środa, 26 listopada 2014

Odcinek 34 – Lizzy kontra urodzinowe niespodzianki

Dziewiętnasty listopada. Dzień w roku, wysoce przeze mnie znienawidzony. Moje urodziny. Jęknęłam i odrzuciłam koc na bok. Zapowiada się dłuugi dzień.
Oczywiście, znałam cały schemat dnia i w tym roku nie może być inaczej. Jak znam życie, Chuck już rozgadał o wszystkim moim znajomym i prawie na pewno robią imprezę w sklepie.
-Wszystkiego najlepszego! - usłyszałam głos Arthura, który wszedł do mojego pokoju z tacą śniadania. - Spełnienia marzeń.
Postawił mi tacę na kolanach, kiedy siadałam, przecierając oczy. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Westchnęłam, patrząc w jego brązowe oczy.
-Przecież sama bym zeszła. - powiedziałam. - Nie musiałeś mi przynosić tu śniadania.
Spojrzałam w zawartość miski z niebieskiej porcelany. Miodowe kołeczka. Mogłabym przysiąc, że jeszcze wczoraj ich nie było.
-Nie musiałeś mi przynosić śniadania. - powiedziałam, biorąc do ręki łyżkę. - Sama bym zeszła. Na prawdę. Uwierz mi.
-Daj spokój, co? - zmarszczył brwi. - Urodziny ma się tylko raz w roku. Korzystaj. A teraz chodź się przytul. - Przyciągnął mnie do siebie i dodał. - Wszystkiego najlepszego.
-Dziękuje. - powiedziałam, wtulona w jego ramię.
-Zejdziesz na dół? - zapytał, puszczając mnie wolno. - Tylko najpierw musisz się ubrać.
Uśmiechnęłam się i dojadłam płatki. Potem Arthur wszystko wyniósł i poszłam się ubrać. Kendall już się wyprowadził. - pomyślałam, wchodząc pod prysznic i pilnując, żeby nic się nie zamoczyło. - Dustin wyremontował na szybko jakieś mieszkanie i teraz obaj się do niego wprowadzili.
-Cześć Wam! - zawołałam, kiedy weszłam do kuchni w pełni ubrana. - Wszystko w porządku tutaj? - zapytałam widząc minę Sary. Moje spojrzenie przeszło na Morgana, który siedział przy stole. - Przyłapałeś ich na porannym seksie, prawda?
On tylko kiwnął głową. Jak dzieci, normalnie... Jak dzieci.
-Wszystkiego najlepszego, siostrzyczko. - powiedział Chuck, kiedy wszedł do kuchni z papierową torbą w ręku. - To dla Ciebie. A na resztę prezentów musisz poczekać do imprezy w sklepie.
-Impreza w Buy More? - jęknęłam. - Kogo zaprosiłeś?
-Wszystkich Twoich przyjaciół. - oznajmił, przytulając mnie do siebie. - Otwórz.
Spojrzałam na niego nieufnie. Wyjęłam z torby coś, co wyglądało jak kompakt w prezentowym papierze. Rozwinęłam papier w kwiatki i spojrzałam na okładkę.
-Soundtrack z „Lizzie McGuire: The Movie”? - przeczytałam tytuł. - Od wieków nie widziałam tej płyty. Jak...
-To od mamy. - oznajmił. - Musiała wyjechać, ale wieczorem ma przysłać nagranie z życzeniami. Przeprasza, że nie może złożyć Ci ich osobiście.
-To nic. - odparłam. - Wiem, jaką ma misję.
Chuck uściskał mnie od tyłu i pocałował w czubek głowy. Lubiłam, kiedy tak robił. To mi przypominało o tym, że wciąż jestem dzieckiem.
-Ale wiesz, ze i tak musisz iść do szkoły.
-Wiem... - mruknęłam.
Po całym domowym rytuale śniadaniowym ja i Arthur wyszliśmy do samochodu Johna, który jak zazwyczaj miał nas zawieźć do Musketeers High.
-Madame... - powiedział, otwierając drzwi samochodu niczym zawodowy szofer.
-Nie rób sobie jej, co? - jęknęłam. - Zachowuj się normalnie. Gdzie Din?
-Pojechała dzisiaj z rodzicami. - odpowiedział, siadając za kierownicą. - Wasza ostatnia wywiadówka... Pamiętasz, ze tylko ich nie było.
-Pamiętam. - westchnęłam. - Chuck powiedział, że Jack nie był z tego powody zadowolony. Nie lubi, kiedy rodzice nie przychodzą.
-To pewnie dlatego do nich dzwonił... - wymamrotał.
-Co? - zmarszczyłam brwi, przerzucając plecak obok. - Skąd wiesz, że...
-Podsłuchiwałem. - oznajmił bezuczuciowo.
-John! - zawołałam. - Tyle razy Ci powtarzałam, że się tak nie robi!
Nie miałam nastroju, żeby go uczyć etyki. W szkole wszystko wyglądało po staremu. I dzięki Bogu, bo szopki w szkole bym nie zniosła.
-To dzisiaj widzimy się na imprezie w sklepie? - wypaliła Madison, a ja z wrażenia wyplułam makaron z powrotem do miski. - No co? Masz urodziny. Mamy dla Ciebie wspaniały prezent. Będziesz zachwycona.
-Ktoś ma urodziny? - zapytała Emma, przechodząc obok nas. - I ja o Tym nic nie wiem.
