środa, 29 października 2014

Odcinek 30 – Lizzy kontra Prawda Ostateczna

Siedziałam w salonie, oglądając jakiś teledysk Pitbulla. Kiedy James i Carlos dowiedzieli się, że przez dwa lata leżałam w śpiączce, zgrali mi kilkaset teledysków na płyty DVD i kazali wszystkie obejrzeć do przyszłego tygodnia.
-Lizzy! - usłyszałam głos Din. - Mama jedzie do szpitala. Chcesz się z nami zabrać?
-Jasne! - zawołałam, wstając i zabierając z kanapy torebkę i wyłączając nasz telewizor i DVD.
Wyszłam z salonu i zamknęłam dom. Państwo Lenson ostatnio ostro wzięli sobie do serca słowa Sary, która w pół minuty wygarnęła im co myśli o takim rodzicielstwie.
-Dzień dobry. - przywitałam się z panią Lenson, siadając z tyłu.
-Dzień dobry, Lizzy. - odpowiedziała słodkim głosem. - Jak się czujesz odpoczęłaś już po tym upadku na złomowisku? Co wam przyszło do głowy, żeby się włóczyć po złomowisku.
Złomowisko. Wszyscy myślą, że ja i Kendall mieliśmy wypadek na złomowisku. Kiedy usłyszałam o tej ściemie, myślałem, że Chrisowi nogi z tyłka powyrywam, potem przyszyję i znowu powyrywam. Złomowisko? Na serio? Nie mógł wymyślić czegoś bardziej prawdopodobnego.
-A w jakiej sprawie pani jedzie do szpitala? - zapytałam, zmieniając temat.
-Muszę załatwić kilka spraw z tamtejszymi lekarzami. - odpowiedziała, a ja spojrzałam na Din.
„Interesy.” - powiedziała bezgłośnie, a ja tylko pokiwałam głową na znak, że rozumiem. No tak, mogłam się tego spodziewać. Wysłuchałam opowieści pani Lenson o lekach które sprzedaje. Z drugiej strony... Firma farmaceutyczna? I ja teraz się o tym dowiaduję? No fajnie, tego się nie spodziewałam. Szykowałam się raczej na coś w stylu jej męża. A on z kolei prowadzi bardzo poważny koncern. Szkło pancerne, ramy okien i ogólnie wojskowe opancerzenie domu. A „dzięki niemu” każdy szary człowiek może mieć takie w domu.
Kiedy dojechaliśmy, pobiegłam na oddział intensywnej terapii. Przed salą w której leżał Kendall, zauważyłam Dustina, jego brata.
Dustin ma na nazwisko Belt. On i Kendall mają jedną matkę. Nie znam tej kobiety i nie mogę jej oceniać. To nie w moim stylu. Po prostu nie. A Dustin jest nawet miły. Trochę jak pan Miller. Prowadzi wykopaliska. Gdzieś w Grecji. Podobno znajdowanie replik tarczy Achillesa jest teraz dla nich normą.
-Dustin? - zapytałam, stając naprzeciwko niego. - Jak z nim?
-Obudził się. - oznajmił, a ja poczułam, jak serce podskakuje mi do żołądka. - Teraz lekarz jest u niego, ale mówi, że wszystko będzie z nim w porządku. Pytał o Ciebie.
-O mnie? - zmarszczyłam brwi. - Myślałam, że...
-Oj przestań, uratowałaś go! - zawołał. - Wejdziesz tam, kiedy skończą. Rozmowa dobrze wam zrobi. Bo fajnie. Jesteś jego dziewczyną.
Uśmiechnęłam się blado. Rozmowa. Będę musiała mu powiedzieć o tym, ze moja mama zabiła jego ojca. No tak... To będzie trudne. Bardzo trudne.
Nie wiem., czego się spodziewać. Jak on zareaguje? Nie będzie chciał mnie znać? Tego na razie będę się spodziewała. Może kiedyś mi wybaczy...
~***~
-Dustin, mam prośbę. - powiedziałem po dłuższej rozmowie w sali. - Chciałabym pogadać z Kendallem sam na sam. Dasz nam chwilę?
-Jasne, nie ma sprawy. - odpowiedział. - Trzymaj się, brat.
I wyszedł z pokoju, zostawiając nas samych. Wzięłam głęboki oddech, powoli zbierając w sobie myśli. Wiedziałam, co chcę mu powiedzieć, ale nie wiedziałam jakimi słowami. O tak... Miałam problem. I to poważny.
-Muszę Ci coś powiedzieć. - powiedziałam, powoli zbierając się na odwagę. - Chodzi o to, że tamtego dnia... Po tym jak Twój ojciec Cię postrzelił...
-Lizzy. - przerwał mi spokojnie. - Zaczynam się bać. Przejdź do rzeczy.
-No bo... No bo... - jąkałam się. Mam mu to powiedzieć tak prosto z mostu? Tak, to chyba najlepsze rozwiązanie. Chyba. - No bo moja mama zabiła Twojego tatę.
-Dzięki Bogu... - odetchnął z ulgą, odchylając głowę na poduszce. - Już się bałem, ze któryś z jego ludzi usiłował Cię zgwałcić, czy coś...
-Słucham? - zmarszczyłam brwi. - Jaja sobie ze mnie robisz? Bo jeśli tak, to bardzo okrutne...
-Skarbie... - ścisnął mnie mocniej za rękę. - To była kwestia czasu. Wiedziałem, że ojciec zginie. Byłem na to przygotowany. Było i jest mi bez różnicy, czy ukatrupi go Twoja mama, czy jakiś konkurencyjny przemytnik. A jak z Twoją mamą? Rozmawialiście?
-Tak. - pokiwałam głową, splatając jego palce ze swoimi. - Jest całkiem w porządku. Chyba Chuck nie potrafi jej wybaczyć, że... Że trzymała się blisko Volkoffa.
-Mówisz o naszej nauczycielce? - wychrypiał.
-Nie. O jej ojcu. - odpowiedziałam. - Sprawę przejmie mama. Obiecała mu, że w przyszłym tygodniu wróci do Rosji. Ten koleś to kompletny świr. Ciągle powtarza, że ją kocha. Właściwie... Po co ja Ci to mówię?
-Nie, w porządku. - pokręcił głową. - Wiem, że musisz to z siebie wyrzucić. Twój pamiętnik pewnie już jest cały zapełniony. - zażartował.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Tylko on i Chuck potrafią mi w tak szybkim tempie poprawić humor. Chociaż nie zawsze. Tak na prawdę dobre i od czasu do czasu.
~***~
-Mówię Wam! - zawołała Madison, kiedy po kilku dniach wszyscy wybraliśmy się do Kendalla. - Wchodzisz do publicznej toalety i świat zwalnia.
-Mad, przestań, to obrzydliwe! - zawołał James, krzywiąc się z obrzydzenia.
Szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem mama przekonała personel, żeby nas wszystkich wpuścić naraz. W prawdzie Kendall został przeniesiony na chirurgię, ale wciąż musiał być specjalistycznie leczony. Na razie ma wstawkę na przerwanej tętnicy (już wiadomo dlaczego aż tak mocno krwawił), ale jak tylko wszystko się naprawi, to będzie mógł wrócić do domu.
-Mówię poważnie! - przysięgała. - Ciekawe, jak wy byście się wtedy czyli. Kilka chwil na bezdechu to jest nic. Najgorszy jest ten moment, kiedy ktoś po tobie wchodzi i musisz się tłumaczyć, ze ten nieprzyjemny zapach w środku to nie Twoja sprawka. Że to już tak było.
Kendall przerwał jej wybuchem śmiechu, kiedy Logan i Chris kombinowali coś przy szpitalnej kablówce. Wiem, że to nie działa, ale kiedy próbują to naprawić sami, to mogą jeszcze bardziej to zepsuć. I wtedy może być nie za ciekawie.
-Chłopaki, zostawcie to! - jęknęłam. - Jeff i Lester mają przyjechać to naprawić.
-I co? Mamy pozwolić, żeby jakichś dwóch leszczy odwaliło za nas całą robotę i zgarnęli całą chwałę? - odezwał się Logan.
-Nie no, chłopaki... - zaczęła Din. - Odejdźcie od tego, bo jeszcze Was prąd kopnie.
-Poza tym, nie leszczy, tylko serwisantów. - dodałam.
-Znasz ich? - Chris zmarszczył brwi.
-Tak, znam. - pokiwałam głową. - Pracują z Chuckiem.
-A to, jak z Chuckiem, to zostawiamy... - Logan uniósł dłonie w geście poddania.
Pokręciłam głową. Wariaci.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie popisałam się... Wiem, przepraszam. Ale lepsze to niż nic. Dzięki pewnym filmikom na YouTubie powoli wraca mi wena, a niestety coraz bardziej brakuje czasu. Dowodem są straszne tyły z Waszymi blogami i tak opóźniona notka. Będę się starać. Tylko Tyle mogę obiecać. Mam nadzieję, ze dzisiejszy odcinek Wam się podobał. Dajcie znać, jakie wrażenia. Trzymajcie się cieplutko. Na razie!  

