czwartek, 29 stycznia 2015

Odcinek 52 – Lizzy kontra Egzamin na szpiega

Byliśmy teraz na zajęciach szermierki. Logan i Julie siedzieli na ławce z boku. Obaj obok siebie wyglądali dość dziwacznie. Jeden, ciemnowłosy wpatrywał się na trenujących kadetów i od czasu do czasu wykrzykiwał drobne wskazówki, czym doprowadzał Jacka do szału. Drugi, o włosach jasnych jak poświata na damskiej biżuterii siedział niedbale rozparty na ławce i ze znudzoną miną gapił się w sufit, jakby zamierzał policzyć wszystkie lampy w sali treningowej.
Zajęcia powoli dobiegały końca. Podejrzewam, że dla Julie'ego cała ta szermierka była po prostu nudna. Świadczyła o tym na pewno jego mina. I pozycja w której siedział, a właściwie półleżał.
Po skończonych zajęciach nie zdziwiłam się, kiedy wszedł za mną do damskiej szatni i bez słowa opadł na ławkę znikając za jakimś magazynem muzycznym.
-Lizzy, a Twój chłopak nie ma nic przeciwko temu, że mnie ochraniasz? - zapytał, wiedząc, że jest tu tylko ze mną i Madison.
-Nie. - powiedziałam, wciągając przez głowę top i nawet na niego nie spoglądając. - Wie, że to jest pewna część mojej pracy, za którą prędzej czy później ktoś mi zapłaci. Chociaż raczej później. - dodałam po namyśle. - To idziemy?
Zapytałam, zarzucając torbę na ramię. Stałam już gotowa do wyjścia. Julie zmierzył mnie wzrokiem. Zauważyłam, że znowu ma w nosie kolczyk, co świadczyło o tym, ze grzebał mi w kieszeniach. Ale nie miałam mu tego za złe. I tak pilnował mojej marynarki, w której miałam ważniejsze rzeczy.
-Jesteś jak mój tata. - powiedziała Madison, która wychodziła za nami z szatni. - Wszystko chowasz po kieszeniach. Najlepiej by było, gdybyś wcale nie musiała nosić torebki.
Kiedy zderzyłam się z Kendallem w korytarzu. Automatycznie złapaliśmy się za ręce i wyszliśmy w objęciach. Przed szkołą było jeszcze całkiem dużo dzieciaków. Zastanawiałam się, czy ich wesołość jest sama z siebie, czy po prostu wywołała to nadmierna ilość spożytej czekolady.
-To gdzie idziemy? - zapytał James, rozglądając się za Din, która miała na nas czekać.
-Nie wiem. - Logan położył głowę na ramieniu Madison, nawijając sobie na palec kosmyk jej włosów. - Ale mam nadzieję, że nie do tej knajpki za rogiem.
-Tak? - James uniósł brwi, patrząc, jak Chris i Carlos przychodzą do naszej grupki. - A to dlaczego?
-Bo nie wolno mi tak się pokazywać. - odparł szczerze. - Przez najbliższy miesiąc.
-Nie wiem, jak Was, ale mnie to nie dziwi. - powiedział Kendall, wyprowadzając nas ze szkolnego placu. - Kiedy w końcu się zmienisz? Stary, niedługo będziesz miał zakaz wstępu do każdego miejsca publicznego. Co musi się stać, żebyś coś ze sobą zrobił?
Logan nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami i z dumą minął knajpkę, która zakazała mu do siebie przychodzić. Poszliśmy do innej. Kiedy siadaliśmy przy stoliku, który znalazła Madison, przyszła Din i natychmiast podeszła do Jamesa, całując go w policzek.
-Przepraszam, że tak długo. - zaczęła się usprawiedliwiać. - Nie mogłam znaleźć komórki.
-Din, Ty nigdy nie wypuszczasz komórki z ręki. - zauważył Carlos.
-Wiem, ale o to właśnie chodzi.
~*Chuck*~
Kiedy wróciłem ze zmiany w Buy More, pierwsze, co zobaczyłem to damska kopertówka na stole w kuchni. Zamarłem. Dokładnie w tej samej torebce dostałem pierwsze zadanie. Podszedłem do stołu i wziąłem ją do ręki. Spodziewałem się, ze to dla Lizzy, ale musiałem się rozczarować.
Na klapce torebki była przyczepiona karteczka z moim imieniem.
Torebka była lekka. Nie zdziwiłem się, bo była w niej tylko jedna, cienka karteczka.
Do: Agenta Charlesa Carmichaela.
Dzisiaj w późnych godzinach popołudniowych jednostki NSA i CIA poddadzą pańską siostrę, Elizabeth Carmichael, egzaminowi potwierdzającemu jej gotowość do służby w honorach ojczyzny. Na pańską prośbę wyłączyliśmy z planu ostateczny, „Czerwony Test”.
Elizabeth Carmichael zostanie poddana symulacji. Ona, Julian Peterson i towarzyszący im kolega z klasy szkolnej zostaną uprowadzeni przez przygotowanych do tego celu agentów. Cal jest jeden. Musi uciec z towarzyszącymi jej ludźmi i bezpiecznie doprowadzić do bazy.
Z wyrażeniami szacunku: Generał Martin Lovelance
~*Carlos*~
Kiedy wychodziliśmy z knajpy, zostaliśmy tylko mi troje. Ja, Lizzy i Julie. Julie... Lizzy mówi na niego strasznie śmiesznie, bo to przecież imię dla dziewczyny.
Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie na ulicy było raczej pusto. Dla zwykłego wieczoru w Los Angeles było dość nietypowe. Tak pusto bywało tu tylko w Boże Narodzenie.
Nagle Julie krzyknął. Odwróciłam się i zobaczyłam kilku facetów w czarnych kominiarkach. Dokładnie w tym samym momencie kolejnych dwóch chwyciło mnie za ramiona. Lizzy podbiegła, żeby jednego z nich kopnąć w kolana, ale nie zdążyła, bo kolejny chwycił ją z tyłu. Próbowała się wyrywać, szarpała, ale on był na nią za silny.
-Julie, uciekaj! - wrzasnęła, zanim ten zdołał zakryć jej usta.
Nie mógł. Podobnie jak ja i ona. Poczułem uderzenie w głowę i pochłonęła mnie ciemność.
Kiedy się obudziłem, siedziałem przywiązany do czegoś twardego. Dość łatwo było mi to rozpoznać, bo nie mogłem się ruszyć.
-Carlos? - usłyszałam niepewny głos Lizzy. - Wszystko w porządku?
Podniosłem głowę i otworzyłem oczy. Zauważyłem, że w pomieszczeniu jest ciemno. Jedynym źródłem światła było niewielkie okienko. Rozejrzałem się i zobaczyłem, że Lizzy i Julie też są przywiązani do drewnianych krzeseł.
-Pomijając fakt, że ktoś nas porwał, to wszystko gra. - wydyszałem, czując lekkie mdłości. - Co to za jedni? Znacie tych ludzi?
Lizzy nie odpowiedziała. Tylko spojrzała na Julie'ego, którego włosy były teraz rozpuszczone i rozczochrane. Wyglądał jak średniowieczny rycerz, który wrócił z bitwy.
-Ty mu powiesz, czy jak mam to zrobić? - zapytała z westchnieniem.
-Lepiej ja. - powiedział cichym głosem. - Jak wiesz, moja mama była sędzią. Miała zwyczaj przynoszenia pracy do domu.
-I co to ma do rzeczy? - zapytałem marszcząc brwi. - Czego oni chcą?
-Czytałem te akta. - powiedział z niecierpliwieniem, a Lizzy zaczęła się rozglądać po ciemnym pomieszczeniu. - Chcą, żebym im powiedział, co zapamiętałem.
Zatrzymałem powietrze w płucach. Czy on naprawdę był taki głupi, żeby... Nie, to nie jest możliwe. I przez to nas porwali?
-Świetnie, a teraz obaj się zamknijcie, bo ktoś tu idzie. - wycedziła Lizzy przez zaciśnięte zęby. Dopiero teraz mi się przejaśniło i zauważyłem, że nie ma na sobie marynarki.
Miała rację. Do pomieszczenia wszedł jakiś krępy mężczyzna. Mógł mieć czterdzieści, może pięćdziesiąt lat.
-Proszę, proszę, proszę... - wyśpiewał nazbyt melodyjnie i nachylił się nad Lizzy, tak, ze patrzyli sobie w oczy. - Znam Twojego brata, agenta Carmichaela. Niezły leszcz, ale zna się na tej robocie. Domyślam się, że Ty nie masz żadnego doświadczenia. I dlatego z łatwością sobie z Tobą poradzę.
-Wypuść ich. - powiedziała spokojnie. - Oni nie mają z tym nic wspólnego.
-Tak myślisz? - zaśmiał się ohydnie.
-Na litość Boską... - jęknęła, krzywiąc się okropnie. -Złapałeś demoniczną ospę, czy jak?
Otworzyłem usta ze zdziwienia. Demoniczna ospa? To coś takiego istnieje?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Demoniczna ospa, demoniczna ospa.,
Jak się ją łapie?
Wystarczy iść do złej dzielnicy,
Aż się człowiek bardzo zmęczy.
Demoniczna ospa, demoniczna ospa,
Miałem ją przez cały czas...
Nie, nie ospę, głupie osły,
Mówię o piosence...
Bo to ja miałem rację, a wy nie!”
Cassandra Clare „Mechaniczny Książę”