-Ale dlaczego miałybyśmy Cię zapraszać? - Din zmarszczyła czoło ze zdziwienia. - Nie kumplujemy się.
-Właśnie, a poza Tym, dlaczego wtrącasz się w nie swoje sprawy?
-Sprawy całej szkoły, to moje sprawy. - oznajmiła dyplomatycznie składając dłonie.
-Tak? - Mad skrzyżowała ramiona. - To dlaczego zainwestowałaś w nowe lustra do łazienki samorządowej, zamiast kupić nowe blachy na pizzę? Wczoraj placki znowu były przypalone.
Uniosłam brwi, obserwując, jak Mad nakręca się niczym pozytywka. Carlos tylko się zaśmiał i przeniósł z sąsiedniego stolika kolejną buteleczkę pieprzu.
-Carlos, przestań tyle pieprzyć. - wycedził Logan przez zaciśnięte zęby, a Mad nadal krzyczała na Emmę, tak długo, aż ta w końcu sobie poszła. Chris posadził ją z powrotem na krześle, uspokajająco klepiąc po ramieniu.
-A czy mógłbyś... - zaczęła, patrząc na niego z nadzieją.
-Sorry, dziewczyn nie biję. - wzruszył ramionami. - Ale mogę Cię nauczyć kilku chwytów, jeśli chcesz. Logan może do nas dołączyć.
Uśmiechnęłam się, kiedy jej to zaproponował. Ja i Chuck potrafimy się bić, ale to nie znaczy, że to lubimy. Właściwie, to wolimy rozmawiać.
-Oj, chłopaki... - westchnęła Madison. - Jesteście tacy słodcy.
I obdarzyła obojgu wielkimi całusami w policzki. Rozejrzałam się po sali i zauważyłam jakiegoś mężczyznę, który wszedł do Czterech Szpad.
-Kto to jest? - mruknęłam, szturchając Kendalla w ramię.
-Zamiennik Vilkoff. - wyszeptał. - Na razie nikt nie wie, jak się nazywa.
Po lekcjach poszliśmy do Buy More, które już było zamknięte. W końcu czwartek, to najdłuższy dzień tygodnia i kiedy tam przyszliśmy, było już dobrze po osiemnastej.
Poczułam, jak Kendall pocieszająco ściska moją dłoń. Na prawdę tego potrzebowałam. Szczególnie, jeśli Madison, Nathalie, Din, James, Logan, Chris, Carlos i James szli z nami właściwie ramię w ramię.
-Wszystkiego najlepszego! - zawołali wszyscy, kiedy wchodziliśmy do środka. Lester natychmiast zamknął za nami drzwi. Pokręciłam głową i przeszłam przez zielono-żółty dywan.
Chuck doprowadził mnie do wielkiego tortu, który stał na stoliku na pudełka do kompaktów. Właśnie... Musiałam dobie kupić pudełka i czyste płyty na kopie zapasowe. No jasne! Czemu wcześniej o tym nie pomyślałam.
-A teraz zdmuchnij świeczki i pomyśl życzenie. - oznajmił Jeff, kiedy wszystko udało mu się zapalić. - Wszystkiego najlepszego.
Jakimś cudem udało mi się zdmuchnąć wszystkie szesnaście świeczek jednym tchem. Potem były uściski życzenia... I wszystko, co co roku. Tylko jak dla nich były Dwa lata przerwy. No, ale mniejsza z tym... Potem przyszedł czas na prezent. Niestety. Ku mojej uldze paczuszka od wszystkich nie była zbyt duża.
-Wiemy, co się stało z twoją poprzednią komórką. - zaczął Mike, kiedy wszyscy stanęli w prawie idealnym kole. - Dlatego mamy coś, co może Ci się przydać.
O tak, bo mój telefon został rozbity przez jakiegoś przemytnika broni, a ludziom powiedzieliśmy, że John niechcący go przejechał. Aż dziwne, że w to uwierzyli...
-Nowy, jeszcze nie wypuszczony na rynek. - powiedział Margan, kiedy rozwijałam papier. - Najnowszy model Samsung Galaxy. Jest twój, ale napisz raport na przyszły tydzień.
-Raport? - zmarszczyłam brwi.
-To będzie część testu. - powiedział poważnie. - jako jednostka Buy More w Burbank musimy mieć opinię...
Nie zdołał dokończyć, bo mocno go do siebie przytuliłam. Morgan i to jego przesadne szefowanie w sklepie. Jak ja ich wszystkich kochałam...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Kiepska impreza, wiem... Tak się składa, ze mam ograniczony czas na pisanie... Sorki... No i nie za bardzo wiedziałam, jak to opisać, bo mam fazę na wilkołaki (na angielskim jako jedyna wiedziałam, co oznacza słowo "werewolf", a to już wyczyn bo orłem nie jestem). No i całą wenę zużywam na Teen Wolfa. Za tydzień pożegnanie Nathalie. Dość ostre, jak na mnie. Poza tym sprawdziłam jeszcze jedną rzecz. W tym roku moje urodziny wypadają we wtorek, więc pod koniec miesiąca spodziewajcie się dziwnej notki. Mam nadzieję, że notka Wam się podobała. Do przeczytania we wtorek. Trzymajcie się! 
Majcie zdjęcie, bo obiecałam sobie rano, że dzisiaj pod opowiadaniem jakieś wstawię. 

wtorek, 25 listopada 2014

Ogłoszenie!

