wtorek, 22 grudnia 2015

Notka pożegnalna

Cześć! Wiem, ze trochę się z tym spóźniłam, ale myślę, że było warto. Miałam napisać epilog, w którym Lizzy wgrywa sobie pełną wersję intersecta, ale wszystkie trzy wersje wyszły nadzwyczaj kiczowato, więc nie opublikuję tego czegoś. Ale za to wymyśliłam coś innego. Całe opowiadanie było o Lizzy i na sam koniec poznacie coś, czego ona nigdy nie powiedziała. Ale najpierw... Pogadamy sobie o historyjce, którą mamy już za sobą.
Po pierwsze Generalissimus. Można go nazwać przyjacielem rodziny. To taki bogaty człowiek, który lubi rozpieszczać ludzi, którzy ratują mu życie. A ponieważ Carmichaelom zawdzięcza naprawdę dużo... To chyba nie muszę już nic dodawać.
Po drugie, coś, czego nie widać, czyli Ellie. W serialu było ich naprawdę dużo, ale tutaj Devon, Ellie i Clara zostali odsunięci bardzo na dalszy plan., żeby zrobić miejsce dla rodziny Din. Jesli oglądaliście serial, to myślę, że wydali Wam się sympatyczni.
Czy jest tu ktoś, kto nie polubił Antonia? Wiecie, ten milutki cyrkowy tygrysek, którego Lizzy przygarnęła za zgodą Chucka, który... ma alergię na kocią sierść. W ten oto sposób poświęcił swoje zdrowie i swoją wątrobę, faszerując się środkami na alergię. Ale w końcu się przyznam, skąd wzięło się jego imię. Podejrzewam, że mnie za to znienawidzicie. W „Violettcie” był jeden Antonio. Wiecie, taki staruszek, właściciel Studia, potem umarł... No to właśnie stąd się to wzięło.

A teraz... Niespodzianka na koniec czyli...
5 rzeczy, do których Lizzy nigdy się nie przyzna:

  1. Chciałaby śpiewać jak Katy Perry.
  2. Zazdrości Arthurowi, że biega trzy razy szybciej od niej.
  3. Dobrze pływa, ale i tak boi się utonięcia.
  4. Gdyby miała magiczne moce, ożywiłaby Harry'ego Pottera.
  5. Kiedy była mała, myślała, że Kapitan Ameryka istnieje naprawdę, a jak ktoś próbował ją wyprowadzić z błędu, nie chciała słuchać.




To Wam wystarczy? Jeśli nie, to możecie mnie spotkać w:
  1. Szkole dla Mutantów (czekam, aż będzie więcej niż jeden komentarz, dopiero opublikuję trzeci rozdział).
  2. Stadzie (Czyli coś z Teen Wolfa z lekkim Crossoverem z Avengers)

I na koniec składam serdeczne podziękowania (kolejność przypadkowa):
Marli S,
Big Time Chrisowi,
Lisie Schmidt,
Dark Bunny.
Ponieważ byli ze mną przez cały czas i to właśnie oni dawali mi największego kopa.


środa, 2 grudnia 2015

Odcinek 100 (Ostatni) – Lizzy kontra od dawna oczekiwany ślub

W końcu nadszedł dzień ślubu Chucka i Sary. Zerknęłam na Julie’ego, który próbował założyć Antoniowi muszkę. A on, jak to tygrys… Wiercił się, trochę ryczał i nie chciał się stabilnie ustawić.
-Uspokój się! – wycedził Julie przez zaciśnięte zęby. – Nie mam zamiaru robić tego od nowa.
-Julie, zostaw go! – zawołałam, próbując sobie jakoś poradzić z suwakiem od sukienki. – Nie już idzie bez tej muszki. A Ty lepiej wkładaj już tę swoją obciachową, niebieską marynarkę, bo za kilka minut musimy być pod kaplicą.
Julie odrzucił muszkę na bok i wbiegł z powrotem na górę. Zamknęłam oczy, w końcu dociągając do suwaka. Westchnęłam z ulgą, kiedy zdałam sobie sprawę, że w końcu udało mi się uporać z tym cholerstwem.
-Jesteście gotowi dzieciaki? – zawołała Greta, zaglądając do naszego mieszkania przez okno. – Państwo młodzi już prawie w drodze. Gdzie Twój brat?
-Idę, idę… - powiedział Julie, zbiegając na dół i wkładając pośpiesznie niebieską marynarkę. Jak mówił „innej nie mam”, a i tak nowej nie chciał.
-Świetnie. – kiwnęła głową i pomachała ręką, żeby nas trochę pogonić. – Chodźcie, chodźcie… Już czas. Trzeba się sprężać.
-Chodź, Antonio… - zawołałam, a on niemal natychmiast stanął obok mnie.
Wyszliśmy na plac z fontanną, gdzie John stał przy swojej Cow Victori w odświętnym garniturze. Miał ten swój naburmuszony wyraz twarzy, jakby wciąż chciał udowodnić, że idzie na to wesele tylko dlatego, że liczy na mocnego drinka. Niczego nie zabronię, bo po co… on i tak ma już ponad czterdzieści lat.
-Wsiadajcie, zanim Alex się uprze, żeby przy okazji poślubić Grimesa. – skomentował.
Wzruszyłam ramionami i wsiadłam na tył jego samochodu. Pośrodku nas rozsiadł się Antonio. Din pofatygowała się jako jedyna z rodziny Lensonów. Ziewnęłam, przypominając sobie moment wręczania zaproszenia. Oni, jak na kulturalnych ludzi przystało, grzecznie odmówili, mówiąc, że i tak będą wtedy w pracy.
Kiedy dojechaliśmy pod kaplicę, minęło może pięć minut. Okazało się, że nas pośpiech nie był absolutnie konieczny. Pogrzeb, który był przed ceremonią ślubną, wciąż trwał. Mało tego. Nawet nie wyprowadzono jeszcze trumny.
-Gdzie Chuck i Sarah? – zapytałam odruchowo, a Kendall podszedł do mnie niemal natychmiast i pocałował w policzek.
-W kancelarii. – odpowiedział mi dobrze znany, kobiecy głos. – Podpisują z księdzem potrzebne dokumenty. Chcą to zrobić przed ceremonią.
-Mama? – zawołałam z radością, odwracając się w jej stronę.
Stała tam. Tutaj, tuż obok mnie. Uśmiechnęłam się szeroko i westchnęłam z ulgą, widząc, że stoi tutaj, tuż obok mnie. Mama uśmiechnęła się szeroko i przytuliła mnie do siebie mocno. Zagryzłam wargę i wzięłam głęboki oddech. Westchnęłam ciężko, odrywając się od niej na krok. Jest tu dla Chucka. To oczywiste, że chce być ze swoim synem w tak ważnym dniu. Ale i tak cieszyłam się, że tu jest. I wcale nie jestem zazdrosna.
Uśmiechnęłam się szeroko, widząc Logana i Madison, którzy siedzieli na ławce cicho o czymś rozmawiając. W końcu Mad zachichotała jak ostatnia idiotka i zakryła sobie usta dłonią, jakby się czymś zawstydziła.
Zajęłam miejsce obok Cariny. Ona siedziała wyprostowana, trzymając w rękach bukiet kwiatów z długą wstążką. Obróciłam się i zobaczyłam, jak Devon do mnie mruga i się uśmiecha. Odwzajemniłam to i odwróciłam się z powrotem do ołtarza. Chuck stanął z boku, składając dłonie przed sobą. Przez chwilę mogłabym przysiąc, że nerwowo chichocze.
Wstałam, kiedy zabrzmiały organy i trzy wiolonczele. Obróciłam się, widząc jak pan Burton prowadzi Sarę do ołtarza. Wyglądała tak pięknie w sukience bez trenu.
Rozpoczęła się ceremonia. Przez chwilę patrzyłam na to, co się działo. Obok czułam uścisk dłoni Kendalla. A po ich pocałunku Carina prychnęła, jakby całą uroczystość uważała za głupotę. Dałam jej odruchowego kuksańca i uśmiechnęłam się pod nosem.
Jak wyszliśmy z kaplicy, ludzie przez jakiś czas składali życzenia Sarze i Chuckowi. Spojrzałam na przyjaciół, którzy stłoczyli się przed placem. Uśmiechnęłam się szeroko, widząc ich radosne miny.
-Gotowi? - zapytała Madison, rzucając mi jedną z drewnianych floretów. - Zaczynamy!
Ustawiliśmy się w dwóch rzędach. Chris chwycił ćwiczebną katanę i podrzucił ją na tyle, żeby wbiła się dosadnie pośrodku nas.
Rozpoczęliśmy swój taniec, który podpatrzeliśmy w jakimś musicalu. Nawet nie wiedzieliśmy, jak to się nazywa, ale... Sarze i Chuckowi, chyba się podobało.
-Skarbie, możemy chwilę pogadać? - zapytała mama. - To ważne, a później może nie być okazji.
Spojrzałam niepewnie na Kendalla, a on tylko grzecznie ukłonił się mamie i pomachał mi, wsiadając do samochodu taty Carlosa.
-Jasne. - odparłam, kiwając głową.
Wsiadła do auta, który prowadził Brad. Ja i mama siedziałyśmy naprzeciwko siebie na tylnym siedzeniu. Zamrugałam, czekając na jej pierwsze słowo. Nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę.
-Wiem o rozkazie, który otrzymał Charlie. - powiedziała, natychmiast rozwiewając moje wątpliwości. - Wiem, bo to był mój pomysł.
-Chciałaś, żeby Charlie zabił Showa? - wypaliłam kompletnie bez sensu.
-Nie. - pokręciła głową. - To ja chciałam zabić Showa.
To zdanie zupełnie zbiło mnie z tropu. Otworzyłam szeroko oczy, nie mając pojęcia jak na to zareagować. Po prostu siedziałam, wpatrując się w rączkę na kubek z kawą.
-Dlaczego? - zapytałam marszcząc brwi. - Dlaczego Ci na tym tak zależało?
-On zabił mojego męża. - odpowiedziała niemal ze łzami w oczach. - A Twojego ojca. Nie miałam wyboru. Wiedziałam, że to jedyne wyjście.
-Chciałaś się zemścić? - zapytałam.
-To nie chodziło o zemstę. - powiedziała, jakby się z czegoś tłumaczyła. - Tylko o spokój. Chciałam, żeby Stephen był spokojny.
Nie rozmawiałyśmy już więcej. Tylko pojechałyśmy do sali weselnej, którą załatwiła i udekorowała mama Carlosa. Widok był imponujący, jakby dopracowano kwiaty choćby o mikromilimetr.
Kendall objął mnie od tyłu. Chwycił mnie za rękę, prowadząc na parkiet. Odruchowo spojrzałam na parę młodą. Wyglądali na szczęśliwych. Na prawdę szczęśliwi.
I to jest ten moment, kiedy chciałoby się powiedzieć „i żyli długo i szczęśliwie”, ale to nigdy nie jest pewne. Nawet w bajkach.

Koniec!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie będę Was męczyć. To już koniec, więc coś więcej będzie dopiero w notce pożegnalnej za kilka dni. Trzymajcie się. I jak się podobał koniec?  

