środa, 31 grudnia 2014

Grudzień 2014 (Pusty Post)

Cześć! Przez dłuższą chwilę, a właściwie dwa dni zastanawiałam się, jak nazwać notkę. Ale w końcu jest,m więc spokojnie mogę powiedzieć Wam "Cześć".


Dzisiaj jest Sylwester, imieniny mojego chrzestnego i Kota babci Granny, nieustępliwego w pogoni za kanarkiem o imieniu "Tweety". A Propo Tweety'ego. Nie znudziła się Wam ta Supergirl w awatarze? Bo zawsze mogę zmienić na Tweety'ego, ku czci mojej pamięci na USB z jego podobizną. Ale to zostawmy.
Jak zauważyliście, zaczęłam takim małym akcentem z "Teen Wolfa". O tak, kocham ten serial. Tyler Posey jest taaki słodki... Jak się go widzi, to nie potrzeba krówek. A jak się uśmiecha... Miodzio!
Nie chcecie czytać tych pierdół o mnie, co nie?
A wiecie co? Na gwiazdkę dostałam dwie książki "Miasto Szkła" i "Miasto Upadłych Aniołów" Cassandry Clare. A jaka byłam dumna... "Miasto Szkła" już prawie skończyłam. Zostało mi jeszcze sto stron. To jest taki mój złodziej, bo zamiast pisać opowiadanie na bloga, czy oglądać nowy odcinek serialu z pena, to czytam książkę. Właściwie i tak się pochorowałam po pożegnaniu w niedzielę i mam lekką gorączkę.
Tak Więc muszę teraz zostać trochę w domu. Myślę, że nie będzie tak źle. Teraz wyjątkowo adekwatny byłby cytat z mojego taty "Ta suszarka jest dobra, tylko, że zepsuta." Lubi majstrować w różnych pierdołach i tyle. I on ją kupił popsutą. Natomiast ja jeden odcinek Violetty ściągam przez trzy dni, a i tak oglądam go dwa tygodnie później. Taki mam już przybór. A'propo Violetty... Ostatnio spodobała mi się jedna piosenka. Szukałam tytułu jakieś trzy miesiące, ale w końcu znalazłam pełną wersję. Wiem, że chłopaka, który to śpiewa wzięli z "X-Factora", tylko nie wiem z jakiego. Właśnie... Muszę poszukać "Te creo" po włosku, bo ostatnio oglądałam ten odcinek i strasznie mi się spodobało. Ale teraz ta piosenka, której szukałam przez trzy miesiące. Nawet nie wiedziałam, że lubię taką muzykę.
Wczoraj mnie miło zaskoczyliście. Dziękuję Wam za życzenia. Ucieszyłam się, że widzę dawno niewidziane loginy. To było dla mnie niczym wieść o lądowaniu kryptońskiego statku na polu kukurydzy. Wiem, że to dziwny tekst, ale lepszego nie mogę teraz wymyślić.
Wiecie jak to jest, zakochać się w chłopaku z książki? Ja wiem. Przeważnie ludzie wolą "Dary Anioła" od "Diabelskich Maszyn", ale ja chętniej wracam do "Mechanicznego Anioła", niż do "Miasta Kości". Podobno jestem zakochana w Willu. Chłopaku, który "żył" w Wiktoriańskim Londynie, bo uciekł z rodzinnej Wali, w przekonaniu, że jest przeklęty i tylko tak może uratować swoją rodzinę. Chociaż był "niegrzeczny", urzekł mnie już w pierwszej części. Czasami zapominał o Willu, którego udawał i pokazywał swoją, bardziej serdeczną twarz. Nawet nie pamiętam co dokładnie urzekło mnie w tej postaci. Pamiętam, jak zaczęłam czytać książkę. Jego nazwisko pojawiło się już na pierwszej stronie. Zabił demona już w pierwszym akapicie. Dopiero później, napisano jak wygląda.
To jest Cole Shoemaker. Grał Willa w zwiastunie "Mechanicznego Księcia", ale ja wyobrażałam sobie Willa trochę jak krzyżówkę Nickolasa Houlta i Nicka Jonasa z fiołkowoniebieskimi oczami.

Podsumowanie roku 2014 w planie ramowym z mojego blogowego życia. 

1. Styczeń-Czerwiec były jeszcze epoką pierwszej historii LA is Ours. W Tym czasie rozwinęłam i doprowadziłam do końca opowieść o Alianie.
2. W między czasie Maja R. przypomniała mi pewnym gifem na swoim blogu o serialu "Cuck", co uruchomiło mojego "Chomika" i odnalazłam dwa ostatnie zwiastuny, których nie widziałam. Z lektorem nie było, obejrzałam z napisami. Kiedy serial się skończył, obejrzałam go od nowa.
3. Serial "Chuck" z Zacharym Levi i Yvonne Strzechowski stał się inspiracją do zrobienia drugiej historyjki, którą teraz jesteście w stanie czytać.
4. Odkryłam wokalne umiejętności Zaca Levi. Konverter YouTube do MP3 poszedł w ruch i teraz mam w komórce obie piosenki z jego udziałem. Facet podkładał głos Flyynowi w "Zaplątanych" (w wersji polskiej Maciej Stuhr, którego kiedyś uwielbiałam) i nawet sam śpiewał piosenki. Zobaczcie sami. Gdzieś po 2 minutach.
5. Przez większość czasu było spokojnie. Chodziłam do szkoły, pisałam (trochę marudziłam i marudzić będę), czytałam, komentowałam.
6. W końcu uznałam, że skoro Crystal Reed użycza twarzy Lizzy, to wypadałoby trochę ją poznać. Obejrzałam z nią filmy i Teen Wolfa.
7. Serial "Teen Wolf" okazał się ciekawszym niż mi się wydawało i nieźle mnie wciągnął. Piszę fanfiction w zeszycie, czytam inne, anglojęzyczne. Obecnie czekam na piąty sezon. Tyler Posey użyczył twarzy Arthurowi, kuzynowi Camichaelom. Scena specjalnie dla miłośników erotyzmu:
Kuzyn z kuzynką się tak nie zachowują. To jest pewne. To nie jest oryginalna scena, bo całej nie mogę znaleźć. Musi zostać to. A ta pani na końcu, co wywaliła tą jedną prezerwatywę z 12-paku to była jego mama. Trochę to zboczone, ale co tam.
8. Obecnie szukam inspiracji. Próbuję zrobić jakieś szpiegowskie śledztwo, ale wszystko, co czytam u siebie w notesie jest okropne, więc nie wiem co mi z tego wyjdzie. Zazdroszczę Marli, bo ta potrafiła napisać kryminał.
9. Ryczałam przy "umieraniu" Storm w "X-Men: Przeszłość, która Nadejdzie", a potem był taki zaskok, bo ona jednak żyje.
10. To jest 110 post w tym roku.

Co w Tym roku? 

Jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że będzie równie fajny co ten. Nie wykluczam zamknięcia bloga. Nie wiem, jak to będzie. Może będzie kolejna historia po zakończeniu tej, może po skończeniu drugiej opowieści zacznę pisać same jednorazówki. Nie wiem co będę mogła robić, jak zrobię to wszystko zorganizuję.

Jak widać "Pusty Post" nie był wcale taki pusty. A Wy? Co macie do powiedzenia? Oddaję Wam głos. Szczęśliwego Nowego Roku!

wtorek, 30 grudnia 2014

Odcinek 43 – Lizzy kontra Ciemne Typy

Święta minęły jak z bicza strzelił, ale nie wiedziałam, czy to dobrze, czy to źle. Jutro jest Sylwester, a o koncercie kapel młodzieżowych mogę zapomnieć, bo już dawno przestali je organizować.
Z drugiej strony... Nowy Rok to niezła okazja do załatwienia sobie nowych, ciemnych kontaktów. Dlatego Ciotka Diane zaplanowała na dzisiaj misję. A właściwie jej przygotowanie.
-To doskonała okazja, żeby Cię czegoś nauczyć. - powiedziała Sarah, prowadząc mnie jednym z pięter centrum handlowego.
-Na przykład czego? - zapytałam, unosząc brwi i patrząc na wystawę z dziwacznymi ciuchami o dość nieprzyzwoitych kształtach. To było już naprawdę dziwne.
-Metamorfozy. - oznajmiła, pokazując mi różową sukienkę z futerkiem. - Szpiedzy muszą umieć się przebierać. Tacy jak my, muszą mieć wiele twarzy i potrafić zrzucać tożsamości jak ubrania.
-Jak Carina? - zapytałam, przypominając sobie jej paszporty w walizce.
-Właśnie tak, ale nie wiadomo, czy aż tak bardzo wejdzie Ci to w krew. - odpowiedziała, przyprowadzając mnie do jednego ze sklepów. - Chuck jeszcze się tego nie nauczył. Nie potrafi od tak zapomnieć kim jest. To twoja pierwsza taka misja. I Twój pierwszy kostium.
Wskazała na różową, fikuśną sukienkę. Uniosłam brwi i spojrzałam na nią, ale nic nie powiedziałam. Po prostu westchnęłam i wywróciłam oczami.
-Na jedną nos przebierzesz się za typową Barbie Girl. - powiedziała, podając mi jedną z sukienek. - To chyba Twój rozmiar. Przymierz.
-Co? - zdołałam wykrztusić. - Chyba... Nie...
Pokręciłam głową i odsunęłam się na krok. W życiu nie podobały mi się takie ciuchy. I nigdy nawet nie myślałam, żeby coś takiego na siebie włożyć.
-To tylko na potrzeby misji. - przypomniała mi. - Jeden wieczór i na koszt rządu. Wiem, że to nie jest idealny sposób na uczczenie nowego roku, ale taką mamy pracę. Sama rozumiesz.
Wzruszyłam ramionami i poszłam do przymierzalni.
-Jest źle. - oznajmiłam, kiedy wyszłam już w sukience. - Wiem to, nie musisz mi tego mówić.
-Nie, wcale nie. - pokręciła głową. - Jest super, naprawdę.
-Z tym, że ja nawet samej siebie nie poznaję. - próbując się jakoś odnaleźć w plątaninie różowego tiulu. - To nie dla mnie.
-I o to właśnie chodzi. - powiedziała z tą swoją dziwną, chorą radością. - To jest druga tożsamość, coś na chwilę i tylko na potrzeby misji.
Jakoś mnie to nie przekonywało. Po prostu zrobiłyśmy te zakupy i wróciłyśmy do domu. Ona zrobi ze mnie jutro jakąś różową lalę i nie chodzi tylko o kolor szminki.
Po zakupach poszłam do Din, która... Powiedzmy nie miała dla mnie czasu. O tak, to jest najlepsze wyrażenie. Bo kiedy ją zastałam, ona jak gdyby nigdy nic migdaliła się z Jamesem.
-A, czyli to tak... - powiedziałam prędzej do siebie, niż do niej. - Dobra, nie przeszkadzajcie sobie. Idę do parku.
Najpierw wróciłam się do domu po bluzę, bo było trochę chłodno. Wcześniej zadzwoniłam do Kendalla, żeby zapytać, czy ma wolną chwilę, bo ja (biedna) nie mam co ze sobą zrobić. A ten oczywiście się zgodził.
-W święta było miło. - powiedziałam, kiedy w końcu się zobaczyliśmy.
-Grzech by było zaprzeczyć. - powiedział, kiedy szliśmy jedną z alejek. - Jak miewa się Carlos?
-W porządku. - odpowiedział, zatrzymując się przy budce z hot-dogami. Zamówił dla nas po jednym i z góry zapłacił. - Zauroczenie w Din już mu minęło.
-Już? - zaśmiałam się. - A potrwało to niecałe pół roku.
-Jak na niego i tak długo. - skomentował. - W Madison też się kochał.
-Żartujesz? - uniosłam brwi.
-Mówię poważnie. - odpowiedział, kiedy sprzedawca przygotowywał dla nas kiełbaski. - Przez jakieś trzy miesiące w pierwsze klasie. Potem się zorientował, ze ślini się do Logana i wybił ją sobie z głowy. Din to tylko powtórka z rozrywki.
-I dlatego powiedziałeś, żebym się tym nie przejmowała, tak? - uniosłam brwi, odbierając od sprzedawcy bułkę z parówką.
-Cały Carlos. - powiedział, dodając do swojej trochę keczupu. - Chcesz trochę?
-Poproszę. - odparłam, biorąc od niego trochę sosu i wylewając sobie na kiełbaskę. Kiedy skończyłam, odstawiłam ją znowu na wózek. - Nie rozumiem, jak można tak... po prostu.
-Carlos podchodzi do życia humanistyczne. Takie ma zainteresowania. - wyjaśnił. - Nie podoba mu się cierpienie do końca życia po nieudanej miłości, ale za to dość często się zakochuje. Raz nie wyszło, to może wyjdzie następnym razem. Podchodźmy do tego realistycznie.
-Teraz rozumiem. - przytaknęłam. - Ale wciąż nie rozumiem, jak możesz stawiać mi żarcie bez zmrużenia okiem.
-To żadna tajemnica. - uśmiechnął się. - Dustin dostał podwyżkę i podniósł mi kieszonkowe po ostatniej wizycie w szkole. Okazało się, że mam całkiem niezłe stopnie.
-Całkiem niezłe? - powtórzyłam ze zdziwieniem. - Człowieku, ostatni test z fizyki napisałeś najlepiej w całej klasie.
-Fizyka, dobrze, że mi przypomniałaś. - powiedział nagle, przechodząc na drugą ławkę. - W nowym roku widzimy się na zajęciach wyrównawczych.
-I to dlatego, że Pan Sparacino dał się zagadać o „Pięknej i Bestii”, chociaż raczej to nie brzmiało jak bajka dla dzieci. - powiedziałam siadając obok niego.
-Bo wcale nie chodziło o bajkę dla dzieci. - oznajmił. - Tylko serial kryminalny.
-Nie znam. - zmarszczyłam brwi.
-Ty na serio masz spore zaległości. - Ale mówiliśmy tylko kilku pierwszych odcinkach, więc jak je zobaczysz, od razu skumasz o co chodziło.
-Masz to nagrane? - zdziwiłam się, omal nie wypluwając swojej bułki z parówką.
-Tak. - pokiwał głową. - Wciąż mam kopie na starym komputerze, dawno go nie włączałem, ale chyba wciąż działa. Pewnie nawet go nie rozpakowaliśmy.
-Po co Ci dwa komputery? Nie wystarczyłby Ci jeden?
-Wystarczyłby, dlatego jednego od dawna nie używam. - odpowiedział. - Ale dzięki za ten model testowy dla Dustina. W końcu ma gdzie zbierać badania.
-Czyli Chuck dobrze wymyślił? - zaśmiałam się, dojadając już swoją bułkę.
-Nawet lepiej niż trafiony. - powiedział z bladym uśmiechem. Nie tyle bladym, co niezręcznym.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Mówiłam, że nie mam weny... I wyszło takie marne coś. Niech mi teraz mózg odpocznie przy jonasach i może jutro się zabiorę za kolejny odcinek.  Po świętach czuję się dziwnie rozleniwiona. Poza tym uprzedzałam, że ta notka będzie dziwna. Tak, dzisiaj są moje urodziny. Mam więc nadzieję, że dzisiejsza notka Wam się podoba. Do zobaczenia jutro w "Pustym poście". Trzymajcie się! 