Mam do Was pewne drobne ogłoszenia, a właściwie kilka drobnych ogłoszeń. Mam kilka wątpliwości, a poza tym martwi mnie jedna sprawa. No i dlatego postanowiłam o ty wprost napisać. 

1. Jestem fanką "Diabelskich Maszyn". O tak... Niedawno sobie czytałam "Mechanicznego Anioła" po raz 2764 i wpadłam na pewien pomysł. Jakby nasi bohaterowie też byli fanami tych książek? A przynajmniej dwójka. Taki jeden dodatkowy temat do rozmów, co? 

2. Wciąż nie wiem, co z Nathalie... To jest postać z konkursu i osoba która ją wystawiła, nie daje znaku życia od samego początku historii. Nie wiem, co się stało. Napisałam już prywatną wiadomość do owej damy. Zobaczymy, czy się odezwie, jeśli za tydzień, albo dwa nie dostanę żadnej wiadomości, to po prostu będzie koniec przyjaźni i postać skreślona. Po prostu nie mam lepszych pomysłów. Zgłosiła się i nie skomentowała ani razu. Wiem, ze do niczego nikogo nie zmuszę, ale trochę przykro. 

3. Zastanawiam się nad rozpisaniem ankiety na kolejny czarny charakter. Może coś wymyślę, może wezmę z "Chucka". Zobaczymy... 

4. Jutro jest ostatnia notka w środę. Wracam do nadawania we wtorki i czwartki, ale to raczej dobra wiadomość. Jak się nie będę wyrabiać, to będę wstawiać, to, co będę miała. najwyżej notki będą skrócone. 

No i to na tyle... Do jutra. 