środa, 18 listopada 2015

Odcinek 99 – Lizzy kontra Całkiem spodziewane rozstanie

Po południu wróciłam do domu i rozłożyłam przed sobą białą zwiewną sukienkę. Kolejny prezent do Generalissimusa. Tym razem z karteczką: „Słyszałem, że czegoś takiego potrzebujesz, a w środku było właśnie to. Po raz kolejny facet ratuje mi tyłek.
-Gotowa? - zapytał Julie, wychylając się do mojego pokoju. Zamrugałam i kiwnęłam głową. Zagryzłam wargę i sięgnęłam do torebki po jednego z twardych cukierków. Jak zawsze miałam to przy sobie. Powoli wyciągnęłam skórzany, linowy pas od Cariny. Wyszkoliła mnie, jak używać go jako bicza. Podobno nieźle boli, kiedy się nim oberwie, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś. Na razie nie miałam ochoty go w ten sposób używać. Przynajmniej na razie.
-Prawie. - przytaknęłam. - Została jeszcze sukienka.
-Ładnie Ci w niej. - stwierdził, podchodząc bliżej. - Ten facet Was rozpieszcza. Ciągle coś przysyła coś Tobie, albo Sarze. Będzie na ślubie?
-Raczej nie. - pokręciłam głową, siadając na łóżku. - Chuck i Sarah wysłali mu zaproszenie, ale raczej się nie zjawi. Premier Costa Gravas ma mega sprawy na głowie.
-Mega sprawy? - powtórzył ze zdziwieniem. - To państwo jest tak małe, że jest tylko na co dziesiątej mapie. Zdajesz sobie sprawę, że większość ludzi nawet nie wie, że coś takiego istnieje.
Zaśmiałam się pod nosem i sięgnęłam do jednej z moich płyt. Tym razem nie One Republic. Jakaś inna rockowa kapela. Nawet całkiem niezła. Taa... Całkiem niezła, a ja nawet nie zapamiętuję jej nazwy, mimo, ze dwa albumy na pięć mam w odtwarzaczu. Sorki, miałam. Mój odtwarzacz poszedł z dymem na tajnym pogrzebie Showa, jak grabarz wyrwał mi go z ręki i wrzucił na rozpalony stos. Chociaż trochę racji miał, bo nie powinnam słuchać muzyki, kiedy palą czyjeś zwłoki, nawet, jeśli ten ktoś był bardzo złym kimś.
-Wiesz, że Sarah szykuje dla Ciebie niespodziankę z okazji zakończenia klasy. - odezwał się w końcu. - Wiesz, pierwszy rok szpiegostwa i przeżyłaś. Twoi przyjaciele też.
-Taa... - westchnęłam. - Ale wciąż mam wrażenie, że nie zrobiłam wszystkiego jak należy. Może, gdyby Show przeżył... Można było jeszcze coś od niego wyciągnąć.
-Tym nawet się nie zadręczaj. - przerwał mi gwałtownie. - Wiesz, że Charlie dostał rozkaz, nie mogłaś go powstrzymać.
-Czasami myślę nad tym wszystkim. - powiedziałam w końcu. - Co, jeśli w końcu ja dostanę nakaz wykonania egzekucji? Nie chcę i nie potrafię tego robić.
-Nie przejmuj się. - skrzywił się pocieszająco. - Casey z przyjemnością Cię wyręczy. A teraz się ubieraj. Będę czekał na dole.
~***~
Na miejscu czekała na nas Madison. Wygląda przynajmniej na zmartwioną, mimo że grała głośna muzyka i wszyscy naokoło się śmiali.
-Wiesz, że James zdradził Din? - powiedziała niemal natychmiast. - Właśnie przyłapała go z jakąś czirliderką w radiowęźle. Gdyby nie Kendall, chyba by go zbiła.
Wskazała na szkolny korytarz, gdzie rozgrywała się miniaturowa tragedia. A mówiłam, żeby sam jej to powiedział... Dowiedziała się w najgorszy możliwy sposób.
-Din, zostaw! - zawołałam, podbiegając do niej i Kendalla, który starał się ją jakoś utrzymać.
-Jak mogłeś? - wrzasnęła, wciąż próbując mu się wyrwać. - Mówiłeś, że nic Cię z nią nie łączy.
-Bo tak jest! - upierał się.
-Nic nie znaczę? - usłyszałam inny, dziewczęcy głos. - Co innego mówiłeś, kiedy mnie obmacywałeś!
Podeszłam bliżej i zajrzałam do pomieszczenia. W środku był James i ta cała Lopez.
-Zjeżdżaj stąd. - powiedziałam jej wprost. - No już.
Ona zawahała się na chwile i wyszła z pomieszczenia. Minęła nas z fochowym przytupem i trzasnęła za sobą drzwiami, czym jeszcze bardziej naraziła się Din, która zaczęła wykrzykiwać w jej stronę naprawdę brzydkie słowa, których nawet wstyd cytować.
-Cii... - wyszeptał Kendall, starając się nią uspokoić.
Po chwili przestała się szarpać i Kendall mógł ją puścić.
-Widziałam Was! - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Nie możesz się tego teraz po prostu wyprzeć.
-Ale Din... - zająkiwał się James. - Przecież wiesz, że ja tylko Ciebie.
-Nie... - pokręciła głową z rozczarowaniem. - Już więcej nie dam Ci się oszukać, słyszysz? Z nami koniec!
Koniec jej wypowiedzi był niczym policzek wymierzony w Jamesa. Jego twarz nagle pobladła. Sprawiał wrażenie, jakbyśmy go oblali kubłem lodowatej wody.
-Ty chyba nie mówisz poważnie… - jęknął.
-O nie! – krzyknęła. – Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak bardzo poważnie. Zakochałam się w Tobie. Ty wciąż powtarzałeś, że mnie kochasz, a tak naprawdę… tak naprawdę cały czas mnie okłamywałeś.
Mówiłam. Ja, Lizzy Carmichael powtarzałam, że lepiej, żeby dowiedziała się tego od niego. Może i James to mój przyjaciel, ale nie wiedziałam, że jest aż taką świnią.
-Skarbie, wysłuchaj mnie! – krzyknął.
-Nie mów do mnie skarbie! – wrzasnął oburzony. – Nie jesteśmy już razem, więc straciłeś to prawo.
James stał pod ścianą jak kołek, blady jak ściana. No, oczywiście… Był w szoku, ale tego się po nim nie spodziewałam.
Kendall poprowadził Din do osobnego pomieszczenia. Przez chwilę zastanawiałam się, czy zwykły pokój nauczycielki nie byłby do tego najlepszy.
-Lizzy? – usłyszałam za plecami głos Jamesa.
-Nie. – zaprzeczyłam. – Po prostu nie. Zraniłeś moją przyjaciółkę. NASZĄ przyjaciółkę. Naprawdę Cię to nie rusza? Wiesz, jak ona się teraz czuje?
Przecież nad sobą panowałam, prawda? Zupełnie jak Antnio, kiedy naje się myszy do syta. Rozejrzałam się po korytarzu i byłam nadzwyczaj zaskoczona, widząc Carlosa i Jessie na końcu korytarza. Byli spokojni. Carlos stał nieco z przodu. Jessie została z tyłu, jakby nie chciała przeszkadzać, czy coś… Nie wiem, co tej dziewusze po głowie chodzi.
-Gdzie ona jest? – zapytał, podchodząc do mnie nadzwyczaj szybko.
-Kendall zaprowadził ją do… - zastanowiłam się na chwilę. – Właściwie sama nie wiem. Są gdzieś tam.
Wskazałam ręką na jedne z drzwi, a on natychmiast tam poszedł. Bez najmniejszego zastanowienia podążyłam za nim. On wszedł natychmiast, odpychając Kendalla.
-Din… - powiedział, ocierając łzy spływające po jej policzkach. – Nie przejmuj się Janesem. Przecież wiesz, że ja tylko Ciebie…
-Ale… - zaczęła, wciąż szlochając. – Myślałam, że już Ci przeszło.
-Nie. –pokręcił głową, głaszcząc ją po policzku. – Nie przeszło.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapomniałam tydzień temu. Przepraszam, przepraszam, przepraszam... To chcecie ostatni odcinek w piątek? Czy za tydzień? Wybór należy do Was. Tydzień po ostatnim odcinku napiszę notkę pożegnalną, dlatego proszę... Więcej się odzywajcie. A teraz zwracam się bezpośrednio do Ciebie, kimkolwiek jesteś. Nie komentujesz, jest mi przykro, bo widzę ze sto wyświetleń, a dwa komentarze. Tobie nie byłoby przykro? Odezwij się. Dwa odcinki do końca.
Jak pewnie niżej zauważyliście, są dwa obrazki. Te obrazki to linki. Jeśli zatęsknicie za moim pisaniem, kliknijcie w jeden z nich. „Szkoła dla Mutantów” to Crossover X-Mena i BTRu. Chłopcy pojawiają się tam jako dzieciaki z supermocami. „Stado”, to opowiadanie z fandomu „Teen Wolf”. Znacie ten serial od MTV? U mnie to już obsesja.

No... To ostatni raz tutaj: Do następnej!  

środa, 4 listopada 2015

Odcinek 98 – Lizzy kontra Testament szpiega

Kiedy Kendall zostawił mnie samą, sięgnęłam po pudełko, które przyniósł mi Mike. Odnosiłam niemałe wrażenie, że ciotka Diane maczała w tym palce.
Nie myliłam się.
W środku była jakaś płyta, wizytówka centrum naukowego z numerem telefonu i pudełko, w którym każdy szpieg chował kartkę z zapisaną swoją ostatnią wolą. Tym bardziej byłam zaskoczona, kiedy otworzyłam czerwone pudełeczko z herbem agencji.
Tym bardziej byłam zaskoczona, widząc odręczne pismo, bo zwykle szpiedzy swój testament pisano na komputerze. A mój wciąż był jeszcze nieukończony. Pismo pochyłe, ścisłe, pisane niebieskim, częściowo wyblakłym atramentem w rogach poznaczonymi kleksami. Pismo taty. Zamrugałam, żeby pozbyć się napływających łez.
Kochana Lizzy! 
Jeśli to czytasz, to znaczy, że nie dożyłem Twoich osiemnastych urodzin. Za to muszę Cię serdecznie przeprosić, bo nie mogę złożyć Ci życzeń osobiście. Wszystkiego najlepszego, wkraczasz w dorosłość. 
Pisze do Ciebie oddzielny list, ponieważ jestem Ci winien wyjaśnienia, a teraz jesteś wystarczająco duża, żeby to zrozumieć. 
Kiedy byłaś malutka, stworzyłem program, który nazwałem „Intersectem Zero”, pierwszą wersję programu Intersect, który nosi Twój brat. Ma wiele różnic, ale nie jest niebezpieczny. Proszę, żebyś przekazała Chuckowi co może mu się stać. Ale zacznijmy od początku. 
Pewnego dnia spuściłem Cię z oczu, dosłownie na sekundę. Nie wiedziałem co się z Tobą stało. Znalazłem Cię w swoim gabinecie. Siedziałaś przy moim biurku. Uruchomiłaś program, przyjęłaś pełny transfer i nic Ci się nie stało. Tylko kręciło Ci się w głowie. Położyłem Cię spać. Kiedy się obudziłaś, nic nie pamiętałaś. Wiedziałem, że jego skutki będą się ukazywały powoli. Zauważyłas to w szkole, prawda? Szybciej zapamiętywałaś dane niż Twoi koledzy.
Jedyny niebezpieczny punkt, to moment wgrywania. Późniejsze wersje Intersecta przegrzewają się. Są programami komputerowymi, który współpracuje z ludzkim mózgiem. Ale nie Twój. Twój jedynie pobudza neurony, ale prawdopodobnie będziesz potrzebować o wiele więcej snu niż ktokolwiek w Twoim wieku. Dopilnuj Chucka. Wiesz, jaki bywa roztargniony. Dbaj, żeby nosił Gubernatora. To bardzo ważne. Wygląda jak elegancki, męski zegarek. Ty go nie potrzebujesz. 
Program „Intersect Zero” został porzucony przez CIA, ponieważ był dla nich bezużyteczny. Wymagał bystrego umysłu, więc nie każdy się nadawał. Jesteś bystra. Ale dzięki Intersectowi Zero jesteś jeszcze bystrzejsza. Program pobudza Twoje neurony, współpracując z pamięcią i procesami myślowymi. Jeśli musisz jeszcze bardziej przyśpieszyć proces logistyczny, sięgnij do graficznych zapisów wzorów chemicznych. Dzięki temu Twój umysł zbuduje myślową mapę i podświadomie wygeneruje rozwiązanie. 
Chciałbym Ci jeszcze powiedzieć, że zawsze będę Cię kochał. Bez względu na to jak skończę, ani co się stanie, pamiętaj, że zawsze będziesz moją kochaną córeczką i zawsze będę Cię kochał. 
Tata. 
Pociągnęłam nosem, odkładając kartkę na koc. Otarłam pojedynczą łzę spływającą mi po policzku. Potrząsnęłam głową i odruchowo rzuciłam czystą poszewkę na obiektyw kamerki. Odwróciłam się, żeby się upewnić, że na pewno leży na urządzeniu. Jakoś mi się nie widziało, żeby Bóg raczy wiedzieć kto oglądał jak beczę po kątach.
Sięgnąłem po miniaturową płytę. Obróciłam ją w palcach i przyjrzałam się opisowi tym samym niebieskim atramentem.
„Przekaż to Chuckowi, będzie wiedzieć co z tym zrobić.”
-Lizzy? - elektronicznie zniekształcony głos Ciotki Diane wytrącił mnie z zamyślenia. Trzymałam w rękach trzecią kopertę w której był jakiś niewielki przedmiot.
Odwróciłam się, spoglądając na ekran ledowego telewizora.
-To cioci sprawka? - zapytałam, unosząc ją pustą paczuszkę. - To Ciocia dostarczyła do sklepu, prawda? To przez Ciocią to trafiło do sklepu.
Mówiłam powoli, jakbym nie była do końca pewna, tego, co mam powiedzieć. Ciocia patrzyła na mnie zatroskanym, współczującym spojrzeniem.
-Stephen prosił mnie, żebym przekazała Ci to dopiero jak ukończysz osiemnaście lat, ale stwierdziłam, że lepiej zrobić to już teraz.
-Nie mogła mi Ciocia tego dać osobiście? - zapytałam, zanim zdążyłam się zastanowić.
-Zażądałabyś wyjaśnień. - zauważyła. I miała rację. - Najpierw musiałabyś obejrzeć zawartość. A gdybym dała Ci to do ręki, nie otworzyłabyś przesyłki, nie żądając wyjaśnień.
~***~
Kilka dni później wszystko wróciło do normy. Przynajmniej tak mi się wydawało. Zero misji, chwilowo same przesłuchania i przygotowania do procesów.
Kiedy zbiegłam na dół, śniadanie było już gotowe. Byłam zaskoczona, kiedy zobaczyłam przy stole Kendalla i Logana. Zamrugałam, sięgając po dzbanek grzanego mleka i paczkę dietetycznych musli. Podeszłam do stołu i wsypałam trochę do swojej miski.
-Coś się stało? - zapytałam, siadając naprzeciwko Kendalla i całując go na powitanie. - Nie codziennie wpadacie na śniadanie.
-Musze przeprosić Julie'ego. - powiedział Logan, opierając się nad swoim talerzem tostów. - Za wczoraj. Chyba trochę przegiąłem.
-A ja go wspieram. - wtrącił Kendall. - A właściwie pilnuję, żeby się nie wycofał.
-Julie jak codziennie okupuje łazienkę na górze, znasz drogę.
Uśmiechnęłam się do niego niewinnie i pochyliłam się nad swoją miską płatków. Zapowiadał się zwykły dzień. Dzień potańcówki. W szkole zaroi się od uczniów z sukienkami w pokrowcach. I jeszcze Jessie... Carlos oczywiście znał tylko nieistotne detale, ale wiedział o jednym: Jessie trzyma z tymi dobrymi.
-Wszystko gra? - zapytała Sarah, siadając naprzeciwko. - Przez chwilę miałaś nieobecne spojrzenie.
-Po prostu się zamyśliłam. - powiedziałam wprost. - Nie przejmuj się.
Spojrzałam na Chucka, który otwierał chlebak i włożył świeże kawałki do tostera.
-Wiesz już co jest na płytce od taty? - zapytałam go wprost.
-Powiem, jak już zgadnę hasło. - odpowiedział.
Wzruszyłam ramionami, zalewając płatki mlekiem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć! Dzisiaj mam bardzo aktywny dzień. Rozdział u Marli przeczytany wcześnie rano, zagrzane jeszcze raz do Chrisa i sprawdzenie komów przed masową publikacją.
Oczywiście mam nadzieję, że odcinek się Wam podobał. Co myślicie o liście Stephena Carmichaela do Lizzy? I czy jej odczucia są dla Was w pełni zrozumiałe?
Poza tym...
Dzisiaj jest dzień potrójnej premiery. To znaczy: 
(mój nowy wymysł, jak ktoś jest ciekawy, lubi Teen Wolfa, czy po prostu się nudzi, może śmiało wbijać. Komy mile widziane. na to też zrobiłam sklejkę, chociaż nie jestem z niej zadowolona.)