O tak, za dużo Willa Herondale'a. Nie ma to jak improwizowana piosenka w książce, wyśpiewywana w chwili radości. I to takiej radości, że spokojnie można nazywać to euforią. I to była inspiracja do dzisiejszego odcinka. Głupia, wiem o tym, ale co poradzisz? Mam nadzieję, że się Wam podobał. To do następnego i nie złapcie demonicznej ospy. Trzymajcie się!   

wtorek, 27 stycznia 2015

Odcinek 51 – Lizzy kontra Ratowanie Chrisa

Spojrzałam na Carlosa, który siedział na Angielskim i nawet nie udawał, że interesuje go omawiana lektura. Zamiast tego, bezceremonialnie obracał w ustach lizaka truskawkowego, który kupił sobie na przerwie. Chris siedział po mojej prawej stronie i zawzięcie z kimś SMSował.
-Czyżbyś miał dziewczynę? - zapytałam, opierając się o ramię.
-Nie. - pokręcił głową. - umawiam się z Casey'em na popołudnie. Mam pomagać w układaniu pudeł. Nie za darmo, oczywiście.
-Zapłaci Ci z to? - zapytałam, z zażenowaniem przewracając stronę w podręczniku.
-No oczywiście. - kiwnął głową. - Nie lubię mieć u Ciebie długów. Może i James się nie śpieszy, ale ja wolę więc to jak najszybciej za sobą.
I wrócił do swojego małego ekraniku. Pokręciłam głową i wbiłam wzrok w tekst. Nie miałam ochoty czytać, a obecność pani Thomas nie ułatwiała mi tego zadania.
-Hudson, schowaj ten telefon! - warknęła, kiedy przechodziła obok naszej ławki.
-Rety, przeszkadza to pani? - mruknął, a ona w odpowiedzi wyrwała mu telefon z rąk. - Ej, to jest zwykła kradzież! - zaprotestował, na co zwrócił na siebie uwagę całej klasy. Julie otworzył usta ze zdumieniem i spojrzał na Kendalla, który nie miał najmniejszego zamiaru interweniować.
-To nie jest żadna kradzież, młody człowieku. - syknęła, wystawiając w jego kierunku swój długi, pomarszczony palec. - Rekwirują twoją komórkę, a odbiorą ją twoi rodzice, na zebraniu rodzicielskim. I nie myśl, że robię wyjątek dla takiego degenerata jak Ty.
Tego było już za wiele. Nawet jak na nią i jej brak poszanowania dla uczniów. Chris wstał z ławki, a ja odruchowo złapałam go za mankiet koszuli.
-No wie pani! - zawołałam zduszonym głosem.
-Nie masz prawa tak do mnie mówić! - wrzasnął Chris, przekrzykując moje głowa i wyrywając mi się z uścisku. Jednak on był na tyle silny, a mój uścisk na tyle mocny, że w dłoni został trzymany przeze mnie mankiet. Ze złością odrzuciłam go na bok.
-Ty też, Carmichale? - wrzasnęła pani Thomas, kiedy ktoś niespodziewanie rzucił z nią zakleksionym kawałkiem papieru zmiętym w kulkę. - Czyja to sprawka? A wy dwoje! Do dyrektora! I to już!
Nie czekając na kolejny wybuch złości Chrisa, pociągnęłam go na korytarz. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, napisałam wiadomość do Chucka.
Wylądowałam na dywaniku dyrektora. Zostawiam Julie'ego z Kendallem i Carlosem.”
Zanim wysłałam tego SMS'a, drzwi znowu się otworzyły i wyszedł Julie.
-A ty co? - uniosłam brwi, opuszczając rękę z telefonem.
-Rzuciłem w nią papierkiem. - wzruszył ramionami, chowając dłonie do kieszeni. - Masz nie spuszczać mnie z oczu, co nie?
-Mogłeś sobie darować, wiesz? - odezwał się Chris, patrząc na niego spode łba. - Bo to przynajmniej w niczym nam nie pomaga.
Jęknęłam i pociągnęłam ich w stronę schodów. Przynajmniej nie łamię rozkazu i Julie cały czas był ze mną. Zerknęłam na plan, żeby się upewnić, czy pan Shorts na pewno jest w swoim gabinecie.
-Co robisz? - zapytał Chris, patrząc mi przez ramię.
-Za pół godziny dyrektor ma lekcję z czwartą klasą. - powiedziałam, śledząc rubryki.
-No i?
-Jest w pokoju nauczycielskim. Chodźcie.
Kiedy stanęliśmy przy drzwiach, spojrzałam z nadzieją, ale oni tylko stali i patrzyli się na mnie jak wół na malowane wrota. Westchnęłam i zapukałam dwa razy. Potem ostrożnie otworzyłam drzwi i weszłam do pokoju.
-Profesorze? - zaczęłam, patrząc na pana Shortsa, stojącego przy regale z książkami.
-Lizzy? - odłożył trzymany tom encyklopedii na miejsce i zdjął okulary. - Co Was do mnie sprowadza? Ty i Twoi koledzy macie nietęgie miny.
-Doszło do spięcia z panią Thomas, sir. - odpowiedziałam uprzejmie.
-Co tym razem? - zapytał cierpliwie, pokazując nam krzesła przy długim stole nauczycielskim. Odniosłam wrażenie, że facet odbywa taką rozmowę już setny raz w tym tygodniu.
-Nazwała mnie degeneratem! - zawołał Chris, siadając z jednej z moich stron. Po drugiej usadowił się Julie. - Nie mogła tak na mnie powiedzieć! A ja wtedy na nią krzyknęłam. Zabrała mi telefon.
-Masz rację. - pan Shorts kiwnął głową. - Nic nie daje jej prawa, żeby tak do Ciebie mówiła, ale to nie zmienia faktu, że nie powinieneś się bawić telefonem na lekcji. Pani Thoms od zawsze jest trudną osobą i trzeba jej wybaczyć. Porozmawiam z nią na Ten temat. A Ty? - zwrócił się do Julie'go. - Dlaczego tu jesteś?
-Rzuciłem w nią papierkiem. - odpowiedział nadzwyczaj spokojnym tonem. - To znaczy w Panią Thomas.
-A nazywasz się?
-Julian Carmichael. - odpowiedział. - Ale Lizzy mówi Julie.
-Dobrze, Julie. Dlaczego rzuciłeś w panią Thomas papierkiem?
-No, żeby przestała na nich krzyczeć. - odpowiedział, wskazując głową na mnie i na Chrisa.
-Mówi prawdę. - dodałam.
~***~
Z pokoju nauczycielskiego wyszliśmy zadowoleni. Wiem, że to trochę dziwne, ale jak opowiedzieliśmy Panu Shortsowi ze szczegółami, co się działo na lekcji. O dziwo dał tylko Chrisowi pouczenie, żeby następnym razem wstrzymał się z SMSowaniem na lekcji.
-Ten Wasz dyrektor, to równy gość. - powiedział Julie, idąc do stołówki. Chłopaki zabrali nasze plecaki, więc mogliśmy spokojnie iść prosto do Czterech Szpad. Nie wiem, dlaczego, ale nawet cieszyłam się, że we troje dzisiaj po lekcjach zostajemy w klasie kary.
Klasa kary, to świetlica na którą przychodzą uczniowie pierwszych klas, którzy mają problemy w nauce. A starsi uczniowie mają obowiązek ich przyuczać. I na tym polega kara. Na przyuczaniu młodszych. Dla mnie to żadna kara... Tylko coś w guście prac społecznych.
-Jak poszło? - zapytał James, kiedy usiedliśmy z nimi przy stoliku.
-Chyba dobrze... - wzruszyłam ramionami, patrząc na Chrisa i Logana, którzy poszli do stanowiska pań, które nakładały porcje obiadowe. - Co dzisiaj?
-Klopsy i frytki. - odpowiedział Kendall, dając mi buziaka. - Chyba lubisz?
-Lubię... - powiedziałam powoli. - Tylko nie mogę jeść sera, a z nim klopsy są smaczniejsze.
-Ale dlaczego nie możesz? - zapytał James, bawiąc się palcami Din.
-Bo godzinę później rzygam jak kot, okey? - powiedziałam szczerze, nie chcąc się nad tym wywodzić. Nie za specjalnie lubię rozmawiać o swoich dolegliwościach. Nie uśmiecha mi się to przynajmniej. I dlatego lepiej na ten temat nie rozwiać.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Kiedyś na czacie google, czy facebooku Chris coś wspominał o pyskówce z panią Thomas. I proszę... Chyba nie muszę mówić, ze ten odcinek jest dedykowany Chrisowi?  Mam nadzieję, że się Wam podobał... Trzymajcie się i do czwartku!