środa, 19 listopada 2014

Odcinek 33 – Lizzy kontra Gorzka Zemsta

Rozległo się karczemne dzwonienie do drzwi. Podniosłem głowę i leniwie wstałam z kanapy. Jedną ręką poczochram sobie włosy i dopiero otworzyłam.
-Idę! - zawołałam, zwalniając zamek.
W drzwiach stała Din. Cała zapłakana. Zaprosiłam ją do środka, zamykając za nią drzwi.
-Co się stało? - zapytałam, prowadzać ją do kanapy.
-Rzucił mnie! - wyszlochała. - Jonathan. Rzucił mnie, rozumiesz?
Powtarzała tak bez końca. Jakimś cudem zdołałam ją usadzić i uspokoić na tyle, żeby zaczęła mówić coś innego, niż „Rzucił mnie”.
-Din, co się konkretnie stało? - zapytałam, siadając w fotelu naprzeciwko. - Wyjaśnij mi, bo jak na razie nic z tego nie rozumiem.
-Jonathan. - oznajmiła, ocierając łzy chusteczką z podajnika, który podsunęłam jej pod nos. - Powiedział, że z nami koniec. I nawet nie powiedział dlaczego.
-Din. - westchnęłam. - Przecież tyle razy Ci powtarzałyśmy, że to nie był chłopak dla siebie. Ale teraz... Możesz się umówić z kimś innym.
-Ciekawe... - wyszlochała. - Z kim...
-No pomyśl. - przysunęłam się bliżej. - Zaczyna się na „C”, a kończy na „s”.
Ona tylko spojrzała na mnie wciąż zaczerwienionymi oczami. Pokręciłam głową, pukając się w czoło. No jak można mieć tak dobre stopnie i tak nie kumać?
-Carlos. - powiedziałam, krzyżując ramiona. - Umów się z Carlosem. On Cię naprawdę lubi.
-Jest miły, to fakt, ale... - zaczęła, wciąż szlochając. - Nie wiem, czy mu się podobam.
-Oczywiście, że mu się podobasz! - zawołała. - Kiedy nie przyjęłaś jego zaproszenia na bal, na dwa dni wpadł w depresję. I Ty twierdzisz, że mu się nie podobasz.
-Wolę Jamesa. - powiedziała, chyba się uspokajając.
-Jamesa? - uniosłam brwi. - James Cię nigdy nie zaprosi. Z tego co wiem, jeszcze ani razu nie był z dziewczyną sam na sam dłużej niż pięć minut. Zasada randek Jamesa numer cztery. Zawsze miej przyzwoitkę.
-Tak? - wyszlochała. - W takim razie jaka jest pierwsza?
-Zawsze miej przy sobie odświeżacz do oddechu. - oznajmiłam, idąc do kuchni, chcąc nalać coś do picia. - Soku? - zaproponowałam.
-Chętnie! - zawołała. - Skąd wiesz o jego zasadach randkowych?
-Kendall mi wszystko wygadał. - wzruszyłam ramionami nalewając soku do dwóch szklanek. - Często zakrada się do mnie do pokoju i gadamy do późnej nocy. Raz nas Sarah przyłapała, ale co tam. - machnęłam ręką i zaniosłam szklanki soku na stolik.
-I co? - zapytała z ciekawością.
-Nic. - Wzruszyłam ramionami. W tym samym czasie usłyszałyśmy dzwonek do drzwi. - Otwarte! Nawet się ucieszyła, bo myślała, że Kendalla porwali.
Din tylko uniosła brwi i chyba już na dobre przestała płakać. Do mieszkania wszedł Logan, trzymając ręce w kieszeniach.
-Cześć Wam! - zawołał. - Potrzebuję babskiej... Din, co się stało?
-Jonathan o nazwisku nie do wymówienia mnie rzucił! - wykrzyczała, jakby już się znudziła powtarzaniem tego w kółko.
-Serio? - Logan uniósł brwi i odwrócił się do drzwi. - Idę go sprać.
-Stój! - zawołałam, przytrzymując go za kaptur. - Przemocą niczego nie rozwiążesz. Mów po co przyszedłeś.
-I powiedziała to laska, która pracuje dla CIA... - wymamrotał i w tym samym czasie zadzwonił telefon. - To coś osobistego.
-Czekajcie.
Odebrałam telefon nie spoglądając na wyświetlacz.
-Tak?
-Lizzy, poproś swojego kolegę, żeby nie odnosił się tak z faktem, że pracujesz dla rządu. - usłyszałam głoś Johna.
-Nie. - zmarszczyłam brwi. - Mam prośbę. Mógłbyś wyłączyć mikrofony na jakieś... - odłożyłam słuchawkę, odruchowo przytulając ją do ramienia. - Logan, wystarczy Ci kwadrans, żeby wszystko nam wyjaśnić?
-Z powodzeniem. - machnął ręką, pijąc sok z mojej szklanki.
-Jakieś piętnaście minut. - poprosiłam, przykładając słuchawkę z powrotem do ucha.
-Lizzy, czy ja kiedykolwiek wypaplałem jakąś tajemnicę?
-Nie... - zmarszczyłam drwi.
-Właśnie. Pracuję dla wywiadu. Dlatego nie wyłączę mikrofonów.
-Trudno. - wzruszyłam ramionami i odłożyłam słuchawkę. - Dobra, mów czego chcesz, bo już nie mam siły.
Podeszłam do nich i usiadłam na fotelu naprzeciwko Din i Logana.
-Mad mi się podoba. - odpowiedział. - Ale ona mnie nie lubi.
Pokręciłam głową, pukając się otwartą dłonią w czoło. Powinnam mu powiedzieć? Czy nie? Pewnie nie... Bo wiadomo. Nie powiem Loganowi, że Madison się w nim kocha od pierwszej klasy.
-A mi się podoba James i co? - Din wzruszyła ramionami i zakryła sobie usta dłonią. - Nie powiesz mu, prawda?
-Obiecuję. - odpowiedział, jedząc z puszki ciasteczka Chucka. - Masz tego więcej?
-W kuchni. - odpowiedziałam wstając i idąc do szafki.
Wyjęłam większą puszkę w Mikołaje i rzuciłam na stolik. Logan niemal natychmiast otworzył wieko i rzucił je na kanapę obok siebie.
-One są z czekoladą? - podniósł głowę ze zdziwieniem.
-Niektóre. - odpowiedziałam. - Nudziło nam się z Sarą. Polałyśmy kilka.
Logan nic nie odpowiedział. Zamiast tego wziął z puszki jedno z największych ciastek i beznamiętnie zaczął je jeść. Ja i Din gapiłyśmy się na niego bez ruchu, czekając, aż w końcu łaskawie przemówi.
-Mam pomysł, jak się zemścić na Jonathanie. - oznajmił. - To będzie gorzka zemsta. Gorzka dla niego. To mogę Wam obiecać.
-Jeśli chcesz go sprać... - zaczęłam, unosząc ręce w geście poddania.
-Tak, chcę go sprać, ale ja nie o tym. Ja i Chris ostatnio zapisaliśmy się razem na zapasy w miejskim ośrodku kultury... - zaczął, a ja natychmiast mu przerwałam.
-Oj, nawet mi nie przypominaj... - zmrużyłam oczy, bo bardzo mi się to nie podobało. Chris przez cały czas miał problemy z agresją, a świadomość, że na legalu może kopać cudze tyłki jeszcze pogarszało sprawę.
-Słuchaj dalej. - uniósł rękę, żeby mnie uciszyć. - Więc ja i Chris zakumulujemy się z Jonathanem i namówimy go, żeby zaczął z nami chodzić na te zajęcia.
-I on ma uwierzyć, że od tak w to uwierzy? - uniosłam brwi i w tym samym czasie przyszedł do mnie jakiś SMS. Wyciągnęłam komórkę z kieszeni i otworzyłam wiadomość.
Od: John
Powiedz chłopakowi, że ten plan jeszcze bardziej do bani próba uwiedzenia Walker przez Showa.”
Pokręciłam głową i pokazałam wyświetlacz Loganowi.
-Bardziej niż próba czego? - zmarszczył brwi, a ja tylko pokręciłam głową.
No tak... Koniec tematu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dzisiaj taka bździna, bo zaczynam nowy wątek. Już wiadomo jaki. Ale na coś więcej musicie trochę poczekać. Jak widać, staram się... Chociaż wena powoli mnie opuszcza. Mama nadzieję, że się Wam podobało... Mimo, że mało się działo. Trzymajcie się! Do następnej. 