środa, 28 października 2015

Odcinek 97 – Lizzy kontra Rozpierducha w magazynie

Po powrocie do sklepu, natychmiast zaszyłam się w sali kina domowego. Nie miałam ochoty wracać do hali magazynowej. Najpierw musiałam otrząsnąć się z tego wszystkiego. Charlie zabił Show'a... Nie, to niemożliwe. Nazwał to „rozkazem”, ale kiedy żyjemy w drużynie...
Trudno było mi uwierzyć, że Ramsey padł ofiarą kucharki, kelnerki i zastępcy kierownika sali. Tego jeszcze nie grali...
-Wszystko dobrze, truskaweczko? - usłyszałam za plecami czyjś głos i odwróciłam się, żeby spojrzeć na Mike'a. - Dlaczego nie jesteś zresztą w hali?
-Nie mam nastroju. - wzruszyłam ramionami, odwracając się w jego stronę. - Nie chcę jakoś psuć humoru innym. Wystarczy, że ja się z tym męczę.
-Szkoła? - zgadywał, siadając obok mnie na kanapie. - Bo jeśli powiesz mi, że odkryłaś życie pozaziemskie, drugi raz tego nie zniosę.
-Życie pozaziemskie? - zmarszczyłam brwi. - Skąd Ci to przyszło do głowy?
-Nieistotne. - pokręcił głową, klepiąc mnie po udzie, jakby chciał mi tym dodać otuchy. - Powiedz lepiej, co Cię trapi.
-Nic, czym powinieneś się przejmować.
„Trwamy jako symbol nadziei. Mimo, że mówi się o nas tylko w mitach i legendach... To Azgard i jego wojownicy zaprowadzili pokój ze wszechświecie.”
Lodowaty głos Antony'ego Hopkinsa, wyrwał mnie z zamyślenia. Dopiero teraz wpadłam na to, żeby podnieść głowę. Mike włączył telewizor. No tak, mogłam się tego spodziewać.
-Kanał filmowy? - uniosłam brwi. - Wiesz, ze już mnie to nie rusza?
-Wiem, ale zawsze warto spróbować. - powiedział, podając mi jakieś pudełko. - Przyszło to dzisiaj z nową dostawą twardych dysków. - Jest na tym Twoje nazwisko, więc nie otwierałem.
-Jasne. - pokiwałam głową. - Otworzę to dzisiaj w domu. I chyba wrócę na imprezę. Schowam to w kanapie. Wiesz, tam, gdzie Lester trzyma piwo.
-Wiem. - kiwnął głową. - Ale najpierw zrób coś z tymi włosami.
I wyszedł z pomieszczenia, a ja schyliłam się, kiedy ten Chris Hcośtam wrzasnął „Ruszamy do Unitehajmu”, czy coś koło tego. Nie wiem, zawsze jak oglądałam Thora nie przejmowałam się pierwszymi piętnastoma minutami. A później i tak miałam głęboko gdzieś te wszystkie porąbane nazwy krain. Po co brać je sobie do głowy? Może i uwielbiam Marvela, ale Thor był na drugim miejscu najmniej lubianych przeze mnie Avengersów, zaraz po Iron Manie.
Posiedziałam tak może z dziesięć minut i zamknęłam skrytkę. Wyszłam z pokoju, poprawiając sobie kucyka, który już powoli zaczął wymykać się spod kontroli.
-Co się stało? - zapytałam, widząc ściszoną muzykę i jakiś bałagan za plecami Lestera, który natychmiast stanął mi na drodze. - Ej, dlaczego nie dasz mi przejść.
-Mamy mały problem. - powiedział John i poprowadził mnie do owego bałaganu.
Okazało się, że to nie był jakiś tam zwyczajny bałagan. Tylko wielka dziura wypalona w podłodze.
-Co tu się stało, zapytałam, spoglądając na Carinę, która chichotała obok mnie.
-Ktoś próbował odpalić fajerwerki w pomieszczeniu. - odpowiedziała i wymownie pokazała na otwarty dach magazynowy, który służył do wentylacji.
-A teraz pomyślmy, czyja to sprawka... - westchnęłam, a Jeff niewinnie pokazał na Chrisa. - Powaga? Nie mogłeś się powstrzymać?
-No co? - wzruszył ramionami, jakby nie chciał zrobić nic złego. - Nie wiedziałem, ze obędzie aż taki odrzut.
-Odrzut? - powtórzył Logan, trzymając pod pachą miniaturową gaśnicę. - Stary, gasiłem to przez kilka ładnych minut. To dosłownie wybuchło.
-Noo... - Din pokiwała głową. - Cud, że nikomu nic się nie stało.
-Pokaż rachunek. - wyciągnęłam rękę do Chrisa, wiedząc, ze trzyma w kieszeni paragon, a sklep pirotechniczny, w którym się zapatrzał, nadgorliwie dbał o księgowość i wszystkie pozycje towarów były szczegółowo opisane.
Chris dość niechętnie podał mi zmięty papierek, a ja wyprostowałam karteczkę i spojrzałam na opis kupionego produktu.
-Bomba pięciostrzałowa? - zmarszczyłam brwi. - Człowieku, przecież omal nie straciłeś ręki przez poprzednią. Mam Ci to przypomnieć?
-Co masz na myśli, mówiąc „omal nie straciłeś ręki”? - zapytał Carlos, podchodząc trochę bliżej z mopem i wiadrem z czymś pieniącym się.
-Pokaz im. - powiedziałam Chrisowi, a ten dość niechętnie odwinął rękaw koszulki, pokazując wielką bliznę po oparzeniu. - Dziwne, że wcześniej się nie pochwaliłeś.
-A czym się miałem chwalić? - wymamrotał. - Tym, że z własnej głupoty przeleżałem cztery miesiące w szpitalu?
Dobrze znałam tą historię. Tym bardziej się dziwię, że Chris po raz kolejny kupił te same sztuczne ognie. Dobrze wiedzieliśmy, że sam zainteresowany składał uroczystą przysięgę swojej mamie, że już więcej nie tknie tak niebezpiecznych fajerwerk. Ale jak widać nieskutecznie.
~***~
-Co właściwie zaszło w magazynie? - zapytałam Kendalla, kładąc na łóżku pudełko od Big Mike'a. - Ta dziura wyglądała niebezpiecznie.
-Chris zaplanował niespodziankę dla Cariny. - powiedział z westchnieniem. - Razem z Loganem, ale on nie znał tych sztucznych ogni, więc oczywiście się zgodził. Rozumiem, że jeśli byś przy tym była, to nie pozwoliłabyś mu tego odpalić.
-Jasne, że bym mu nie pozwoliła. - przyznałam. - Dobrze wiem, jak działają i jakie zniszczenie ze sobą sieją. Tą bombę odpala się w odludnym plenerze. I od dobrze o tym wiedział.
-Ale Chris mówił, że się na tym zna i robił to już kilka razy. - powiedział, oklepując moją poduszkę, jakby to była jego własna.
-I Ty mu uwierzyłeś? - prychnęłam. - Robił to dokładnie raz i z marnym skutkiem. - Kiedy rozwala szybę kijem bejsbolowym, bo przywalił się do niego prokurator, albo pije piwo po kątach wieczorami, jeszcze jestem w stanie znieść. Ale, kiedy naraża na niebezpieczeństwo siebie i ludzi w swoim otoczeniu... O nie! Mowy nie ma!
Kendall zaśmiał się blado i odrzucił poduszkę na miejsce. Usiadł naprzeciwko mnie i pochylił się nad moją twarzą. Pocałował mnie krótko, a ja z ulga zamknęłam oczy. Jego usta delikatnie musnęły moją brodę, jakby nie mogły znaleźć ust.
-Ciekaw jestem, co wymyśli właściciel, kiedy dowie się o zniszczeniach w magazynie.
-Już wie. - wzruszyłam ramionami. - Chuck jest właścicielem. A naprawą zajmie się Mike. Pewnie każe Chrisowi odpracować koszty. Znowu.
-Jak to znowu?
-Okna były wymieniane trzy lata temu. - powiedziałam wprost. - Szubka ugoda. Chris je wcześniej zniszczył. Dobrze to nie wyglądało.
-Zniszczył, znaczy powybijał?
-Żeby tylko... Ramy też były w ruinie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć... Na początek chciałabym Wam powiedzieć, że tworzę coś nowego. Jeśli ktoś zna, to wystarczy się pofatygować na mój kanał na YouTube. Tam wszystko jest. Oczywiście, nie mam zamiaru rezygnować ze Szkoły dla Mutantów. Ale oba te blogi będą miały charakter bardzo spontaniczny, co znaczy tyle co „Opublikuję, jak napiszę”. Objętość oczywiście się nie zmienia. Tym razem robię to bez BTRu. Myślę, ze jedna historyjka, która będzie miała 25, może 30 odcinków jest dobrym wyzwaniem. A co będzie później, zobaczymy.
Mówię to Wam, bo powoli zbliżamy się do końca. Przed tym końcem będę nieco gołosłowna, bo... bo wiem, że wygadam się na koniec. Wasze blogi nadrabiam, a przynajmniej staram się nadrabiać na bieżąco. Jest w tym jakaś dziwna systematyka. No... mam nadzieję, że odcinek się Wam podobał. Trzymajcie się!