Po edycji: Pytanko. Będzie bal na wiosnę. Chcecie zobaczyć sukienki? Piszę teraz, bo obecnie jestem na etapie pisania zaproszeń, co jest trochę dziwne. Potem mi coś odwaliło i założyłam kolejne konto na naszej klasie. Wiem, dziwna jestem. Jak dotąd napisała jedna zołza. Mówię zołza, bo wiem, ze jest problematyczna. Nie odpowiedziałam. Nie ważne, ze pisała na dziewczynę. Dobra, nie ważne.

W czwartek też ustawiłam automat i nie wykluczone, ze też będę go edytować. Teraz mam coś dla Was. Cytat z "Miasta Niebiańskiego Ognia". Czytam to teraz i tak jakoś wyszło. Proszę:
"My, Nocni Łowcy, jesteśmy ludzcy i omylni. Ale gdybyśmy nie umieli kochać, nie moglibyśmy strzec ludzi. Musimy ich kochać, żeby chronić. Mój parabatai kochał jak niewielu potrafi, całym sobą. Widzę, że ty też taki jesteś. To płonie w tobie jaśniej niż ogień niebios."
Ładnie, nie? Znacie piosenkę Shakiry "Hips don't lie"? Znacie, nie? Kendall miał chyba kiedyś taką bluzkę. Nie mogę przestać słuchać i nie wykluczone, że będzie epizodzik. Mam na to pięć pomysłów i musze zrealizować chociaż jeden. No a teraz już na serio koniec. Trzymajcie się!

Po edycji. Znowu.
Jarałam się tym wczoraj, ale muszę to wstawić. 1:43. Szkoda, że to nie weszło do pełnej wersji.
Jestem wariatką, wiem, ale i tak wiem, ze Logan i Ororo nie będą razem. A jednak się tym jaram. 

piątek, 23 stycznia 2015

Pytania do bohaterów cz. 1

Tamtych komentarzy jeszcze nie skasowałam... Ale chyba już się nazbierało ich na tyle dużo, żeby zrobić z tego notkę. Wygląda to tak... Na razie Wam nie powiem, czym to jest inspirowane, ale wymyśliłam, żeby coś takiego robić tutaj, kiedy właśnie to czytałam. A teraz zapraszam do tektury tego, o co pytaliście przez kilka dni. Może macie jakieś wnioski? Część pierwsza, bo pewnie będzie mieli ich jeszcze kilka. Tak to wygląda w uporządkowany przeze mnie sposób.

Chris, pocałowałbyś Logana gdyby o to poprosił? :D
-Z zasady nie całuję kumpli. Myślę, że on też, chociaż nie jestem specem od empatii. Nie gadamy na takie tematy. Logan jest hetero, ja właściwie też... Więc myślę, że to nie będzie konieczne. Zdecydowałbym się na to, gdyby zależało od tego nasze życie i tylko wtedy.

Lizzy, wybierasz się na misję, ale znienacka wyskakują banany (takie giganty) i próbują Cię zjeść, co robisz?
-To coś takiego istnieje?

Chris, gdyby Logan zepsuł Ci konsolę, co być zrobił?
-Ale ja nie mam konsoli.

Logan, gdyby Chris zepsuł Ci konsolę, co byś zrobił?
-Moja konsola jest zepsuta już drugi rok, a mi nie chce się jej zanieść do naprawy. Zwykle gramy na PCcie.

Chuck, czemu jesteś dobrym gliną?
-Bo Sarah zawsze chce być tym złym, a ja nie potrafię jej odmówić.

Sarah, gdybyś nie była agentką kim byś była?
-Nie wiem, nie potrafię być nikim innym poza szpiegiem.

Carlito, jakbyś naprawdę się zakochał, co byś zrobił?
-Jeszcze nigdy się nie zakochałem. Zwykle popadam w zauroczenie. Wiesz, to taka reakcja w mózgu, bardzo uzależniająca.

Julian, po co Ci kolczyki?
-Są fajne, a mama nigdy nie miała nic przeciwko temu.

Din, co sądzisz o Twoim ojcu, gdy śpiewa w samochodzie?
-Sprawia mu to przyjemność, a ja lubię, kiedy jest szczęśliwy.

Mad, zamierzasz coś zrobić w związku z Twoim ojcem i przyjaciółką?
-Moi rodzice się rozwodzą, a ona już nie jest moją przyjaciółką. Nie chcę jej znać, nie chcę z nią rozmawiać. Kiedy do mnie dzwoni, odrzucam połączenie. A z tatą kiedyś będę musiała porozmawiać.

Kendall, gdybyś miał zostać agentem, zgodziłbyś się?
-Nie zostaje się agentem z wyboru. Jeśli ci z rządu widzą w Tobie potencjał, szkolą Cię bez pytania. Zostajesz postawiona przed faktem dokonanym.

John, kto jest Twoim ulubionym agentem?
-Sarah i Chuck są najlepszymi, z jakimi do tej pory pracowałem.

Wszyscy wyżej wymienieni, jakiej jesteście wiary?
Chuck: Ja i Sarah jesteśmy chrześcijanami, tak jak Lizzy. Oboje zamierzamy wsiąść ślub kościelny.
Chris: Jestem katolikiem, kiedyś chodziliśmy z Lizzy do takiej szkoły. Modlitwa przed każdą lekcją, te sprawy...
Carlos: Jestem katolikiem. Często chodzę z rodzicami do kościoła.
Julie: Jestem katolikiem. Mam krzyżyk na łańcuszku.
Din: Jestem chrześcijanką, ale nie praktykujemy. Moi rodzice nie mają na to czasu.
Madison: Po tym co się stało, przestałam wierzyć w istnienie Boga. Może kiedyś znów w niego uwierzę.
Kendall: Tata zawsze mi powtarzał, że nie ma żadnego Boga, a ja w to uwierzyłem. Nie wiem, czy teraz coś byłoby w stanie to zmienić.
John: Kiedyś byłem wysoce praktykującym katolikiem, ale zaniedbałem to, kiedy wstąpiłem do Wojska. Boże, błogosław Amerykę.

Kendall, czy zastanawiałeś się kiedyś. Jakby wyglądało Twoje życie, jakbyś ożenił się z Lizzy.. I został agentem tak jak Ona?
-Zastanawiam się i to wiele razy.

Chris, czemu ciągle mam wrażenie,że nazywasz się Christina? :D
-Eee... Jestem Christopher.

James, jakie było najdziwniejsze zdarzenie w Twoim życiu?
-Kiedyś podrywałem jedną pannę i nie zorientowałem się, że to koleś.

James, czy Ty i Din jesteście ze sobą czy tylko ze sobą kręcicie?
-Mamy siebie na wyłączność.

Lizzy, jak to jest wiecznie wszystkim ratować tyłek?
-Uratowałam komuś tyłek? Gdzie? Kiedy? (Jak widać, Lizzy jest bardzo zdziwiona)

Julian, jak to jest mieszkać w domu pełnym szpiegów?
-Już kiedyś mieszkałem w domu pełnym szpiegów. Kiedy mamę porwano. Ale teraz jest inaczej. Bardziej rodzinnie. Tutaj nie gadają kodem i codziennie się wygłupiają.

Chris, dlaczego Ty zawsze masz takie cholerne szczęście?
-Nie mam szczęścia, tylko przyjaciółkę, która skoczy za mną w ogień, a ja za nią.

Carlos, nie czujesz zazdrości gdy widzisz Jamesa i Din jak się miziają?
-Nie. To moi przyjaciele i fajnie, że są szczęśliwi.

Mad, czy nadal masz nadzieję, że zostaniesz przewodniczącą?
-Ja ZOSTANĘ przewodniczącą! Jeszcze zobaczysz!

James i Logan, jak to jest zdewastować komuś ogród "przez przypadek" jak to możliwe?? Pijani byliście czy co ? :D
James: Uciekaliśmy przed stadem dziewczyn.
Chris: Wcale nie, wialiśmy z publicznego kibla.
James: Bo urwałeś spłuczkę.
Chris: Ale to Ty wskoczyłeś do tego ogrodu, ja tylko za Tobą biegłem.

Chris, gdybyś musiał pocałować kogoś z tych czterech: Logana, Kendalla, Jamesa i Carlosa, kogo byś wybrał?
Carlosa, bo nie ma laski, która strzeliła by nas za to po łbie.
Chris, co byś zrobił gdyby Logan zepsuł Ci komputer?
-Wyrzuciłbym go przez okno i powiedział mamie, że to był wypadek.

Logan, co byś zrobił gdyby Chris zepsuł Ci komputer?
-I tak mam zamiar kupić sobie nowy, więc Chris tylko wyświadczyłby mi przysługę.