środa, 12 listopada 2014

Odcinek 32 – Lizzy kontra Przedwczesne Wstawanie

Wczorajszy dzień był okropny. Myślałam, że nie dotrwam do końca, ale dzisiejszego ranka obudził mnie zapach mocnego, słodkiego i gorącego kakao.
Otworzyłam powoli oczy, rozpoznając żółtawą koszulkę Arthura.
-A, to ty... - ziewnęłam. - Cześć, co się dzieje?
-Nic, Chuck za wcześnie wstał i teraz ogląda coś w telewizji. - powiedział, siadając naprzeciwko mnie. - Ja też nie mogłem spać.
-Miałeś koszmary? - zapytałam spoglądając na zegarek.
-Nie, ale Chuck słuchał głośno Mozarta w rockowej przeróbce i musiałem wstać. - wzruszył ramionami. - Nawet niezły był ten numer...
-Arthur... - przerwałam mu, wyłączając swój radio-budzik.
-Tak? - podniósł głowę, spoglądając na mnie i poprawiając sobie kołnierzyk.
-Jeszcze dwie godziny do odjazdu. - powiedziałam, pokazując mu tarczę zegara.
-No to co? - wzruszył ramionami i wyciągnął przed siebie kubek z kakao, robiąc słodką minę i przechylając głowę w taki zabawny sposób. - Masz, wypij słodkie kakałko...
-Słowo „kakao” jest nieodmienne. - przypomniałam mu, wyjmując zestaw ciuchów i biorąc od niego kakao. - Idę się umyć.
Minęłam go, idąc do łazienki. Zrzuciłam z siebie piżamę i wsadziłam ją do prania. Ciepła woda spod prysznica przyjemnie po mnie ściekała. Moje skostniałe mięśnie powoli zaczęły się rozluźniać. Po jakichś trzech minutach przypomniałam sobie o żelu pod prysznic. Potem dokładnie się wytarłam i wysuszyłam włosy.
Wciągnęłam na siebie mundurek wcale się nie śpiesząc. Bo po co? Jest bardzo wcześnie. Wychodząc z łazienki zerknęłam do pokoju w którym spał Kendall. Rzeczywiście. Jeszcze spał. Czasami go za to podziwiałam. Za ten twardy, nieprzerywany sen. Ja co chwila się budziłam. Wtedy sięgałam po komórkę i oglądałam zdjęcia. Potem znowu zasypiałam i budziłam się jeszcze raz. Miałam tak niemal każdej nocy.
Przeszłam przez salon, gdzie Morgan, Sarah i Chuck siedzieli na kanapie oglądając jakiś program dla nastolatków. Patrzyłam jak dziewczyna z długimi, kręconymi blond włosami robi sobie nunczako z dwóch ogryzionych żeberek.
-Hej, wiecie dlaczego mężczyźni wolą blondynki? - zapytała Greta, wchodząc do kuchni przez okno. Jak zwykle.
-Bo lubią kobiety na swoim poziomie intelektualnym. - rzucił Arthur, który powoli przyzwyczajał się do takich wejść.
-Hej! - pisnęła Sarah, kiedy Arth stawiał na stole kubek z Kawą dla Grety.
-To był żart... - pokręciła głową, wąchając przygotowaną do siebie kawę. - Czarna?
-I bez cukru. - oznajmił. - Jadłaś śniadanie?
-Jeszcze nie. - pokręciła głową, mieszając w swoim kubku. - A wiecie, dlaczego faceci uwielbiają kobiety w skórzanych strojach?
-Bo im pachną jak nowa tapicerka w samochodzie. - powiedział znowu Arthur. - Weź przestań, to jest stare jak świat. Dlatego wymyśl jakieś żarty, których nikt nie zna. Idę obudzić Kendalla.
Pokręciłam głową, wstawiając mleko w rondelku. Arthur wyszedł z naszego kuchnio-salonu i wpadł do pokoju Kendalla. Zamieszałam mleko, żeby nie wykipiało.
-Możesz dodać trochę cukru? - poprosił Chuck, spoglądając na mnie przez oparcie kanapy. - Te płatki z miodem już się skończyły.
-A nie możesz sobie dodać miodu? - Zmarszczyłam brwi, wciąż pilnując mleka. Kiedy zaczynało wrzeć, zdjęłam je z palnika i wlałam do przygotowanego dzbanka.
Wszyscy, łącznie z pełni ubranym Kendallem (o tak, szybko się przygotował).
-Dzień dobry. - powiedziałam łagodnie, całując go w policzek. - Dobrze spałeś?
-Tak. - odpowiedział. - Eee... Dlaczego Twój kuzyn obudził mnie tak wcześnie.
-Bo mu się nudzi. - odpowiedziała Sarah, wsypując płatki do miski.