czwartek, 25 grudnia 2014

Odcinek 42 – Lizzy kontra Pierwsza Gwiazdka

Boże Narodzenie w końcu nadeszło. W taki dzień nawet terroryści dają sobie spokój. Przynajmniej taka miałam nadzieję. A teraz mogłam spokojnie, pomóc Chuckowi w przygotowaniu corocznych prezentów pod choinką. Tak naprawdę zawsze było ich bardzo dużo i chociaż wszyscy dokładali swoje już w Wigilię, to mogliśmy je otworzyć dopiero rano. Mamy trochę inne zwyczaje niż większość Amerykanów. O dziwo wszyscy zjeżdżali się do Echo Parku właśnie w Wigilię, nawet, jeśli nasza rodzina nie była zbyt liczna. Oczywiście miałam nadzieję, że dzisiaj wieczorem przyjedzie Ellie i mama.
John powiedział, że przenocuje u siebie Dustina i Mamę. O ile przyjedzie. Chyba, że może zrobić tak, jak co roku. Przyśle czek i życzenia, chociaż w głębi duszy liczę, że jednak tak nie zrobi.
Odgarnęłam włosy do tyłu i położyłam pod drzewkiem kolejną wielką paczkę. Nawet nie patrzyłam do kogo Chuck ją zaadresował.
-Wszystko dobrze? - zapytał, odtrącając mnie z zamyślenia. - Zwykle robiłaś to dwa razy szybciej.
-Co? Nie, wszystko gra, naprawdę. To po prostu będą dziwne święta. Dla Was moje pierwsze id dwóch lat i nie wiem, jak to będzie wyglądać...
-Dlatego nie zdziw się, jeśli dostaniesz trzy razy więcej prezentów niż inni. - przerwał mi ze śmiechem. - Sama widzisz jak to wygląda. I tak jeszcze przez jakiś czas będziesz dziewczyną z najwyższym kieszonkowym w klasie. Musisz nadrobić kilka tych straconych miesięcy. A jest ich całkiem sporo.
-Całkiem sporo do nadrobienia... - westchnęłam, podrzucając pod choinkę kolejną paczkę. - I nie chodzi mi o prezenty. Wiesz, jak małe dzieci rosną w ciągu dwóch lat?
-Aha! - Chuck kiwnął głową, przestając wiązać kokardki. - Więc teraz chodzi Ci o Clarę? Lizzy, mów co jest grane, przecież wiesz,m że możesz mi powiedzieć wszystko. Jestem przecież Twoim bratem. Muszę Ci o Tym przypominać?
-Nie, nie musisz. - odpowiedziałam wprost. - Nawet nie o to chodzi. To wszystko jest... Dziwne.
Na szczęście byłam zmuszona przerwać tę bezsensowną dyskusję, bo zadzwonił dzwonek do drzwi. Podeszłam otworzyć i zobaczyłam w drzwiach Din i Jamesa.
-Gotowa? - zapytał James i nagle sobie przypomniałam. Przyjacielska Pierwsza Gwiazdka.
-Przepraszam, zupełnie wyleciało mi z głowy. - jęknąłem i odwróciłam się do Chocka.
-Nie ma sprawy. - oznajmił. - Sam dokończę.
Posłałam mu wdzięczny uśmiech i sięgałam po bluzę i swoją małą torebkę. Tego nawet zimą nie można było nazwać. Było bardzo ciepło i nikt nawet nie zastanawiał się nad tym, czy w Los Angeles mógłby choć raz zapadać śnieg.
Wyszłam z mieszkania i wsiadłam do Mustanga, którym jeździła mama Chrisa.
-Pozwoliła Ci go pożyczyć? - zapytałam ze zdziwieniem. - Przecież Twoja mama kocha ten samochód.
-Wiem, ale żeby go dostać na trzy godziny, musiałem przysiąc na wszelkie świętości, że oddam go bez najmniejszego zadrapania. - odpowiedział, siedząc za kierownicą.
Usiadłam z tyłu, obok Kendalla. Z przodu siedział Logan, a obok mnie Madison. Poczułam się trochę jak małe dziecko, bo zajmowałam miejsce w środku, co było trochę niekomfortowe.
Drugi samochód prowadził Carlos. Nie jestem do końca pewna, czy już sobie poradził z tym swoim odrzuconym uczuciem, bo w ciągu ostatnich dwóch tygodni nie wspomniał ani razu o Din. Zero tekstów, że ją kocha i tak dalej.
Kiedy jechaliśmy do pizzeri, przypomniałam sobie o Arthurze, Ciotce Kate i Wujku Roberto. Oni też będą nocowali u Johna, bo jakimś cudem udało mu się przerobić jeden z pokoi technicznych na trzyosobową sypialnię.
-Tak właściwie, to gdzie jedziemy? - zapytałam, zdając sobie sprawę, że minęliśmy już nasz stały lokal. - Nasza Pizzeria była przecznicę wcześniej.
-Teraz już dwie. - powiedział Chris, mijając kolejną. - To będzie niespodzianka. Casey nam zapłacił za obiad w jakimś barze dla bogatych nastolatków. Sam nie wiem, co z tego wyjdzie, bo nigdy nie jadałem w takich miejscach.
Poczułam nagłą pokusę, żeby powiedzieć, że ja też nie. Rozbijam się po takich knajpach i poczułam nagłą ochotę, żeby to powiedzieć na głos, kiedy zobaczyłam, gdzie mamy zjeść.
-Jaja sobie ze mnie robicie? - powiedziałam zamiast tego. - Przecież... „Narodowe smaki” to kuchnia dla młodocianych smakoszy.
-O tak, tez byliśmy zdziwieni. - oznajmił James, wysiadając z sąsiedniego samochodu. - Twój sąsiad nam zapłacił i...
-Oj, wejdziemy w końcu do środka? - przerwała mu Mad, biorąc Logana za rękę.
~***~
Musze przyznać, ze było całkiem miło. John wyznaczył nam coś, co się nazywa „Próg cenowy”, co oznaczało, że nie mogliśmy przekroczyć kwoty, którą wpłacił wcześniej na konto restauracji.
-A właściwie, to jak skończyła się sprawa pobicia Jonathana? - zapytałam nagle, zdając sobie sprawę, że nic mi na ten temat nie powiedzieli.
-Przyznałem się do wszystkiego i nie mogę chodzić na zajęcia ze sztuk walki do końca lutego. - odpowiedział Logan, jakby chodziło o wyrwanie zęba. - I przynajmniej nie czepiali się Chrisa.
-Yhym... - mruknęłam, przełykając coś, co było kluskami z makiem. - Już się boję pomyśleć, co na to Twoi rodzice.
-Nic. - odpowiedział natychmiast. - Robiłem kiedyś gorsze rzeczy. Jedyne, co powiedzieli, to, że mieli nadzieję, że ten okres mam już dawno za sobą. Potem powiedziałem im, że chodziło o moją przyjaciółkę, a oni zaczęli paplać, że przemoc nie jest odpowiedzią na problemy i bla, bla bla bla, bla bla... Głównie, to samo, co Ty mówiłaś.
Pokręciłam głową i pochyliłam się nad swoim talerzem. Cały czas rozmawialiśmy o tym, co się zdarzyło w ciągu tego półrocznego semestru.
-Wiecie co... - zaczął w pewnym momencie Carlos. - Nie będzie mi brakować Volkoff. Może i Pan Mondgomery jest trochę postrzelony i miewa dziwne odparły, ale przynajmniej nie jest draniem*.
Zaśmiałam się pod nosem na jego słowa i spuściłam głowę w stronę miski. No oczywiście. Jednocześnie cieszyłam się, że miałam kilka wolnych chwil, kiedy na przykład mogłam obejrzeć powtórkę serialu, który nie widziałam i mogłam się cieszyć takimi beztroskimi chwilami.
-Carlos, właściwie to... - odezwał się James, a ja sięgnęłam do swojej szklanki z wodą. - On jest agentem. Lizzy nam mówiła. I chyba tylko ona i jej brat wiedzą jaki jest naprawdę.
-Serio? - Carlos zmarszczył brwi i odwrócił się w moją stronę. - Jaki?
-Trochę zwariowany. - odpowiedziałam. - Na święta wyjeżdża do swojej mamy. Rodziny nie ma, za to nie liczy sobie kochanek.
W reakcji Din sięgnęła do torby i wyjęła z torebki jakąś karteczkę.
-Pewnie dlatego podpisał mi się z serduszkiem. - powiedziała, pokazując zezwolenie na wypożyczenie rzadkich leksykonów.
Wzięłam od niej karteczkę i przyjrzałam się dokładnie. Rzeczywiście, było tam serduszko, ale bardzo malutkie. Malutkie, ale widoczne.