Sarah, potrafisz być dobrym gliną?
-Potrafię, ale nie lubię.

Lizzy, Madison, Sarah, Din. Co Wam się podoba w waszych chłopakach?
Lizzy: Wszystko. Przecież to Kendall.
Madison: Podoba mi się, jak Logan staje w obonie innych. Jest moim rycerzem.
Sarah: Chuck jest wyjątkowy. Nauczył mnie kochać.
Din: To James. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia.

Lizzy czy istnieje jakieś miejsce, w którym byłaś wiele razy i chętnie do niego wracasz?
-Buy More. Tam są moi przyjaciele. Nie ważne, że to wariaci.

Madison jakim typem osoby jesteś? Artystką, sportsmenką, intelektualistką? A może kimś innym?
-Ja jestem liderem. Królową wszystkich liderów.

Sarah gdzie się urodziłaś i gdzie dorastałaś? Tęsknisz za tym miejscem?
-Nie mogę powiedzieć, to ściśle tajne. Żart. Dorastałam w San Diego. Nie tęsknię za tym miejscem, bo dla mnie to miasto oszustów. Miałam być jednym z nich.

Din czy pamiętasz jakiś sen, który zrobił na Tobie szczególne wrażenie?
-Kiedy dowiedziałam się, że Lizzy jest szpiegiem, miałam koszmar. Śniło mi się, że torturują ją, a potem mordują na moich oczach, a ja nie mogłam nic zrobić. Obudziłam się z płaczem.

Kendall, Logan, Chuck, James. Co Wam się podoba w waszych dziewczynach?
Kendall: To Lizzy. Codziennie ratuje świat.
Logan: Madison potrafi być nieugięta. Podoba mi się, jak zawsze stawia na swoim.
Chuck: Sarah jest wyjątkowa. I kocha takiego nerda jak ja.
James: Skromność. Zdecydowanie.

Kendall masz wielu przyjaciół, czy raczej jednego, sprawdzonego za którym wskoczyłbyś w ogień?
-Mam wielu (tak myślę) i za każdym z nich skoczyłbym w ogień.

Logan jaka jest najbardziej szalona rzecz, którą zrobiłeś?
-Kiedyś przebrałem się za clowna. Zastępowałem kumpla, który bawił dzieci w szpitalu onkologicznym. To było bardzo szalone.

Chuck jeśli miałabyś szansę zostać obdarzony jakąś nową zdolnością, jaka by to była umiejętność?
-Chciałbym mieć moc perswazji, żeby namawiać innych ludzi do robienia dobrych rzeczy.

James co Sobie pomyślałeś kiedy zobaczyłeś po raz pierwszy Din?
-Fajny sweter.

Carlos gdybyś mógł się stać niewidzialny chociaż na jeden dzień, to co byś zrobił?
-Podglądałbym brata Lizzy. Wciąż nie mogę zrozumieć, jak udało mu się naprawić nasze stare DVD. Może wtedy bym się tego dowiedział.

Chris czy w innym życiu też chciałbyś być facetem?
-A co to za pytanie?

Julian jeśli miałbyś się zamienić z w jakąś gwiazdę filmową, to kto by mógł być?

-Na jeden dzień? Angeliną Jole. Kiedyś w żartach Lizzy powiedziała, że uśmiechnąłem się jak ona. Ona robi dużo dobrych rzeczy i jest świetną aktorką. Podziwiam ją. 

czwartek, 22 stycznia 2015

Odcinek 50 – Lizzy kontra Przyjacielska Niespodzianka

Siedzieliśmy na lekcji Historii. Kendall po mojej prawej i Julie po mojej lewej. Słuchaliśmy, jak profesor Miller niechętnie opowiada o pierwszych zalążkach nazizmu, chociaż wtedy jeszcze nie powstała ta nazwa, w Europie. Spojrzałam na Madison, która pozbawiona obecności Logana, siedziała niedbale w ławce, robiąc wokół palców obrączki z gumy do żucia, co było dość obrzydliwe, bo kiedy guma się wyczerpała, brała ją z powrotem do buzi, żeby zacząć swoją czynność od nowa.
Sięgnęłam do kieszeni i zanim sięgnęłam do komórki natrafiłam na coś kującego. Z zażenowaniem stwierdziłam, że to tylko kolczyk Julie'go, który Thomas kazała mu wyjąć na angielskim. Spojrzałam na wyświetlacz. To tylko Logan.
-Coś o mnie? - zapytał Julie, ledwo słyszalnie.
-Nie. - pokręciłam głową. - Tylko Logan pyta jak dzisiaj w szkole z obecnością.
-A Logan to... - uniósł brwi, w nadziei, że mu wytłumaczę.
-Ten chłopak, który był u nas przedwczoraj. - odpowiedziałam, klikając „utwórz nową wiadomość”. - Ten z rękami w kieszeniach. Spisywał ode mnie starą pracę roczną...
-Dobra, już wiem. - przerwał mi, otwierając swój kołonotatnik.
Może mi się wydawało, ale Julie i Chris mieli jedną cechę wspólną. Przy wyborze zeszytów do szkoły wybierali te, które miały na okładkach zabytkowe samochody. Chociaż chyba z innych powodów. Pamiętam, jak to się zaczęło u Chrisa. Kiedyś chodziliśmy po szkolnym parkingu, jeszcze w Primary Ghost i po prostu ktoś przyjechał garbusem na meksykańskich numerach. Powiedziałam mu wtedy, że lubię takie samochody, bo ładnie wyglądają i od tamtej pory kupował takie notesy. Historia głupia, wiem, ale byliśmy tylko dziećmi. A teraz to był bardziej nawyk, niż zwykły przejaw przyjacielskiej empatii.
Do: Logan
Nie ma tylko Ciebie i Coco. I Mad jest trochę smutno. Trochę, jakby straciła rękę. A właściwie, dlaczego Cię nie ma?”
Kiedy wysłałam wiadomość, nie musiałam długo czekać na odpowiedź. SMS zwrotny przyszedł od razu, jak tylko zdołałam odłożyć komórkę na miejsce.
Od: Logan:
„Zobaczysz, jak się zobaczymy. Na razie to tajemnica.”
Nie odpisałam. I bardzo dobrze, bo kilka sekund później przyszedł kolejny SMS od Logana.
„Dobra, podpowiem Ci. James ma dzisiaj urodziny. Przyprowadź go do Jogurtowni po lekcjach.”
James ma urodziny? Czemu wcześniej mi tego nie powiedzieli? Mogłam się jakoś przygotować, czy... Czy coś...