(Uwaga! Treść poniższego żartu Grety podchodzi pod kategorię erotyczną. Zaznaczasz na własną odpowiedzialność!)
-A Wiecie, czym się różni żal od Grzechu? - cisza, nikt z nas nie odpowiada. - Grzech włożyć, a żal wyjąć. - powiedziała, nie czekając dłużej na odpowiedź.
-Greta! - zawołał Chuck, kiedy załapał o co chodzi.
~***~
W szkole wszyscy byli jacyś ospali. Koniec tygodnia, wiadomo... Nie mogę zrozumieć pani Emery, która od wpół do ósmej tryskała energią. Trochę jak Greta, tylko na większą skalę.
-A teraz dodajemy nadmanganian potasu... - powiedziała powoli, upuszczając wcześniej przygotowaną kapkę proszku na kropelkę gliceryny. - I mamy niewielkie bum.
Ledwie zdążyła to powiedzieć, a na podstawce z hartowanego szkła doszło do niewielkiej eksplozji. Ona tylko okręciła się na pięcie.
-Teraz spróbujcie sami, ale uważajcie. - powiedziała, kładąc na przedniej ławce pozostałości z tego, co wybuchło. - Tylko po kropelce. To bardzo niebezpieczne doświadczenie.
Wszyscy zaczęliśmy wykonywać jej polecenie. Z wyjątkiem Chrisa... Który po prostu wyszedł. Pokręciłam głową, patrząc na zdziwioną minę pani Emery.
-Co mu się stało? - zapytała, rozglądając się po klasie, czekając na odpowiedź.
-Nic. - wzruszyłam ramionami, upuszczając na swoją podstawkę kroplę gliceryny. - Po prostu poszedł do łazienki.
-Lizzy? - zaczęła Profesor Emery, siadając na krawędzi ławki i sprawdzając, czy dobrze napisała równanie reakcji na tablicy. - A Czy mogłabyś poprosić swojego przyjaciela, żeby nie wychodził z klasy bez uprzedzenia.
-Nie ma sprawy. - odpowiedziałam, odsuwając od doświadczenia wszystkie papierki ze stolika.
~***~
(UWAGA! Poniższy fragment może zawierać brzydkie słowa. Jeśli nie jesteś pełnoletni/pełnoletnia, nie czytaj dalej. Dziękuję.)
-Lizzy, Mad, Din! - krzyczał. - Wiecie, że Dan ma dziewczynę o imieniu Victor, która ma kutasa?
-To znaczy, że jest chłopakiem? - Madison zmarszczyła brwi.
-No właśnie! - krzyknął, dysząc z przejęcia. - Przed chwilą ich widziałem. Szli korytarzem! Za ręce! Wyobrażacie sobie? Dan z naszej klasy jest gejem?
-No i? - Din zmarszczyła brwi. - Co takiego robili? Mieli fiuty na wierzchu? O matko... - powiedziała, zakrywając sobie usta
-Co Ty, niepoważna jesteś? - popukał się po czole, kiedy dołączyli do nas James i Logan. - Stary! - zwrócił się do Logana. - Wiesz, że Dan jest Gejem?
-Ta? - wytrzeszczył oczy, a potem zakrył sobie twarz dłonią. - A ja się z nim kumpluję.
-To dowiem się, co oni robili? - wykrzyczała nagle Madison. - Dzieci gwałcili?
-Nie tam... - machnął ręką. - Po prostu sobie szli.
-No to w czym problem? - zapytał James. - Ich sprawa, jakiej są orientacji.
-Stary... - Chris zmarszczył brwi. - I właśnie Ty powinieneś się tym najbardziej przejmować. Przecież to jest wbrew kościołowi. Jak się zakonnice u Ciebie na chacie dowiedzą, to będą Ci się kazali przepisać do innej budy.
-A dlaczego miałyby to zrobić? - wzruszył ramionami. - Nie ich sprawa. Chris, błagam Cię... Co ty brałeś? Bo chyba coś brał, co nie? - spojrzał na mnie wyczekująco.
Westchnęłam i przełożyłam sobie torbę na drugie ramię. Pokręciłam głową. Owszem... Chris jest ociupinkę nadpobudliwy, ale czasami troszeczkę przeszkadza. Wiem, że taki już jest. Jednak czasami mógłby troszeczkę wyhamować.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tego ostatniego fragmentu miało nie być, ale... No, trochę szkoda mi go było i jest. Piszę skreśleniem? Z jakiej paki? Zaraz to naprostuję. O, już jest. Chociaż moja przyjaciółka zawsze powtarza, że szkoda, to jak teściowa wpadnie do studni i się nie utopi. No cóż. Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Dajcie znać jakie wrażenia. Do następnej!