___________________________________________________________________
* drań – według slangu anglojęzycznego, męska odmawiana wyrażenia „suka”.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Notka świąteczna. Byli wszyscy, chociaż pewnie nie wymieniłam wszystkich... Następna Wypada w moje urodziny, więc na pewno będzie dziwna. Chociaż jeszcze jej nie zaczęłam, to już wiem, bo mam głupi plan. O tak... Za kolejne do końca sezonu też nie ręczę, bo mam głupie pomysły. Mam więc nadzieję, że notka Wam się podobała. Do następnej! Trzymajcie się!  

środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt!

-Will, co to są święta? - zapytała Emily, zakradając się do mojego pokoju. 
-Święta? - powtórzyłem, zamykając książkę, którą właśnie czytałem. - Boże Narodzenie to takie dwa dni w grudniu, kiedy cała rodzina jest szczęśliwa. 
-A Jeśli ktoś nie ma rodziny, tak jak ja, albo Ty? - zapytała po raz kolejny, wskakując na moje łóżko. 
-My mamy rodzinę. - odparłem. - Sami jesteśmy dla siebie rodziną. 

Tym prze-sentymentalnym kawałkiem z sierocińca napisanym w dwie minuty, zaczynam dzisiejsze życzenia. Dla uściślenia, ta Emily ma osiem lat. Chociaż to chyba nie jest ważne. Już od ponad tygodnia najczęściej ściąganym plikiem z mojego chomika jest "Przybieżeli do Betlejem" w wykonaniu Eneju. Rety, nie wiem, po co to Wam do wiadomości...
A teraz pasowałoby wstawić jakiś obrazek... A tak... To chyba się nada.
Ważne, ze jest Donald.
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkiego, co najlepsze. Świąt spędzonych z rodziną, wakacji bez rodziny (albo z rodziną, niepotrzebne skreślić). Wielu głębokich przeżyć, oraz aby przy świątecznym stole nie zabrakło światła i rodzinnej atmosfery. A w nadchodzącym nowym roku spełnienie marzeń, wszelkiej pomyślności i sukcesów (....).
Jeśli ktoś chce, to zostaje jeszcze całus pod jemiołą. 
Piszącym oczywiście życzę wany twórczej, 
a czytającym przyjemności z czytania. 


W Boże Narodzenie ludzie całują się pod jemiołą, bo to taki pogański zwyczaj. Wywodzi się że starożytności, bo oni wierzyli, że ta leczy choroby i chroni przed złymi siłami.
W trzecim sezonie serialu "Teen Wolf: Nastoletni Wilkołak" Jennifer (Darah/nauczycielka Angielskiego) powiedziała: "Jemioła jest istotna dla Druidów, ale wiesz, dlaczego całują się pod nią ludzie? Wiąże się z nią pewien nordycki mit. Baldur, syn Odyna był uwielbiany przez wszystkich bogów. Chcieli go chronić przed wszelkim złem. Jego matka, Fryg ubłagała ogień, wodę, metal i każdą żywą istotę, żeby nigdy nie skrzywdziły jej syna. Bogowie urządzili próbę. Rzucali w Baldura kamieniami, strzałami i razili go ogniem, ale bez skutku. Tylko jedna osoba nie kochała Baldura. Loki, bóg oszustwa. Odkrył, że Fryg zapomniała poprosić o łaskę jemiołę, pozornie niegroźną roślinę. Loki sporządził z niej strzałę i zabił Baldura. Śmierć syna złamała Fryg serce. Ogłosiła, że jemioła już nigdy nie zostanie wykorzystana jako broń. I że pocałuje każdego, kto pod nią przejdzie. Dlatego wieszamy jemiołę w czasie świąt Bożego Narodzenia, żeby już nigdy o niej nie zapomnieć." Nie wiem, czy ten mit istnieje, ale obstawiam, ze tak, chociaż nie sprawdzałam.
Pozostaje mi tylko się modlić, żeby te życzenia nie były dla Was tak żenujące, jak są dla mnie i to z tego powodu, że ja to napisałam. Oczywiście widzimy się jutro, bo jest czwartek. Święta świętami, ale jutro notki nie odpuszczę, nie ważne, że jest krótka. Jeszcze raz Wesołych Świąt. Do jutra!

wtorek, 23 grudnia 2014

Odcinek 41 – Lizzy kontra Skuteczna Zemsta

Do dnia dzisiejszego nie mogłam uwierzyć, że Logan przyznał się do całej winy za pobicie Jonathana. Wziął na siebie całą odpowiedzialność. Jeszcze nie wiadomo jak zostanie ukarany.
A dzisiaj był kolejny zwykły dzień. Boże Narodzenie było coraz bliżej i każdy z nas coraz bardziej odczuwał. Na wystawach sklepowych było coraz więcej ozdób, a Święty Mikołaj z plastiku ozdobił frontową szybę Buy More, a Lester całymi dniami chodził w ubranku elfa, bo Big Mike mu tak kazał. O tak, ten sklep to dom wariatów.
-Kiedy przyjedzie Carina, będziemy musiały pojechać po sukienkę. - powiedziała Sarah pewnego dnia przy śniadaniu.
Podniosłam głowę i spojrzałam na nią, kiedy nalewała soku do szklanek.
-Carina przyjeżdża? - zapytałam, odkładając łyżkę na talerz. - Kiedy?
-Za tydzień. - odpowiedziała. - Obiecała, że zorganizuje mój wieczór panieński. I jeszcze jedno. Zostaniesz moją druhną? Jak dotąd mam tylko Ellie i Carinę.
-Jasne nie ma sprawy. - wymamrotałam.
Właśnie teraz, dopiero teraz wpadłam na pomysł, jaka może być skuteczna zemsta na Jonathanie. Tylko ani Din, ani pozostali nie mają zielonego pojęcia, że carina jest agentką. Spróbuję ją namówić do udziału w tym czymś. My zemścimy się na Jonathanie, a ona trochę się pobawi. On ma siedemnaście lat. Prawa nie złamie.
Po śniadaniu John miał zawieźć mnie i Din do szkoły. Wybiegłam na dwór, czekając, aż oni też przyjdą. Spojrzałam na zegarek. Było jeszcze bardzo wcześnie. Nic dziwnego.
Dlatego zadzwoniłam do Cariny. Może i mój plan był wredny, ale teraz to najlepsze wyjście. Przynajmniej tak mi się wydawało. Chociaż może lepiej się z tym jeszcze wstrzymać? Odłożyłam telefon na kolana, siadając na na skraju fontanny.
~***~
-Musimy spisać wszystkie grzeszki Jonathana. - oznajmiłam przy obiedzie. - Może to da nam argument, żeby przekonać Carinę.
-A, kto to jest Carina? - zapytał Logan, siadając przy Madison.
-Agentka DEA, przyjaciółka Sary, mówiąc wprost niezła suka. - wymieniałam. - Dobra w uwodzeniu. I to całkiem dobra.
-A na czym polega Twój plan? - zapytał Carlos, przełykając kęs marchewki.
-Poprosimy, żeby Carina uwiodła Jonathana. A potem rzuciła. - wyjaśniłam. - Tak jak on rzucił Din. Wiesz, jaki on jest. Pewnie już podrywa kolejną. Ale głos należy do Din. Jej decyzja, czy zrealizujemy ten plan, czy nie.
Wszyscy spojrzeliśmy na Din. Ona tylko spuściła wzrok, jakby się jeszcze nad tym zastanawiała. Właściwie, to nie, jakby się zastanawiała. Tylko, jakby nie była pewna.
-Ja chyba wolę odpuścić. - powiedziała cicho. - Wiecie, mam tego już dość. I nie chcę się na nim już mścić. A teraz, kiedy widzę, że wy... No, że wy stajecie za mną murem... I tyle mi wystarczy.
To nie była chęć zemsty. Dopiero teraz to zauważyłam, a po minach pozostałych odczytałam, że oni też to zrozumieli. Nam po prostu zależy na Din. To nasza przyjaciółka.
-Jesteś pewna? - zapytała Madison. - Wiesz, że dla Ciebie zrobimy wszystko.
-Wiem i za to Wam dziękuję. - powiedziała spokojne.
Zabrzmiał dzwonek. Rozejrzeliśmy się po stołówce i wstaliśmy od stolika. Przełożyłam nogę, przeskakując przez ławkę. Razem wyszliśmy z sali i poszliśmy do klasy pana Santosa, a ten ostatnio był... Nie do końca wiem, jak to określić... Zbyt normalny.
Mam tu na myśli, że nie potykał się o własne nogi, pracował ze spokojem. To podobno zasługa Roana, który postanowił się „za niego wziąć”. I jeśli to jego zasługa, to... Szacunek.
Pan Santos wszedł do klasy, sztywno wyprostowany. Zgrabnym ruchem dłoni, wręczył Emmie plik sprawdzonych klasówek.
-Rozdasz? - poprosił.
-Co? Hym! - prychnęła. - Chyba pan żartuje? Ja? Przewodnicząca klas drugich ma rozdawać klasówki, jak zwykła... jak zwykła...
-Dobrze, wszystko w porządku. - odpowiedział, ze stoickim spokojem i odwrócił się do Jamesa. - Może mógłbyś oddać sprawdziany?
-Oczywiście, pani Santos. - odpowiedział z uśmiechem.
Wyszedł z ławki i zaczął oddawać podpisane klasówki. Spojrzałam na swoją, kiedy położył mi ją przed moim krzesłem. Cztery plus. Po prostu cztery plus. To dobra ocena.
Podniosłam wzrok i spojrzałam na Emmę. Dyrekcja nieźle to sobie wymyśliła. Wizytacje przewodniczącej, które mówiły, ze Emma przez jeden dzień ma uczestniczyć w lekcji innej klasy. Ten eksperyment miał potrwać tydzień. Tydzień, bo miała uczestniczyć jeszcze z lekcjach klas pierwszych. Nie miałam pojęcia, jak by to wyglądało.
-Wszystko dobrze, Lizzy? - zapytał pan Santos, podając mi książkę z tekstem do przeczytania na głos. - Jesteś jakaś milcząca.
-Eee... - otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale nie za bardzo wiedziałam jak się wysłowić. - To nic. Proszę się nie przejmować. To tylko chwilowe.
Wzięłam od niego książkę i odchrząknęłam.
~***~
Po lekcjach poszłam do sklepu. Tylko nie sama. Z przyjaciółmi. Miałam dzisiaj grać w Call of Duty. Po tym, jak Lester zobaczył, że coraz lepiej mi to idzie. I dlatego namawiał mnie na to jeszcze raz i jeszcze raz. I chyba nie tylko dlatego, ze Chuck coraz częściej był nieczasowy. A dzisiaj był piątek. Najbardziej odpowiedni dzień na całonocną grę na komputerze.
-Musimy zobaczyć jak grasz. - powiedział Logan, idąc tyłem, tak, żeby patrzeć mi w oczy.
-Może i ja nie mam nic przeciwko temu. - oznajmiłam, wciąż trzymając Kendalla za rękę. - A za Lestera nie ręczę. To on przewodniczy temu... temu... - wywróciłam oczami, żeby poszukać odpowiedniego stwierdzenia. - „Kółku maniaków komputerowych”.
-Aha, czyli jesteś maniakiem komputerowym. - odparł Carlos, szturchając mnie w plecy.
-Nie, ale przez bardzo długi czas, ta banda debili w Buy More, to byli moi jedyni przyjaciele. Nie mogę ich tak po prostu zostawić na lodzie. Nawet, jeśli chodzi o głupią grę. Dla nich to coś więcej.
-Gra komputerowa czymś więcej? - Madison zmarszczyła brwi, krzyżując ramiona. - To głupie.
Pokręciłam głową i wolną ręką wskazałam na Large Mart. Całkiem niedaleko Buy More.
-Widzicie ten sklep? Mają artykuły budowlane i trochę elektroniki. Call of Duty online jest grupowe. W każdy piątek ekipy obu marketów umawiają się na bitwy w sieci. Bo widzicie... Lepsze to, niż mieliby się atakować osobiście.
-W tym się zgodzę. - Din kiwnęła głową. - Przynajmniej nie zrobią sobie krzywdy.
Pokręciłam tylko głową i odwróciłam się do Chrisa, który rozmawiał z Jamesem.
-Wiesz co, musimy zrobić jakąś kasę. - wyszeptał James, pochylając się nad Chrisem.
-Nie... - Chris pokręcił głową. - Ostatnio padła mi drukarka.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Krótko, ale myślę, że źle nie wyszło. Pisałam gorsze rzeczy, szczerze mówiąc. Na razie nie będę składać Wam życzeń. Życzenia będą jutro. Na tym blogu jest tyle postów, że chyba na jeden taki mogę sobie pozwolić. Czy nie? Dobra, nie ważne. Już postanowione. Liczę na Wasze opinie i mam nadzieję, że to coś podobało Wam się mimo wszystko. Trzymajcie się!  