-Który to James? - zapytał Julie, spoglądając na wyświetlacz mojej komórki.
-Ja jestem James. - odpowiedział sam zainteresowany.
Kurcze, ten to ma uszy dookoła głowy.
~***~
Po lekcjach poszliśmy razem do Jogurtowni. Kendall i Carlos mieli miny, jakby wiedzieli co się kroi z dopiskiem „Nie powiemy wam nic, nawet, jak będziecie nas torturować.”
Wszyscy byli w Jogurth&Fun przynajmniej raz. Było to jedne z niewielu takich miejsc w Los Angeles, które rzadko grzeszyło klientelą i jeszcze jakimś cudem nie splajtowało. Wielkich dochodów z tego nie ma, ale CIA wciąż trzyma to miejsce. Pod spodem jest ich baza. Ciągnie się tak długo, aż po sklep. Tunelami, celami... Potrzebowałam kilku dni, żeby nauczyć się chodzić po tych korytarzach, tak, żeby się nie zgubić. Początkowo, jak James zobaczył wywieszkę na drzwiach zrobił bardzo zakłopotaną minę.
-Zamknięte? - jęknął, a Din pocieszająco ścisnęła jego palce. - I po to mnie przyprowadziliście?
Ledwie zdołał to powiedzieć, a drzwi się otworzyły i na zewnątrz wyjrzał Logan uśmiechnięty od ucha do ucha.
-Co tak stoicie, a nie wchodzicie? - zapytał, roześmiany od ucha do ucha. - Impreza już gotowa. No już! Ruszać tyłki.
Ze zdziwieniem weszliśmy do środka i zauważyliśmy, że wnętrze jest przyozdobione kolorowymi balonami, wężami i konfetti. Sarah stała przed ladą i trzymała tacę z kolorowym tortem, który wyglądał, jakby był całkiem zrobiony z lodów, a nawet zaczął się powoli rozpuszczać.
-Wszystkiego najlepszego, James.- powiedziała uradowana. - Niestety, nie ma świeczek, ale jakbyśmy zapalili chociaż jedną, nie byłby taki ładny.
-Rety, pamiętaliście? - zapytał z szerokim uśmiechem. - A bałem się, że nie dostanę nawet życzeń. Jak w tamtym roku. - wycedził przez zaciśnięte zęby.
-Oj, było, minęło. - Carlos machnął ręką. - Nie wszyscy wiedzą, kiedy masz urodziny, ale dzisiaj naprawiamy błąd sprzed roku. Nie ma co wypominać.
James pokręcił głową, a zza pleców Sary wyłonił się Chuck, trzymający coś, co wyglądała jak wielka babeczka z zapalonymi świeczkami w kształcie cyfr jeden i siedem.
-Jednak zdążyłem. - powiedział, jakby odetchnął z ulgą. - Pomysł Sary był dobry, ale miał pewne wady. Dlatego postanowiliśmy go uzupełnić.
-Marzenie, to nie jest, ale świeczki są.
Pokręciłam głową, patrząc na cała tą scenę. Nie mogłam uwierzyć, że zrobili to wszystko za moimi plecami. Skrzyżowałam ramiona i oparłam głowę o ramię Kendalla, patrząc jak James dmucha świeczki na babeczce.
-Dlaczego mi nie powieliliście? - zapytałam półszeptem.
-I tak masz dużo na głowie. - odpowiedział, całując mnie w czubek głowy. - Chłopaki stwierdzili, że lepiej nie angażować Cię w przygotowania. W końcu nie możesz spuszczać go z oczu.
Powiedział, wskazując na Julie'ego, który rozdawał talerzyki z porcją lodów ukrojonych jak tort. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że to nie jest mrożony jogurt, tylko pełnokaloryczne lody na serwatce mlecznej. W końcu raz na jakiś czas można sobie pozwolić.
-Niby tak, ale nie czuję się, jakby był moją kulą u nogi. - odparłam, siadając mu na kolanach. - Jeszcze nie było prawdziwego zagrożenia. No i nie wiem, dlaczego miałby być celem terrorystów.
-Mówiłaś, że jego mama była sędzią. - przypomniał.
-I to jedną z najważniejszych. - przyznałam, zarzucając mu ręce na szyję. - Chyba nie myślisz, że może znać jakieś szczegóły spraw. Z drugiej strony... Jeśli on coś wie, to jest jedyną szansą na odtworzenie niektórych akt, które przepadły.
-Przepadły? - powtórzył.
-Teczki, które sędzia Peterson trzymała w domu spłonęły, a jakiś czas temu jakiś tajemniczy wirus zniszczył część danych cyfrowych. - wyjaśniłam.
-A baza danych Twojego taty?
-Straciliśmy nowe dane. - pokręciłam głową, odgarniając kosmyk włosów za ucho. - Te, które zgromadził tata są sprzed dwudziestu lat. Nie ma szans. Może jeśli chodziłoby o jakieś nazwiska starych wyjadaczy, ale od tamtej pory w Kręgu więcej ludzi przybyło niż ubyło, więc nie ma szans.
-A mój ojciec? - zapytał łamiącym się głosem. - On też był w tym Kręgu?
-Z tego, co wiem, tylko jako dostawca. - powiedziałam, całując go w policzek. - Nie ma co tego rozdrapywać. - powiedziałam, głaszcząc go po policzku. - Co było, minęło. Nie masz co się tym przejmować. I nie ciąży na Tobie żadne piętno. - powiedziałam, po raz setny, kiedy już otworzył usta, żeby mi zaprzeczyć. - Już Ci to mówiłam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie mam siły, pisać więcej, wybaczcie. Wyszło tyle i ani słowa więcej. Wenę mam, ale teraz pasuje mi skończyć. Teraz jestem w trakcie pisania odcinka 55 (ale ten czas zapierdziela, wydawało się, że jeszcze kilka dni temu, a właściwe miesięcy pisałam pierwszy odcinek i ogłaszałam konkurs), co idzie mi dość automatycznie. Słucham sobie Ody do radości po niemiecku... taka operowa wersja. Mam jeszcze RMX i techno, co jest bardzo dziwne, bo to hymn. Lubię takie przeróbki. W ogóle mam dziwny gust. Nie wiem, czy chcecie wiedzieć, co się dzieje w tej mojej porąbanej główce. No więc mam nadzieję, że ten odcinek Wam się podobał. Trzymajcie się i do wtorku!  