środa, 22 października 2014

Odcinek 29 – Lizzy kontra Poważne Rozmowy

Weszłam do sali w której leżał Arthur. Podobno Mama i ciotki przekonały personel medyczny, żeby dali nam odrobinę prywatności. W sali byli już wszyscy. Z wyjątkiem mnie. Zajęłam jedno z wolnych krzeseł obok łóżka Arthura.
-Dobrze, że już wszyscy jesteśmy. - westchnęła mama. - Musimy poważnie porozmawiać. Jak wiecie, odeszłam od rodziny, żeby prowadzić śledztwo dotyczące nielegalnej organizacji „Volkoff Industries”. Wszyscy zajmujemy się tymi organizacjami, które są ze sobą powiązane. Krąg, Frcrum, Rodzina Volkoff... Przez kilkadziesiąt lat pracowałam w tej firmie incognito. Może akta zostały zapieczętowane. Alexi ma wszędzie swoich ludzi.
-Czekaj... - zmarszczyłam brwi. - Volkoff?
-Tak, Alexi Volkoff. - mama pokiwała głową. - Ojciec Vivian.
-Powinniście wiedzieć, że Alexi jest sto razy bardziej niebezpieczny od swojej córki. To szalony człowiek. A co najgorsze... - przerwała, przełykając ślinę. - Jest we mnie zakochany.
-To znaczy że... - zaczął Arthur, ale mama pokręciła głową.
-Nie jesteśmy razem. - odpowiedziała. - Ani razu z nim nie spałam. Nie mogłabym zdradzić męża. Nawet teraz. Minęło zbyt mało czasu. Zbyt bardzo go kochałam.
Chuck spojrzał na mnie wprost miał taką minę... Zupełnie, jakby... jakby o wszystkim wiedział, a przynajmniej o większości tych rzeczy.
-Chcesz powiedzieć, że Alexi Volkoff zajmuje się tym samym, co jego córka tylko na większą skalę? - zmarszczyłam brwi, kiedy ciotka Kate podała mi kubek herbaty.
-O wiele. - pokiwała głową. - To jest moja misja. Właśnie dlatego musiałam od was odejść. Wiem, że Was zraniłam i jest mi bardzo przykro. Nie mogłam złamać rozkazu.
Rozkazu... Rozkaz. To słowa coraz częściej przewija się w mojej głowie, notatkach w pamiętniku i na każdym kroku mojego życia. Przynajmniej tej szpiegowskiej strony.
Ciotka Kate pogłaskała Arthura po głowie. Wiedziałam, ze teraz czuje się trochę lepiej, ale nie miałam odwagi, żeby na niego spojrzeć. To było ponad moje siły. Przynajmniej emocjonalnie.
-Musiałam się odciąć od rodziny. - powiedziała ciotka Diane, krzyżując ramiona. - Nie miałam dzieci, wychodziłam za mąż i wszystko było znacznie prostsze. Wy dwoje mieliście wtedy po jakieś dwa latka. I dlatego nie było sensu mówić Wam o moim istnieniu.
-To było po moim zajściu w ciążę. - oznajmiła ciotka Kate. - Właśnie kończyłam misję. Byłam kochanką Schmidta. Mój mąż o wszystkim wiedział. Nie podobało mu się to, ale rozumiał całą sprawę.
-Zaraz... - Arthur zmarszczył brwi. - Czy to znaczy... Że on jest moim ojcem?
-Nie. - ciocia pokręciła głową. - Kenneth miał bladą karnację i jasne włosy. W przeciwieństwie do Roberto, który w dużej części jest Meksykaninem. Odziedziczyłeś jego latynoską urodę, pamiętasz?Poza tym Kenneth miał obsesję na punkcie stosowania prezerwatyw.
Pogładziła go po ciemnych włosach i śniadym policzku. Zastanawiałam się... Jak zachowywałaby się moja mama, gdyby... Gdyby nie odeszła. Cało czas z nami była. Może podobnie?
-W każdym bądź razie, musiałam odejść. - oznajmiła. - To było moje ostatnie zadanie.
~***~
Po całej tej rozmowie wyszłam na zewnątrz. Teraz czeka mnie inna, nawet trudniejsza rozmowa życia. Z moimi przyjaciółmi.
Spodziewam się, że Logan i Chris będą mieli dużo pytań. Może nawet bardzo dużo. Wiem, że to coś jest dla nich nowością. Sama nie wiem, jak bym zareagowała.
Poszłam na autobus i kupiłam u kierowcy lewy bilet. Nie miałam czasu kupować tańszego u dyspozytorki. Po kilkunastu minutach jazdy wysiadłam na przystanku, niedaleko domu Chrisa. Szłam tam może pięć minut. Zapukałam. Otworzyła mi jego mama.
-Dzień dobry, pani Hudson, czy ja... - zaczęłam, ale ona tylko życzliwie się uśmiechnęła.
-Oczywiście, wejdź, proszę. - odpowiedziała z uśmiechem. - Chris jest u siebie w pokoju z kolegami. Napijesz się czego?
-Nie, dziękuję. - pokręciłam głową.
Trochę drgnęłam na słowo „koledzy”. Miałam tylko nadzieję, że to Logan, James i Carlos. Jeśli nie... To będę musiała przełożyć tę pogadankę.
Kiedy weszłam do pokoju Chrisa, ucieszyłam się ,kiedy zobaczyłam całą naszą ekipę. O ile można się ucieszyć w takiej sytuacji.
-Dobrze, że wszyscy tu jesteście. - westchnęłam. - Muszę z Wami o czymś pogadać.
-Co z Kendallem? - zapytała Din, która siedziała na krześle od biurka. Reszta zajmowała miejsca na łóżku i poduszkach do siadania.
-Stabilny. - odpowiedziałam. - Dojdzie do siebie. Potrzebuje tylko trochę czasu. Teraz adoptuje go starszy brat. Zadbaliśmy o to, że go sprowadzić.
-A jego ojciec? - Carlos zmarszczył brwi, a Din spojrzała na niego ze smutną miną.
-Nie żyje. Nie pozwalał mi go ratować, wtedy moja mama...
-Twoja mama? - powtórzył James, unosząc brwi. - To ona żyje?
-Tak, żyje. - pokiwałam głową. - I miewa się całkiem nieźle. Wtedy strzeliła mu w tył głowy. Myślałam, że Logan i Chris już wam powiedzieli.
-Nie miałem odwagi. - Wymamrotał Logan.
-Myślisz, że ja miałem? - naskoczył Chris. Potem spojrzał mi w oczy. - Od Ciebie powinni się tego dowiedzieć. Właściwie my też.
Wzrok wszystkich skierował się na mnie. Poczułam narastającą panikę. Czy właśnie tak czuł się Chuck, kiedy mówił o wszystkim Morganowi? To było okropne.
-Zacznijmy od środka. - westchnęłam, wiedząc, że już się od tego nie wywinę. - Jestem szpiegiem. Pracuję dla CIA.
-Co? - wrzasnęli wszyscy naraz.
-Jak to możliwe? - dodała Madison. - Przecież nie mogłam tak po prostu chodzić na lekcje, dostawać tak dobrych stopni i jeszcze szpiegować po godzinach. Spotykałaś się z nami. Czy to znaczy, że ty nas...
-Nie, nie was. - pokręciłam głową. - Tylko Profesor Volkoff. Wystarczyło podłożyć podsłuch, jakiś nadajnik i czasami pójść gdzieś w teren.
-A co nauczycielka sztuki ma z tym wspólnego? - zapytała Natalie, siedząc po turecku na poduszce. - Może i jest trochę... oziębła, ale nikomu nie robi krzywdy.
-Produkuje groźną broń. Jak widać, dobrze się z tym kryła. Teraz gdzieś zwiała. Nie ma z nią żadnego kontaktu.
I po krutce opowiedziałam im co i jak. Kiedy skończyłam, ludzie wpatrywali się we mnie ze zdziwieniem.
-Jak to jest, ze wcześniej Nam nic nie powiedziałaś? - wykrztusiła w końcu Din. - Przecież mogłaś coś... No wiesz. Coś.
-Nie mogłam. - pokręciłam głową. - Ta wiedza jest niebezpieczna. Nie chciałem Was narażać, choć bardzo pragnęłam, żeby wyznać Wam całą prawdę.
-Dobra. - westchnął James. - Teraz najważniejszy jest Kendall. Jemu też musisz powiedzieć.
-Musze mu powiedzieć, ale co innego.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tadam! Wyszło takie... coś. Musze się streszczać, bo mam jeszcze wypracowanie z Polskiego do napisania. Nie, nie na komputerze. Nasza Polonistka tego nie lubi. A potem odpisać wszystkim na nk... A teraz... komentarze!