środa, 21 października 2015

Odcinek 96 – Lizzy kontra Akcja w Knajpie

Kiedy dotarliśmy do tamtej restauracji, wszystko wyglądało normalnie i nic nie sprawiało wrażenia, jakby coś nie grało. Wszyscy siedzieli na swoich miejscach.
Chuck podszedł do kierownika sali i zaczął z nim rozmawiać. Widziałam z daleka, jak ten wskazuje mu jedne z drzwi i prowadzi go w tamtym kierunku. W tym czasie ja, starając się nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, przecięłam salę i weszłam na zaplecze.
Pierwsze, co mnie uderzyło, to egipskie ciemności. Zamrugałam kilka razy, żeby jakoś przyzwyczaić oczy do tej sytuacji. Drugą ręką starałam się wymacać klinkier od światła.
-Lizzy? - usłyszałam niepewny głos Jessie. - To Ty?
-Tak, gdzie jesteś? - odpowiedziałam, wciąż szukając palcami pstryczka od światła. Powinien być po tej stronie.
-Jest, ale nie sama. - odpowiedział inny, męski głos. - Nie zamykaj drzwi, dziewczyno. Można je otworzyć tylko od zewnątrz.
W końcu udało mi się wymacać ten głupi pstryczek i zaświeciłam światło. Pierwsze co zobaczyłam, to dwie osoby przykute do rurowego grzejnika.
-Matko, co tu się stało? - zawołałam, przywołując do siebie jedno z krzeseł i stawiając je w przejściu, żeby drzwi się nie otworzyły.
-Moja kelnerka... jedna z najlepszych... - zaczął mężczyzna, kiedy podbiegłam do nich, szukając w kieszeni lasera od Johna. - Pracuje dla jakiejś mafii. Wykorzystała Jessie...
Nie odpowiedziałam, tylko przepaliłam łańcuszek, żeby się zerwał, po czym pociągnęłam, a jedno ze stopionych oczek upadło na podłogę wciąż dymiąc.
-Uważajcie. - powiedziałam wprost. - Można się tym poważnie poparzyć.
-To znaczy, że oni mają rację? Twoja rodzina to... - zaczęła Jessie, kiedy ją uwalniałam, ale przerwała, kiedy ją uciszyłam kręcąc głową.
-Nie czas i miejsce. - powiedziałam cicho. - Teraz musimy uciekać. Zawiadomię ekipę. Oni się tym zajmą. Mój brat już wszystko sprawdza.
I wyszliśmy ukradkiem na zewnątrz.
-Lizzy, co to ma być? - syknęła Jessie. - Zupełnie nic nie rozumiem.
-No to witaj w klubie. - odpowiedziałam szeptem, wyjmując nóż z tylnej kieszeni spodni.
Rozłożyłam scyzoryk i przecięłam jakieś kable. Dopiero później zdałam sobie sprawę z głupoty własnego czynu.
-Co zrobiłam? - wykrztusiłam przez zaciśnięte zęby.
-Odcięłaś zasilanie w kuchni. - wyjaśnił ten mężczyzna. - Jeśli chcesz uruchomić alarm, musisz się najpierw dostać do skrzynki...
-A gdzie jest przewód od światła na sali? - zapytałam, przerywając jego instrukcje.
-Dlaczego chcesz...
-Upozoruje awarię. - wyjaśniłam natychmiast. - Wtedy wszyscy ulotnią się do domu. Albo gdzieś tam. Oby jak najdalej stąd. Wszystko mi jedno.
-Ale... dlaczego? Normalnie policja zrobiłaby wszystko przy gościach. Jestem, właścicielem tej restauracji i...
Spojrzałam na Ramseya i uciszyłam go spojrzeniem. Jak mogłam go wcześniej nie poznać? No jasne... Ważniejsze jest...
-Bezpieczeństwo. - powiedziałam. - Najważniejsze, żeby nikomu nic się nie stało. Inaczej cała akcja minie się z celem.
-Jesteś dziwna jak na CIA. - odezwała się Jessie.
-Oj, wiem...
~***~
Kiedy się upewniłam, że Ramseyowie są już bezpieczni, wybiegłam na zewnątrz, gdzie stał już nasz szpiegowski van. Natychmiast podbiegłam do Charlie'ego, który natychmiast podał mi mój pas z obiema szpadami.
-Chuck Was powiadomił? - zapytałam go, zakładając pas na plecy.
-Tak, wszystko zorganizowane. - przyznał, wciągając mnie do środka. - Najpierw musisz coś zobaczyć.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem, a on włączył jeden z monitorów.
-Czy ty podpiąłeś się pod monitoring restauracji? - zmarszczyłam brwi, a on zrobił głupią minę.
-Może... - powiedział powoli, ale natychmiast się otrząsnął. - Spójrz na obraz. Poznajesz kogoś?
Dość niechętnie zerknęłam na folder skradzionego obrazu. Zmarszczyłam brwi i zamrugałam. Miał rację, poznawałam jedną osobę.
-Tak. - pokiwałam głową, wskazując na jednego z mężczyzn. - To Daniel Show. To on... Zabił tatę. Nie rozumiem, dlaczego mnie o to pytasz. Przecież świetnie go kojarzysz.
-Wiem, ale musiałem sprawdzić czy skłamiesz.
-Niby w jakim celu miałabym skłamać?
-Żeby się zemścić.
Pokręciłam głową i wyszłam na zewnątrz, gdzie John podał mi dwa usypiacze, które natychmiast schowałam pod bluzę. Miałam nadzieję, że nie będę musiała ich używać. Oni mieli ostre. Nawet Chuck, chociaż do tej pory nawet nikogo nie zranił.
-Wchodzimy, słuchamy i zdejmujemy całą szajkę. Zbyt długo czekaliśmy na schwytanie Showa. - powiedział John, podczas marszu. - carina już powinna być w środku. Show jej nie kojarzy, więc może sobie trochę po konspirować.
-Przyjechała Carina? - zapytałam ze niedziwieniem. - Miała być na imprezie.
-Mówi, że ta jest lepsza. - wtrącił Charlie.
Weszliśmy do środka. Nigdzie nie było Chucka, który pewnie musiał zostać w aucie. Przynajmniej go nie widziałam. A może wciąż zajmował kierownika sali, próbując rozwiązać nieistniejący problem z komputerem?
Wtedy po raz pierwszy od bardzo dawna zobaczyłam mordercę swojego ojca. Otworzyłam szeroko oczy, widząc jego kpiący uśmieszek i instynktownie sięgnęłam do usypiacza.
Zerknęłam na Johna, który pokazał mi na migi, że będziemy wchodzić pojedynczo. I żebym trzymała pistolet w górze.
Kiedy weszłam na jednego znak, Show natychmiast na mnie popatrzył. Jego usta natychmiast rozszerzyły się w drwiącym śmiechu.
-Proszę, proszę... - powiedział swoim obrzydliwie jedwabistym głosem. - Najmłodsza z Carmichaelów. Nie spodziewałem się, że tak szybko Cię zobaczę. Dołączyłaś do agencji?
Nie wiem, co mówił dalej. Nie skupiałam się na jego słowach. Nie chciałam. Naokoło nas przestępcy byli obezwładnieni.
-Szpady? Doskonale Cię rozumiem. Też nie lubię pistoletów, ale czasami muszę ich używać, bo...
Nie skończył dokończyć. Upadł z dziurą między oczami. Odwróciłam się i zobaczyłam Charlie'ego z uniesioną, dymiącą lufę.
-Wykonałem rozkaz. - powiedział krótko.
~***~
-Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? - zapytał Kendall, przytulając mnie do siebie. - Myślałem, że coś się stało.
-Nic mi nie jest... - pokręciłam głową, odsuwając się od niego na kilka kroków. - Po prostu musiałam... Jakoś zrobić coś po swojemu. Mam nadzieję, że na przyjęciu Cariny było nudno.
-Przeciwnie. - zaśmiał się.
-Jak to? - zmarszczyłam brwi z niepokojem.
-Nie martw się, pozytywnie. - zaśmiał się, przytulając mnie do siebie.
Z ulgą wtuliłam twarz w jego ramię.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No, to już wiecie, po co Jessie dzwoniła do Lizzy. Coś mi się widzi, że Was rozczarowałam, bo Ramsay nie jest czarnym charakterem, za to elegancko dał sobie podłożyć świnię.
Pragnę Was poinformować, że rada czytelnicza w liczbie dwóch zadecydowała, że odcinki do końca będą pojawiać się raz w tygodniu.
Jak podobał się odcinek? Rozczarowani, czy raczej nie? Dajcie znać w komciach. Trzy godziny snu, a i tak dobrze (jak na te 38 stopni gorączki) się czuję. Ach ta bezsenność. Trzymajcie się!

poniedziałek, 19 października 2015

Cześć!

Cześć ludzie!
Piszę do Was w ten przepiękny poniedziałek, żeby powiedzieć Wam coś, co jest troszeczkę związane z fabułą tej drugiej historii. Trochę? Właściwie nawet bardzo.

Od dzisiaj telewizja TVN7, od poniedziałku do piątku o godzinie 16.00 będzie emitowała serial „Chuck”. Czwarty, najbardziej związany z tą historią sezon. Więc jeśli chcecie zobaczyć, jak to wygląda w oryginale, co to jest „Cat Sqad” i jaka jest Mama Bartowski? I dlaczego w ogóle zmieniłam nazwisko "Bartowski" właśnie na Carmichael? Jak toczy się życie w Buy More? Nie można oczywiście zapomnieć o warknięciach Casey'a i niezastąpionej Generał Beckman
Pytań jest wiele, więc może warto samemu sprawdzić, co zmieniłam, a co zostawiłam z oryginału? Jedno jest pewne. Jeśli zamierzacie to oglądać, to czeka Was kupa szpiegowskiego śmiechu. A jeśli nie przyśpieszę publikacji, to dowiecie się, jak kończy się ta historia. A kończy się tym samym zdarzeniem, co czwarty sezon Chucka

Korzystając z okazji, że już piszę ten post, poinformuję Was o jednej rzeczy: Właśnie kończę pisać całą historię. Jestem w połowie ostatniego odcinka. To do Was będzie należało jak mam publikować. Raz (środa), albo dwa razy w tygodniu. Nie chce mi się robić ankiety, napiszcie w komentarzu. Notkę pożegnalną oczywiście zostawiam na ostatnią chwilę. Więc nawet nie mam zamiaru kiwać teraz przy niej palcem. No dobra, na razie. Nazwę już mam, ale treść na razie pozostanie moją tajemnicą, nie tylko dlatego, że zupełnie nie wiem, co tam napisać. I jeszcze jedno? Chcenie Genezę? Czyli listę takich ciekawostek. Dlaczego wybrałam imię Lizzy, jak wpadłam na wątek z Antoniem. Na liście są jeszcze dwa wycięte urywki, które uznałam za całkowicie pozbawione sensu.
A teraz się zmywam, bo czeka na mnie Marla i kończenie ostatniego odcinka. Trzymajcie się! I do środy.

środa, 14 października 2015

Odcinek 95 – Lizzy kontra Impreza pożegnalna

Julie lubił programy aukcyjne. Te z Teksasu, gdzie handlarze nabywają opuszczone magazyny. Mówi, że najlepsze są momenty wyceny. Kiedy dowiadują się ile stracili, albo zyskali. Ale jego obchodzi historia tych rzeczy. Szczególnie antyków.
I pewnie dlatego zabrał Emmie pilota w szkolnej świetlicy i przełączył na powtórkę. A najlepsze było to, że za żadne skarby nie chciał przełączyć.
-Carmichael, powiedz swojemu braholowi, żeby przełączył z powrotem na Vivę.
Wyprostowałam się, słysząc jej urażony głos. Zaśmiałam się, widząc jej oburzenie. Zerknęłam na Clinta, któremu pomagałam zrobić pracę z chemii.
-Wszystko gra? - zapytałam, patrząc na nią ze zdziwieniem. - Bo wiesz, złość piękności szkodzi.
-Ale on... - zaczęła, unosząc ręce z oburzeniem.
-On pokonał Cię na konkursie z fizyki! - zawołała Jessie. - Idź do swoich zadań, bo Gold nie zaliczy Ci prac społecznych.
Spojrzałam na nią, unosząc brwi. Wyglądała... normalnie. Zupełnie normalnie. Dwa kucyki, jakieś gumki z kokardkami. Jak zawsze kamizelka na koszuli.
Po chwili Emma poddała się i poszła sobie na drugi koniec sali.
-Dzięki. - westchnęłam. - Gdyby nie Ty...
-Spokojnie. - uśmiechnęła się do mnie. - Julie zaliczył już korki w szkole. Chyba może sobie posiedzieć. Z resztą... też lubię ten program.
Ona naprawdę nic nie wie... - przebiegło mi przez myśli.
Kolacja przedślubna. Tak to się nazywa. W ten sposób Chuck i Sarah dotrą do tamtej sali. A ja i Charlie spokojnie będziemy mogli się przygotować.
-Zróbcie ostatnie zadanie i możecie iść do domu! - zawołał Jack, wchodząc do klasy. W sumie było nawet normalnie. Tak, jak zawsze tego chciałam. I gdyby nie te szpiegowskie sprawy, które zaprzątały mi głowę... Byłoby normalnie.
Clint podsunął mi swój zeszyt, żebym mogła zobaczyć jak rozwiązał zadanie. Zerknęłam na ciągi wzorów i przekręciłam głowę. Westchnęłam, kładąc mu zeszyt przed nosem.
-Tu masz błąd. - powiedziałam cicho. - Spróbujesz jeszcze raz, czy Ci poprawić?
-Spróbuję. - powiedział cicho. - Dopiero po jednej probie poprawisz, jak zrobię źle.
-Dobra, jak chcesz. - odparłam, spoglądając na Julie'ego, który jak gdyby nigdy nic wgapiał się w telewizor, obserwując reklamę kociego żarcia.
Oparłam się o ławkę i poczułam, jak ktoś całuje mnie w policzek. Odwróciłam się i zobaczyłam Kendalla. Uśmiechnęłam się do niego ponuro.
-Już skończyłem. - oznajmił, obejmując mnie ramieniem. - Dzisiaj będzie dobry dzień. A właściwie wieczór. Nie robicie tego dzisiaj. Dzisiaj robimy imprezę dla Cariny. A Ty idziesz najpierw z Sarą na przymiarkę sukni ślubnej.
Ponownie uśmiechnęłam się pod nosem. Tak... Może i mama Carlosa to ostatnia łajza, ale jest profesjonalistką w dziedzinie planowania ślubów. Znalazła świetna krawcową, która uszyła sukienkę według naszego projektu. Wynegocjowała zniżkę na gigantyczny tort i przyśpieszyła terminy organizacji sali weselnej. Głównie dlatego, że sami nieźle jej zapłaciliśmy. Ale i tak jej nie lubię, bo traktuje całą swoją rodzinę jak gońców szachowych.
~***~
Po lekcjach wróciliśmy do domu. Musiałam jeszcze wyprowadzić Antonia. Najlepiej, jeszcze zanim Sarah skończy pracę w jogurtowni.
-Wszystko okey? - zapytał Chuck, nalewając soku do szklanek.
-Jasne! - zawołałam, szukając jego szelek. - Ale muszę wziąć Antonia na spacer. Nie mam za wiele czasu, ale na szczęście, niedaleko mamy tereny zielone.
Biegałam w te i z powrotem, kiedy Julie jak gdyby nigdy nic usiadł przed telewizorem i wziął do ręki album technologiczny. Nawet nie wiem który... Mieliśmy ich sporo.
-Mam! - zawołałam, rzucając torebkę na fotel. - Tony! Chodź, musimy szybko iść. Oczywiście, jeśli chcesz sobie dzisiaj pooddychać świeżym powietrzem!
Antonio był pół-dzikim zwierzęciem, jak mówili o tym specjaliści z naszego cyrku. Mocno oswojony, ale cały czas musi się wyszumieć. Znał granice. Sikał do kuwety, dał się uwiązać i nawet nie warczał na obcych. Przeciwnie, był bardzo grzeczny.
~***~
-Wszystko gra? - zapytał Logan, kiedy Lester i Jeff dekorowali halę w magazynie, które od wczoraj było puste. - Bo wiesz... Masz ostatnio sporo na głowie.
-Ostatnio nie jest tak źle. - zaprzeczyłam. - Tylko coś spory tych imprez ostatnio...
Zaśmiałem się ponuro. Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy to źle. Po prostu tak już było. Chociaż lepsze to, niż wszystko miałby się nam walić na głowę.
Julie był na dole. Zajmował się dokumentacją. Jedyny, któremu chciało się to robić. Nawet nieźle mu szła ta papierkowa robota. Archiwizacja dokumentów... Według cioci właśnie to było jego miejscem w agencji. A ja jakoś nie byłam z tego powodu za specjalnie zadowolona.
-Gotowe! - zawołał Morgan, kiedy węże wystrzeliły w powietrze.
-Pójdę po nią. - zaoferował Morgan i zniknął gdzieś za ogrodzeniem dzielącym magazyn od ulicy.
Kiedy zadzwonił mi telefon, wyjęłam komórkę z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz. Jedno nieodebrane połączenie od nieznanego numeru. Rozejrzałam się po cichym pomieszczeniu i oddzwoniłam. Nikt nie odbierał. Przez bardzo długi czas, więc podeszłam do Chucka, który stał przy konsolecie.
-Znasz ten numer? - zapytałam go, podając mu swój telefon.
-Nie. - pokręcił głową. - Ale mam tu laptopa, więc bez trudu określę właściciela.
-Masz takie uprawnienia? - zmarszczyłam brwi.
-Jako serwisant, nie. Ale jako pracownik Firmy, owszem.
Obejrzałam się przez ramię, widząc jak Morgan ceremonialnie przyprowadza Carinę. Na szczęście nikt nie zwracał na nas uwagi, więc mogliśmy się tym zajmować.
-Mam! - zawołał Chuck, dając mi znak, ze skończył. - To jeden z numerów restauracji na Williamson Road *. W dzielnicy North Hollywood. Ta sama, w której zrobiliście nam na jutro rezerwację.
-Żartujesz? - otworzyłam szeroko oczy. - Dlaczego ktoś miałby do mnie stamtąd dzwonić. Robiliśmy rezerwację przez internet. Nawet nie mają mojego numeru.
-A może jednak ktoś ma? - zapytał z uwagą. - Zastanów się.
Uniosłam głowę. Tak, ktoś stamtąd miał mój numer, ale nie pracował w restauracji.
-Jessie. - powiedziałam szeptem.