wtorek, 20 stycznia 2015

Odcinek 49 – Lizzy kontra Świeża Krew

Po pogrzebie sędzi Peterson miał być pierwszy dzień Julie'ego w naszej szkole. Nauczyłam się tak do niego mówić już po trzech dniach znajomości. Właściwie go nie znam, ale chłopak jest naprawdę sympatyczny. Nie liczę, że przez tydzień byłam przez niego uziemiona. W prawdzie wiedziałam, że to nie jego wina i jakbym chciała, to mogłabym poprosić Chucka, albo Sarę, żeby go przypilnowali, bo ja chciałabym pójść na randkę z Kendallem.
-Dziwne filmy oglądasz. - powiedział, jeszcze tego samego wieczora. Nie miał już na sobie aksamitnego garnituru, tylko szary dres z kapturem.
-Lubię Królika Bagsa... - wzruszyłam ramionami, patrząc jak Michael Jordan oddaje talent uwięziony w piłce członkom drużyny koszykarskiej. - I tak już prawie koniec.
-Myślałem, ze to jest dla dzieci. - uniósł brwi i usiadł obok mnie na kanapie.
-Właściwie tak, ale każdy może to oglądać. Wiesz. - odparłam, czekając na napisy końcowe. - Lepsze to od Bonda.
-On chyba też by tak powiedział. - powiedział, śmiejąc się bez śladu wesołości. Jego nastrój trochę poprawił się od pogrzebu, ale wolałam być ostrożna.
Nagle drzwi się otworzyły i do środka wszedł James. Wyglądał normalnie. Nie miał żadnych odlotowych ciuchów, czy jakiegoś osobliwego stylu. Był całkiem zwyczajny.
-Cześć. - powiedział i bezceremonialnie zajął miejsce w fotelu. - Jestem taki padnięty... Nigdy, przenigdy nie róbcie projektu z Loganem. Będziecie musieli odwalać całą robotę za dwoje.
-Dla mnie to nie nowość. - powiedziałam, podnosząc się z kanapy. - Chcesz herbaty?
-Masz zieloną?
-Mam.
-To poproszę.
Rzuciłam poduszkę na miejsce w którym siedziałam i poszłam do części kuchennej, zostawiając Jamesa i Julie'ego sam na sam. Poznali się kilka dni temu. Niby przypadkiem zwalili się do Echo Parku następnego dnia. Wiedziałam, że byli ciekawi, jaki jest Julian, chociaż nie mówili tego wprost. Byli dla niego mili, chociaż zachowywali co do niedziwny dystans. Szczególnie Chris. Kendall traktował go jak wcześniej Arthura. Mówiąc wprost, jak kuzyna swojej dziewczyny. Julie był miły. Wczoraj poszedł z nami na spacer, ale chyba tego pożałował, bo po powrocie bez słowa wszedł na górę i zamknął się w gościnnym.
Zrobiłam Jamesowi herbatę i postawiłam kubek na stoliku. Cieszyłam się, że w przeciwieństwie do Cioci nie wymaga ode mnie filiżanek.
-James, będę wścibska, ale muszę o coś zapytać. - zaczęłam dość niepewnie.
-No to pytaj. - wzruszył ramionami, bawiąc się sznureczkiem od torebki ekspresowej.
-Na co Tobie i Chrisowi kasa? Wiem, że złapaliście dorywczo zmianę na sylwestra.
W reakcji James przestał przekładać torebkę herbaty i spojrzał mi w oczy.
-Jak się dowiedziałaś? - westchnął, jakby to był dla niego drażliwy temat.
-Sarah was widziała. - odpowiedziałam, odpierając się o ramię Julie'ego. Natychmiast tego pożałowałam i odsunęłam się dyskretnie na kilka centymetrów. - Więc...
-Niszczenie mienia prywatnego. - wymamrotał.
-To znaczy? - zmarszczyłam brwi.
-Och, po prostu niechcący zdewastowaliśmy komuś ogród. - powiedział, jakby nie chciał tego mówić. - Zniszczyliśmy kilka rzeźb. Właściciel oszacował straty na dwa i pół tysiąca. Na szczęście był tak wspaniałomyślny, że dał nam czas do końca stycznia na stycznia. Jeśli się nie wyrobimy, wniesie oskarżenie. Dlatego łapiemy takie dorywcze fuchy, a najgorsze jest to, że brakuje nam jeszcze tysiąca do spłaty za tydzień. Nie ma opcji, żebyśmy się wyrobili.
-I nie mogliście mi tego po prostu powiedzieć? - zapytałam, nie mając siły pytać, jak do tego w ogóle doszło. - Przecież bym Wam pożyczyła.
-Chciałem Ci powiedzieć, naprawdę, ale Chris mi zabronił. - oznajmił. - Myśli, że tylko byłabyś wściekła. Sądzi, że sporo dla niego zrobiłaś. Wyciągnęłaś z poprawczaka i dałaś niezły kredyt zaufania. Stanęłaś za nim w rządzie. Normalnie chodziłby do jakiejś dziury w centrum, a nie do tak dobrego liceum.
Przez dłuższą chwilę nic nie mówiłam. W końcu wstałam, gotowa, żeby iść do swojego pokoju.
-Dobra, to ile Wam brakuje? - westchnęłam, czując, jak Jule patrzy na mnie z zaciekaniem.
-Dziewięciu stów. - powiedział, lekko niezręcznie.
-Dobra, dajcie mi chwilę. - powiedziałam, idąc na górę. - Zaraz wrócę.
I weszłam po schodach do swojej sypialni. Podeszłam do biurka i sięgnęłam do szkatułki, gdzie trzymałam zaoszczędzone kieszonkowe. Bez zbędnych ceregieli wyjęłam dziewięćset dolców i złożyłam pieniądze na pół. Zeszłam do saloniku i wręczyłam je Jamesowi.
-W dwudziestakach? - zrobił wielkie oczy, jakby nie potrafił po prostu podziękować.
-Inaczej nie mam. - powiedziałam, podchodząc do DVD i wyjmując płytę z odtwarzacza. - Oddacie jak będziecie mieli. Traktuj to jak nieoprocentowaną, bezterminową pożyczkę.
-Ale Chris... - zaczął, a ja tylko wywróciłam oczami.
-Chris jest zbyt honorowy, żeby się na to zgodzić. Sam mówiłeś. Resztę kasy zarobicie na spokojnie. Jestem waszą przyjaciółką, a nie jakimś parabankiem. Nie będę Wam ustalała terminów.
Przeszłam do półki z filmami i odłożyłam płytę na miejsce.
-Ona zawsze jest taka? - usłyszałam, jak Julie pyta Jamesa półszeptem.
-Jaka? - zapytał z zaciekawieniem James, wcale nie robiąc z tego tajemnicy.
-Taka dobroduszna.
-Poznasz ją, to sam zobaczysz.
~***~
Następnego dnia rano, wszyscy spotkaliśmy się na śniadaniu, chociaż Julie trochę się wahał, jakby wstydził się pokazać w mundurku szkolnym, który dopiero co dostał.
-Zrobiliśmy zakupy! - zawołała Alex, wchodząc do naszej kuchni. - Właściwie ja zrobiłam, bo Morgan jeszcze śpi.
-Przyniosłaś francuskie rogaliki? - zapytała Greta, zaglądając do torby.
-Pewnie, przecież obiecałam. - zaśmiała się, wyjmując papierową torbę z cukierni.
Weszłam do kuchni i wzięłam talerze, żeby je porozstawiać na stole.
-Co lubisz na śniadanie? - zapytałam Julie'ego, kiedy wszedł i pomógł nam w nakryciu do stołu.
-Eee... - otworzył usta, jakby przez chwilę się nad tym zastanawiał. - Tosty z dżemem.
-Dobra. - kiwnęłam głową. - Cykorek przed pierwszym dniem w nowej szkole? Jesteś świeżą krwią.
-Może lekki. - wzruszył ramionami. - I proszę, nie mów, że jestem krwią. Czuję się, jakbym był jakimś pożywieniem dla wampirów.
Po jego słowach parsknęłam śmiechem, na co zwróciłam uwagę Grety. Ona sama wyglądała jak zwykle o poranku. Biała koszula Nerd Herdu i obcisła spódnica. Lekko pociągnięte prostownicą jasne włosy opadały jej na ramiona.
-Din jedzie z nami do szkoły, czy dotrze jakoś inaczej? - zapytałam Johna, kiedy wszedł do naszej kuchni przez okno. - Ostatnio chyba jej rodzice trochę częściej się nią interesują.
-Interesują, ale i tak tyle samo pracują. - odpowiedział. - Dlatego jedzie z nami.
Uśmiechnęłam się, spoglądając na Chucka, który siadał już przy stole obok Sary. To był taki normalny widok. Nic nadzwyczajnego. Zakochana para.
-To też jest udawane? - zapytał Julie, kiedy wszyscy siadaliśmy przy stole. - To śniadanie, ta atmosfera... Wiesz co mam na myśli.
-Wiem, co masz na myśli. - kiwnęłam głową. - I nie ma w tym nic udawanego. Na prawdę jesteśmy przyjaciółmi.
-A ja myślałem, że jesteś jak inni szpiedzy. - wymamrotał, tak cicho, że tylko ja mogłam zrozumieć. - Jednak Generał Beckman miała rację. Nie wypalono z Ciebie człowieczeństwa. Z nich też.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