czwartek, 18 grudnia 2014

Odcinek 40 – Lizzy kontra Szpiegowskie Ciasteczka

Ze sklepy do szkoły było stosunkowo niedaleko, dlatego poszłam tam na piechotę. Na parkingu zwróciłam uwagę na toyotę Chucka i szpiegowskiego vana CIA. Bez słowa wsiadłam do środka, zwracając na siebie uwagę Johna.
-A, to tylko Ty. - skomentował.
-Jak sprawa? - zapytałam, siadając obok niego, a ten wręczył mi słuchawki. Dziwne, zazwyczaj siedzi tu na głośniku.
-Coraz lepiej. Carmichael rozmawia z Goldem, a Walker poszła zejść pod tą piwnicę.
-Sama? - zmarszczyłam brwi, próbując wyłapać jakieś słowa w słuchawkach.
-Jest profesjonalistką. A co za tym idzie, dobrze da sobie radę. - zapewnił, sprawdzając jedną z kamer, która była przyczepiona do naszyjnika Sary.
Na monitorze widać było teraz jakiś zamazany obraz. Widocznie teraz chodziła do tych podziemi. Rozciągnęłam sobie kark i rozmasowałam sztywne miejsce. Ostatnio coraz częściej sztywniały mi mięśnie. To chyba była wina źle ułożonej poduszki. Tak naprawdę nie pamiętam, kiedy gruntownie ścieliłam sobie łóżko, a to znaczy, że to było bardzo dawno.
-Lizzy to bardzo dobra uczennica i moja najlepsza kadetka. Mógłbym śmiało powiedzieć, że... - usłyszałam głos Jacka i natychmiast zdjęłam sobie słuchawki z głowy.
-Możemy się zamienić? - poprosiłam. - Nie bardzo widzi mi się słuchanie rozmowy Jacka i Chucka na temat moich osiągnięć naukowych.
-Żartujesz? - zdziwił się, sięgając po ciasteczko i biorąc do buzi całe naraz. - Niejeden dzieciak dałby się pokroić, żeby wysłuchać własnej wywiadówki.
-Chyba jednak wolę o to go zapytać. - stwierdziłam, kręcąc głową i wbiłam spojrzenie w monitor. Sarah teraz już zeszła na dół i szła jakimś korytarzem.
Patrzyłam jak pewnie pokonuje przestrzeń dzielącą ją od głównego panelu. Potem zaczęła instalować kamery, takie, które łatwo schować. Ja jeszcze nie nauczyłam się tego robić. Podkładanie mikrofonów jest znacznie łatwiejsze, bo można je czymś przykryć.
Odwróciłam wzrok na kolejny ekran. Ktoś schodził do podziemi. Gwałtownie szarpnęłam Johna za rękaw i pokazałam co się dzieje.
-Walker, streszczaj się. - powiedział, pochylając się do mikrofonu. - Ktoś schodzi na dół.
-Tak, nasz woźny. - mruknęłam. - Myślałam, że koleś jest... niegroźny.
Dokończyłam niepewnie, bo facet wyciągnął jakąś kartę identyfikacyjną i jak gdyby nigdy nic otworzył sobie drzwi i wstukał kod.
-Nasz woźny w Kręgu? - jęknęłam. - Na litość boską, do czego ten świat prowadzi?
-Jak on się nazywa? - zapytał John, otwierając udostępniony przez Chucka rejestr bazy danych. Rozejrzałam się po furgonetce, próbując sobie przypomnieć jego nazwisko.
-Chyba ma na imię Francis. - odpowiedziałam, zaczynając panikować. - Nikt nigdy nie używa jego nazwiska. Wszyscy mówią Francis.
Ten poszperał trochę w systemie i wyświetlił jego profil. Czytał dość szybko, ale nie tak szybko jak Chuck. No i nie był aż tak bystry.
-Szlag! - wymamrotał na tyle głośno, żebym dosłyszała jego warknięcie. - Kiedyś był narzeczonym Sydney Prince. Walker, uważaj. Nie wiemy czego się po nim spodziewać.
Spojrzałam w monitor z podglądu Sary. Nie zwróciłam uwagi na dzwoniący telefon i zamiast tego rzuciłam nim o ścianę i przygryzłam wargę.
Potem wszystko działo się za szybko. Sarah znokautowała go jednym uderzeniem i w kilka sekund wyszła z szybu. Odetchnęłam z ulgą, kiedy usłyszałam jej głos.
-Lizzy, już wiemy, komu masz podłożyć pluskwę przed świętami.
~***~
-Ciasteczko? - zapytałam Kendalla, siadając obok niego na kanapie z puszką od Johna.
-Dzwoniłem do Ciebie. - powiedział, biorąc do ręki jedno z nich. - Dlaczego nie odebrałaś?
-Byłam zajęta. - odpowiedziałam, dając mu szklankę soku. - Właściwie musimy pogadać. Rozmawiałam wcześniej z Chuckiem i Sarą i bardzo spodobał im się mój pomysł.
-Ale o co chodzi? - zmarszczył brwi. - Lizzy, co znowu wymyśliłaś?
-Może Ty i Dustin wpadniecie do nas na święta? - zaproponowałam. - Będzie cała nasza rodzina, a Chuck pewnie znowu zrobi za dużo jedzenia.
-Jesteś tego pewna? - uniósł brwi. - Bo wiesz... Nasza mama wychodzi na ferie z ośrodka odwykowego, a to nie jest doborowe towarzystwo.
-No to przyjdź z mamą. - powiedziałam. - Co za problem?
-Już Ci powiedziałem. - westchnął. - Macie dużą rodzinę i wiem, że nie zawsze tak było. Jednak ja zazwyczaj jestem sam. Mój ojciec nie świętował Bożego Narodzenia, a z mamą i Dustinem to będzie pierwszy raz.
-No i to jest dobry moment na małą rewolucję. - powiedziałam, zaciągając sobie nogawkę dresów na kostkę. - Oj proszę Cię, co masz do stracenia? Poznasz moją siostrę i szwagra...
Przez długą chwilę patrzyłam na niego wyczekująco. On tylko mierzył mnie wzrokiem, jakby to to czekał na odpowiedź, a nie ja. Przechyliłam głowę w bok, żeby go jakoś pośpieszyć.
-No dobra. - powiedział w końcu, a ja poczułam nagłą chęć przytulenia go do siebie. Tak, wiem... Jestem dziwna. - Ale najpierw pogadam o tym z Dustinem.
-Czyli Dustin powie „tak” i przyjedziecie? - niemal piszczałam z nadmiaru emocji.
-Tak, właśnie tak. - pokiwał głową.
Nie zdążyłam zareagować, bo drzwi naszego mieszkania otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł Carlos w towarzystwie Chrisa, a zaraz za nimi stali Logan i James. W właściwie odwrotnie.
Co czterej wyglądali dość komicznie, jeśli mogę się tak wyrazić. Carlos trzymał Chrisa za tył jego dresowej bluzy, jednak ten przez cały czas się miotał i krzyczał, żeby go puścić. James trzymał Logana, ale ten był o niebo spokojniejszy.
-Możecie mi wytłumaczyć, co się dzieje? - poprosiłam, wstając z kanapy.
-Przyznacie się, czy ja mam jej wszystko powiedzieć? - zapytał James, wymownie puszczając Logana, a ten po prostu otrzepał się jakby z kurzu i stanął prosto, jakby na był największym w świece chojrakiem.
-Skopaliśmy tyłek Jonathanowi. - powiedział takim tonem, jakby był z tego dumny. - I co? Od dawna chcieliśmy to zrobić. Przecież o tym wiedzieliście.
-Że co proszę? - wrzasnęłam, czując, jak cała gotuję się ze złości. - Ty też? - zapytałam Chrisa.
-Tak, jak też. - odpowiedział z zaciśniętymi zębami.
-Coś ty najlepszego zrobił? - jęknęłam. - Wiesz, czym to dla Ciebie grozi?
-Wiem, zawieszeniem i... - przerwał na chwilę, jakby wstydził się tego wypowiedzieć na głos. - Powrotem do poprawczaka.
-Teraz mi to mówisz? - przerwał mu Logan. - Mogłeś mnie wcześniej uprzedzić, poszedłbym tam sam. Nie wciągałbym Cię w to.
-No weź... - spojrzał na niego, kiedy Carlos go puścił. - To chodzi o Din. Naszą przyjaciółkę. Skrzywdził ją i musiał ponieść tego konsekwencje.
-I na serio myślisz, ze to było najlepsze wyjście? Wymyślilibyśmy inną, bardziej sensowną zemstę, ale nie pobicie. - powiedział Carlos, wciąż stojąc ramię w ramię z Jamesem.
Oni mają rację. Wymyślilibyśmy coś innego. Coś bardziej skutecznego, bo to niczego go nie nauczy. Tylko co mogłoby podziałać.
-A kogo obchodzi, czy trafię do poprawczaka, czy nie? - to retoryczne pytanie Chrisa, trochę wytrąciło mnie z zamyślenia.
-Mnie! - to powiedzieliśmy wszyscy jednocześnie.