*Williamson Road – Nie wiem, czy w LA jest taka ulica, ale to był impuls. W Teen Wolfie na tej ulicy mieszka Scott McCall i jego mama. Było w jednym odcinku. Ńumer 821, Beakon Hills. Jakby to kogoś interesowało. Ta... moja obsesja to moja obsesja.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po pierwsze, chcę Wam powiedzieć, że dzisiaj odkryłam mega kapelę. Wcześniej znałam zaledwie dwie piosenki, a dzisiaj kliknęłam z nudów i jestem zachwycona. Jeszcze nie przesłuchałam wszystkiego, ale jestem coraz bliżej. Właściwie nie doszłam jeszcze do połowy, bo fajniejsze piosenki odtwarzam po kilka razy.
Dzisiaj nie mam siły, żeby pisać autorko, ale powiem, ze mam wenę i właśnie piszę przedostatni odcinek. I zaraz do niego wracam. Mam nadzieję, że dzisiejszy się Wam podobał. Trzymajcie się!

EDIT:
Puki nie ma tu jeszcze żadnych komentarzy, to zarzucę Was kilkoma foteczkami z Teen Wolfa. Oczywiście znalezionymi podczas "askowego męczenia" Marli. Jak wygląda takie męczenie, zapraszam do niej na profil, gdzie wszystko możecie sobie zobaczyć. A mnie skończyła się wena w połowie strony. Bywajcie ze stadem McCalla!




środa, 7 października 2015

Odcinek 94 – Lizzy kontra Tajemnica Jessie

W prawdzie, wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że religijnie rzecz ujmując, imprezowanie w piątki jest lekko niewskazane, ale okazało się, że to właśnie piątek jest najbardziej odpowiedni na urządzenie imprezy pożegnalnej dla Cariny.
Ale tym razem to było takie zwyczajne pożegnanie. Zaraz po ślubie Sary i Chucka Carina wyjeżdża do europy na długą misję incognito. Dostanie nowe nazwisko, nowe życie i nowy związek. Ale nie wiadomo jak długo to jeszcze potrwa. Dlatego Morgan uparł się, żeby urządzić dla niej imprezę. Ale to chyba nie był jedyny powód. Kilka dni temu Ellie odkryła sekretny zapas Chardone, który Chuck schował w jednym z archiwizującym pudle taty.
-Na prawdę jesteś tego pewien? - zapytałam Chrisa, kiedy on i Julie przynieśli do mieszkania dwa solidne skrzynie likieru. - I skąd Ty to w ogóle wytrzasnąłeś?
-Moja ciotka ma monopolowy. - wyjaśnił, jakby to było coś oczywistego. - Zapomniałaś?
-Nie, nie zapomniałam. - odpowiedziałam. - Ale straciła koncesję. Jakieś trzy lata temu.
-Załatwiła wszystko w zeszłym miesiącu. - odparł wzruszając ramionami.
-Chris, jesteś pewien, ze dziewczyny będą piły coś takiego? - zapytał Julie, zdejmując korek z adwokatu. - To jest strasznie gęste.
-Tak, i o to właśnie chodzi. Zostaw to. - powiedział, wyjmując mu z dłoni butelkę z aromatyzowanym alkoholem.
Westchnęłam i pokręciłam głową. Wiedziałam, że z tym nie dam rady, że on już taki jest i i tak go nie powstrzymam. I nawet nie zamierzałam próbować. Co najwyżej go ostrzec.
-Zamierzasz pić? - zapytałam, chcąc się upewnić.
-Może... - wzruszył ramionami z łobuzerskim uśmiechem. - Troszeczkę.
-Tylko nie przesadź. - oznajmiłam, wciąż się w niego wpatrując. Przeniosłam spojrzenie na Julie'ego. - A Ty?
-Ja? - uniósł brwi. - Nie, jestem za młody.
-Za młody? - zdziwił się Chris, patrząc na niego. - Aleś Ty naiwny, chłopczyku...
Westchnęłam ponownie i razem z Julie'm schowaliśmy obie skrzynki pod zlew. W sumie wszystko było już gotowe. Brad obiecał, przebrać się za striptizera, Nie ukrywam, że początkowo trochę mnie to rozbiło, bo byłam pewna, że żartuje, ale mina mi zrzedła, kiedy zorientowałam się, że on mówi całkowicie poważnie.
-Co teraz? - zapytał Julie, zaglądając do piekarnika, gdzie ciasteczka powoli stygły. - Szkoda, że nie wyszły mi tak dobrze na przyjęcie zaręczynowe. Nabieram wprawy.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wzięłam głęboki oddech i wyjęłam z szafki opakowanie cukru pudru. Postawiłam go na szafce i zaczęłam szukać cytryny.
-Julie, mogę wiedzieć po co kupiłeś agrestowy syrop na sok? - zapytałam, sięgając po zapieczętowaną butelkę z tym właśnie płynem.
-Jak to, po co? - wzruszył ramionami. - Żeby zrobić zielony lukier. Widziałem w takim programie kulinarnym. Facet robił cuda z tanich półproduktów z supermarketu.
Zobaczyłam, jak Chris za moimi plecami unosi brwi. Siedział teraz przy naszym stole i skrzyżował ramiona.
-Wydaje mi się, czy więcej uczysz się z telewizji, niż w szkole? - zagadał Chris.
-Mnie też to niepokoi. - dodałam.
-Ale w tym wcale nie ma nic niepokojącego. - odparł sam Julie.
~***~
Po południu ja i Julie usiedliśmy na kanapie naprzeciwko telewizora. Chuck bardzo dokładnie ukrył tą kamerkę. Nie można było jej dostrzec. Tak samo jak te kamerki w szkole.
-Witajcie dzieci. - powiedziała Ciotka Diane, pojawiając się na naszym ekranie. - Zrobiliście, to o co Was prosiłam?
-Tak. - pokiwałam głową. - Sprawdziliśmy Jessie.
-Tylko wciąż nie rozumiem po co. - Julie wzruszył ramionami. - Jest bratanicą tego szefa kuchni z telewizji. I co dalej? Nic z wyjątkiem faktu, że internet nie podaje, że on w ogóle ma brata.
-I tylko to zwróciło Waszą uwagę? - uniosła brwi, spoglądając na nas rzeczowo. - Co jeszcze się o niej dowiedzieliście?
-Jest w połowie Szkotką, gra na wiolonczeli w szkolnej orkiestrze... - wymieniałam. - Zwykła nastolatka. Nie wiemy, czy skrywa jakieś tajemnice. W szkolnych aktach nic nie ma.
-Z wyjątkiem kłótni z ojcem na środku szkolnego korytarza. Podobno wtedy uciekła z domu. Po trzech dniach policja znalazła ją w jakiejś narkomańskiej melinie. Pozwolili jej u siebie nocować w zamian za jedzenie. Jej wuj ma restaurację w dzielnicy North Hollywood. Przynosiła im odpadki z wieczora. Trochę ich było.
-Nie chodzi o to, że jej wuj jest słynnym szefem kuchni... - powiedziała ciocia, składając dłonie. - Ale, czy Jessie często go odwiedza?
-W każdy czwartek. - zmarszczyłam brwi. - Jedzą razem kolację na zapleczu jego knajpy. A co?
-A czy Jessie bierze coś ze sobą?
To pytanie obudziło moje myślenie. Jessie chodzi do wuja zawsze po próbie orkiestry. Ma wtedy przy sobie jedną rzecz. Nie zostawia tego w drodze, chociaż zawsze mija swój dom.
-Wiolonczelę. - powiedziałam, na co Julie spojrzał na mnie na kanapie. - Jest duża. I z reguły pusta w środku. Jest idealnym schowkiem. Już kiedyś Jessie przerobiła jeden ze swoich instrumentów na pudełko na lalki. Można w niej coś przemycać. Sugeruje ciocia, że Jessie...
-Przenosi materiały wybuchowe. - dokończyła za mnie ciocia. - Z restauracji wuja do domu. Z domu C4 trafia do podziemi szajki. Z tym, że Jessie nie ma o tym pojęcia. Co tydzień wynosi z restauracji dwa kilogramy silnych materiałów wybuchowych i nawet się nie orientuje. Czasami gra na wiolonczeli na sali, dlatego nie dziwi ją, że wuj prosi ją, żeby miała instrument ze sobą. A jej ojciec i jedna z kelnerek są w szajce. Blisko Sebastiana Showa.
~***~
Dwa kilogramy. Tyle mąki każdego środowego poranka Jessie wynosi z domu, a wieczorem wraca z C4. Wiem, że to porąbane. Takie spotkania trwają od pięciu lat. Nie mamy pewności, że Gordon „Bóg kulinarny” Remsey cokolwiek o tym wie. Mamy się dowiedzieć. Ja i Charlie. Wiemy tylko tyle, że wymianki robi jedna z kucharek, odkąd tylko została zatrudniona.
-Mówimy Carlosowi? - zapytał Logan, leżąc na plecach na podłodze w sali kina domowego w Buy More. - Że idzie na potańcówkę za tydzień z przemytniczką.
-Jessie jest niewinna. - skrzywiłam się, patrząc jak Chris próbuje nauczyć Julie'ego grania w Call of Duty. - Nie musi wiedzieć. Ona tez nie ma pojęcia.
-Zastanawia mnie jedna rzecz. - Chris zmarszczył brwi. - Jak pozostały personel restauracji nie orientuje się, jakim cudem przybywają im dwa kilogramy mąki w każdą środę.
-Zużywają jakieś półtorej palety dziennie. - odparłam. - Nawet dzienne pieczywo wyrabiają na miejscu. Na stoliki trafiają już po godzinie. Czym są przy tym lekkie dwa kilo? No błagam...
-A Ty skąd wiesz? - zmarszczył brwi, patrząc na mnie przez ramię.
-Info o pieczywie mają na stronie głównej, a ilość zużywanej mąki policzyłam. Jakiś nadgorliwy idiota napisał tam, ile bułeczek dziennie wyrabiają.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i już wiadomo, kto się pojawi. Gościnnie, bo gościnnie, ale będzie. To tylko wstęp do końcówki. Sześć odcinków do końca. A potem biorę się za mutantów. 
Już zapspamiłam Marli, ale Wy też majcie: [KLIK]. W skrócie: Plany lekcji, Woda dla Bohatera, moje dzieła. Kliknijcie i zobaczcie, jak Wam się podobają. W razie czego, pisać mi na GG, a zrobię Wam coś jutro na zamówienie. Albo na Aska, chyba znowu zacznę go pisać... 
Mam nadzieję, że odcinek się Wam podobał. Liczę na Wasze komcie. Trzymajcie się! 

