gdyby ten człowiek prowadził rozgłośnię radiową, na mieście nie byłoby tajemnic.
-Wszystko gra? - Kendall spojrzał na mnie z góry. No oczywiście. Był ode mnie znacznie wyższy.
-Tak, po prostu na miesiąc mogę zerwać ze szpiegostwem. - wzruszyłam ramionami. - Nie wiem, czy to dobrze czy to źle.
-On nie ma pojęcia, prawda? - Kendall spojrzał mi w oczy. - Może będzie lepiej, jak mu powiesz? Wyglądacie, jakbyście byli blisko.
-Nie chcę go narażać. - wyszeptałam. - Przynajmniej dla jego własnego dobra. Im mniej wiedzą inni, tym lepiej. Mogliby nawet zginąć.
-Ale ja wiem. - zauważył. - I nic mi nie grozi.
-Ty to co innego. - pokręciłam głową. - Jesteś w pewien sposób zamieszany.
-Pewien sposób zamieszany... - powtórzył.
-Przepraszam, nie to chciałam powiedzieć.
-W porządku. - uśmiechnął się. - Wiem, ze jestem synem bandziora. Nic nie może mnie już bardziej dobić. Nie mówmy już o tym. W końcu to nasza chwila.
Doszliśmy już do niewielkiego pałacyku w samym środku parku. Typowe miejsce dla zakochanych par, matek z dziećmi i miłośników psów.
-Słyszysz to? - wyszeptał, przytulając mnie od tyłu.
Wytężyłam słuch. Spośród gwaru udało mi się usłyszeć sztuczny śpiew ptaków.
-Puszczają to z płyty. - spojrzałam na niego.

-Wiem, ale i tak to fajne.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzisiaj tyle. I wcześniej, bo za niedługo nie będę miała kompa i wrócę późno. Jest też dobra wiadomość. Wczoraj się na chwilę odblokowałam, ale tylko na jedną stronę. Zobaczymy co będzie z wtorkową notką. Jak nie będę dawała rady z odcinkami, to notki będą pojawiały się tak często, jak tylko mogę. Oczywiście będę Was uprzedzała, że notki nie będzie, czy coś... Mam nadzieję, że wybaczycie mi, jeśli coś takie nastąpi. No cóż... Liczę, że odcinek Wam się podobał. Do następnej! 