-Słuchajcie. - odezwał się Logan. - Nie chcę, żeby posadzili Chrisa. Dlatego pozostaje mi jedno wyjście.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 Teraz będą dwie wiadomości. Jedna dobra, druga zła. Zła: Chwilowo straciłam wenę i kiepsko mi idzie pisanie. Policzę się z tym później. Dobra: Pusty post nie będzie wcale taki pusty. Ukaże się ostatniego dnia roku. Trochę mnie poznacie, będzie kilka gifów. I wiadomość zło/dobra: Przedwczesne ukazanie się dzisiejszego odcinka świadczy o tym, że jadę do dentysty i wolę to zrobić wcześniej, niż nie zrobić wcale. 
Już nie nudzę, bo zaraz muszę iść się szykować. Jeszcze jedna dobra wiadomość: Końcówka sezonu będzie troszeczkę kryminalna. Pewnie wyjdzie mi to kiepsko, ale ryzyk-fizyk. A teraz mam nadzieję, że odcinek Wam się podobał. Do wtorku (o ile zdążę napisać). Trzymajcie się!

wtorek, 16 grudnia 2014

Odcinek 39 – Lizzy kontra Nietypowa Wywiadówka

Po tygodniach przygotowań do Misji w końcu przyszedł dzień zejścia pod piwnicę. Cieszyłam się z tego, ale tylko dlatego, że bardzo chciałam mieć to za sobą. I tylko dlatego.
-Lina? - zapytał Chuck, wbijając wzrok w listę rzeczy do zabrania.
-Jest. - odpowiedziała Sarah, wkładając rzeczoną linę do damskiej torebki.
-Mikrofony?
-Są.
W końcu nie wytrzymałam i podeszłam bliżej. Robili to bez skrępowania. Zupełnie, jakby byli pewni powodzenia. Może nawet zbyt pewni... Jedno jest pewne. Przynajmniej dla mnie. Nikt inny nie szykuje się do tego zebrania jak ta dwójka.
-Jesteście pewni, że dacie radę zrobić to sami? - zapytałam. - Może mogłabym...
-Jeszcze nie teraz. - oznajmił Roan, kładąc mi dłoń na ramieniu. - Najpierw Twój brat i jego przyszła żona zrobią rekonesans i później zobaczymy.
Wywróciłam oczami i spojrzałam mu w twarz. Cierpliwa nie byłam. Nigdy wcześniej... No fajnie, wszystko ładnie, pięknie, powoli... Nie! To nie dla mnie.
-Załóżmy, że zrobicie już ten rekonesans i co dalej? - zapytałam, krzyżując ramiona na piersiach.
-A bo ja wiem? - Chuck wzruszył ramionami. - Najpierw musimy ustalić jaki jest stopień zagrożenia. Jeśli to, co tam robią jest naprawdę bardzo złe, to postępowanie potrwa trochę dłużej. Rozmowa z Tobą to jedno, a misja, to co innego.
-Nie wykluczamy, że będziesz musiała poprosić o pomoc swoich przyjaciół. - oznajmiła ciotka Diane, a ja podniosłam głowę.
-Że jak? - otworzyłam gwałtownie usta. - O nie! Nie narażę przyjaciół. Mowy nie ma!
-Mówiłam, że tak zareaguje. - westchnęła Sarah, zakładając sobie torbę na ramię. - To wciąż jest ostateczność. Możliwe, że nie będziemy musieli prosić ich o pomoc.
-Mam nadzieję. - mruknęłam. - To moi Prawdziwi przyjaciele, rozumiecie? Ne znam ich długo, ale mi na nich zależy i wiem, że mogę im zaufać. O takich przyjaciół naprawdę trudno.
-Ma rację. - powiedziała Sarah. - Szpiegowi trudno się z kimś zaprzyjaźnić.
-Nie jestem jeszcze szpiegiem. - powiedziałam, krzyżując ramiona.
-Ale będziesz. - mruknął Chuck, jakby to było nieuniknione. - To na prawdę budująca robota. Robimy coś ważnego.
Spojrzałam na Roana, a on tylko wywrócił oczami, jakby był czymś wysoce znudzony. To go trochę odmładzało. Wyglądał wtedy... Inaczej. Trochę jak taki energiczny wujek. Chociaż nie wiem skąd to skojarzenie. Może dlatego, że jest starą miłością Ciotki Diane... Nie wiem... Chociaż musiałam przyznać, że ostatnio jakby bardziej przyzwyczaili się do swojego towarzystwa. Nie było już żadnych niezręcznych momentów, a nawet coraz lepiej się ze sobą dogadywali. Oczywiście na płaszczyźnie zawodowej, bo nie widziałam, żeby w tym roku rozmawiali prywatnie.
-Dosyć tego gadania! - zawołał. - Pora brać się do roboty!
I jak na zawołanie odebrałam SMSa. Wyciągnęłam komórkę z kieszeni jeansowej marynarki i spojrzałam na wyświetlacz.
Od: Madison
Czemu jeszcze Cię tu nie ma? Logan już czeka!”
-Kurza stopa! - krzyknęłam niepohamowanie. - Musze iść. Obiecałem Madison, że będę blisko na jej randce z Loganem.
-Mogę Cię zawieźć. - zaoferował Roan, a ja tylko pokręciłam głową.
-Nie trzeba. - oznajmiłam. - Umówiłam się z Morganem, ze pożyczę jego rower. To na razie! Zobaczymy się na kolacji!
Pomachali mi na pożegnanie, a ja poszłam do sklepu, odbierając kluczyk Morgana od blokady na koło. No tak... Odkąd Chuck pożyczył go sobie bez pytania, ten stosuje niezwykłe środki ostrożności. To było nawet zabawne, biorąc pod uwagę, że „tylko kretyn kradnie rower”.
-Tylko nie zarysuj! - zawołał za mną.
-Nie zarysuję! - odkrzyknęłam, wychodząc na zewnątrz.
Kiedy tylko namierzyłam ten rower, odpięłam go od dolnej ramy barierki i schowałam blokadę do torby. Pokręciłam głową nad tymi rzeczami i i wsiadłam, jadąc do pizzeri w której Mad i Logan mieli mieć swoją randkę.
Zsiadłam z niego i podbiegłam do Madison, która stała ukryta za jedną z kolumn.
-Wolniej się nie dało? - wycedziła przez zaciśnięte zęby.
-Miałam herbatę u Cioci. - wyszeptałam. - Dlaczego po prostu nie poszłaś tam sama? On czeka na Ciebie, a nie na nas obie.
-Wiem, ale chciałam, żebyś była blisko. Teraz to Ty jesteś moją najlepszą przyjaciółką. - odpowiedziała. - Dobra, idę tam. Jak wyglądam?
-Świetnie. - uśmiechnęłam się, poprawiając jej włosy. - A teraz idź tam, zanim Logan sobie pójdzie, a ja sobie coś zamówię.
Pokiwała głową i podeszła do Logana, który trzymał w ręku wielkiego słonecznika. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, kiedy Mad stanęła przed jego twarzą. Powitali się klasycznym buziakiem w policzek i usiedli przy stoliku, gdzie stał już duży placek.
Podeszłam do lady i poprosiłam o duże frytki i butelkę mrożonej herbaty. Wiedziałam, ze dają do tego po szklance i jednej słomce. Zapłaciłam z góry, a zmięty rachunek z dowodem zapłaty wepchnęłam do kieszeni. Potem usiadłam przy takim stoliku, gdzie miałam dobry widok na Logana i Mad. Nawet nieźle ich widziałam. Chociaż Logan był ode mnie odwrócony plecami. Jak zwykle w takich sytuacjach po prostu siedziałam, patrząc na nich i czekając na zamówione przez siebie frytki.
-Podać coś jeszcze? - zapytała dziewczyna, która przyniosła mi jedzenie.
-Nie dziękuję. - pokręciłam głową z życzliwym uśmiechem, podając jej zapłacony rachunek. Ta tylko przeczytałam co tam jest i oddała mi go z uśmiechem.
Kiedy odeszła, zaczęłam się wpatrywać w Logana i Madison. Moja komórka leżała obok mnie, dobrze wyciszona. Tak, żebym widziała, że ktoś ewentualnie dzwoni. A nie mogę przecież pozwolić, żeby mój charakterystyczny dzwonek usłyszeli wszyscy, łącznie w Loganem. On przecież myśli, że siedzę w sklepie, pomagając przy rozładunku towaru.
Ta ich randka była dość skromna. Po prostu siedzieli i rozmawiali. Madison chyba dobrze się bawiła i chyba nie było potrzeby, żebym siedziała tu przez cały czas. No oczywiście. Obiecałam, więc nie mogłam się stąd oddalić, dopóki oni sobie nie wyjdą.
Więc siedziałam tak, grzebiąc sobie w tych usmażonych ziemniakach. Rozejrzałam się po sali. Nie każdy był tu z „partnerem”. Są tacy, którzy siedzieli sami, była jakaś rodzina naprzeciwko mnie. Ten chłopczyk w końcu zauważył, że na nich patrzę i pomachał do mnie z radosną miną. Odmachałam mu, maczając kolejna laskę ziemniaka w sosie pomidorowym. Swoją drogą, coś się w nim zmieniło. Smakował trochę inaczej, niż go zapamiętałam. Był na pewno trochę ostrzejszy. Chyba dodali trochę papryczki chili.
Mój telefon nagle zaczął wibrować. Spojrzałam na wyświetlacz. Dzwonił Arthur. Tylko czego on mógł teraz chcieć? Odebrałam, chowając się lekko pod stołem, żeby nikt nie mógł nas dosłyszeć.
-Kiepski moment. - syknęłam. - Przecież wiesz, ze pilnuję Logana i Mad.
-No wiem, przepraszam. - powiedział z wyraźną przykrością w głosie. - Chodzi o to, że zmieniałaś hasło w mojej poczcie.
-No i? - zmarszczyłam brwi, nie do końca wiedząc o co mu chodzi.
-Nie powiedziałaś na jakie. - powiedział, jakby to była podstawowa rzecz, o jakiej powinnam go poinformować. Bo w gruncie rzeczy było.
-Oj, po prostu wpisz „misio54” i wejdziesz. Pogadamy później. Cześć.
Rozłączyłam się i spojrzałam w stronę Mad i Logana. Na szczęście już kończyli i ja swobodnie mogłam zebrać swoje zabawki.
Zebrałam do torebki, to czego nie zdążyłam zjeść i wyszłam za nimi z lokalu. Potem wsiadłam na rower i wróciłam do sklepu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

No i tak wyglądała randka Logana i Madison... Nie mam czasu na kazanie. Musze już wychodzić z domu, a co za tym idzie, wyłączyć komputer. Mam nadzieję, że notka Wam się podobała. Na komentarze odpowiem jutro. Trzymajcie się!  