No i na dzisiaj tyle. Za spóźnienie w czwartek, dzisiaj godzinę wcześniej, bo powinno być o drugiej. „Niesie mnie wena, nie ma we mnie obawy. Olewam schemat, te dragi mogą zabić.” Nigdy wcześniej nie pisało mi się tak dobrze, jak w tym tygodniu. To jest raczej dobra wiadomość. Chociaż niektóre notki są krótkie, to przynajmniej mam ten ułamek pewności, że jest niezłe. Wszystko dzięki mojej nauczycielce polskiego. Pozdrawiamy Panią Profesor. Dodała mi pani skrzydeł, za co bardzo Pani dziękuję. Przypominam o zakładce, gdzie możecie zadawać pytania bohaterom. Nie spodziewałam się, że odpowiadanie na nie, to taka frajda. Co jakiś czas pytania i odpowiedzi będą przenoszone do postu. O ile będzie ich dostatecznie dużo. Taki mam plan na razie. Dobra, dosyć gadania. Mam nadzieję, że dzisiejszy odcinek się Wam podobał. Trzymajcie się!  

czwartek, 15 stycznia 2015

Odcinek 48 – Lizzy kontra Ścigany Gówniarz

Zanim ciotka Diane przyjechała do bazy, zdołałam ułożyć sobie trzy pająki. Widziałam w przejściu, że ktoś z nią przyszedł, ale widziałam tylko kawałek jego sylwetki.
Dopiero po chwili oboje weszli do głównej sali. Chłopak, który towarzyszył cioci budził we mnie mieszane uczucia. Wyglądał dość nietypowo. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to dwa kolczyki. Jeden w lewym uchu i drugi w prawym płatku nosa. Był blondynem, ale nie takim jak Kendall. Włosy Kendalla były złote, a jego przypominały srebro z poświatą słońca. Włosy miał ściągnięte do tyłu, które zbierały się do krótkiej, poskręcanej od loków, kitki z tyłu głowy. Miał na sobie zwykłe, wytarte jeansy i jakieś stare trampki. Co najdziwniejsze, miał gładką cerę i królewskie rysy twarzy. Było to dla mnie dziwne, bo to mało pasowało do flanelowej koszuli w kratkę, dresowej bluzy i czarnej, skórzanej kurtki, która jedyna w całym jego ubiorze wydawała się nowa i niezniszczona.
-Lizzy, przedstawiam Ci Juliana. - (czyt. Dzulian, Żulian) oznajmiła Ciocia, przechodząc w głąb pomieszczenia, ale on wciąż stał w drzwiach. - Przed kilkoma godzinami zamordowano jego matkę, główną sędzię NSA. Twoim zadaniem jest go ochronić przed wszelkim niebezpieczeństwem.
Wytrzeszczyłam oczy ze zdziwieniem. Nie spodziewałam się, że usłyszę właśnie coś takiego. Chłopak wyglądał za niewiele starszego ode mnie. Mógł mieć siedemnaście, może osiemnaście lat.
-Przez kilka najbliższych miesięcy będziesz go strzegła. Załatwiliśmy już mu miejsce w Twojej szkole. Julian, to jest Lizzy Carmichael. Najmłodszy nabytek CIA. - ciągnęła ciocia, jakby nie zauważyła mojej miny. - Najbardziej obiecująca agentka. Na pewno się polubicie.
-A co z... - uniosłam rękę, ale Chuck już odpowiedział za mnie i ciocię.
-Oczywiście, przygotujemy pokój. - zaoferował.
-Mówiłam, że możesz liczyć na gościnność moich siostrzeńców. - powiedziała, po matczynemu kładąc rękę na jego ramieniu. - Tylko w dzień musisz zrezygnować z kolczyka w nosie. Tam są twarde zasady.
-Oczywiście. - odpowiedział Julian z bladym uśmiechem. Miał łagodny głos, który ział jakimś charakterystycznym smutkiem. Nic dziwnego, kilka godzin temu stracił matkę. - Dziękuję, za to co Pani dla mnie robi. A co będzie później?
-Zobaczymy. - oznajmiła, spokojnym tonem, niemal dodającym otuchy. - Na razie Carmichaelowie zapewnią Ci bezpieczeństwo. Możesz im zaufać. To dobrzy ludzie.
~***~
Okazało się, że Julian jest całkiem miły. Z tego, co zrozumiałam, to dołączy do naszej klasy na stałe. Przynajmniej na chwilę obecną, a co będzie potem, zobaczymy.
Jeszcze nikt nie wie o Julianie, ale wolę uprzedzić przyjaciół. To jedyne, co na chwilę obecną jest fair wobec nich. Dlaczego wciąż używam słów „na chwilę obecną”, ale tylko dlatego, żeby sobie wmówić, że nie warto patrzeć w przyszłość, kiedy nie ma się nic do gadania.
Teraz szłam na spotkanie w domu Madison. Wcześniej jeden z naszych ludzi zamontował w wieży stereo daleko zasięgowe urządzenie zakłócające pracę wrogich podsłuchów i kamerek. Właściwie, to każdych podsłuchów i kamerek, co sprawiało, że mogliśmy tam swobodnie rozmawiać.
-Dobrze, że jesteś. - oznajmił James, prowadząc mnie do pokoju. - Mów, jakie dostałaś zadanie.
-Powoli, dobra? - odezwała się Madison, wchodząc do własnego pokoju. Zaraz za nią wlała się pozostała część grupy. - Daj biedaczce odetchnąć, dopiero przyszła.
-Dzięki, Mad. - uśmiechnęłam się, siadając na jednym z krzeseł. Reszta też znalazła sobie jakieś miejsca. Jednak w naszym, gronie nie było Kendalla.
-To dowiemy się jakie jest to Twoje nowe zadanie? - zapytał Logan, rozwalając się obok Madison na jej łóżku.
-Mam pilnować jakiegoś kolesia. - powiedziałam wprost. - Jego matka, jedna z najważniejszych sędzi została zamordowana kilka godzin temu. Jemu też grozi niebezpieczeństwo. Mam być jego ochroniarzem. Będzie chodził do naszej szkoły, mieszkał w pokoju gościnnym i ogólnie będziemy swoimi wzajemnymi cieniami.
-I co? - zapytała Din, robiąc zaciekawioną minę. - Niezłe ciacho?
Zaśmiałam się, kiedy w odpowiedzi James szturchnął ją w ramię. Oni chyba nigdy się nie zmienią.
-Tak szczerze, to wygląda trochę jak początkująca blond gwiazda rocka. - wzruszyłam ramionami. - Nie wiem, nie mam zdania, ale ma udawać mojego kuzyna, który niespodziewanie stracił rodziców i tylko Chuck chciał przyjąć go do siebie.
-A jak się nazywa? - odezwał się Chris, stojąc ramię w ramię z Jamesem.
Po jego tonie poczułam się trochę jak na przesłuchaniu. Tych dwóch stało naprzeciwko mnie ze skrzyżowanymi ramionami, a reszta patrzyła na mnie jak publiczność, albo jakaś ława przysięgłych.
-Julian Peterson. - odpowiedziałam, spoglądając na wyświetlacz swojej komórki. - Ale ma udawać naszego kuzyna, to dostał dokumenty na nazwisko Carmichael. Oficjalnie przyjeżdża do nas dzisiaj wieczorem. Din... - spojrzałam na nią, zwracając się bezpośrednio. - Udawaj zdziwioną.
-Tak jest. - cmoknęła, unosząc dwa kciuki.
-Ale jak to ma wyglądać? - zapytał James. - Teraz ten kolo będzie się koło nas kręcił?
-Na to wygląda. - wzruszyłam ramionami po raz kolejny tego popołudnia. - Na pierwszy rzut oka wydaje się sympatyczny. Jest w żałobie po matce, a o jego ojcu nie mam pojęcia. Nic nam nie powiedzieli, a na pytania jest zdecydowanie za wcześnie. Znamy tylko oficjalno-fałszywą wersję, jak głupio by to nie brzmiało.
~***~
Po południu Chuck przyjechał z Julianem do Echo Parku. Julian wciąż miał na sobie te same ciuchy i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że naprawdę musi być przygnębiony. Miał niewielkie cienie pod oczami, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że kilka, może kilkanaście minut temu musiał płakać. Teraz miał usiąść z nami do kolacji. Chuck zawsze gotuje za dużo. Oczywiście, nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie wpadnie bez zapowiedzi.
Po klasycznych wstępach i powitaniach usiedliśmy do stołu razem z Gretą i Johnem. Alex i Morgana wyjątkowo nie było. Widocznie to był jeden z tych „ich” wieczorów.
-Julian? - zaczęłam przy podawaniu napoi do posiłku. On spojrzał na mnie pytająco. - Mogę na Ciebie mówić „Julie”?
-Ale to jest żeńskie imię. - zmarszczył czoło, co sprawiło, że jego kolczyk w kształcie pierścienia lekko przemieścił się w nosie.
-Wiem, ale pasuje do twojego jako zdrobnienie. - odparłam, podając mu szklankę soku wieloowocowego. - Proszę.
-Dzięki. - odpowiedział, siadając naprzeciwko mnie przy stole. - Wiesz, ze jesteś pierwszą osobą, która wymyśliła mi zdrobnienie? Do tej pory wszyscy mówili „Julian”.
Rozejrzałam się niezręcznie, nie wiedząc, czy to dobrze, czy to źle. W odpowiedzi on uśmiechnął się szczerze, ale bez śladu wesołości, co było raczej zrozumiałe.
-Nie przejmuj się. - odparł, urywając kęs piersi kurczaka. - Poza tym, chcę, żebyś mnie polubiła, a to chyba jest pierwszy krok.
-Pytanie brzmi, czy ty lubisz mnie? - chlapnęłam, zanim zdołałam ugryźć się w język. Przygryzłam wargę, żałując, ze to powiedziałam.
-Oczywiście, że cię lubię. - powiedział, prędzej, jakby stwierdzał fakt, niż wyrażał swoje zdanie. - Po raz pierwszy spotkałem kogoś takiego jak Ty...
Poczułam, że dłoń Chucka znieruchomiała. Przez chwilę przy stole zapadła niezręczna cisza. Na chwilę przestałam żuć swoją porcję kurczaka.
-To znaczy kogoś tak sympatycznego. - dodał szybko, kiedy napotkał zaskoczone spojrzenie Chucka. - Zazwyczaj dziewczyny uciekają, kiedy widzą moje kolczyki.
-Ciekawe dlaczego... - mruknęła Sarah na tyle cicho, ze ledwo można było ją zrozumieć.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Tada! I co myślicie o Julianie? Moja kumpela zaszalała i na czat wysłała mi zdjęcie. Już nic jej więcej nie powiem, bo kiedy zobaczyłam kto to jest, poczułam, jakby ze mnie kpiła. Zawrzyjmy umowę, dobra? Jeśli jutro, jak tu zajrzę będą trzy „tak”, edytuję post i zamieszczę owe zdjęcie. Pytanie brzmi, „Czy chcecie?” I tak wiem, że sobie poczekaliście. Nie ma to jak przez półtorej godziny jarać się wyciętymi scenami z ulubionej książki. Mam nadzieję, że ten odcinek Wam się podobał. Trzymajcie się!

Po edycji:

Proszę:
Pamiętajcie, że sami chcieliście. Zdziwieni? Zaraz odpowiem na komentarze. 