Ej, ja też chcę te analizę komentarzy!
Co do rozdziału to są na dobrej drodze. Ojciec Kendalla sobie to może świetnie wykombinował. No bo kto by trzymał porwanego w hotelu prezydenckim? Tam by go raczej nikt nie szukał. No chyba, że tam go nie będzie. Będzie za to kiepsko. Volkoff zniknęła? Szybko się zawinęła. Pewnie też coś wyniuchała albo właśnie ojciec Kendalla jej coś powiedział skoro współpracowali razem. Czekam na ten ważny moment dla opowiadania/serialu. Odcinek świetny :)

PS Ja się zastanawiam jak Ci się udaje pisać u mnie takie długie komentarze, bo mnie to rzadko się zdarza. Jestem pod wrażeniem.
Właśnie. Kto normalny? A kto powiedział, że to ma być normalne? Nikt! A jak pisze takie długie komentarze? Po prostu odbiegam od tematu i tak jakoś wychodzi.

Dowiemy sie czegoś ważnego i ty sugerujesz, że nie chcemy wiedzieć? Serio? Czy ty odrobinę znasz swoich czytelników? xD
Jakas rozrywka na ten środowy wieczór. Co z tego, że ten rozdział czytam z nad masy książek i zeszytów.
Czekam :)
Miałam na myśli przedpremierowe spoilerowanie. A wiem, ze nikt tego nie lubi. A teraz... Do książek! Uczyć się, uczyć...

Jestem dosyć ciekawa co ma być tą ważną wiadomością, analiza komentarzy jak najbardziej jestem za. Oby Arthur był cały i zdrowy. Lizzy musi naprawdę ufać Przyjaciołom że chcę im powiedzieć o swoim ' drugim życiu ' . Jestem ciekawa jak zareagują :). Czekam na następny odcinek, jestem mega ciekawa tej wiadomości .
Jak widać, powoli wszystko się układa. Będzie dobrze, bo inaczej być nie może. Jakbyście mnie nie znali...

Lubie takie zakończenia!!!!! Może jestem dziwny, ale je lubię. Nie wiem tylko, czy wiesz, ale mszcząc się na Marli, krzywdzisz innych czytelników, którzy takich zakończeń nie lubią.
Rozdział fenomenalny! Dobrze robi Ci ta zmiana harmonogramu :) Głupi stray zgred Schmidt, co on sobie wyobraża?! I jeszcze to "odsuń się od gówniarza" ten człowiek jest całkowicie pozbawiony uczuć.... Postrzelił włąsnego syna i nie pozwala go ratować... Nie szkoda mu tych wszystkich plemników, które biły się, by on powstał? A więc to Chris i Logan dowiedzieli się jako pierwsi... Obstawiałem Chrisa, ale bardziej byłem za Arthurem.. Hmmm..... No cóż. Ciekawe czy im się nic nie stanie. Witamy panią mamę. Widać dobrze zna się z panem skurwielem tatą... Szkoda, że nie trafiła mu między oczy... Zastanawiam się o czym on mówił... To o tym złamanym sercu. Może chodzi o tą zaginioną siostrę, której imię już znamy. Tylko dlaczego chce teraz złamać serce Lizzy? Dlaczego akurat jej??? Szlag by to... Do środy. :)
Powiem szczerze, że mnie lekko zatkało, kiedy to przeczytałam. Przynajmniej początek. Ja wiem... Zemsta zemstą, ale od czasu do czasu chyba mogę tak urwać, prawda?

Normalnie nie wiem co napisać.. Zaskoczyłaś mnie. Włączyłam piosenkę i ciary mnie przeszły, to genialnie pasuję. A scena z reanimowaniem Kendalla naprawdę poruszająca. Można się wzruszyć Genialny odcinek. Czy Ojciec Kendalla nie ma żadnych uczuć?! Żeby strzelać do własnego Syna? Jest naprawdę potworny.. Zabiłabym gościa. Odcinek GENIALNY !! Czekam na ciąg dalszy. 
Po pierwsze nie wiem, czy pustkę w głowie mam policzyć jako komplement... Jak widać, kiedyś byłam fanką „Kryminalnych”. A ta melodia jest moja ulubiona.