czwartek, 11 grudnia 2014

Odcinek 38 – Lizzy kontra Lista Zakupów

Po lekcjach poszłam do sklepu z Carlosem i Kendallem. Chciał sobie kupić nowy odtwarzacz, a ja czułam, że to nie będzie jego ostatni, bo Carlos ma skłonność do gubienia niewielkich przedmiotów.
-Wracasz prosto do domu, Carlos? - zapytała Sarah, kiedy ten płacił za nowy nabytek.
-Tak, chyba już nie mam nic do roboty, a zaraz powinien być mój... - zaczął, ale Sarah uciszyła go ręką i nie zdążył dokończyć.
-Jeśli zaczekasz dziesięć minut, to możesz zabrać się z nami. - powiedział Chuck, podając mi jakąś kartkę. - I tak umówiliśmy się z Twoją mamą w jej domu.
-To nie będzie żaden problem? - zapytał Carlos, chowając swoją nową empetrójkę do plecaka. - Bardzo dziękuję, nie wydam na metro.
W odpowiedzi Chuck tylko pokręcił głową, kiedy Sarah coś mówiła, ze nie ma problemu. Spojrzałam na kartkę, którą mi dał.
-Co to jest? - zapytałam, przeszukując wzrokiem listę towarów.
-Lista zakupów. - odpowiedział. - Niewielkie, ale będziemy mieli gości. Zaczekaj, zaraz dam Ci pieniądze. Tylko znajdę portfel.
-Emm... - jęknąłem na wstępie. - Jak nie możesz znaleźć, to zapytaj Jeffa. Zwykle on go znajduje, kiedy go gubisz.
-Myślisz, ze znowu go zgubiłem? - zmarszczył brwi, wysypując na biurko zawartość swojej torby. - Chyba żartujesz? Niemożliwe!
-Możliwe, możliwe... - zaśmiałam się. - Idź już do Jeffa, on ma Twoją kasę. Wiesz, ze ostatnio zrobił się uczciwy, to na pewno Ci odda.
-Dla Ciebie ostatnio. - odpowiedział, ciężko wzdychając. - A dla nas to już trochę czasu.
Pokręciłam głową i odwróciłam się w stronę Kendalla. Miałam taką straszną ochotę na kanapkę z tuńczykiem... Spojrzałam na Kendalla z nadzieją. A może...
-Dobrze, mów o co chodzi. - uśmiechnął się, obejmując mnie w pasie.
-Skoczymy do SubWay? - poprosiłam. - Mam straszną ochotę na tuńczyka... Proszę... Muszę zjeść tą kanapkę dzisiaj!
-Tuńczyk? - uniósł brwi, a ja powikłam głową. - Koniecznie dzisiaj?
-Aha! - pokiwałam głową, składając ręce. - Mam jeszcze trochę kasy, Tobie też postawię.
-Postawisz? - powtórzył, odwzajemniając mój uścisk. - To brzmi całkiem kusząco. Na prawdę kanapka? Wymagająca nie jesteś.
-A co mam wymagać? - zmarszczyłam brwi. - Chcę kanapkę i tyle. Co w tym dziwnego?
-W sumie nic, ale dziewczyny zazwyczaj chcą jakieś egzotyczne dania. A Ty kanapkę? Po prostu?
-Bardzo lubię kanapki. - powiedziałam wprost.
Nie było sensu dalej ciągnąć tej dyskusji. Nie ma po co. Zamiast tego czekałam na Chucka, który miał mi dać pieniądze na zakupy. W sumie jajka, cukier trzcinowy i śmietanka do kawy to nie jest nic wyszukanego. Będzie w każdym supermarkecie.
-Zakupy też z Tobą zrobić? - zapytał, spoglądając na kartkę. - Dustin wraca późno, nie ma potrzeby, żebym się śpieszył. A to może być okazja, żeby spędzić razem trochę czasu.
-Na serio? - zmarszczyłam czoło. - Może nie jestem typowa, ale wiem, że mamy sporo lekcji i wypadałoby jeszcze trochę do konkursu semestralnego z Angielskiego. W tamtym roku zająłeś drugie miejsce.
-Skąd wiesz? - zmarszczył czoło. - Nic Ci nie mówiłem.
-Przecież jestem szpiegiem. - wyszeptałam mu do ucha.
~***~
-To jest najlepsza kanapka na świecie! - zawołałam, pochłaniając połowę. - Uwielbiam to. Od trzech lat nie miałam w buzi nic równie dobrego.
-Może Cię to zaskoczyć moje zdziwienie, ale po raz pierwszy widzę dziewczynę, która tak łapczywie je. - zaśmiał się, jedząc swoją porcję.
-Bo jestem głodna. - powiedziałam z pełną buzią. - I to jest smaczne. Bardzo smaczne. Dlaczego nie wziąłeś z ryby? Nic lepszego tu nie ma.
-Może i nie, ale nie stać mnie na nic lepszego. - pokręcił głową. - I nie pozwolę sobie, żeby dziewczyna za mnie płaciła.
-Czyli honor jest dla Ciebie ważniejszy? - zmarszczyłam brwi. - Oj daj spokój i tak nic nie może się zmienić. Ale przepraszam. - powiedziałam po chwili. Chyba trochę przeholowałam.
-daj spokój. - skrzywił się. - Mówisz co myślisz. Nie mam żalu.
I z ulgą stwierdziłam, że wziął się za dokończenie swojej kanapki. Moja i tak była większa. Dieta poszpitalna już mnie nie obowiązywała, więc mogłam sobie spokojnie poszaleć. No i ta nie jest zbyt kaloryczna, więc duża nie była grzechem.
Po jedzeniu poszliśmy na te zakupy, chociaż spożywczy nie był zbytnio romantycznym miejscem. Wieczorem czekała mnie jeszcze narada. Niestety.
~***~
-Nadal zastanawiam się, dlaczego zbudowali laboratorium pod naszym liceum. - powiedziałam, stawiając na stole filiżanki z herbatą.
-Bo to dobre miejsce. - oznajmił Roan, siadając na jednym z krzeseł. - Równie dobre jak podpiwniczenia pod sklepem i jogurtownią.
-Chodzi o to, żeby nikt nawet nie podejrzewał, że ktoś może tam knuć coś niedobrego. - dodała ciocia, słodząc sobie herbatę. - Na tym to wszystko polega. Podejrzewamy, że to miejsce było tam jeszcze zanim zbudowano szkołę i...
-Ciociu... - przerwał jej Chuck, ustawiając tace z ciasteczkami. - Szkołę zbudowano jakieś dwieście lat temu. Nie ma możliwości, żeby cokolwiek było tam wcześniej.
-Jest taka możliwość. - kiwnęła głową. - I ty to udowodnisz.
Zmarszczyłam czoło nie do końca wiedząc o czym ona mówi. Niby jak Chuck ma to udowodnić? To nie jest możliwe. Przynajmniej nie w tradycyjnym znaczeniu.
-Niby jak? - zapytał.
-Nielegalnie. - odpowiedziała wprost. - Włamiesz się do naszego centrum ludności i wyciągniesz wszystko o nauczycielach i innych pracownikach Musketeers High. Potem porównasz to z danami które mamy. Możliwe, że znajdziesz jakieś punkty wspólne. Pokrewieństwo, uczestnictwo w jednej drużynie sportowej... Cokolwiek. Kiedy to znajdziesz, będziemy wiedzieli gdzie zacząć.
-Na oślep grozi zdemaskowaniem. - prędzej powiedziałam niż zapytałam. To przecież było oczywiste i nie powinnam tego mówić. Nawet, jeśli to z mojej strony zwykła automatyka.
Już dawno powinnam się przyzwyczaić, że CIA czasami zabiera się do sprawy nielegalną drogą. Jeśli się uda, zdobywamy nakaz. Jeśli nie, nie było tematu. Musiałam się tego nauczyć. Czy chciałam, czy nie.
I dlatego zgadzam się z Chuckiem. A właściwie z tym, co kiedyś powiedział. To jakaś cholerna klątwa. I w ten oto przeklęty sposób nasza rodzina jest skazana na szpiegowanie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie mam już siły na nic. Nawet na czytanie. Zastanawiam się, czy nie wziąć przykładu z Marli i Chrisa i nie zacząć odpowiadać na komentarze od razu pod postem. Bo za każdym razem, kiedy mam zrobić to raz w miesiącu, to zapominam. Mam jeszcze jeden pomysł. Żeby od czasu do czasu (średnio raz na miesiąc, może co dwa) zrobić „Pusty Post”, pod którym pisalibyście co Wam się rzewnie podoba. Nie wiem, czy to by była jakaś prośba o epizod, przypomnienie jakiegoś wątku, czy po prostu okazja do dyskusji. Tym samym chciałabym, żeby to jakoś ruszyło kontakt między mną, a czytelnikami. Nawet tymi, którzy siedzą cicho. Wpadłam na ten pomysł, bo nie ukrywam, że usłyszałam dzisiaj kilka niemiłych słów na temat tego mojego pisania. No cóż... Teraz pozostaje mi tylko czekać na jakąś odpowiedź odnośnie tych „Pomysłów”. Na razie robię „Wielkie liczenie czytelników”, a to jest ta ankieta z boku. Niemających profilu też policzę. Zapraszam pod post, albo do księgi gości, gdzie każdy może zostawić komentarz jako Anonimowy. Mam nadzieję, że odcinek Wam się podobał. Trzymajcie się! Do następnej!  