wtorek, 2 września 2014

Odcinek 18 – Lizzy kontra Rodzinna wątpliwość

Z samego rana obudził mnie krzyk. Przeraźliwy, przeszywający uszy krzyk. Czym prędzej wstałam i pobiegłam do gościnnego. Dopiero w połowie drogi zdałam sobie sprawę, że Artuhr u nas nocuje. I nocował będzie przez najbliższy miesiąc.
I rzeczywiście. To on krzyczał. Rzucał się w pościeli, wbijał palce w materac i niemal płakał. Podbiegłam do niego, zaczynając go jakoś uciszać, próbując go dobudzić... Czy coś, ale jego krzyk i tak był głośniejszy. Znacznie głośniejszy od mojego.
-Hej! - wrzasnęłam, mocno ściskając go wokół ramion. - Nic Ci nie jest! Słyszysz?
Dopiero to jakoś podziałało, bo Artuhr przestał krzyczeć. Chyba się obudził, bo słyszałam, jak ciężko oddycha, trzęsie się w moich ramionach.
-Przepraszam. - wymamrotał w końcu. - Nie chciałem, żebyś mnie takim widziała.
-To nic. - wzruszyłam ramionami. - Każdy miewa koszmary. Bo chyba miałeś koszmar, prawda?
Puściłam go, a ten tylko przetarł spocone czoło. Dyszał ciężko, próbując się jakoś wygrzebać z bałaganu skotłowanej kołdry i prześcieradła. Nie wyglądał najlepiej. Wciąż wydawał się przerażone, co zupełnie nie pasowało mi do tego Artuhra, którego znam. Tego zwariowanego dzieciaka, którego nie sposób dogonić w długiej, odświętnej sukience podczas rodzinnego spotkania i spaceru po obiedzie.
-Często ci się to zdarza? - zapytałam, stojąc nad nim i czekając, aż doprowadzi się do porządku.
-Od jakiegoś czasu. - odpowiedział, próbując wyplatać stopę z prześcieradła. - Nie miałem złego snu od kilku dni, więc myślałem, że już minęły. Przepraszam. - powtórzył, zwieszając głowę.
-Przecież nic się nie stało. - odpowiedziałam. - Daj spokój. Chcesz iść pierwszy do łazienki?
-Co? Nie, idź pierwsza. - pokręcił głową, już przywołany do porządku. - Potem porozmawiamy, dobra? Mam do Ciebie jedną sprawę.
-No dobra. - pokiwałam głową i poszłam do łazienki.
~***~
W szkole Artuhr nie był jedynym uczniem w wymiany. Wszystkich było dokładnie ośmioro, a do naszej klasy trafiło dwoje. Ten od Kendalla w końcu zrezygnował i wrócił do siebie, ale dla niego to i dobrze. Teraz mieliśmy wuef. Całą klasą, co jak dla mnie było fajne.
-Skałki. - oznajmił Jack, kiedy wszyscy już byli w sali. No właściwie, prawie, bo Carlosa „boli serce” i poszedł się wyżalić do szkolnego psychologa. I Jamesa, który ma zwichnięty bark, nie wiedzieć z jakiego powodu. - Będziecie to robisz w parach. Kto zaczyna jako pierwszy?
Jack popatrzył po nas, próbując kogoś wychwycić. Tymczasem Kendall spojrzał na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.
-Próbowałaś tego kiedyś? - zapytał po dłuższej chwili.
-Kiedyś. - Wzruszyłam ramionami. - Ale to było jeszcze przed wypadkiem.
Zero tajemnic dotyczy mnie baardzo mocno. Dlatego musiałam mu powiedzieć, co się ze mną działo przez te dwa lata. Artuhrowi jeszcze nie powiedziałam. Nie było okazji. Wczoraj wieczorem wolałam jakoś gadać o nim i słuchać opowieści o ciotce Kate i jej niezliczone romansach. I jakoś tak wyszło, że jego rodzice się rozwiedli. Trzy miesiące temu. Podejrzewam, że „jakiś czas” zapoczątkował u niego te koszmary.
-Chcielibyśmy spróbować jako pierwsi. - odpowiedział Kendall, wytrącając mnie z zamyślenia.
Otworzyłam usta ze zdziwienia. Jak on może...
-My to znaczy Ty i... - zaczął jack, pozostawiając Kendallowi otwarte zdanie.
-Lizzy. - odparł krótko. - Ja i Lizzy.
-Świetnie. - Gold uśmiechnął się szeroko i gestem kazał nam tu podejść. - Załóżcie sobie uprzęże.
Podeszliśmy do ścianki i zaczęliśmy się zabierać za zakładanie uprzęży. Pan Gold trochę nam pomógł. Potem ja i Kendall weszliśmy na górę.
-Lubię wtorki. - oznajmił Kendall, kiedy byliśmy już na średniej wysokości.
-Też je lubię. - powiedziałam, wspinając się wyżej. - Wiesz, że nie musieliśmy tu wchodzić, żeby sobie pogadać? - zapytałam, próbując się utrzymać na kolejnym kamyczku.
-Chciałem po prostu spróbować. - odparł. - Wiesz, zobaczyć, jak to jest, znaleźć się na tej perspektywie.
-I jakie wrażenia? - uśmiechnęłam się do niego.
-Jest inaczej. - oznajmił z przekonaniem. - Ale jedno się nie zmieniło.
~***~
Nadszedł czas na historię, ale Panu Millerowi nie szło dość gładko. Kiedy Emma wpadła po raz piętnasty do klasy, żeby oddać Danny'emu (przystojniak z naszej klasy) długopis, który pożyczyła, myślałam, ze Profesor Miller, znany jako oaza spokoju, wybuchnie na miejscu, ale na szczęście pozostał cały i zdrowy.
-Kto to jest? - wyszeptał Aruhr, wychylając się znad Jamesa, który wciąż się wiercił.
-Emma Daniels. - wyszeptałam, kiedy Profesor Miller pisał na tablicy cztery daty. - Przewodnicząca klas drugich.