Dlaczego ty taka jesteś? Kendall musi żyć. W sumie i tak wiem, że przeżyję, bo już dosyć się nade mną znęcasz.
Muszę ci powiedzieć, że miałam przeczucie, że pojawi się mama Lizzy i Chucka, ale nie sądziłam, że tak szybko. Co kryję się za słowami "Nie dowiesz się tego od niego tylko ode mnie"
Przy tej muzyce płakałam cały czas.
czekam <3
Płakałaś przy tym? Powaga? Rety... To już drugi wyciskacz łez, jaki napisałam w życiu.

Nie wierzę, że jesteś taka zła. Myślałam, że Kendall w tym odcinku się wzbudzi, a tu nic.
Ciekawi mnie co to za misja mamy Lizzy, że odeszła od rodziny. Mam nadzieję, że niedługo mi to wyjaśniasz.
Czekam :)
Poczekasz sobie jeszcze, aż Kendall się wybudzi, bo mam zamiar trochę to wydłużyć. Na razie pociesz się faktem, ze jest stabilny.
Jak to generał Backman to trzecia siostra?! Czemu ona to cały czas ukrywała?! Wgl mam wrażenie, że Chuck o wszystkim cały czas wiedział i że jeszcze nie jedno ukrywają przed Lizzy. Biedny Kendall, niech szybko z tego wyjdzie. Ważne, że żyje. Dobrze, że z Arthurem już lepiej. Ciekawi mnie ta rodzinna rozmowa. Pewnie poruszą wiele ciekawych kwestii. Za tydzień odpowiadasz na komy? Cudnie. :)
Wszedłem w klika. Myślałem, że to jakaś zemsta na Marli, za scenę erotyczną, której nie było, ale nie, to po prostu opisy sióstr Arthur. Ufff. Super rozdział i opisy. do środy ^^
Tak, Generał Beckman to trzecia siostra. No proszę cię... To było tak przewidywalne, że nawet mój mało inteligentny kumpel (Nie obraź się, sam tak powiedziałeś.) jakimś sposobem się tego domyślił.

Teraz to mnie zatkało.. Zastanawiam się co mam napisać, ale nie wiem. Może Kendall w końcu będzie mógł żyć spokojniej bez obawy o Ojca gangstera. Zaciekawiłaś mnie tymi rozmowami, już wiem że
to będzie naprawdę coś. Opowiadanie na razie kręci się wokół Lizzy. A gdzie reszta bohaterów? Ich rozterki miłosne, nastoletnie problemy? Mam nadzieję że się w końcu pokażą :).Czekam z niecierpliwością na następny odcinek.
pozdrawiam ;* .
Reakcja Kendalla za jakieś dwa tygodnie... jaka szkoda... Najpierw przyjedzie jego brat. Zobaczycie to za tydzień. I jak widać, resztę paczki już powoli wprowadzam.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

A teraz się żegnam. Do środy. Dajcie znać jakie wrażenia po przeczytaniu. Trzymajcie się!  

środa, 15 października 2014

Odcinek 28 – Lizzy kontra Wielokrotne Wyjaśnienia

Siedziałam na szpitalnym korytarzu, próbując jakoś dojść do siebie. Kendall wciąż był operowany, a Arthur leżał za ścianą. Przynajmniej był już bezpieczny.
-Kochanie? - poczułam na ramieniu dłoń mamy. - Wypij to. Poczujesz się lepiej. To tylko herbata.
Spojrzałam na nią załzawionymi oczami. Bardzo chciałam się teraz uspokoić, ale nie mogłam. Mój chłopak wciąż może umrzeć, a ja nie powiedziałam mu najważniejszego. Wiadomo czego. Nie chcę już tak żyć. To jakieś przekleństwo.
-Jak Ty to robisz? - wyszlochałam. - Przecież Ty...
Odeszłaś... Zabiłaś tatę Kendalla... - dokończyłam w myślach. Jest tak wiele pytań, które chciałabym teraz zadać, chociaż nie mogłam. Spojrzałam na Chucka, który rozmawiał z lekarzem. Na pewno o Arthurze. Bo na Kendalla jest jeszcze za wcześnie.
-Zrobiłam to wszystko, żeby Was Chronić. Ciebie, Twojego brata, Twoją siostrę... Nie mogłam pozwolić, żeby misja zrujnowała mi rodzinę. Dlatego odeszłam.
-Mamo, ja... - zaczęłam, ale nie skończyłam, bo podszedł do nas Chuck.
-Cyjanamid Wapnia. - oznajmił. - Średnia ilość, którą podali Arthurowi nie jest śmiertelna. Nic groźnego. Objawy są uciążliwe, ale na szczęście krótkotrwałe. Za dwa, trzy dni wszystko będzie w porządku. Chcesz do niego teraz iść?
Westchnęłam i upiłam trochę płynu barwy moczu. Zapachniało mi ziołami. Rumiankowa herbata poparzyła mi język, ale po kilku sekundach przestałam płakać, jakby coś wewnątrz nakazało mi się uspokoić. Zmrużyłam oczy i weszłam do środka.
Podeszłam do łóżka, na którym leżał Arthur. Odgarnęłam spocone włosy w jego czoła, na co on otworzył oczy i uśmiechnął się blado. Jego twarz i oczy były zaczerwienione.
-Hej. - wyszeptałam, uśmiechając się blado. - Jak się czujesz?
-Zmęczony. - odpowiedział, wywracając oczami, jakby naprawdę miał stracić przytomność. - I nie mogę dostosować temperatury. Raz jest mi zbyt zimo, raz za gorąco. Ale lekarz mówi, że to minie.
Rozejrzałam się po pokoju i spojrzałam na kardiomonitor wiszący nad jego głową. Widziałam, jak wyglądał mój, a jak wygląda ten. Coś było nie tak.
-Masz bardzo niskie ciśnienie. - zauważyłam.
-To nic. - pokręcił głową. - To też minie. Lizzy, tamten facet... On powiedział, że cała nasza rodzina to szpiedzy. Że Ty też pracujesz dla rządu. To prawda?
-Tak. - pokiwałam głową. - Później wszystko Ci wyjaśnię. A teraz śpij. Musisz odpocząć.
-A zaśpiewasz mi coś? - poprosił.
Parsknęłam śmiechem, a on tylko się uśmiechnął. Zaczęłam szukać w głowie jakiejś wolnej, spokojnej piosenki.
But there are some things that I know
Just come here and I will show
In your eyes it's really clear
You can if you try, imagine inside
We can paint our souls with all of the colors
We can sing and shout, yeah
We can fly up high with no wings to guide us
Be the words to all my songs
Find myself in your voice
I am not the sun in your eyes
And tomorrow is a surprise...
~***~
Kiedy Arthur zasnął, wyszłam z pokoju i podeszłam do mamy. Siedzieli pod ścianą i cicho rozmawiali. Chuck stał obok i bawił się telefonem.
-Sarah przesłuchała już Mendelsona. - oznajmił. - Nie sypnął, ale zastanawiamy się nad przetransportowaniem go do Meksyku.
-Do Meksyku? - zmarszczyłam brwi.
-Można tam stosować tortury. - Wyjaśniła mama. - Jakieś wieści od Lloyda?
-Żadnych. - pokręcił głową. - Numer telefonu Vivien jest nieaktywny. Szukamy jej.
-A GPS w komórce? - zapytałam, wiedząc, że Lloyd tam coś podkładał.
-Namierzyliśmy go pięć minut temu. - odpowiedział. - Sygnał wychodzi z wysypiska śmieci na Beverly Hills. Sprawdzimy jeszcze lotnisko, ale wątpię, czy coś tam znajdziemy.
Westchnęłam i oparłam się o ramię mamy. Cieszyłam się, że jest tutaj, że mogę się do niej przytulić, mimo że okoliczności były okropne. Zmrużyłam oczy i rozejrzałam się po korytarzu. W naszą stronę szły Ciotka Kate i Generał Beckman. Teraz już Ciotka Diane.
-Siostry Arthur znowu w jednym pomieszczeniu. - westchnął Chuck. - To niemal historyczny moment. Może przesadzam.
-Gdzie jest mój syn? - zapytała ciotka Kate.
-Tam w sali. - odpowiedziałam, wskazując brodą na drzwi naprzeciwko. - Teraz śpi.
-Ciociu... - Chuck spojrzał na nią przepraszająco. - Przepraszam, ja...
-To nie Twoja Wina, Chuck. - oznajmiła, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Nie mogłeś tego przewidzieć. A co z tym skurczybykiem, który...
-Nie żyje. - odpowiedziała mama. - Zabiłam go.
-I dobrze. - odpowiedziała, siadając obok mnie. - Niech odpocznie.
Wiedziałam, ze ma na myśli Arthura, a nie Starego Schmidta. Podkuliłam kolana pod brodę, przytulając je do piersi.
-Wciąż tak robisz? - westchnęła mama, odgarniając mi włosy z oczu. - Kendall z tego wyjdzie, zobaczysz. To silny chłopak.
~***~
Przeszłam przez korytarz oddziału Intensywnej Terapii. Kendalla znalazłam niemal natychmiast. Na początku tylko oparłam się o ceramiczny parapet dzielący pokój od korytarza.
-Dwa lata temu byłaś w podobnym stanie. - usłyszałam głos Chucka.
Spojrzałam na niego z pytaniem wymalowanym na Tworzy. Na pewno się domyśli. W końcu to mój brat. Zna mnie jak nikt inny.
-Szedłem za Tobą. - wyjaśnił. - Nie powinnaś być teraz sama, ale możesz przy nim posiedzieć, jeśli chcesz. - Zmienił nagle temat. No oczywiście. Nie czas o wspomnienia z wypadku. - Wiesz... Potrzymać za rękę, albo... Znowu powiedzieć, że go kochasz.
-Skąd wiesz, że mówiłam Kendallowi, że go kocham? - zapytałam, czując łzy na policzkach.
-Miałaś włączony mikrofon. - wyjaśnił. - I Vici mi powiedziała. Nie wiedziałem, że przyjadą posiłki ze strony Schmidta. Z tym poszło o wiele trudniej. I jeszcze jedno. Za dwie godziny obudzi się Arthur. A to będzie dobry moment na rodzinną pogadankę. Mama, ciotka Kate i ciotka Diane twierdzą, że zbyt długo przekładały tę rozmowę.
Zmarszczyłam brwi, spoglądając w jego brązowe oczy. Czemu wszyscy w naszej rodzinie wszyscy mają brązowe oczy? Takie geny? Chyba tak, to jedyne wytłumaczenie.
Weszłam do pokoju i położyłam Kendallowi dłoń na czole. Wyglądał tak niewinnie, tak krucho... Nawet nie mógł sam oddychać. To właściwie nie powinno mnie dziwić. Jego obrażenia... Są naprawdę poważne.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wszyscy, którzy obstawiali Arthura, mieli rację. Wiem, że to trochę skomplikowane, ale takie miało być. Za tydzień będą dwie baardzo poważne rozmowy. Na razie Lizzy się zastanawia nad tym wszystkim. I jak pewnie zauważyliście, jest trochę zachwiana emocjonalnie, co ma po Chucku.
Dajcie znać, jakie wrażenia. Pod następną notką odpowiadam na komentarze.
I jeszcze jedno...
Ostrożnie!
Klikasz na własną odpowiedzialność!