PS. Drobne zmiany w „Księdze Gości”. Zajrzycie. To będzie taki nasz łącznik. Taki kontakt ze mną.
Po edycji: To nie chodzi o to, że Chris ma coś do homoseksualistów. To chodziło o coś zupełnie innego. Dowiecie sie w następnych odcinkach. Cierpliwości. 

środa, 5 listopada 2014

Odcinek 31 – Lizzy kontra Cmentarzysko Zbirów

Po kilkunastu dniach Kendall był gotowy do wyjścia do domu. Tak właściwie, to będzie nocował u nas, dopóki Dustin nie przeprowadzi się do nowego mieszkania. A ponieważ Kendall dziedziczy wszystko, łącznie z długami, domem i tak dalej, to wszystko musi zostać załatwione w odpowiednim czasie. Dlatego zaraz, jak wyszedł ze szpitala mama musiała z nim pogadać.
-Będziemy rozmawiać o moim ojcu, tak? - zapyta, kiedy Arthur poszedł do mojego pokoju.
-Nie da się ukryć. - odpowiedziała mama. - Po pierwsze, trzeba pochować gdzieś Twojego ojca. Ma może jakieś miejsce na cmentarzu?
Kendall usiał naprzeciwko niej przy naszym kuchennym stole. Podeszłam do ciotki Kate, która nie ruszyła się z fotela. Wie o wszystkim. Oczywiście, nie ma co przed nią ukrywać. Odwróciłam się do niej plecami i wyjęłam trzy kubki z szafki. Ktoś już wstawił wodę.
-Nie. - odpowiedział. - Tata nie był na to przygotowany. Żył dniem, jak biznesmen. Znał swoje terminy, dogadywał się z kontrahentami... Nie myślał o śmierci. Nie o własnej.
-Rozumiem to, ale Twój ojciec nie może leżeć w rządowej kostnicy wiecznie. - powiedziała, wyjmując z teczki jakiś papier. - CIA, NSA i FBI ma sporą działkę na której chowa zdrajców i przestępców, którzy zginęli z ich ręki.
-Nazywamy to „Cmentarzyskiem zbirów”. - wyjaśniła Sarah, wchodząc do domu. - Już sama nazwa wskazuje, kto tam spoczywa.
Nikt nic nie mówił przez dłuższy czas. Woleliśmy dać Kendallowi trochę czasu do namysłu. Już o tym rozmawialiśmy. Gdyby nie fontanna za oknem i szuranie Sary przy zdejmowaniu wierzchniej części ubrań, w pomieszczeniu byłoby słychać tylko zegar.
-To go tam pochowajcie. - powiedział, kiedy ciszę przerwał gwizd czajnika. Odruchowo zakręciłam kurek z gazem i zalałam przygotowane kubki z herbatą. - Jemu na tym nie zależało. Mnie też nie. Nie dbam o jego pochówek. Trzymał mnie, żeby mieć wyrękę, nawet nie zachowywał się jak ojciec. Miał mnie gdzieś. Więc czemu ja mam dbać o jego pochówek?
-Kendall... - westchnęła Ciotka Kate, odkładając gazetę na blat. - Zastanów się nad tym, żebyś nic nie żałował. To był Twój ojciec. Popełniał błędy, ale jednak...
-Nie... - pokręcił głową. - Wie pani, że miałem siostrę? Młodszą, przyrodnią. Kiedy się urodziła, ojca nie obchodziło, co się z nią stanie. Miałem wtedy jedenaście lat. Ojciec kazał mi ją podrzucić pod drzwi sierocińca. W ostatniej chwili zrezygnowałem, kłamiąc, ze mnie przyłapali i powiedzieli, że w sierocińcu nie ma miejsc. Wie pani, co wtedy zrobił? Przestrzelił jej główkę. Potem tylko powiedział: „Jej matka sama to sobie zrobiła. Ją mogłem tylko wyręczyć.” Nie można mieć o nim lepszego zdania. On dbał tylko o siebie i swoje interesy.
Sarah stała jak wryta. Wszyscy słuchaliśmy jego słów, czekając aż skończy. Historia, którą teraz opowiedział... Zdania, które wypowiedział, odbijały się echem po mojej czaszce, jakby szukały ujścia, ale nie mogły go znaleźć. Nie widząc innego wyjścia, przeniosłam kubki i postawiłam je przed nim i mamą.
-Przepraszam, ja... - powiedział w końcu, przerywając ciszę. - Przepraszam.
Położyłam dłoń na jego ramieniu. Czyli szykuje się pochówek w rządowym zakresie. Prosta, dębowa trumna z kieszenią na kopie dokumentów. Potwierdzenie zgonu, tożsamość i okoliczności. Nie za dużo, nie za mało...
~***~
Ja, Kendall i Arthur poszliśmy do szkoły dwa dni później. Wygląda na to, że wszystko powoli wracało do normy, chociaż kilka rzeczy zmienią się na zawsze.
-Cześć Wam! - zawołał Carlos, kiedy zobaczył nas w drzwiach szkolnych. - Słyszeliście co jest grane? Odwołali wszystkie zajęcia Sztuki i Jeździectwa. Na razie szukają nowych nauczycieli.
-Jak na razie dali nam zapchajdziury. - dodała Madison. - To nasz nowy plan. Jak znajdą nowego, będą mieli sporo roboty.
Rozdała nam skserowane kartki z zeszytu. Dość szybko rozpoznałam jej pismo i rozpisany sposób zajęć. Mogłabym nawet przysiąc, ze w roku jest cień kota z jej notesu.