środa, 30 września 2015

Odcinek 93 – Lizzy kontra nieoczekiwana zdrada

Kiedy w końcu wróciliśmy do domu po akcji ratowania szczeniąt, Sarah natychmiast wzięła się za gotowanie obiadu. Odkąd wiedziała, że może będzie żoną Chucka, starała się coraz bardziej, jakby dzięki temu wszystko miało wyjść perfekt. Ta... jakby to było takie pewne.
W każdym, bądź razie to był jeden z tych niewielu momentów, kiedy mogliśmy sobie w spokoju odpocząć. Brakowało tylko Jamesa. Znikł gdzieś po jakimś dziwnym telefonie. Nie wiedziałam, co to znaczy, ale Kendallowi ani trochę się to nie podobało. Zupełnie, jakby wiedział, co dokładnie się dzieje. I to mnie niepokoiło.
-Coś się stało? - odważyłam się go w końcu zapytać.
-Tak, ale... - zaczął dość niechętnie, czym jeszcze bardziej mnie zaniepokoił. - Nie wiem, czy powinienem Ci mówić... To wszystko jest...
-Skomplikowane? - dokończyłam za niego, na co on tylko pokiwał głową.
-Właśnie. - odpowiedział, kiwając ponuro głową. - Jednocześnie nie chcę zdradzić przyjaciela i zranić przyjaciółki...
-Mów w końcu, bo zaczynasz mnie wkurzać. - przerwałam mu ze zniecierpliwieniem.
-James ma drugą dziewczynę. - wyrzucił z siebie półszeptem.
Z wrażenia, aż usiadłam. Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem i otworzyłam szeroko usta.
-Żartujesz sobie ze mnie? - wykrztusiłam z siebie. - O ja pierdzielę...
-Nie żartuję. - pokręcił głową z taką miną, jakby był załamany. - Chociaż chciałbym. Nakryłem go kilka dni temu. Obściskiwał się z tą olimpijką z drużyny pływackiej. Nie wiem, jak się nazywa... Śniada cera, rude farbowane włosy...
-Alex Lopez? - wpadłam mu w słowo.
-Możliwe. - przyznał. - Ale kiedy mnie zobaczył w tych drzwiach... zaczął mnie zatrzymywać. Mówił, że nikt nie może się dowiedzieć, że ona to na nim wymusiła, że nie może stracić Din... Sam do końca nie wierzyłem w to co słyszę. To wszystko było kompletnie nierealne. A najgorsze jest to, że nie mam pojęcia co mam dalej zrobić.
Zastanowiłam się na chwilę, przegryzając usta. W głowie aż huczało mi od nadmiaru tych wszystkich rewelacji. Nie miałam pojęcia co mam zrobić. Zupełnie tak, jak Kendall. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam się bezradna.
-Na pewno musimy pogadać z Jamesem. - powiedziałam w końcu. - Wyjaśnić mu, ze to co robi, jest kompletnie bez sensu. Wiesz przynajmniej czym ona go szantażuje?
Spojrzałam na niego z nadzieją, ale ten tylko pokręcił głową i uniósł do ust szklankę lodowatego soku. Zaklęłam pod nosem. Nie wiedziałam nawet od czego zacząć. Oczywiście, nie zaczęłabym rozwiązywać tych problemów za niego, ale... musiałam go do tego przynajmniej zmotywować.
-Co tak siedzicie? - zapytała Madison, czym niemal przyprawiła mnie o zawał. - Mamy co świętować! Cieszcie się.
Kiedy nie zareagowaliśmy, ona tylko dosiadła się obok nas na kanapę.
-Ale ja jestem głupia... - westchnęła. - Pewnie znowu chodzi o jakąś super ważną misję, a ja zawracam wam głowę głupotami i to w dodatku nieistotnymi.
Spojrzałam na Kendalla z zaskoczeniem. Otworzyłam usta i wpatrzyłam się w niego uważnie, bo on tylko porozumiewawczo pokiwał głową.
-Tak, chodzi o misję. - powiedział niezwykle przekonującym tonem. - Ale to nie jest przyjemny temat, więc chyba lepiej się tym nie dzielić.
-Okey. - powiedziała beztrosko, wstając z kanapy. - To będę się zbierać. Przyniosę Wam kanapki.
Patrzyliśmy na nią, jak odchodzi. Nie byłam pewna, czy można to nazwać „misją”, ale chwilowo to był jedyny sposób na określenie tej całej sytuacji.
Następnego dnia ja, Kendall i James spotkaliśmy się na tyłach szkolnej biblioteki. Oczywiście wciąż miałam wrażenie, że James wciąż przed nami ucieka, jakby domyślał się, że Kendall mi o wszystkim powiedział.
-Wygadałeś jej? - wyrzucił mu przez zaciśnięte zęby. - Obiecałeś, ze dotrzymasz tajemnicy.
-Lizzy jest dyskretna. - odpowiedział mu Kendall, patrząc na niego ostro. - Nie wygada Din, prawda?
Zerknął na mnie z nadzieją, a ja tylko pokiwałam głową, obserwując Charlie'ego, który przeglądał w kącie jakieś czasopismo po hiszpańsku.
-Ma rację. - przyznałam. - Ty to zrobisz.
James otworzył szeroko usta, jakby sam nie dowierzał własnym uszom, ale ja nawet nie miałam zamiaru spuścić z tonu. Stałam twardo i patrzyłam na niego poważnie.
-Nawet nie rób sobie z tego jaj. - wykrztusił między ironicznymi chichotami. - Nie mogę tego zrobić, inaczej natychmiast mnie rzuci. A na to nie mogę pozwolić.
-James, skup się! - warknęłam pod nosem. - Nie interesuje mnie, co zaszło między Tobą, a Alex, ale nie możesz ukrywać tego przed Din. I tak prędzej czy później się dowie.
-Wolałbym, żeby to było później. - wymamrotał, mijając mnie między półkami.
Westchnęłam z irytacją i chwyciłam ze złością podręcznik od toksykologii, którego w tej szkole prawdopodobnie nikt nie ruszał.
-Po co Ci to? - zapytał Charlie, stając w dokładnie tym samym miejscu, które kilka sekund temu zajmował James. - Chyba nie masz zadania z chemii.
-Nie. - pokręciłam głową. - Po prostu chodzi o to, ze ta książka pomaga mi myśleć.
-Myśleć? - powtórzył Kendall wyraźnie zaskoczony. - Co masz na myśli?
-Mam na myśli, że kiedy patrzę na te nazwy, opisy... wzory chemiczne... Przychodzą mi do głowy najwłaściwsze rozwiązania. - wyjaśniłam. - Zauważyłam to już wcześniej, kiedy Ellie studiowała medycynę. Dzięki takim książkom udało mi się wyplątać Chrisa z niejednych kłopotów.
-Czyli to prawda... - westchnął Charlie, okrążając półkę i wracając na swoje miejsce. - Istnieje ten program.
Zmarszczyłam brwi, patrząc na niego ze zdziwieniem. Otworzyłam szeroko usta, a potem przegryzłam wargę niemal do krwi.
-O czym Ty mówisz? - zapytałam, marszcząc brwi.
-Istnieje, a przynajmniej istniał pierwotny wzór intersekta. Coś, co było przed oryginałem. - wyjaśnił. - Według naszych danych program przepadł, bo został skasowany z komputera, a Twój ojciec nie potrafił go później odtworzyć. Ale i tak poszedł w zapomnienie, bo dla agencji okazał się bezużyteczny, bo trudno było znaleźć osobę o wystarczająco wysokim ilorazie inteligencji. A teraz okazuje się, że go sobie wgrałaś. I on działa.
-Chwila... - pokręciłam głową. - Nie miewam wizji jak Chuck.
-Bo on tak nie działa. - wyjaśnił. - Nie zauważyłaś, ze wystarczy, żebyś raz coś przeczytała, a zapamiętujesz wszystkie szczegóły? Na tym to polega. Dlatego tak szybko i łatwo się uczysz. To oprogramowanie zwiększa Twoją zdolność przyswajania wiedzy bez fotograficznej pamięci. To przez ten program tak szybko szło Ci w szkole.
-Nadal nie rozumiem, dlaczego projekt odrzucono. - zauważyłam. - Jeśli to dzięki niemu jestem taka bystra, to on doskonale działa.
-Ale nie w oczach agencji. W nieodpowiednich rękach... To wszystko mogłoby się zupełnie inaczej ułożyć. Program pomaga tylko zapamiętać i zrozumieć. Obliczyłem Twój potencjalny wiek. Miałaś tylko trzy latka. Nie mogłaś pamiętać chwili wgrywania programu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zaskoczeni? Oby... Sama nie wiem, co mi przyszło do głowy. Jak Marla może sobie robić dupka z Carlosa, to ja mogę sobie robić dupka z Jamesa. I proszę... Ja wiem, jak to wygląda, ale już wiem, jak to sobie poukładać. Poza tym ruszyłam tyłek i dzisiaj zaczęłam pisać 96 odcinek. Więc chyba nie jest tak źle, co nie? Powiem jedno: Lizzy znowu wychodzi na dalszy plan. I jeszcze jedno: Pojawi się ktoś baardzo znany. Nie, nie Ellie G, albo czekajcie, albo główkujcie, ale ja farby nie puszczę. Podpowiem: W opowiadaniu ten ktoś jest spokrewniony z Jessie.
Chris: Przejrzałam Twojego nowego bloga. Zaimponowałeś mi. Tworzysz ciekawą, sensacyjną historię. Zaimponowałeś mi. Ale komentarz będziesz miał dopiero jutro rano, bo przeczytałam go wczoraj w poczekalni do lekarza.
No i to na tyle... Mam nadzieję, że dzisiejszy odcinek się podobał. Trzymajcie się! Papatki! Liczę na Wasze komcie.

środa, 16 września 2015

Odcinek 92 – Lizzy kontra czterej muszkieterowie

Szanowni uczniowie Liceum Muszkieterów! W nocy z wtorku na środę przyszły na świat cztery szczeniaczki. Atos, Portos, Aramis i D'Artagnan. Czterej muszkieterowie. Niestety, właściciel jak najszybciej chce się ich pozbyć, a najlepszym rozwiązaniem wydaje mu się utopienie małych. Trzeba uratować te biedne psiaki! Bo to mogą być naprawdę kochane pieski. Wszystkich chętnych prosimy o zgłoszenie się do Madison Jenner, albo Din Lenson. Te małe szczeniaczki potrzebują domu, a wielu z nas może im go zapewnić.
Ogłoszenie o takiej treści znajdowało się na tablicy szkolnej.
-Powariowały. - skomentował Logan, wpatrując się w ekran komputera.
-Dlaczego? - wzruszyłam ramionami. - Mają rację. Tym pieskom trzeba znaleźć jakiś dach nad głową i kochających właścicieli.
-No błagam, ty też? - Chris wywrócił oczami. - Toi tylko psy.
Obdarzyłam go gniewnym spojrzeniem. Z trudem zacisnęłam zęby i powstrzymałam się od uderzenia go pięścią w ramię.
Siedzieliśmy przed rozłożonym komputerem w domu rodziców Chrisa. Ja, Logan, Kendall, Julie i oczywiście Chris. Antonio spacerował gdzieś po salonie i wynosił z mebli serwetki, które „uważał za brudne”. Najdziwniejsze było to, że odkładał je dokładnie pod drzwiami łazienki. A jak zareagowała mama Chrisa? Tylko machnęła ręką i odparła, że już dawno powinna posprzątać w salonie, a ten „wielki kocur”, jak nazwała Antonia, tylko odwala za nią jedną trzecią roboty. Potem najzwyczajniej w świecie sobie gdzieś poszła.
-A ludzie nie patrzyli za wami dziwnie, kiedy spacerowaliście po ulicy z wielkim tygrysem? - zapytał Kendall, jakby skądś wiedział o czym myślę.
-Nie. - pokręciłam głową. - Tylko musieliśmy kupić mu bilet i założyć kaganiec, kiedy wsiadaliśmy z nim do tramwaju.
Oparłam się o niego i spojrzałam na Julie'ego, który próbował jakoś poskładać swoją komórkę przy ogrodowym stole.
-Weź sobie daj z tym spokój, dobra? - powiedział do niego Logan, kręcąc głową. - Kupimy Ci nową. Ty nam kiedyś obiady stawiałeś. Czas się zrewanżować.
-To zupełnie nie o to chodzi. - oznajmił, rozkręcając jedną z klapek i odkładając na bok pękniętą część. - Mam tu ważne adresy i przepisy. Nie mogę tak po prostu...
-Czyli to o to chodzi... - Logan uniósł dłonie w geście zrozumienia i wstał. - Idź z tym do Buy More. Odzyskają Ci dane w pięć minut. Chuck i Lester robili to miliony razy.
Julie w końcu odłożył połamane części na bok, a Chris wstał, wyszedł i po chwili wrócił trzymając w ręku pudełko po lodach.
-Masz, pozbieraj. - powiedział mu, siadając z powrotem obok mnie. - Lepiej, żebyś niczego nie pogubił. Pewnie ktoś będzie się jeszcze chciał tym pobawić.
Po tym Julie szybko wsypał elektroniczne śmieci do pudełka i zamknął klapkę. Wyprostowałam się, kiedy Chris wgapiał się w drzwi balkonowe.
-Lizzy... - zaczął obrażonym tonem. - Wygląda na to, że Twój kotek wyczaił mojego tajnego hot doga.
~***~
-Co masz zamiar zrobić? - zapytał mnie Julie, kiedy czekaliśmy na tramwaj powrotny.
-Czy ja wiem... - usiadłam na ławce, wciąż trzymając w ręku smycz Antonia. - Może zorganizujemy wieczorek w jogurtowni. Sarah robiła to wiele razy.
Niestety, w publicznych miejscach musiał być na uwięzi. O dziwo to rozumiał i nawet nie próbował protestować.
-Zaskakująco dużo, jak na cztery małe pieski. - odparł, kiedy było widać już nasz pojazd. - I wiesz, ze nie o to pytałem. Tylko o Arthura. Jak długo macie przed nim ukrywać, że jesteś nie tylko moją siostrą, ale jeszcze moim ochroniarzem?
Skrzywiłam się. Po raz kolejny w ciągu kilku tygodni poruszał ten temat, jakby to był jego priorytet. Nie ukrywam, ze nie wiedziałam, jak go drążyć.
-Teraz, kiedy u nas nocuje, to nie będzie trudne. Niedługo zaczynają się wakacje. - wzruszyłam ramionami, jakby to było coś istotnego. - A dwa dni później jest ślub Chucka i Sary. Lepiej, żeby nie wiedział. Wiesz, jak to jest. Tak będzie dla niego bezpiecznej.
-Na prawdę tak sądzisz? - uniósł brwi. - Znowu chodzi do naszej szkoły, jada z nami obiady codziennie, a nie ma pojęcia, że naprzeciwko niego siedzi rasowy szpieg.
Wiedziałam, że mówił o Charliem. Wiele przed nim zatajaliśmy. Na szczęście ciotka Diane dawno z nami na ten temat nie rozmawiała, szczególnie w domu i dzięki temu łatwiej było otrzymać tajemnice.
-Arthur jest cywilem. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby, kiedy tramwaj zatrzymał się przed przystankiem. - Nie możemy go tak po prostu wtajemniczyć. Wie o jednej misji, po której omal nie zginął i to w zupełności wystarczy.
Wsiedliśmy do środka. Julie kupił bilety, wciąż trzymając pod pach pozostałości po swoim telefonie, a potem po prostu położył ją na kolanach, kiedy Antonio położył się między nami w przejściu dla stojących, rozkładając się na szerokość trzech rzędów.
-Dlaczego nie chcesz tego robić? - uniósł brwi, kiedy szliśmy już w kierunku Echo Parku. - Zawsze lepiej wychodzimy na mówieniu prawdy.
-Nie mówię, że go okłamujemy. - odrzuciłam, otwierając bramę swoim kluczem. Pewnie rodzice Din musieli ją zamknąć. - Po prostu lepiej, żeby nie wiedział o pewnych sprawach.
-A co, jeśli spyta kim była moja matka?
Rozbił mnie tym spostrzeżeniem. Westchnęłam i zatrzymałam się przed fontanną. Nie brałam pod uwagę tej możliwości.
-Wtedy mu powiemy. - kiwnęłam głową. - Kiedy byliśmy dziećmi przyrzekliśmy sobie stuprocentową szczerość. Nie chcę tego łamać. Ale puki go to nie interesuje... Lepiej, żeby trzymał się od tego z daleka.
Poszliśmy do mieszkania i zauważyliśmy Jamesa i Din siedzących obok siebie na kanapie przed naszym telewizorem.
-A Wy co tu robicie? - rzucił Julie, przerywając ich „romantyczną atmosferę”. - Nie macie własnego domu? Czy jak?
Din wstała i stanęła naprzeciwko nas, robiąc niewinną minę.
-Robią u nas dezynsekcję. - wzruszyła ramionami. - Mama zobaczyła dzisiaj karalucha w łazience, a ma fobię na tym punkcie, dlatego od razu zadzwoniła do gości od zwalczania robactwa. A Chuck pozwolił nam trochę tu posiedzieć.
-Tak, a w bidulu raczej nie mamy prywatności. Wiesz, dzieciaki ciągle latają w kółko i w ogóle...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I tyle... Na liście zadań do zrobienia mam jeszcze listę fanfików z Harry'ego Pottera dla Marli. Myślę, że w piątek już to będzie wysłane, więc... cierpliwości. Tylko wiesz... te, co ja wybieram są dalekie od normy. Jeśli chodzi o moje pisanie: Przerywniki mi jako tako wychodzą, ale poza tym leżę. I taka prawda. Mam teraz taki mega nawrót, bo założyłam do szkoły (pierwszy dzień w nowej klasie) i znalazła się jedna fanka i dalej jakoś poszło. A potem nawet nie starałam się nad sobą panować. Na razie sprzeczamy się, która część jest najlepsza. Filmowo i książkowo na dwa różne fora. Jakby ktoś chciał: http://hogsmeade.pl/ to świetna stronka dla fanów i nikt nie płaci mi za reklamę. Nie jestem zarejestrowana, ale zaglądam. Poza tym jak podaje Wikipedia (przynajmniej podawała, kiedy sprawdzałam), „Harry Potter” to największy kanon fanfiction w sieci, z czego szczerze jestem dumna. I na tym chyba pora zakończyć „Pamiętnik małoletniej świrki”.
Dobra... Mam nadzieję, że odcinek Wam się podobał. Bywajcie z Hagridem!