środa, 8 października 2014

Odcinek 27 – Lizzy kontra słodka prawda

To było już dawno. Sama nie wiem, dlaczego do tego wracałam. Może po prostu... Chciałam się chwycić wszystkiego, co tylko możliwe. Tak, wiem... To czasami jest bez sensu, ale teraz bezpieczeństwo Arthura jest dla mnie najważniejsze.
Wybiegliśmy na dziedziniec, kierując się do samochodów. Rozejrzałam się po placu, modląc się, ze nikogo nie było w zasięgu wzroku. W końcu wsiadłam do Granatowej Cow Vic Johna, siadając z tyłu obok Kendalla. John pozwolił Grecie prowadzić, co było dla niego dość nietypowe, bo ten samochód to jego największy skarb. Chuck, Sarah i Carina już pojechali, taszcząc ze sobą trzy spore walizki. Coś mi mówiło, że to będzie długa misja.
Jechaliśmy może kwadrans. Wiem, że mam do tego podejść na zimno, ale to chodzi o mojego kuzyna. Mojego ukochanego kuzyna.
-To tu? - zapytała Greta, kiedy cała nasza trója wysiadła.
-Tak. - pokiwał głową, ale zanim poszłam za nimi, John odwrócił mnie w swoją stronę.
-To dla Ciebie. - oznajmił, wręczając mi pistolet. - Jeden z usypiaczy Chucka. Schowaj pod marynarką. Uważaj na siebie.
-Ty też. - wyszeptałam.
Wzięłam od niego pistolet i schowałam w wewnętrznej kieszeni. Znałam zasady. Tylko w razie konieczności. Przynajmniej takie są zasady Chucka. Nawet mi się podobają.
Weszliśmy do mieszkania, a właściwie tego wielkiego domu. Kendall natychmiast otworzył nam drzwi. W środku było przynajmniej zimno. Ale nie zimno-zimno. Emocjonalnie zimno.
-Wrócił... - usłyszeliśmy wyniosły głos. - Syn marnotrawny.
Zza jednych z ciemnych drzwi wyszedł stary Schmidt. Nie przypominał tego napalonego gościa, który ślinił się na mój widok.
-Własnego ojca wkopać? - wrzasnął, wyciągając krótką broń. - Prosto w łapy CIA? Wstydziłbyś się! Jestem Twoim ojcem i to Ty masz mnie słuchać!
-Sam się o to prosiłeś. - wycedził Kendall przez zaciśnięte zęby. - Było nie handlować nielegalną bronią. Jesteś ostatnią osobą, która ma prawo mnie pouczać.
Ja, Greta i John wyciągnęliśmy broń, celując prosto w niego. Tak, zęby osłonić. Kendalla.
-Lisa... - zaczął, mierząc mnie spojrzeniem. - Wolałem Cię w stroju Nagiego Anioła.
-To jest Lizzy. - przerwał mu Kendall, lustrując go wzrokiem. - Moja dziewczyna.
-Dziewczyna, tak? - prychnął. - Ta mała suka?
-Poddaj się i daj się Aresztować! - wrzasnął John.
-Chyba żartujesz? Myślisz, ze się Ciebie przestraszę? Takiego chłystka z mordą gliniarza?
Zaczął się głośno śmiać. Znienawidziłam go jeszcze bardziej niż wcześniej. Wiem, że to ostatnie bydle. Ale czegoś takiego się nie spodziewałam.
-Gdzie jest Arthur? - wycedziłam przez zaciśnięte zęby, ledwo powstrzymując emocje.
-Kto? Nie wiem o czym mówisz.
-Doskonale wiesz. - usłyszałam zachrypnięty, kobiecy głos. - Gdzie jest mój siostrzeniec?
Odwróciłam się i zobaczyłam kobietę, której twarz dobrze znałam.
-Mama? - zmarszczyłam brwi.
-Mama, tak? - zaśmiał się Schmidt, teraz zmieniając swój cel.
Mama przeładowała broń i zaczęła celować prosto w jego głowę. Teraz nabrałam pewności, że to nie był usypiacz.
-Dobrze słyszałem o słynnych siostrach Arthur. Jedna dobra w ucieczkach, druga w strategi... A trzecia jest strzelcem wyborowym. - Oznajmił, przechadzając się po przedpokoju, jakby rozmawiał z nami o pogodzie. - I właśnie ta trzecia stoi tuż przede mną.
-Powiedz, gdzie jest Arthur, albo strzelę Ci między oczy. - wrzasnęła mama, wyprzedzając mnie i Kendalla, tak, ze stała na równi z Gretą i Johnem. - A wiesz, że dobrze strzelam.
-Tak myślisz? - przechylił głowę, wciąż bezczelnie się śmiejąc. - Jeśli za dziesięć minut się nie zamelduję, mój człowiek poda waszemu kochanemu Arthurowi kolejną dawkę toksyny. A to go zabije. Nie chcecie tego, prawda?
Serce mi stanęło na wzmiankę o toksynie. Nie nie nie! Nie pozwolę na to! Po moim trupie!
~**Chuck**~
Zacząłem nerwowo kołysać się na krześle. Martwiłem się o Arthura. To moja wina. Był pod moją opieką. Byłem za niego odpowiedzialny. Wciąż jestem za niego odpowiedzialny.
-Kochanie? - usłyszałem niepewny głos Sary. -Wiem, że się martwisz, ale znajdziemy go w odpowiednim czasie. Nic mu nie będzie.
-A co jeżeli nie? - zapytałem, spoglądając jej w oczy.
-Nawet tak nie mów. - wyszeptała. - Jesteśmy najlepsi, pamiętasz?
Nie odpowiedziałem, tylko wciąż siedziałem z głową między kolanami. Jak mogłem zachować się aż tak nieodpowiedzialnie? Jak jakiś gówniarz.
-Słuchajcie, znalazłam go! - usłyszałem głos Cariny.
-Jest cały? - dopadłem z niepokojem do mikrofonu.
Proszę, bądź w porządku... Proszę bądź w porządku... - powtarzałem w myślach, czekając na jej odpowiedź. Wziąłem głęboki oddech, żeby jakoś ukoić emocje.
-Nie jest dobrze. - odpowiedziała nerwowym głosem. - Jest cały zaczerwieniony i... Ma taki niepokojący oddech.
-A co z człowiekiem Schmidta? - zapytała Sarah, wychylając się do mikrofonu.
-Znokautowałam go i związałam. Wezwijcie pogotowie. Chłopak chyba został otruty.
~**Lizzy**~
Drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wszedł Logan w towarzystwie Chrisa. W tym właśnie momencie miałam ochotę ich pozabijać.
-Jak wy?! - wrzasnęłam, odwracając się w ich stronę.