wtorek, 9 grudnia 2014

Odcinek 37 – Lizzy kontra Kryjówka w Piwnicy

Po kilku dniach wszyscy już przyzwyczaili do natury Roana. Przynajmniej tej nie ukrywanej. Spóźniał się na niemal każdą lekcję i ogólnie zachowywał się skandalicznie. Chuck mówi, że jedno dobre, bo w szkole zawsze jest trzeźwy. Jeszcze by tego brakowało, żeby upijał się Martini przed lekcjami... Tego byłoby już za wiele. Po tym jak wywalili poprzedniego (dzięki cioci) nie mieli innego wyjścia, jak przyjąć pierwszego-lepszego debila na to stanowisko.
-Gotowa? - wyszeptał, podchodząc do mnie na przerwie między lekcjami i podając jakieś papiery. - Otrzymałem rozkaz. Twój brat otworzy nam drzwi.
-Teraz? - zmarszczyłam brwi, idąc za nim w dół korytarza. - Cała szkoła jest pełna.
-Tym lepiej dla nas. - wymamrotał. - Przejdziemy niezauważeni. Nie ma co czekać do dzwonka.
Wywróciłam oczami. Nie podobał mi się ten pomysł. Wolałabym poczekać, aż trochę opustoszeje. A ten nie! Musi za każdym razem udowadniać, jak dobrym jest szpiegiem!
Zeszliśmy bez słowa na najniższy poziom, a potem do piwnic. Chuck rzeczywiście otworzył elektroniczny zamek.
-Nic nadzwyczajnego. - powiedziałam, rozglądając się po zakurzonym pomieszczeniu. Zapasowe ławki, trochę krzeseł... Jakaś kozetka? - Zwyczajna piwnica.
-Tylko się tak wydaje. Musisz zajrzeć głębiej. - powiedział, prowadząc mnie do ścieku kanalizacyjnego.
Bez zastanowienia podeszłam i zajrzałam do środka. W dziurce zobaczyłam kilkoro ludzi, składujących broń i jakieś narzędzia niewiadomego przeznaczenia.
-Jak... - zmarszczyłam brwi, spoglądając na Roana ze zdziwieniem.
-Tego właśnie mamy się dowiedzieć.
-Wciąż mam pluskwy w bransoletce. - powiedziałam, wyciągając ją do wierzchu. - Mogłabym...
-Nie. - pokręcił głową. - Zauważyliby nas. Musimy się tam jakoś dostać, ale jeszcze nie dzisiaj. Złożę raport, a Ty na lekcje, dobrze?
-Dobrze. - powiłam głową i poszłam do drzwi, które zostawiliśmy otwarte.
Wróciłam do przyjaciół. Mad i Logan rozmawiali o czymś pod tablicą ogłoszeń. Właściwie coś wieszali. Podeszłam do Chrisa.
-Co oni robią? - zapytałam takim tonem, jakbym sobie teraz wróciła z toalety i chciała jakoś odnaleźć temat.
-Wieszają ogłoszenia. - powiedział, bazgrząc coś po książce czerwonym flamastrem. To było dość dziwne. Jak na niego. Nawet... - Wiesz, rozkaz Emmy, inaczej kłopoty z nauczycielami.
-Mhym... - mruknęłam i wyrwałam mu książkę z rąk. - Pokaż to.
Przyjrzałam się papierom i zdałam sobie sprawę, że Chris nie jest właścicielem tego czegoś. Z trudem rozczytałam nazwisko w rogu okładki.
-Niszczysz Jonathanowi książkę? - powiedziałam, przekrzywiając głowę. - Serio?
-Nasz plan nie wypalił. - jęknął. - Zwęszył, co chcemy zrobić. I wymyśliłem to.
-Ten plan też jest do bani. - powiedziałam, klepiąc go po ramieniu. - Oddaj mu to.
~***~
-Może ta? - zapytała Madison, kiedy siedziałyśmy u niej w pokoju.
-Nie pasuje do Ciebie. - pokręciłam głową.
Zabrałyśmy całe naręcze moich ubrań i teraz je przeglądałyśmy. Mogłabym przysiąc, że wzięłyśmy też mój jedwabny szlafroczek od Devona, którego ani razu nie miałam na sobie. Wiem, ze prezentów się tak nie traktuje, ale co poradzić? Nie przepadałam za nim.
-A co to? - zapytała, wyjmując z torby to coś o czym myślałam. - Szlafrok? Ładny. I... nowy. Czemu w nim nie chodziłaś?
-Po prostu nie używam, tak? - westchnęłam. Odkąd wyszłam ze szpitala chodzę po domu w samej piżamie. Jest za ciepło, żeby wkładać szlafrok.
-Tak, może taki flatterowy, ale tan jest jedwabny, czaisz? - powiedziała, siadając obok mnie na łóżku. - Wiesz jaki to luksus?
-Najwyraźniej luksusy nie są dla mnie. - zaśmiałam się, rozpinając guzik marynarki od mundurka szkolnego. - A przyjemniej nie te.
-Idealny sobotni wieczór? - zapytała.
-Skwierczące krewetki i filmy since-fiction. - odpowiedziałam natychmiast.
-Masz rację. - westchnęła. - Luksusy nie są dla Ciebie.
Pogrzebała jeszcze chwilę w torbie i wyjęła sukienkę od Generalissimusa.
-A może to? - wybuchła, przykładając ją sobie do piersi.
-Ładnie Ci. - uśmiechnęła się, kiwając głową. - Ale znajdź sobie do tego jakiś żakiet. Ta sukienka jest na tropiki. Trochę za chłodno, żeby nosić ją bez niczego.
-Skąd właściwie ją masz? - zapytała, siadając naprzeciwko mnie. - Wygląda na drogą.
-Prawdopodobnie jest droga. - powiedziałam, składając wcześniej odrzucone przez Madison bluzki. - Dostałam ją na wesele od Generalissimusa i...
-Od kogo? - zawołała z niekrytą pretensją. - Byłaś na jakimś weselu i nic nie powiedziałaś?
-Powiedziałam. - odparłam, podnosząc ręce w geście poddania. - Byłam tam z Kendallem, tylko wy jeszcze nie znaliście całej prawdy i mówiliśmy, że chodzi o mojego kuzyna z Ekwadoru.
-I nie mogłaś się po wszystkim poprawić? - zdziwiła się, kiedy poprawiałam sobie kucyka. - Co to za Generalissimus?
-Premier Costa Gravas. - odpowiedziałam automatycznie.
-CO? - wrzasnęła mi do ucha. - ŻARTUJESZ SOBIE ZE MNIE?
Otworzyłam usta, starając się ją uciszyć. Wiedziałam, że w domu jej jej mama i powinnyśmy uważać. Usłyszałam kroki na schodach i do pokoju weszła mama Madison.
-Dziewczyny, co wy tu robicie?
-Nic, tylko powiedziałam Mad, że ostatnio trochę przytyłam i część tych ubrań jest już na mnie za szczupła...
-Chyba naprawdę sobie żartujesz. - powiedziała z uśmiechem, chociaż oczy miała zaczerwienione, jakby pięć minut temu płakała.
-Ładne? - zapytała Mad, swojej mamy, przykładając sobie na ubranie moją sukienkę.
-Bardzo ładnie, ale lepiej włóż sobie na to bluzę. - odpowiedziała z uśmiechem.
-To samo mówiłam. - powiedziałam. - Właściwie miałam zamiar ją wkładać do Jeansów, jako bluzkę, ale to chyba kiepski pomysł.
-Dlaczego? - Madison wzruszyła ramionami. - Jesteś ode mnie trochę wyższa, więc to jakoś powinno wyglądać. Nie wiem tylko, jak udało Ci się w tym tańczyć na weselu kuzyna. Musiało Ci ciągle podwiewać z góry.
Kiedy mama Mad wyszła, wyprostowałam się na łóżku i zamrugałam. Całe szczęście trzymała się tej szpiegowskiej ściemy.
-A jak Twoja mama sobie radzi po tym jak...
-Nie kończ, dobra? - powiedziała, siadając naprzeciwko. - Rozwodzą się. I to nie jest tylko wina Nathalie, ale też taty. I tak zdradzał mamę na prawo i lewo z jakimiś siksami poznanymi w barze. Ja wiem, że tak było od lat, ale zawsze starali się to przede mną ukrywać. A teraz im się nie udało. Ale może to i lepiej. Przynajmniej mama nie będzie teraz tak nieszczęśliwa.
Przekrwiłam głowę i przyciągnęłam ją do siebie. Nie wiem, co więcej mogłam zrobić. Po prostu ją przytuliłam. Tylko na tyle mogłam się zdobyć.
-Przykro mi. - wyszeptałam jej do ucha. - Tak bardzo mi przykro.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Tak, wiem... Mało chłopaków. W następnym odcinku się poprawię, obiecuję... A teraz już kończę. Nie wiem, jak będzie teraz, ale wzięło mnie na "Chucka" i oglądam znowu te same odcinki. I z tego względu uprzedzam, że dziesięć ostatnich odcinków sezonu może trochę więcej niż trochę odbiegać od normy. Na koniec, liczę że ten odcinek Wam się podobał. Liczę na wasze opinie. Do czwartku! 

czwartek, 4 grudnia 2014

Odcinek 36 – Lizzy kontra Druga misja

Zeszliśmy do bazy pod sklepem. Reszta już sobie poszła. Tylko wcześniej Chris kupił większą kartę pamięci. Ciocia już na nas czekała ze sporym plikiem papierów.
-Witajcie, drużyno. - zaczęła. - Dzisiaj mam dla Was nowe zadanie.
Westchnęłam i idąc za Chuckiem i Sarą, usiadłam przy stole konferencyjnym, przy którym zazwyczaj rozmawiamy o zadaniach.
-Na klika tygodni musimy zostawić Vivian Volkof. - oznajmiła. - Za to znalazłam już nowego nauczyciela Sztuki w Twojej szkole, Lizzy.
Do pokoju wszedł dobrze nam znany agent.
-O, cześć Roan. - powiedziałam, kiedy zobaczyłam znajomego agenta.
-Przedstawiam nowego nauczyciela sztuki w Liceum Muszkieterów. - oznajmiła ciotka Diane, siadając naprzeciwko nas.
-Chyba alkoholi! - odpowiedzieliśmy jednocześnie. Ja i Chuck popatrzyliśmy po sobie ze zdziwieniem. Na prawdę byliśmy zaskoczeni, że udało nam się te same słowa wypowiedzieć w tym samym czasie.
Ciotka Diane pokręciła głową i zmarszczyła brwi. Nie do końca wiedziałam, czy mam się z tego śmiać, pogonić i przejść do rzeczy, czy zapytać o co w tym właściwie chodzi. Dopiero po chwili udało mi się ułożyć pytanie, które chciałam zadać.
-Dlaczego taki dobry agent miałby teraz pracować jako nauczyciel? - zapytałam, opierając się o stół. - Przecież Ciebie kręcą kobiety i zadania specjalne. Gwarantuję, ze licealne standardy trochę od tego odbiegają.
-Tutaj zaczyna się misja. - powiedziała ciocia, wręczając nam teczki. - W środku znajdziecie portrety pamięciowe i szczegóły, które udało nam się odkryć. Nasz źródła donoszą, że pod szkołą znajduje się zaawansowane laboratorium „Kręgu”.
-Że słucham? - wrzasnęłam, odrzucając teczkę. - KRYJÓWKA TERRORYSTYCZNA POD MOIM LICEUM? Chyba ciocia żartuje!?
-Nie, nie żartuję. - ciocia pokręciła głową. - Waszym zadaniem jest potwierdzenie, albo zdementowanie tej informacji. Pogłoska z zaufanego źródła to wciąż pogłoska.
-A co potem? - zapytałam, już trochę spokojniej.
-Więc, jeśli tam nie ma żadnego laboratorium, Ty i Roan wycofacie się, złożycie raport i nie było tematu. - oznajmiła rzeczonym tonem.
-Na prawdę nie ma tam żadnych pięknych kobiet? - wtrącił Roan, siadając przy stole jak przystało rasowemu casanowie.
-Znaczy... - zaczęłam niepewnie. - Profesor Emery jest bardzo ładna. I Panna Arias od francuskiego.
-A czego uczy ta Emery, jeśli można wiedzieć? - zapytał, nonszalancko opierając się o tylną część krzesła.
-Chemii. - odpowiedziałam bez mrugnięcia okiem.
-A, to odpada. - odpowiedział, machając na to ręką.
Pokręciłam głową z uśmiechem. Czyżbym, trafiła w czuły punkt? Czyżby agent Roan Montgomery czuł niechęć do Chemii w szkolnych latach, co zostało mu do tej pory? Zaśmiałam się na myśl o nastoletnim Roanie, który stoi przed tablicą i nie zna ani jednej odpowiedzi na pytania zadane przez nauczyciela. Zabawna wizja, chociaż wiele razy widziałam go jak zachowuje profesjonalizm nawet w bardzo trudnych sytuacjach.
Po naradzie poszłam do Madison. Obiecałam, że przyjdę. Zadzwoniła do mnie i miała dziwny ton. Jakby chciała się rozpłakać i jednocześnie była szczęśliwa.
-Dowiem się, co się stało? - zapytałam, nie mogą znieść jej histerii.
-Umówił się ze mną! - zawołała, skacząc po swoim łóżku. - Umówił się ze mną na randkę, rozumiesz? Jestem tata! Taka szczęśliwa!
-Też się cieszę, ale za pewne będę się cieszyć jeszcze bardziej, jak mi powiesz o kim cały czas mówisz. - zaśmiałam się, podchodząc na dwa kroki.
-Logan! - wykrzyczała. - To Logan się ze mną umówił! Jestem tak podekscytowana, że nawet nie wiesz jak bardzo, bardzo się cieszę.
-To akurat widzę. - zaśmiałam się, wyciągając rękę do przodu. - Gratuluję. Wiedziałam, ze prędzej, Czy później do tego dojdzie.
-Widzisz! Podobam mu się, rozumiesz!? Podobam mu się! - powtórzyła, jakby sama nie wierzyła we własnego farta.
-Tak, wiem! - zawołałam ze śmiechem.
-Ale mam problem. - jęknęła, jakby nagle wróciła na ziemię. - Nie mam co na siebie włożyć. I jestem spłukana. Pożyczysz mi coś, błagam...
-Ja Ci mam pożyczać ciuchy? - uniosłam brwi. - Wczoraj krytykowałaś mnie, że mam ciuchy sprzed trzech sezonów, a teraz mam Ci pomóc przy ubraniach?
-No, a co za problem? - wzruszyła ramionami. - Logan lubi retro.
Pokręciłam głową, nie wiedząc, czy to żart, czy po prostu jest w takiej nierozgarniętej fazie. Tak, wiem, przyjaźnimy się, ale teraz zachowywała się co najmniej dziwnie. A może zawsze się tak zachowuje, kiedy jest naprawdę szczęśliwa... Prawdopodobnie powinnam się cieszyć razem z nią, a teraz tylko patrzę na nią i czekam aż się uspokoi. O tak, jestem okropną przyjaciółką.
-Skończyłaś? - zapytałam, krzyżując ramiona.
-Wciąż nie, ale błagam, musisz mi pomóc. - powiedziała, składając dłonie jak do pacierza. - Proszę...
-A Nathalie? - zmarszczyłam brwi. - Ona chyba zna się na tych sprawach, więc chyba możemy...
-O nie, nie, nie! - przerwała mi z krzykiem, nagle poważniejąc. - Nie wspominaj mi o tej wrednej małpie. Nienawidzę jej!
-Coś zaszło między wami? - zapytałam, nagle sobie uświadamiając, że od pewnego czasu Nath nie siada z nami w Czterech Szpadach i ogólnie trzyma się na uboczu.
-Co zaszło? - wytrzeszczyła oczy. - Ta wstrętna... To było zaraz po tym, jak powiedziałaś nam o tym, ze jesteś szpiegiem. Nie mówiliśmy Ci, bo i tak miałaś sporo spraw na głowie i...
-Mad, do rzeczy. - przerwałam jej, siadając przy jej biurku, żeby móc na nią swobodnie patrzeć.
-Ona uwiodła mojego tatę. - wymamrotała, spuszczając wzrok.
Otworzyłam usta ze zdziwienia. Nathalie z ojcem Mad? Jak to możliwe? Przecież on spokojnie mógłby być jej dziadkiem.
-Żartujesz? - otworzyłam usta, marszcząc brwi.
-Nie. - pokręciła głową, bawiąc się włosami. - Przyłapałam ich, jak jeszcze Kendall był w szpitalu. Próbowała się tłumaczyć, ale dla mnie to koniec.
-Może spróbujesz z nią pogadać, co? - powiedziałam ostrożnie. - Popełniła błąd, ale przecież jesteście przyjaciółkami...
-Byłyśmy. - przerwała mi. - Istnieje coś takiego jak czas przeszły. Myślałam, że ta przyjaźń coś dla niej znaczy, ale widać, ostro się przejechałam. Nie gadajmy teraz o tym... To jak, pokażesz mi teraz swoje ciuchy?
-Tak, jasne. - pokiwałam głową. - To idziemy do mnie.
-Tak. - wstała, sięgając po kurtkę.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
A byłam pewna, ze dam radę jakoś wymusić te pięć komentarzy... No trudno się mówi. No i tak wygląda pożegnanie Nathalie. Samej zainteresowanej tu nie ma. Z bohaterów usunęłam ją od razu. I może to był błąd... Nie ma jej i już. Pamiątka po niej u mnie na poczcie i na chomiku.
A teraz już kończę. Liczę, że Odcinek Wam się podobał. Do wtorku! Trzymajcie się!