środa, 9 września 2015

Odcinek 91 – Lizzy kontra koncert wielkiej gwiazdy

-Mowy nie ma! - zaprotestowałam po raz kolejny. - Nie mam zamiaru iść na żaden koncert, bo i tak nie mam na to ochoty.
-No weź... - jęknął. - Logan mnie wysiudał, a nie chcę iść sam. To moja ulubiona piosenkarka, dobrze o tym wiesz. Bilety już mam, a nie wiadomo, kiedy wróci do LA. Jest w Burbank. Wiesz, jaka to dla nas szansa?
Mówił do mnie błagalnym tonem, jakby to dla niego była sprawa życia i śmierci. Po raz pierwszy będzie na koncercie ulubionej wokalistki, możliwe, że nawet dostanie tam świra.
-Już dobra. - zgodziłam się, na co Chris objął mnie tak mocno, że zaparło mi dech.
-Kicham Cię, Liz. - powiedział uradowany. - Jesteś najwspanialszą przyjaciółką na świecie.
-Dobra, dobra, już mnie puść, bo zaraz się przez Ciebie uduszę.
W końcu Chris uwolnił mnie ze swoich objęć, co przyjęłam z całkowitą ulgą.
-Wiem, ze ją uwielbiasz. - przyznałam. - Ale na koncert One Republic nie chciałeś ze mną iść.
Zarzuciłam mu. Chris tylko westchnął i usiadł z powrotem na stołku barowym.
-Wiem, po prostu łyknąłem placebo i kiepsko się po tym czułem...
-Chris... Placebo, to ściemniony lek. - wrzasnęłam. - Sól fizjologiczna, pigułki antykoncepcyjne, albo miętówki w drażetkach. Masz kłopoty z głową!
-Teraz to wiem! - odkrzyknął. - Miałem trzynaście lat.
-Tak, ja też. - jęknęłam, chwytając smycz Antonia.
Poprowadziłam go do drzwi, zaczepiając linkę na jego obroży.
-Kiedy skończycie się z Julie'm uczyć, pamiętaj, żeby zamknąć drzwi przy wyjściu. I nie róbcie nic głupiego.
~**Logan**~
Poprawiłem sztućce na stole i odsunąłem się na dwa kroki, żeby ocenić, jak mi wyszło. Mad miała przyjść dopiero za godzinę, a „romantyzm”, jaki na mnie wymusiła, musiał być czymś wyjątkowym. W końcu to madison. Najbardziej wymagająca dziewczyna, jaką kiedykolwiek miałem. No dobra, jest moją pierwszą dziewczyną.
-Krzywo. - oznajmił Kendall, wchodząc do pomieszczenia. - Mógłbyś się bardziej postarać.
-A co, zrobiłbyś lepiej? - zapytałem, sięgając do szklanej butelki z oranżadą. - Jak tak, to proszę.
Kendall zachichotał i pokręcił głową. Poczułem się jak przy robieniu projektu z biologii w pierwszej klasie, kiedy to musiałem być z nim w parze.
-Myślę, że Madison nie chciałaby, żebym się do tego dotykał. - oznajmił, krzyżując ramiona na piersiach. - I tylko po to mnie tu wezwałeś?
-Właściwie tak. - odpowiedziałem. - Tylko nie mam pojęcia jak to powinno wyglądać. A wiem, że pomagasz Carlosowi w zaproszeniu Jessici Ramsay na bal końcoworoczny.
-To co innego. - westchnął. - Pomogłem mu ją wybrać. Tylko przez nią nie będzie cierpiał.
-Przecież on z nią nawet nie rozmawia. - zauważyłem. - Jakby to przemyśleć... Jessie z nikim tak naprawdę nie rozmawia. Trzyma się z boku. Wcześniej ledwo ją zauważaliśmy.
-I o to chodzi. - pokiwał głową. - Nic do niej nie poczuje. Dzięki temu zachowa dystans. A potem będzie normalnie. Przynajmniej z kimś zatańczy.
-Tak, chociaż raz. - przytaknąłem. - Coś nowego?
-Chris wyciąga Lizzy na koncert Ellie Goulding. - powiedział, odwracając głowę od nakrytego stołu. - Ciekawe, czy mu się uda.
-A jak Twoja niespodzianka dla niej?
-Jeszcze nie jest do końca dopracowana. Muszę jeszcze trochę nad tym posiedzieć.
-No tak... - pokiwałem głową. - Bo dla Ciebie wszystko musi być perfekt.
-Niedługo skończę. - odparł, chowając dłonie do kieszeni.
Drzwi otworzyły się z cichym trzaskiem. Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy Madison, która weszła niepewnie do środka. Na jej widok zaparło mi dech. Mimowolnie uśmiechnąłem się do niej i spojrzałem na Kendalla, który nawet nie ruszył się z miejsca.
-Cześć, chłopaki. - powiedziała, uśmiechając się promiennie. - Pomagałeś mu?
-Nie, Logan wszystko zrobił sam. - powiedział, wycofując się w stronę wyjścia. - To ja już lepiej pójdę. Miłej randki.
-Dzięki. - powiedziałem, a on pomachał nam nawet się nie odwracając.
Spojrzałem na Madison, która okrążyła przygotowany przeze mnie stolik. Jej spojrzenie było takie... fachowe.
-Podoba Ci się? - zapytałem niepewnie.
-No, mogłeś się bardziej postarać. - powiedziała. Poczułem, jak krew odpływa mi z Twarzy. Madison zaśmiała się i pokręciła głową. - Żartowałam. Jestem pod wrażeniem.
Podszedłem do niej, całując ją prosto w usta. Uśmiechnąłem się, spoglądając jej przez ramię na piekarnik w kącie kuchennym.
-Co to za miejsce? - zapytała, rozglądając się po kuchni połączonej z salonem i sypialnią.
-Jednopokojowe mieszkanie mojego ojca. - westchnąłem. - Sądzi, że nie potrzebuje nic więcej. Kiedy rozwiódł się z mamą... To było jedyne miejsce, jakie mu pasowało. Pozwolił mi z tego skorzystać. Na czas naszej randki.
-Nie wiedziałam, że Twoi rodzice się rozwiedli. - powiedziała ze zdziwieniem, kiedy usiedliśmy naprzeciwko siebie. - Dlaczego nic nie mówiłeś?
-Nie było takiej potrzeby. - odpowiedziałem. - Mama i tata dogadali się między sobą, że na oczach szkoły będą udawali, że wciąż są razem.
-Logan tak mi przykro...
-Niepotrzebnie. - pokręciłem głową, wstając i przechodząc do części kuchennej. - Już dawno się z tym pogodziłem. Tylko Lizzy to odkryła. Dotrzymała tajemnicy.
~**James**~
-Co robisz? - zapytałem Din, kiedy coś sobie bazgrała w bloku rysunkowym.
-Robię kostiumy do szkolnego przedstawienia. - powiedziała, opierając głowę o moje ramię. Podsunęła notes pod moją twarz, tak, że mogłem zobaczyć co rysuje. - Fajne?
Przyjrzałem się rysunkowi marynarki z falbanami.
-Niezłe. - odparłem. - A czy nie jest trochę... no wiesz... zbajerowana?
Din spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Zmarszczyła brwi i poprawiła sobie okulary na nosie.
-Lubię, kiedy w nich chodzisz. - powiedziałem łagodnie. - Dlaczego nie nosisz ich do szkoły?
-Bo są dziwne. - zmarszczyła brwi. - Nie chcę, żeby ludzie patrzyli na mnie jak na freeka.
-Nie jesteś freekiem. - powiedziałem, obejmując ją ramieniem. - Jesteś śliczna, a te okulary są urocze.
-To samo mówiłeś o sweterku w słoneczniki. - odparła, kiedy cmoknąłem ją lekko w usta.
-No co? - zaśmiałem się. - Jest fajny.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ten odcinek jest dedykowany Chrisowi. Ten drobniutki detal jest z myślą o Tobie. I powiem Ci, że obczaję Twojego nowego bloga, kiedy tylko przestanę być taka zarobiona. Musze jeszcze zrobić kilka prac zaliczeniowych, bo lepiej robić je z netu na początku semestru i mieć z głowy niż czekać na ostatnią chwilę, spóźnić się i mieć obniżoną ocenę. Zgadzacie się ze mną?
Marla... Musiałam przerwać oglądanie „Słodkich Kłamstewek”, bo zobaczyłam notkę w gazecie i zaczęłam oglądać „Bibliotekarzy”jestem w środku sezonu pierwszego. To jest MEGA! Polecam. Jeśli podobały Wam się dwa filmy "Bibliotekarz", to ten serial jest jak najbardziej dla Was.
I jeszcze miałam kolejny spam. Przynajmniej ja tak to widzę. Ta Księga Gości po coś jest. Nie ignorujcie mnie, bo wklejanie linków na czyjegoś bloga, mając tego kogoś kompletnie głęboko gdzieś jest kompletnym dnem. Ale i tak wiem, ze spamerzy mają to w dupie. 
A i jestem teraz w połowie odcinka 95... I napisałam drugi rozdział Szkoły dla Mutantów. Ale na razie jeszcze zaczeka. Zwiastun, który skleiłam widział tylko Chris. 
Muszę kończyć. Mam nadzieję, że odcinek się Wam podobał. Trzymajcie się! Do zobaczenia za tydzień!