-Jechaliśmy za Wami. - odpowiedział Chris, cofając się dwa kroki, widząc, że trzymam broń. - Lizzy, co Ty...
-Co, zaskoczony? - prychnął ojciec Kendalla. - Wasza koleżanka jest szpiegiem. Kretem od CIA!
Ostatnie zdanie wykrzyczał, przy czym zmrużyłam oczy. Nie chciałam, żeby się tak tego dowiedzieli. Miałam to zrobić po swojemu.
-Kate... Mary... I Diane. - wymienił stary Schmidt. - Trzy siostry Arthur. Dawniej pracowały razem, ramię w ramię... Teraz rozdzielone. Jedna na solowej misji, druga rzuciła szpiegostwo, a trzecia poszła do wojska i przeszła do NSA.
Diane. - powtórzyłam w myślach. - Trzecia siostra ma na imię Diane. I pracuje dla NSA. Dokładnie tak ja... O nie! To nie może być ona.
-Przestań, Kenneth. - wychrypiała mama. - Nie czas na takie dyskusje. To moje rodzinne sprawy.
-Nie tylko. Jest tu Twoja córka, tak? Mierzy we mnie usypiaczem. - prychnął, nic sobie nie robiąc z Johna, który mierzył w niego znacznie większą bronią. - Mój syn mnie zdradził. Mój własny Syn. Ale już nie mam syna.
-Poddaj się. - prychnął John. - Wsparcie już jedzie.
-Nie myśl, że wzbudzisz we mnie poczucie winy. - wycedził Kendall przez zaciśnięte zęby.
-Ależ oczywiście, że nie! - zaśmiał się ohydnie. - Czas, żeby malutka Lizzy dowiedziała się prawdy. Twoja siostra złamała mi serce, a teraz ja złamię je Tobie.
-Mamo, o czym on mówi? - zapytałam, patrząc na nią ze zdziwieniem.
-Nie dowiesz się tego od niego. - powiedziała mama. - Tylko ode mnie.
Mama strzeliła, ale nie trafiła. Wiedziałam, że specjalnie. Jest za dobra, żeby chybić. I w pewnym sensie nie chybiła, bo przestrzeliła rurę od klimatyzacji. Ciekły azot zaczął wyciekać, tworząc cienką kolumnę lodu. Temperatura w pokoju nagle spadła.
-Wyszłaś z wprawy, Mary. - prychnął i wyciągnął karabin spod komody.
Zaczął strzelać. Po jednym ze strzałów Kendall wciągnął gwałtownie powietrze. Jego ojciec go trafił. Przebiegłam poprzek korytarza, łapiąc go z tyłu, żeby nie upadł.
-Uciekajcie! - krzyknąłem do Logana i Chrisa.
-Ty też! - wrzasnął John. - Wyprowadź dzieciaka!
Kiwnęłam głową i wywlokłam Kendalla na zewnątrz. Kiedy byłam na tyle daleko, położyłam go na Ziemi. Zauważyłam nadjeżdżające samochody.
(Pisałam przy TYM! Odtwórzcie sobie, jeżeli możecie)
Kiedy wokół trwał gwar, ja pochyliłam się nad twarzą Kendalla. Chciałam usłyszeć, jak powietrze z jego zakrwawionego nosa muska mój policzek. Pomimo, że wstrzymywałam oddech nie mogłam tego poczuć, ani usłyszeć.
Bez zastanowienia zatkałam jego nos i wdmuchałam mu powietrze do ust. Jeśli on nie pamięta, jak się oddycha, to ja mu to przypomnę.
Ponownie pochyliłam się nad jego twarzą, próbując wyczuć jego oddech. I wyczułam. Jeden przepływ powietrza. Tego samego powietrza, które przed chwilą mu wdmuchałam. Później nic. Cisza.
Z braku lepszych pomysłów jeszcze raz wdmuchałam mu to cholerne powietrze, ale bez większych rezultatów. Skutek był niemal identyczny.
-No rusz się, słyszysz?! - krzyknęłam, kładąc dłonie na jego klatce piersiowej i zaczynając rytmicznie uciskać. - Kocham cię, ty głupku, rozumiesz?
Krzyczałam tak, mając nadzieję, że to jakoś pomoże. Ale niestety. Kendall nie miał najmniejszego zamiaru się ruszyć. Czułam się beznadziejnie bezradna, bo zrozumiałam, że kocham Kendalla. Tak, na prawdę go kocham. Odczuwałam to już wcześniej, ale kiedy po raz pierwszy mnie pocałował. Po tym balu i zapytał, czy zostanę jego dziewczyną... Wtedy byłam już tego pewna.
Nie przerywałam ucisków. Przynajmniej tyle mogłam zrobić. Nic sensowniejszego nie przychodziło mi do głowy. Zaliczyłam Pierwszą Pomoc u Devona. Tylko, że... Aż do tej pory byłam pewna, że nie będzie mi to potrzebne. Po raz pierwszy reanimuję człowieka. I to człowieka, którego kocham. Może byłoby to prostsze, gdyby chodziło o kogoś obcego? Nie mam pojęcia, ale mogłam być tego niemal pewna.
Może teraz warto sprawdzić? - pomyślałam. Przestałam uciskać i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo zmęczyły się moje ręce. Pochyliłam się nad ustami Kendalla, ale to nic. Zupełnie nic. Może jak zrobię te dwa wdechy z rzędu? Może to jakoś poskutkuje. Może...
Dwukrotnie wdmuchałam powietrze do ust Kendalla, upewniając się, że je wypuścił. Cisza. Nie zauważyłam żadnego skutku. Wróciłam do uciskania jego klatki. Pogotowie. - pomyślałam gorączkowo. Trzeba wezwać pogotowie. Oni na pewno coś...
Ale nie mogłam tego zrobić, szczególnie, że naokoło nas ganiali agenci CIA, krzycząc do tych przestępców.
-Lizzy, uważaj! - usłyszałam spanikowany głos Logana, który uparł się, żeby za mną tu przyjechać.
Podniosłam głowę. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczyłam starego Schmidta, który stał nade mną z wyciągniętym pistoletem.
-Odsuń się od gówniarza. - wycedził przez zaciśnięte zęby.
-Prędzej dam się zabić. - odpowiedziałam, nieprzerywający uciskania.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I co? Zaskoczeni? Już wiadomo, kto jest trzecią siostrą. Odpowiedź była tak blisko... Zaplanowałam to z premedytacją jeszcze przed przyjazdem Arthura. Właśnie... Martwicie się o niego?