I jeszcze jedno. Sorry, że po edycji, ale wcześniej zapomniałam.
Roan Montgomery

Wiem, jest stary. 

wtorek, 2 grudnia 2014

Odcinek 35 – Lizzy kontra Sala weselna

Po mojej imprezie urodzinowej wszystko wróciło już do normy. Ale chyba nie mogę tak mówić, bo Chuck i Sarah właśnie dzisiaj rozpoczęli planowanie swojego ślubu.
Już przy śniadaniu przeglądali katalog sal weselnych w Los Angeles. To jakieś szaleństwo. Poprzednia nie wchodziła w grę, bo tam trzeba się zapisywać rok na przód. A tyle czekać nie mają zamiaru. No oczywiście. I to wszystko przeze mnie. Bo mnie zachciało się poleżeć dwa lata w śpiączce. I szkoda, że nie miałam na to wpływu.
-Zobacz, może ta. - powiedziała Sarah, pokazując jedno ze zdjęć. - Blisko kościoła, całkiem spora...
-Nie. - Chuck pokręcił głową. - Zobacz na tą. Mniejsza i tańsza. Wszyscy się zmieścimy. Będzie idealna, zobaczysz.
-Tak, ale musimy ją sami udekorować, a na to nie mamy czasu. - oznajmiła, kiedy wsypywałam do misek płatki kukurydziane.
Gadali tak jeszcze przez kilka minut nie zwracając uwagi ani na mnie, ani na Morgana, który jadł u nas śniadanie już trzeci dzień z rzędu.
-Zawieziesz mnie do szkoły? - poprosiłam Chucka, przechodząc za stolikiem.
-Nie ma sprawy. - odpowiedział, nie zwracając uwagi na nic z wyjątkiem Sary i katalogu.
Dopiero kiedy pojechaliśmy do szkoły, uwierzyłam, że będę miała spokój. No, ale nie. Jeszcze zanim dobrze weszłam do klasy, Kendall złapał mnie za ramię i wciągnął do łazienki chłopców.
-Co robisz? - wyszeptałam, rozglądając się naokoło.
-Nic takiego. - pokręcił głową. - Po prostu chciałem z Tobą pogadać.
-A dlaczego mówisz po francusku? - zapytałam, unosząc brwi.
-Bo to fajne. - wzruszył ramionami, a ja uśmiechnęłam się szeroko. - No i musimy pogadać.
-Już jestem ciekawa o czym. - wzruszyłam ramionami, zapominając o francuskim.
-O Chrisie. - powiedział. - I lepiej, żebyśmy rozmawiali po francusku. Przynajmniej nikt nie podsłucha.
-Bo pomyśli, że powtarzamy na lekcję pani Arias? - zamrugałam, spoglądając mu w oczy.
-Właśnie. - pokiwał głową. - Wiesz, ze Chris ma siostrę?
-Tak, młodszą od nas o rok. A bo co?
-Już wiem, dlaczego tak zareagował na fakt, że Dan woli chłopców.
-Tylko mi nie mów, że się w nim zakochała... - pokręciłam głową.
-Trafiłaś. - oznajmił zbity z tropu.
Zaśmiał się, a ja wyciągnęłam go z malutkiego pomieszczenia. Zabrzmiał dzwonek, trzeba było iść na hiszpański. Pan Santos jak zwykle był roztrzepany. Do tego akurat wszyscy się przyzwyczaili. Drzwi klasy oczywiście były otwarte. Pan Santos nie zamyka ich nawet, jak skończy pracę.
-Myślisz, że znowu przyjdzie do klasy z rozsypanymi książkami? - zaśmiałam się, wchodząc z Kendallem do klasy.
-Na pewno. - pokiwał głową, siadając naprzeciwko mnie.
Rzeczywiście. Pan Santos wszedł do klasy z różnymi drobiazgami w rękach i pustą torbą na ramieniu. Wszyscy byli do tego przyzwyczajeni. Zazwyczaj po prostu czekali, aż poprosi o pomoc, a jeżeli nie, to pewnie prędzej, czy później sam sobie jakoś poradzi.
-I znowu to samo... - mamrotał po hiszpańsku. - Jak nie ukrop, to sraczka... A przecież, jeśli wszystko by się ułożyło jak trzeba, to nie byłoby problemu. I wszyscy byliby zadowoleni. Ale nie... lepiej, żeby po prostu wszystko się waliło.
Obserwowaliśmy jak Pan Santos zbiera rozrzucone rzeczy i w nieładzie zbiera je do szuflady biurka. Jak zwykle zresztą...
-Witajcie w ten wspaniały dzień! - zawołał, jakby nagle sobie przypomniał, ze jesteśmy w klasie. - Dzisiaj porozmawiamy sobie o planowaniu dnia. W dzisiejszym temacie wykorzystamy wszystko, czego się nauczyliście od początku roku. Z pozoru lekcja wydaje się nudna, ale tak naprawdę muże się za tym kryć sporo zabawy.
Przeszedł przez klasę i wyjął książkę z oszklonej szafki. Żwawym krokiem wrócił pod tablicę, zawzięcie wertując podręcznik.
-O, jest... - oznajmił, otwierając książkę na szukanej przez siebie stronie. - Na pewno przynajmniej raz układaliście sobie plan dnia. Dzisiaj każdy z nas, nawet ja, napisze grafik na najbliższy roboczy tydzień. Po hiszpańsku. - podkreślił.
-Jemu by się to przydało. - wtrąciła wrednie Agnes.
-Nie czepiaj się biednego Santosa. - wyszeptała Madison, która bardzo go lubiła. - Taki już jest.
-Niezorganizowany? - uniosła brwi. - Pewnego dnia zapomni własnej głowy.
-Przymknij się, dobra? - syknęłam.
Reszta lekcji była całkiem znośna. Pan Santos pozostał spokojny i jak zwykle nie zwracał uwagi na docinki tych bardziej wrednych uczniów. Ja też się tego już nauczyłam.
Po lekcjach poszliśmy do Buy More. Wszyscy razem. Morgan, Chuck i Mike lubili, kiedy przyprowadzałam przyjaciół. Wtedy chodziliśmy po sklepie i od czasu do czasu James (który wiedział to i owo o elektronice) doradzał klientom i nawet udało mu się sprzedać pewne rzeczy. Drobiazgi, ale to, co udało się sprzedać kazał zapisać na konto najniższych w rankingu.
-O, cześć... - zaczął Chuck, podpierając się o biurko. - Jak leci?
Podeszliśmy do niego bliżej. Zauważyłam, ze trzyma przed sobą rozłożony katalog sal weselnych w Los Angeles. Carlos spojrzał na otwarte strony.
-Planujesz czyjeś wesele? - zapytał, wskazując na otwarty katalog.
-Tak, własne. - odpowiedział, zamykając książkę i chowając ją pod ladą. - Na razie ja i Sarah jesteśmy na etapie wybierania sali weselnej. Kolorowo nie jest.
-Mogę dać Wam kontakt do mojej mamy. - powiedział, wzruszając ramionami. - Jest organizatorką przyjęć. Wesela też jej nieźle wychodzą, ale trzeba z nią cały czas współpracować.
-A czego by konkretnie potrzebowała? - zapytał, wychylając się nieco do przodu.
-Na początek maksymalnego budżetu. - oznajmił, kiedy Logan i Chris poszli coś oglądać w alejce z grami. - Potem się zobaczy.
-Chyba skorzystamy. - powiedział po namyśle. - Pogadam z Sarą. Możesz mi dać do niej numer telefonu? Bo sami chyba nie damy rady tego wszystkiego ogarnąć.
Pokręciłam głową, kiedy Chuck wyjął notes, w którym Carlos uczynnie zapisał telefon i adres do swojej mamy. Poczułam, jak Kendall ściska mnie za rękę.
-Twój brat się żeni? - wyszeptał, obejmując mnie w pasie. - Teraz?
-Jeszcze nie wiadomo. - powiedziałam. - Nie mają jeszcze dogodnego terminu, ani w ogóle niczego. Przez całe śniadanie sprzeczali się o salę weselną.
Kendall zaśmiał się i złapał mnie w pasie. Morgan pokręcił głową na te umizgi.
-Trochę szacunku, do tych, którzy żyją w celibacie! - zawołał, znikając między półkami.
-W celibacie? - powtórzyłam, spoglądając na Jeffa, który bez słowa przyglądał się naszej rozmowie. - A co z Alexz? Myślałam, że dobrze im się układa.
-Pokłócili się. - odpowiedział, podając Grecie plik papierów. - I teraz ma celibat.
Zaśmiałam się, opierając się o ramię Kendalla. Morganowi i Alexz często zdarzały się sprzeczki. O tak... Zdarzało się, że wcześniej się sprzeczali.
Chuck odebrał telefon i pogadał przez chwilę. Potem odłożył słuchawkę i spojrzał na mnie.
-Musimy iść na herbatę do ciotki Diane. - oznajmił. - Chyba musisz się już rozstać z przyjaciółmi. Przynajmniej na dzisiaj.

Będzie nowe zadanie. No szkoda...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 Odpowiadam na wasze komentarze. To będzie odpowiedź na wszystkie pod ostatnim odcinkiem. Co wy się tego tego soundtracku ciepnęli? Przecież tam są normalnie piosenki. Ja wiem... Możecie tego nie znać, dlatego [KLIK] i posłuchajcie sobie sami. I jak mi napiszecie, że nie działa, to mnie szlag święty trafi. Więc... Miłego słuchania. Mam nadzieję, że odcinek się podobał. I teraz po raz pierwszy Was zaszantażuję. Jeśli do czwartku będzie tutaj pięć (miałam napisać siedem, bo to rekord na tym blogu) komentarzy, to w czwartek po południu będzie kolejny z pożegnaniem Nathalie. Jeśli nie... To nie. Dopiero we wtorek za tydzień. Więc... Liczę na Was. Trzymajcie się i do następnej!