środa, 2 września 2015

Odcinek 90 – Lizzy kontra Bzdurna klasówka

-Jeszcze raz! - zawołał Jack na treningu koszykówki.
Zerknęłam na Logana, który jak gdyby nigdy nic składał papierki, żeby rzucać nimi w zawodników.
-Przestań już! - wrzasnęła Din ze zniecierpliwieniem. Pokręciłam głową, opierając się o górną ławkę.
Chris zachichotał i chwycił jeden z przygotowanych papierków i wypstrykał nim prosto w obrońcę.
-Hudson! - wrzasnął wściekły, odwracając się w naszą stronę.
W reakcji na jego słowa pomachałam do zawodnika z szerokim uśmiechem. Nie wiem, jak się nazywa. I właściwie miałam to gdzieś.
-Musicie wracać. - usłyszałam za swoimi plecami słodki, dziewczęcy głos. - Owens jest wściekły. Lepiej już go nie wkurzać.
Wzruszyła ramionami i założyła włosy za ucho. Jessie wyglądała jak zwykle. Nie znałam jej za dobrze, chociaż rzucała się w oczy. Mimo, ze siedziała cicho. Była ładną blondynką o niebieskich oczach. Nie miała chłopaka i zdawało się, że go nie potrzebuje. Dla Emmy była po prostu dziwaczką. Jak każdy, kto był wzorowym uczniem i chodził na zajęcia pozalekcyjne. A Jessie grała w szkolnej orkiestrze.
-Zaraz idziemy. - powiedziałam, a ona wstała.
-Ej, przecież Shorts nam pozwolił. - Logan trącił mnie w ramię, a ja westchnęłam.
-Lepiej iść. - odpowiedziałam mu, machając do Julie'ego i Charlie'ego, którzy siedzieli kilka rzędów dalej. Przez chwilę obserwowałam, jak leniwie wstają.
Zbiegliśmy na dół, zaraz za Jessie, która nie odmówiła sobie lemoniady z automatu. To chyba był jej nawyk. Nieszkodliwe uzależnienie.
-A co wy tu robicie? - usłyszeliśmy głos pana Jen.
Podskoczyłam i spojrzałem w jego stronę. Stał na środku korytarza, trzymając pod pachą wielki falsyfikat „Dziewczyny z Perłą”.
-Wracamy do klasy. - odpowiedział Julie, wzruszając ramionami. - Mieliśmy być na meczu, ale Profesor Owens...
-Już rozumiem... - pokiwał głową ze zrozumieniem. - Niesympatyczny gość. Wiec lepiej wracajcie na biologię. Panie Casey... Proszę do mnie zajrzeć na drugiej przerwie.
Kiedy odchodził, patrzyliśmy za nim. Zerknęłam na Charlie'ego, który lekko zbladł.
-Czego on od Ciebie chce? - zapytał Logan, zanim zdołałam otworzyć usta.
-Może pogadamy o tym później, dobra? - poprosił, odwracając się i wchodząc do klasy.
Temat został ucięty. Chociaż tego nie chciałam. Jak partnerzy w szpiegostwie, umówiliśmy się wyraźnie: „zero tajemnic w ważnych sprawach”. W programie były szkolne sprawy. On wiedział o moich grzeszkach, istotnych szczegółach z życia. Codziennie uczestniczy w szkoleniach i mogę śmiało powiedzieć, że wie o mnie najwięcej. Czy ja nie powinnam go znać równie dobrze?
Usiadłam na swoim miejscu, piorunowana przez pana Owensa. Zerknęłam na Julie;ego, który siedział na krześle z założonymi rękami i długopisem w ustach.
Profesor Owens położył przede mną kartkę z pytaniami. Przebiegłam po nich wzrokiem i zaniemówiłam. Poczułam, że coś przychodzi mi na komórkę. Ukradkiem sięgnęłam do kieszeni i odczytałam SMSa.
Od: James
Widziałaś? To same bzdury!”
Wywróciłam oczami i schowałam drugą rękę pod ławką.
Do: James
Widziałam. Zamknij się i do roboty.”
~***~
-To dowiemy się o co chodzi z Jenem? - zapytałam Charlie'ego, trzymając Kendalla za rękę.
Chrlie bez słowa wszedł do wolnej klasy. Otoczyliśmy go w niewielkim kręgu, tak, ze Din stała na czatach, żeby nikt nie podsłuchiwał.
-Wtopa. - odpowiedział, wciąż blady jak papier. - Ja go znam z Waszyngtonu.
Zrobiło mi się słabo. Jak, to się znali? Wtopa? Zdemaskowanie? Nie, ja się nie zgadzam, to nie jest możliwe. Nie do przyjęcia.
-Jak to się znacie? - Julie zmarszczył brwi, opierając się o stolik na środku klasy.
-Był moim nauczycielem w Waszyngtonie. - powiedział cicho. - Tylko przez jakiś czas, ale wie, jak naprawdę się nazywam, że nie chodziłem do szkoły wojskowej...
Nie dokończył, bo wyrwałam się Kendallowi i z trudem powstrzymałam się od uderzenia go w twarz. Przystałam tuż przed nim i mocno zasnęłam dłoń w pięść.
-Napraw to. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Słyszysz? To może zagrozić sprawie. Ciociu Dianie! - zawołałam w stronę sprzętu elektronicznego.
Odwróciłam się, wbijając spojrzenie w telewizor plazmowy, na którym pojawiła się ciotka Diane. Din zamarła przy drzwiach, ukradkiem wychodząc na korytarz.
-Co się stało, dzieci? - zapytała, kiedy jak, Julie i Charlie stanęliśmy w zasięgu kamery nad ekranem. - Nigdy nie wzywaliście mnie ze szkoły.
-Grozi mi zdemaskowanie. - powiedział Charlie, stając na baczność. - Proszę o wybaczenie, pani Generał. Rozpoznał mnie jeden z nauczycieli. Wcześniej go zignorowałem, ale on...
-Wiem, Lei Jen. - oznajmiła, na co otworzyłam szeroko usta. - Pracuje dla nas. Jest podwójnym agentem. Jako jedyny ma Kontakty w szajce. Dostarcza im informacji na Wasz temat. W zamian wtajemniczają go w swoje operacje, a to pomaga nam w uniknięciu większych katastrof.
-I mówi nam to ciocia dopiero teraz? - oburzyłam się, rozkładając ręce z irytowaniem. - Na prawdę? Uniknęlibyśmy wielu...
-Lizzy, wiem co robię. - uspokoiła mnie. - Nie chcę, żeby powtórzyła się sytuacja z Showem. Dlatego nie wiem, czy mogę ufać Jenowi. Dlatego uważajcie na niego.
Pokiwałam głową, już trochę się uspokajając. Westchnęłam. Jeszcze by tego brakowało.
-Co mamy zrobić? - zapytał Julie.
-Nic nie róbcie. - poradziła. - Zachowujcie się, jakby nic się nie działo. Jakbyście się tego nie dowiedzieli. Charlie, nie martw się. Niedługo wszystko się wyjaśni. Jeszcze nie skończyłam go testować, ale wiem jedno. To on jest agentem, który zasugerował Cię wywiadowi. Poszliśmy za jego radą i przyjęliśmy do firmy. A teraz wracajcie na lekcje. Odmaszerować.
Odmaszerować. To słowo zawsze kończyło rozmowę. Wiedziałam, że teraz dopiero będzie ciężko. Dopiero się rozkręcamy, ale początek drogi był bardzo wyboisty.
Kiedy Ciotka Diane zniknęła z Ekranu, Kendall podszedł do mnie i objął mnie ramieniem.
-Nic mi nie jest. - wymamrotałam w jego ramię.
-Wiem. - odpowiedział. - Ale pomyślałem, że dzięki temu poczujesz się lepiej.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~Krótko, wiem, ale teraz już naprawdę tak będzie. Ten odcinek pisało mi się dobrze, to muszę przyznaję, ale nie wiem, jak pójdzie mi z kolejnym. Teraz piszę 94 i szczerze powiedziawszy... Dużo pomysłów, gorzej z realizacją. Nie wiem, czy się połapiecie. 
Do piątego komentarza pod ostatnią notką: Na razie nie zajrzę. A czy zajrzę, to zależy tylko od Ciebie. Pokaż, że Cię to, co piszę. Bo jak mi spamujesz, a masz treść tego bloga centralnie gdzieś, to sorry. Już to powtarzam kilka razy. Nie zmienię o tym zdania. 
No i tyle... Mam nadzieję, że notka się podobała. Trzymajcie się!

czwartek, 27 sierpnia 2015

Odcinek 89 – Lizzy kontra Okrutna Prawda

~**Carlos**~
Kiedy wróciłem do domu, nie wiedziałem, co mnie czeka. Ale domyśliłem że coś niedobrego, że to mi się na pewno nie spodoba.
W gabinecie taty siedziały mama, pani Maximoff i Susan.
-Dobrze, że już jesteś. - powiedział, kiedy mnie zobaczył. - Usiądź, Carlos. Ta rozmowa trochę potrwa.
Kiedy szedłem do krzesła, kolana mi się trzęsły. Mona taty była o wiele poważniejsza niż zwykle. Pani Maximoff i Susan wydawały się spokojne, ale chyba tylko na zewnątrz. A mama? Mama jak zawsze miała nadzwyczaj poważną minę. Byłem do tego przyzwyczajony.
-Wciąż uważam, że nie powinieneś tego mówić. - odezwała się mama, zakładając nogę na nogę. - Nie powinien się o tym dowiedzieć.
-Tym razem nie zadecydujesz za mnie. - powiedział tata, wstając z krzesła i podchodząc do okna. - Zbyt długo zwlekałem z tą rozmową.
-A nie powinieneś zwlekać. - warknęła. - Powinieneś sobie odpuścić. Bo twoja zakichana prawda zrujnuje nam wszystkim życie.
-Niczyjego życia to nie zrujnuje. - oświadczył ostro tata. - Nie będziesz już dłużej za mnie decydować. Już nie.
-Przepraszam, że przeszkadzam... - zaczęła Susan, odzywając się po raz pierwszy. - Ale co my mamy z tym wspólnego?
-Zamknij mordę, ty mała ruska wywłoko! - krzyknęła mama, plując jej prosto w twarz. - To wszystko przez Ciebie!
Sus cofnęła się na krześle, ale nie mogła, bo nie miała już miejsca. Oddychała ciężko, patrząc ze strachem na moją mamę.
-Mamo! - krzyknąłem.
-Jesteś moją żoną! - warknął tata, przekrzykując mój głos. - Ale nie wolno Ci się tak zwracać do mojej córki! Już dłużej nie będziesz poniewierać ani Susan, ani Wandą.
Po tych słowach zapadła cisza. Wszyscy parzyli na tatę z przerażeniem. Otworzyłem szeroko usta, patrząc jak przechodzi na drugą stronę biurka.
-To jest jakiś żart? - zapytała Susan, ale pani Maximoff pokręciła głową.
-Nie, skarbie, to nie jest żart. - powiedziała nadzwyczaj spokojnie. - Miałam romans z Panem Peną, ale Pani tego domu zabroniła nam o tym mówić. Ani Tobie, ani paniczowi.
Coś tu było nie tak. Susan moją siostrą? Nie, to nie możliwe, nie można przez całe życie mieszkać ze swoją siostrą i absolutnie niczego nie poczuć.
-To dlatego ciągle opłaca pan moje studia. - powiedziała takim totem, jakby nagle ją olśniło. - Bo jestem pańską... córką.
Ostatnie słowo wymówiła z niesamowitym niedowierzaniem. Spojrzałem w jej stronę. Wyglądała, jakby znalazła się w jakimś dziwnym sennym koszmarze i nie mogła się z niego obudzić. Tyle, ze to nie był sen. I sam tego żałowałem.
-Nie, nie dlatego. - pokręcił głową. - Jesteś wyjątkowo zdolna. A taki talent nie może się zmarnować. Nie zostaniesz służącą. Tylko uznanym prawnikiem, tak, jak w Twoich marzeniach.
-Przepraszam. - pokręciła głową, wstając z krzesła. - Muszę stąd wyjść.
~**Kendall**~
-Co zrobiłeś? - krzyknąłem do Chrisa, kiedy wyjaśnił mi, co właśnie zrobił.
-Walnąłem drania! A co innego miałem zrobić?
Wskazał na Charlie'ego, który ocierał sobie krwawiący nos. Wyglądał dość mizernie i chyba policzek zaczął mu puchnąć.
-Lepiej przyłóż sobie coś zimnego. - poradziłem mu, wychylając się do kuchni. - Będzie mniejsza opuchlizna. A Ty? Musiałeś go uderzyć?
-Uderzył moją przyjaciółkę! - wrzasnął. - A Twoją dziewczynę. Coś musiałem zrobić.
-I akurat go trzasnąć? Serio? - zmarszczyłem brwi, patrząc na niego z niedowierzaniem. - Wystarczyło pogadać. A co na to Lizzy?
-Lizzy nic nie wie. - wzruszył ramionami. - Pewnie teraz je ciasto z innymi.
-Błąd. - usłyszeliśmy głos samej Lizzy. - Ciasto zaraz się skończy, więc jeśli chcecie się jeszcze załapać, to radzę się pośpieszyć. O mój Boże, co Ci się stało?
Spojrzała w stronę Charlie'ego, na co ja wskazałem palcem na Chrisa.
-Oświecisz mnie, dlaczego? - zapytała go, jakby nie pierwszy raz przeprowadzała z nim taką rozmowę.
-Postrzelił Cię. - wyjaśnił. - Jakoś musiałem...
-Na prawdę nie wierzyć, że potrafię się zemścić we własnym zakresie? - zmarszczyłam brwi. - Chris, mało razy takie coś przerabialiśmy? Co było w drugiej klasie?
-Pobiłem się z Markiem, bo on wyśmiewał Cię, kiedy przyszłaś w zafarbowanej koszulce. - odpowiedział, jakby to było coś oczywistego.
-A cztery lata temu w parku?
-Wtedy oboje wylądowaliśmy w izbie dziecka, ale to ja dostałem szlaban.
-Sam widzisz. - powiedziała, unosząc ręce z oburzenia i spojrzała błagalnie na Charlie'ego. - Nie wniesiesz oskarżenia, co nie?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Susan i Carlos to... przyrodnie rodzeństwo. Tak, pokusa była zbyt silna... Tak an prawdę to miało być jakieś dziesięć odcinków temu, ale jakimś cudem zdołałam się powstrzymać.
Jak pewnie zauważyliście, więź pomiędzy Lizzy i Chrisem jest bardzo silna. Myślę, że kto jak kto, ale prawdziwy Chris powinien wiedzieć o tym najlepiej, bo osobiście zasugerował mi to w zgłoszeniu. A teraz muszę się szybko brać za odcinek 92, bo powoli robią mi się zaległości.
Jak mawiał minister magii „Nastały mroczne i bardzo niespokojne czasy”, czym mam na myśli rozpoczynający się rok szkolny. Skończył się mój serial... ciąg dalszy chyba w styczniu. No... to na sezon 5b sobie poczekamy. Słówko do Marli: Z całego serca nienawidzę Theo... Bez względu na to, jakim słodziakiem jest w Słodkich Kłamstewkach. I wiesz, ze mam ku temu powody. Z tego co widziałam, to on tam dla zysku własną matkę by sprzedał.
No cóż... Mam nadzieję, że dzisiejszy odcinek się Wam podobał. Trzymajcie się!