W linku jest utwór, przy którym pisałam tamten fragment. Powstał on jeszcze w wakacje. Pod linkiem jest dokładnie ten sam plik. Ten urywek pisałam wieczorem, na telefonie, mając super natchnienie. Podobnie, jak prawie cały dzisiejszy odcinek. Zawsze chciałabym mieć taką wenę jak dzisiaj i tamtego wieczora. Poza tym końcówka... Marlo... Potraktuj to jak drugą część zemsty. Tu udało mi się urwać lepiej niż wtedy. Dajcie znać, jakie wrażenia. Do przyszłego tygodnia. Trzymajcie się.  

środa, 1 października 2014

Odcinek 26 – Lizzy kontra Początek Poszukiwań

-Jak to nie możecie go namierzyć? Musi być jakiś sposób. Jakikolwiek. - jęknęłam, kiedy Sarah i Kendall spokojnie siedzieli na kanapie.
-Może jest pod naszym mieszkaniem? - zaczął Kendall, podnosząc głowę. - Czasami trzyma w piwnicy, tych których uprowadzi.
-Na przykład? - John uniósł brwi, nie spuszczając głowy znad komputera.
-Ostatnio na przykład uprowadził syna sędziego, żeby wymóc na nim wyrok w zawieszeniu dla jednego ze swoich ludzi. - wyjaśnił.
-A kurator? - zauważyła Sarah. - Jak ktoś ma wyrok w zawieszeniu, to dostaje kuratora.
-Kuratora przekupił.
No fajnie. Arthur jest w rękach psychopatycznego ojca mojego chłopaka. Cudownie, po prostu. Nie mogę zrozumieć, jak można tak po prostu uprowadzać ludzi dla własnych celów. Nie byłoby lepiej znaleźć sobie jakąś zwyczajną robotę, która nikogo by nie skrzywdziła? Ja nie mogę...
-Lizzy? Wszystko w porządku? - Chuck zajrzał mi w twarz. - Znajdziemy go, zobaczysz.
-Mam taką nadzieję. - westchnęłam, kiedy się do mnie przytulił.
-Nic mu nie będzie. - wyszeptał mi do ucha. - Wierzę w to. To Arthur, a jemu zawsze udaje się wyjść z kłopotów bez szwanku.
Przynajmniej miał tak, jak był mały. - pomyślałam.
Jest źle. Arthur został uprowadzony. Kendall wie, że to jego ojciec, który musiał się jakoś wszystkiego domyśleć. Nie znam tego człowieka, nie wiem do czego jest zdolny. John i Greta przetrzymają u siebie Kendalla. Na razie czekamy na jakieś wskazówki i rozkazy od Ciotki Diane. A ona? Przez ten monitor czułam, że się martwi, chociaż za wszelką cenę stara się zachować zimną krew. Wiem, że ona jest żołnierzem i postrzega wszystko w czerni i bieli, ale nie mogę zrozumieć jak przez cały czas można podchodzić do wszystkiego na zimno. Wiem, że tak najlepiej rozwiązuje się trudne sytuacje, ale ja bym tak nie potrafiła. Przynajmniej, jeśli chodzi o rodzinę.
Zatrzasnęłam pamiętnik i odwróciłam się do Kendalla, a on po prostu uśmiechnął się sztucznie i wyprostował na moim łóżku.
-To pomaga? - zapytał. - Pisanie pamiętnika, zapisywanie tego wszystkiego?
Zastanowiłam się na chwilę. Wiem, jak jest. O tak... Może to nie jest szczególna forma wyrażenia swoich uczuć, ale w pewnej mierze pomaga, chociaż nie do końca tak, jakbym sobie tego życzyła.
-Trochę... Pomaga to wszystko sobie poukładać, czasami kiedy wracamy do wspomnień... - wyjaśniłam, nagle coś sobie uświadamiając.
Pośpiesznie wróciłam do pamiętnika, wertując go wstecz. To gdzieś tutaj było... Jestem tego pewna. Na pewno to zapisałam. Jest! Znalazłam. Odczytałam zapisane przez siebie słowa:
Po naradzie Ciotka Diane kazała nam spakować wszystkie rzeczy i zameldować się w Hotelu Royal, konkretnie w apartamencie prezydenckim. Konkretnie Sarze i Chuckowi. Bo ja i John prowadziliśmy obserwacje. Podobno ojciec Kendalla ma w drugim prezydenckim jakiego stałego lokatora, za którego płaci miesięczny czynsz. Nie wiem, jak udało mu się przekonać obsługę, żeby...
Przerwałam, otwierając usta ze zdziwienia. To skończyło się niczym, bo facet miał gościa i to w dodatku cywila i nie mógł tak po prostu...
-Kendall? - odezwałam się, kiedy udało mi się otrząsnąć. - chyba wiem, gdzie Twój ojciec może trzymać Arthura.
~***~
-Apartament prezydencki? - Chuck uniósł brwi, krzyżując ramiona. - Serio, myślisz, że Schmidt mógł tam zabrać Arthura? Do takich luksusów?
-Albo tam, albo w piwnicy pod swoim domem. - powtórzyłam. - To jedyne miejsca o których wiemy.
Sarah wzruszyła ramionami i przygryzła wargę.
-Nie zaszkodzi sprawdzić. - odpowiedziała. - Pójdę tam.
-Nie, Agentko Walker. - usłyszeliśmy głos Generał Beckman. - Nie Ty.
-W takim razie kto? - John zmarszczył brwi.
-Ja. - oznajmiła Carina, która nagle pojawiła się za jej plecami. - Zaskoczeni?
-I to bardzo. - powiedział John, wciąż układając wypolerowane pociski na naszym stole kuchennym. - Nie mówiłaś, że przyjeżdżasz.
-Nie było takiej potrzeby. - wzruszyła ramionami. - Nie mów, ze się nie stęskniłeś. Przynajmniej nie tak, jak każe Ci zdrowy rozsądek.
No fajnie! - wywróciłam oczami, ale nie wypowiedziałam na głos tych słów. - Już i tak wszyscy wiedzą, że Carina zrobiła z Johna Jelenia w Argentynie. Czy na prawdę muszą do tego wracać? Nie o, błagam... Przecież to nie ma żadnego znaczenia.
Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. Bardziej obchodził mnie Arthur. I Kendall. Tak, jego ojciec domyślił się, że ten podłożył mu pluskwę. Nie wiem, jakie są standardy w rodzinach przemytników, ale na bank Schmidt nie będzie zadowolony, że Kendall zdołał go wykiwać. Widać nie do końca... Niestety.
-Mamy jakiś plan? - zapytała Sarah, wytrącając mnie z zamyślenia.
-Jeszcze nie. - odpowiedziała Beckman, spoglądając wymownie na Chucka. - Mamy tu specjalistę od wymyślania planów.
Chuck odwzajemnił jej spojrzenie i w tym samym momencie zadzwonił mój telefon. Wyciągnęłam go z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz.
Od: Madison
Jak Arthur? Pozdrów go od nas wszystkich.”
-O nie. - mruknęłam, nie wychodząc z wiadomości.
-Co się stało? - zapytała Generał Beckman, wyjmując mi komórkę z dłoni.
-No i co mam jej odpisać? - zapytałam ze łzami w oczach i poczułam jak Kendall zaczyna mnie obejmować.
-Odpisz, że wszystko jest w porządku, a Arthur teraz śpi. Lizzy... - zmusiła mnie, żebym spojrzała jej w oczy. - Znajdziemy go.
Ciągle słyszę tylko te dwa słowa. „Znajdziemy go”. Nikt nic nie robi. Nawet ja nie mogę nic zrobić. Na razie wolałabym, żeby Kendall został w naszym mieszkaniu. Żeby był bezpieczny z dala od swojego ojca. Wiem, że Ciotka Diane wezwała Dustina, przyrodniego brata Kendalla. Wiem, że mają wspólną matkę, ale go nie znam. Grudnia w prawdzie jeszcze nie ma, ale lepiej od razu aresztować tego drania. Co ja robię? To już druga notatka jednego dnia.
Zamknęłam pamiętnik i wróciłam do pokoju. Chuck już skończył plan. Teraz wszyscy siedzieli nad kartami z mapą i planami hotelu.
-Jaki plan? - zapytałam, stając przed stołem.
-Idziemy najpierw do hotelu. - westchnął Chuck, pokazując mi korytarz na jednym z planów. - Carina wynajmie pokój obok i przypadkiem „pomyli drzwi”. Kiedy gość Schmidta wyjdzie z pokoju, ona przeszuka cały apartament.
-Mam swoje sposoby. - pokiwała głową, widząc moje wątpliwe spojrzenie. - Nawet całkiem skuteczne. Casey pójdzie jako mój mąż. Walker poprowadzi obserwacje.
-Wykorzystamy jego słabość do pięknych kobiet. - oznajmił John, kiedy usiadłam przy kuchennym stole i spojrzałam w stronę zasłoniętych zasłon. - A w tym samym czasie...
-Ja Lizzy, Greta i Kendall pojedziemy do mieszkania Schmidta. - oznajmił Kendall. - Z pomocą Kendalla zejdziemy na dół, do piwnicy i sprawdzimy, czy kogoś tam przetrzymuje.
-Zgodziłeś się na to? - zapytałam, marszcząc brwi.
Kendall tylko pokiwał głową. Usłyszałam dzwonek swojego telefonu. W tej chwili był nadzwyczaj denerwujący. Ta wesoła, denerwująca melodyjka. Jak ja tego nienawidzę! Nie mogę przecież tak po prostu na zimno odebrać telefon od... No już nie ważne od kogo i po prostu skłamać.
Spojrzałam na wyświetlacz. Chris. No znowu. Nie, nie, nie! - krzyknęłam w myślach. Odpada. Przygryzłam wargę i rozłączyłam. Nie mogę tego zrobić tak po prostu. Nigdy! Nie potrafię go okłamać. Co innego nie mówić całej prawdy.
-Dlaczego nie odebrałaś? - zapytał Chuck, obejmując mnie ramieniem.
Dopiero teraz zastanowiłam się, dlaczego. Ale mam to tak po prostu powiedzieć. Nie teraz. To już naprawdę nie pora.
-Nie potrafię tak po prostu okłamywać przyjaciół. - pokręciłam głową.
-Wiem jak to jest. - wyszeptał, przytulając mnie do siebie. Poczułam zapach jego perfum rozpylonych na koszuli, które Sarah codziennie pryskała na jego ubrania.
-Lizzy, jeżeli naprawdę im ufasz... - zaczęła Generał Beckman, siadając na stoliku do kawy. - Wyznaj im prawdę. Tylko uważaj. Chodzi o dobro ojczyzny.
Pokiwałam głową, nie mogąc już powstrzymać łez.
-A co z Volkoff? - zapytałam, czując słony smak w gardle.
-Nic, nie wiemy gdzie jest. W szkole złożyła wymówienie. - Chuck wzruszył ramionami. - Musimy ją znaleźć i aresztować. Mamy wystarczająco dużo dowodów, żeby rząd mógł interweniować.
-Powiem im. - oznajmiłam zachrypniętym głosem. - Jak tylko Arthur będzie bezpieczny.
-Będzie. - Powiedziała Beckman takim tonem, jakby składała przysięgę. - Już niedługo.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i to już koniec na dzisiaj. To będzie taka ilość tekstu na kartce. Nie będę wam teraz spamić, ale wiedźcie, że za tydzień czegoś się dowiecie. Czegoś bardzo ważnego dla opowiadania.
No dobra... Szkoda już gadać... Pewnie nie macie na to ochoty. A... jeszcze jedno. Chcecie analizę komentarzy? Dobra, ale dopiero po miesiącu, bo na prazie nie przeprowadzałam notatek. W prawdzie tylko Chris się upomniał, ale to będzie.

No cóż... Mam nadzieję, że ta notka się podobała, szczególnie, że jestem z niej średnio zadowolona. Trzymajcie się cieplutko! Dacie znać jakie wrażenia?