-Ona? - Arth uniósł brwi. - Ta idiotka?
-Wiesz, co Lizzy? - odezwała się Madison, która była na tyle blisko, żeby wszystko słyszeć. - Już kocham Twojego kuzyna.
Na jej słowa, Arthur szeroko otworzył usta i spojrzał na nią ze zdziwieniem.
-Nie, że się w tobie zakochałam... - odpowiedziała pośpiesznie. - Po prostu to samo myślimy o Emmie.
-Jak to jest, że ktoś jeszcze na nią głosuje? - zapytał ją, przypisując daty z tablicy.
-Podobno ma jakieś „taśmy Prawdy” - wywróciła oczami, robiąc cudzysłów w powietrzu. - Czasami mam wrażenie, że ludzie tutaj nie wiedzą, co to jest demokracja.
-Madison, jesteś genialna. - wyszeptałam, podnosząc głowę.
Dokładnie w tym samym momencie usłyszałam, jak wibruje mój telefon. Rozejrzałam się, upewniając się, że nikt na mnie nie patrzy. Na wyświetlaczu przywitało mnie zdjęcie Johna.
Od: John
Zapomnij o szpiegowaniu, puki kuzyn u was nocuje, ale zostajemy przy biżuterii.
Jakoś ucieszyła mnie ta wiadomość. Przygryzłam wargę, żeby ukryć uśmiech. Zero szpiegowania, chociaż podsłuch i kamerki zostają.
~***~
Po lekcjach zaczęła się stara, niedobra tyrada Emmy. Skorzystała z okazji, że w Czterech Szpadach roiło się od drugoklasistów, a nam jakoś nie śpieszyło się do domu, ale może tu i lepiej.
-Zaczął się Grudzień! - wrzasnęła stając na stoliku. - Każdy grudzień oznacza nasze szkolne wybory na najbardziej odlotową laskę w szkole i mistera klas drugich.
-O czym ona mówi? - zapytałam Nathalie, która siedziała obok, grzebiąc sobie w talerzu.
-Co za różnica? - wzruszyła ramionami. - I tak ona zawsze wygrywa.
Arthur uniósł brwi. Wyglądał teraz dość dziwnie. Jakby młodziej... Bardziej niewinnie. Właściwie zawsze był taki niepozorny, może chwilami wydawał się słaby, ale był szybki. Potrafił dogonić samochód jadący pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, a to już spory wyczyn.
-A tak właściwie, to o czym rozmawiałaś z Millerem po lekcji? - zapytała Nagle Madison, a James gwałtownie podniósł głowę.
-Zgłosiłam się do pracy dodatkowej. - odpowiedziałam.
-Wygłosisz referat? - Carlos uniósł brwi. - Przed całą klasą?
-Nie. - pokręciłam głową. - Przed wszystkimi klasami drugimi.
~***~
-Chuck i Sarah jeszcze nie wrócili? - zapytał Arth, kiedy rzucaliśmy plecaki obok kanapy.
-Na to wygląda. - wzruszyłam ramionami. - Zjesz coś? Mamy jeszcze tego kurczaka ze wczorajszej kolacji. - oznajmiłam, zaglądając do lodówki.
Arthur nie odpowiedział. Zamiast tego wyciągnął małego laptopa z kieszeni walizki, której jeszcze nikt nie zaniósł na górę.
-Dopiero wróciliśmy ze szkoły i od razu do komputera? - prychnęłam z udawaną dezaprobatą. - No wiesz co? Zawiodłam się na tobie.
Zatrzasnęłam lodówkę z trzaskiem, biorąc butelkę lemoniady z bocznej półki. Arthur zaśmiał się pod nosem, chociaż sama uważałam to za kiepski żart.
-No nie ważne. - pokręcił głową, kiedy nalewałam dwie szklanki napoju. - Musisz coś zobaczyć.
Zmarszczyłam brwi, podchodząc do naszego kuchennego stołu. Na monitorze laptopa było jakieś stare zdjęcie.
-Co się stało?
-Znalazłem to tydzień temu w albumie rodzinnym. - wyjaśnił, powiększając fotografię. - Mama trzymała to w schowku na buty. To moja mama, twoja mama... - pokazywał na dwie dziewczynki.
-A ta trzecia dziewczynka? - zmarszczyłam brwi. - Pewnie jakaś koleżanka z podwórka. - machnęłam ręką, stawiając dwie szklanki obok komputera.
-Koleżanka z podwórka znalazłaby się w albumie rodzinnym? - Arthur zmarszczył brwi, przełączając na następne zdjęcie. - Na każdym był trzy i te same dziewczynki. Nie można tego nazwać przypadkiem.
-Myślisz, że... - urwałam, nie mogąc uwierzyć w to co mówi. - Nie to nie możliwe. Wiesz chociaż, jako ona ma na imię?
-Kiedy tylko zapytałem mamę, wyrwała mi album i wyrzuciła. - wywrócił oczami. - Skończyło się na trzytygodniowych pracach w ogrodzie sąsiada.
-Sąsiada? - zmarszczyłam brwi, patrząc na niego z zaskoczeniem.

-Jakbym pracował w naszym, to nie byłaby kara. - uniósł dłonie z klawiatury i spojrzał mi prosto w oczy. - Myślę, że ta dziewczynka to trzecia siostra Arthur. A nasza ciotka.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zastanawiam się nad zawieszeniem bloga. Dopadł mnie lekki kryzys twórczy. Znaczy... Piszę, ale nie publikuję. W notesie, a to co tam jest nie nadaje się na bloga. Piszę, bo piszę. Jest mi w tym przyjemnie, ale na LA... dzisiaj wydusiłam ledwo trzy akapity. Wczoraj to samo. Może później... Jak trochę odpocznę. 
Mam nadzieję, że podobał Wam się odcinek. Jestem też ciekawa, czy polubiliście Arthura. Na dzisiaj koniec. Dajcie znać, jakie wrażenia. Do następnej!