-To na tym polegają obowiązki doradcy? - James uniósł brwi, wyciągając rękę po kartkę. - Nie powinnaś, raczej, wymyślać propozycji udoskonalenia „Czterech Szpad”?
-Tak się składa, że Emma odrzuca wszystkie jej propozycje. - oznajmiła Nathalie. - Jest okropna i wiem, ze nie od dzisiaj.
Jej zdanie przerwało tą rozmowę. Nikomu nie chciało się nawet narzekać na Emmę. Wszyscy z nas mają o niej podobne zdanie i nikt nie ma zamiaru tego zmieniać. Nawet się nie dziwię. Emma sama na to zapracowała. Zamiast kupić nowe blachy na pizzę do stołówki, ta „zainwestowała” w większe lustra do łazienki dziewczyn, a stare kazała oddać na szkło. Żeby przynajmniej sprzedała je na E-Bay'u... Może byłoby na chociaż dwie formy do pieczenia?
-Jak się trzymasz? - zapytał Logan Kendalla, kiedy przeszliśmy przez korytarz.
-Nie jest źle. - odpowiedział. - Dustin uparł się, żeby samemu urządzić mieszkanie. Nie miałem siły, żeby mu się sprzeciwić.
Przeszłam do drzwi klasy do biologii. Pan Owens nigdy nie ma dobrego humoru. Taki już jest. Nikt go nie lubi. Łącznie ze mną. Nawet się nie dziwię, że wcale się nie ożenił.
-Lizzy, wszystko gra? - zapytała Din, kładąc mi dłoń na ramieniu.
-Tak, jest w porządku. - odpowiedziałam, opierając się o ścianę. - Chyba po prostu nie jestem gotowa na powrót do szkoły.
-Mam zadzwonić po Sarę? - zapytała, kucając naprzeciwko mnie. - Szkoła poczeka. Powiemy, że jeszcze się nie wyleczyłaś.
-Nic mi nie jest. - odpowiedziałam. - Muszę jakoś dać radę. Po tym, co się stało, nie wiem jak się zachowam po wyjeździe mamy. Znowu.
-Kiedy znowu odchodzi? - zapytała szeptem.
-Za tydzień. - odpowiedziałam. - Nie będę mogła z nią porozmawiać nawet przez telefon. - Wiesz... Znasz zasady. Cienie pracy pod przykrywką.
Din uśmiechnęła się, kiedy Madison i Logan nad nami stanęli.
-Owens jeszcze nie przyszedł. - powiedział z szerokim uśmiechem. - Myślicie, że nie wyrobi się w piętnaście minut? Bo mam nadzieję, że nie.
~***~
Po lekcjach ja, Kendall i kilku ludzi z CIA pojechaliśmy na obrzeża Los Angeles. Musieliśmy pochować starego Schmidta. Ciotka Kate jakoś dała się przekonać, żeby do Grudnia Arthur został do końca swojej wymiany.
-Zaczekajcie, załatwię to. - powiedziała mama, wysiadając z ciężarówki.
Obserwowaliśmy, jak podchodzi do do chłopaka, który siedział w koparce i trochę z nim pogadała. Potem wyszedł z urządzenia i pokazał mamie wcześniej wykopany dół.
-Jak to będzie wyglądać? - zapytał Kendall, patrząc mi w oczy.
-Wiec... - powiedziałam powoli, biorąc go za rękę i delikatnie ściskając jego dłoń. - Myślę, że po prostu wsadzą trumnę do tamtego dołu i zakopią. Ostatecznie możesz się jeszcze nad nim pomodlić.
-Nie pomodlę się. - pokręcił głową.
Zeszliśmy z ciężarówki, patrząc jak mama idzie w naszą stronę.
-Możemy zaczynać. - oznajmiła. - Kendall, chcesz coś jeszcze zrobić, zanim pochowamy Twojego tatę? To potrwa bardzo krótko.
-Nie. - znowu pokręcił głową. - Po prostu chcę to już mieć za sobą.
Pogrzeb był czysto bezceremonialny. Przypominało to trochę zakopywanie złomu za miastem. Dźwig z ciężarówki wsadził trumnę do środka... Koparka zakopała. Rety, to zdanie jest jeszcze gorsze, kiedy wypowie się je na głos.
-Lizzy, możemy wracać? - zapytał, odkręcając się w moją stronę. - Wolę zadzwonić do Dustina od Ciebie. Wiesz, tak jest trochę bardziej... Przyjemniej.
-Jasne. - pokiwałam głową. - Obiecałeś, ze dasz mu znać. Gdzie on teraz jest?
-Na uniwersytecie. - odpowiedział. - Szuka pracy. Wiesz, nie załatwili mu posady, bo odszedł z własnej inicjatywy.

-No rozumiem. - pokiwałam głową. 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Szczerze? Nie mam pojęcia, co wyżej napisałam. Byłam spita herbatą i najedzona cytruskami. Mam tylko nadzieję, że za miesiąc uda mi się wyrobić z notkami, żeby móc je zamieszczać dwa razy na tydzień. Na razie mam masę nauki. A przy takim "trybie życia" jest mało czasu na pisanie i jeszcze prowadzenie profilu kreatywnego na nk. Ale to nie ważne. Mam nadzieję, że notka Wam się podobała. Dajcie znać, jakie wrażenia. I ostatnio uzależniłam się od tego i tego. Trzymajcie się. Do następnej.