wtorek, 13 stycznia 2015

Odcinek 47 – Lizzy kontra Niespodziewane Pojawienie

-Lizzy, możesz mi wyjaśnić, co się z Tobą dzieje? - zapytał nagle Jack, przechadzając się po sali treningowej. - Dosłownie potykasz się o własne nogi, co jest nie tak?
Odwróciłam się w stronę Kendalla, a on tylko wzruszył ramionami. Jego spojrzenie mówiło mi, że też to coś zauważył. Zacisnęłam szczękę, żeby powstrzymać się od jakiegoś kąśliwego komentarza.
Zanim zdołałabym cokolwiek wymyślić, do sali weszła Carina. Miała na sobie czarną, lekko przykrótką sukienkę. Przez chwile rozmawiała z Jackiem i dała mu jakiś kawałek papieru. Przez słońce zobaczyłam zarys logo Buy More. Jack popatrzył na to nieufnie i odwrócił się w naszą stronę. Przez dobrą chwilę nie ruszał się ani trochę, ale w końcu machnął na mnie ręką, dając znak, żebym przerwała ćwiczenia.
-Lizzy, pójdziesz z panią. Ma zamiar zabrać Cię do brata. Znacie się? - zapytał, chowając kartkę do tylnej kieszeni spodni.
-Tak. - odpowiedziałyśmy jednocześnie. Ja normalnie, jak do nauczyciela (co z tego, że mówię do niego na „Ty”),a Carina niecierpliwie, tonem nieznającym sprzeciwu.
-Dobra, możecie iść. - powiedział, jakby to wcale go nie obeszło. - Tylko najpierw się przebierz. Do zobaczenia na lekcji w poniedziałek.
-Poniedziałek? - zmarszczyłam czoło, podnosząc swój floret z podłogi. - Przecież lekcja jest w piątek.
-Nie będzie mnie w piątek. - powiedział spokojnie. - Jeszcze nie wiem z kim będziecie mieli zastępstwo. Jutro to ma być ustalone.
-Dobrze. - powiedziałam ostrożnie. - Do zobaczenia.
-Do zobaczenia. - odpowiedział.
Wyszłyśmy z sali, nawet się do siebie nie odzywając. Jak zwykle, kiedy byłyśmy poza „Bezpiecznym miejscem”, bo o czym miałybyśmy rozmawiać? Chyba tylko o misji. A to nie było odpowiednie otoczenia na tego typu rozmowy.
Westchnęłam ciężko, kiedy doprowadziła mnie do sportowego auta. Nie lubiłam nim jeździć. Byłam bardziej przyzwyczajona do Toyoty Chucka, którą ten jeździł jako serwisant. Nie wstydził się nim wyjechać na miasto. Pamiętam, jak kiedyś Sarah jechała nią w pościgu. Stałam niedaleko grupki chłopaków, którzy obserwowali jej szaloną jazdę na schodach metra. Jeden z nich rzucił komentarz „Komuś padł komputer”, co było mało adekwatne do sytuacji.
-Teraz do bazy? - zapytałam, kiedy byłyśmy już szczelnie zamknięte.
-Nie mamy innego wyjścia. - odpowiedziała.
Westchnęłam, opierając głowę o zagłówek. Ta bezsilność, którą teraz czułam była niczym w porównaniu z tym, co musiał teraz czuć Chuck. W końcu Carina odebrała jakiś telefon.
-Dobra, dzięki, że mi powiedziałeś. Już do Was jedziemy. - powiedziała tylko, zanim się rozłączyła.
-Co się stało? - zapytałam, podnosząc głowę.
-Sarah zdołała uciec. - odpowiedziała, skręcając w sąsiednią ulicę. - Jest już w bazie z Chuckiem. Analizują dowody, które udało jej się znaleźć.
Zanim zaparkowała samochód, minęła chyba wieczność. Ale to było takie... dość przyjemne oczekiwanie. Mieszane z uczuciem ulgi. Kiedy weszliśmy do środka (oczywiście, po przejściu wszelkich uprzednich środkach ostrożności), usłyszałyśmy dwa głosy. Jeden Sary, drugi jakiego faceta. To był dość dziwaczny dialog.
-Umiesz spełniać życzenia, ślicznotko?
-To zależy. - odezwała się Sarah. Głos miała jak zwykle, więc chyba nic jej nie było. - Chciałbyś może dostać pięścią w twarz.
-Ma gadane. - odparł z wyraźnym poczuciem wyższości. - Lubię takie.
Teraz, jak tam weszłam, zobaczyłam cały pokój przesłuchań. Chuck siedział w kącie, bawiąc się swoim telefonem, a Sarah znowu zgrywała „złego glinę”.
-Dlaczego to ona zawsze jest tym złym? - zapytałam, po chwili zastanowienia.
-Bo Chuck potrafi być tylko tym dobrym. - warknęła.
Czekałyśmy na niego może kilka minut. W końcu Chuck nas zauważył i wyszedł z pokoju przesłuchań. Miał przynajmniej dziwną minę. Zazwyczaj miał w oczach co innego, kiedy przychodziłam.
-Mam Ci coś do przekazania. - powiedział, zwracając się bezpośrednio do mnie. - Ciocia uważa, że jesteś już gotowa na samodzielne zadanie.
-Żartujesz sobie? - wytrzeszczyłam oczy, w trakcie, kiedy Carina usiadła przy stole konferencyjnym. - Nawet nie przeszłam pełnego szkolenia.
-Ciocia uważa, że kurs, który przeszłaś w sklepie, wystarczy. Nawet mnie nie pytaj o co chodzi, bo nie mam pojęcia. - powiedział, zanim zdołałam otworzyć usta. - Powiała, że nam wszystko wyjaśni, jak tylko tu przyjdzie.
-Mogę chociaż zalogować się na nasz czat? - zapytałam, nie chcąc już pytać o rzekomego mordercę, bo wiedziałam, że prędzej czy później mi o tym powiedzą.
Przez dłuższą chwilę tylko na mnie patrzył, a potem rzucił okiem na komputer stojący w rogu pokoju. Po chwili zorientowałam się, że to jest mój laptop. Ciekawe, po co on to tu przyniósł...
-Niech będzie. - westchnął. - Jeśli na tyle im ufasz.
Bez słowa przeszłam do stołu i otworzyłam własny komputer. Teraz, kiedy pracowałam dla rządu musiałam mieć hasło. Nie powiem, ze mi się to podoba, bo wcale tak nie jest. Mógł się do niego dostać tylko naprawdę dobry haker, albo ktoś, kto skrycie mnie znał. Na tym polega praca dla CIA.
Weszłam na czat, ale zauważyłam, że ktoś jest dostępny. Nie wiedziałam kto. Jakiś czas temu Carlos niechcący wyłączył tę funkcję i teraz nikt z nas nie mógł dojść, jak to naprawić.
LizzyMG pisze...
Jest kiepsko.”
Ledwie zdążyłam to wysłać, a już pojawiła się odpowiedź.
MadToPresident pisze...
Co tym razem? Ktoś włamał się do banku narodowego i musisz powstrzymać przestępców? To raczej odlotowe.”
DinDong pisze:
Madison, daj spokój. Lizzy, co się stało?”
LizzyMG pisze...
Podobno mam dostać własne zadanie jeszcze nie wiem o co chodzi.”
PoemsKendall pisze...
Miło, że nam o tym mówisz, ale wszystko tam w porządku?Ta kobieta, która zabrała Cię z treningu nie wyglądała na przyjemną.”
Moje dłonie zatrzymały się na klawiaturze, zanim odpisałam. Przez dobrą minutę patrzyłam na Chucka, który archiwizował transkrypcję przesłuchania. Nie ma to jak oprogramowanie, które zmienia mowę w słowo pisane. Spisanie tego wszystkiego wychodzi o wiele szybciej.
LizzyMG pisze...
Tak, wszystko gra. To tylko Carina, ale już wszystko jest w porządku. Nie musicie się martwić”
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wiem, ze słabo. Przepraszam, ale nie mam czasu na pisanie i zostają takie bździny. Udało mi się teraz wymyślić coś całkiem sensownego i powoli to realizuję. Na razie czekam na twarz dla nowej postaci, którą już wymyśliłam. Kiedy dostanę nazwisko aktora w SMSie (bo ktoś koniecznie chciał to za mnie zrobić), natychmiast biorę się za pisanie na następnego odcinka. I jeszcze jedno. Sezony się zacierają, bo nie mam pomysłu na zapełnienie dziury. Na razie kończę. Mam nadzieję, ze notka Wam się podobała. Trzymajcie się.  

czwartek, 8 stycznia 2015

Odcinek 46 – Lizzy kontra Tajemnicze Zniknięcie

Wbiegłam do pokoju i z trzaskiem otworzyłam szufladę biurka i pośpiesznie wrzuciłam do niej dwa Snickersy, które kupiłam po drodze. Zaraz potem wzięłam do ręki komórkę i odblokowałam ekran. Cmoknęłam z dezaprobatą, próbując jakoś wyjść z aplikacji, dzięki której mogłam czytać E-Booki w PDFie. Wiedziałam, że właśnie czytana strona „Opowieści o dwóch miastach” się „zgubi”, ale nie dbałam teraz o to. To było zupełnie nieważne.
Pośpiesznie wykręciłam numer do Sary i usiadłam na łóżku. Wywróciłam oczami, kiedy bez ani jednego sygnału włączyła się poczta głosowa.
-Cześć, to ja. - powiedziałam niepewnie, jednocześnie pełna zażenowania. - Słyszałam co się stało. Czy mogłabyś się do mnie odezwać? Trochę się martwię.
Odkąd John powiedział, że Sarah wpadła na trop mordercy tego przemytnika, ale nie zdążyła powiedzieć, kto to jest, zaczęłam się niepokoić. To zabrzmiało, jakby została porwana, albo i gorzej. Sarah to Sarah, ma różne odparły, ale nigdy nie rozłącza się bez słowa.
-Carina! - wrzasnęłam. - Carina!
Wyszłam na korytarz, wciąż trzymając w dłoniach Komórkę. Carina pojawiła się kilka minut później. Rozczochrana i w wymiętolonej koszuli nocnej.
-Co się dzieje? - wymamrotała, przeczesując dłonią włosy.
-Spałaś? - zmarszczyłam brwi. - Jest czwarta po południu. Kto normalny śpi do tak późna? Dobra, nie ważne. Nie wiesz co z Sarą? Nie odzywa się od rana.
-A co miałoby się stać? - wzruszyłam ramionami. - Sarah jest dorosła, umie o siebie zadbać.
-Możliwe, ale mamy powody do niepokoju. - powiedziałam i puściłam jej nagranie, które John przysłał mi MMSem.
-Już wiem, kto jest mordercą. - usłyszałyśmy zdenerwowany głos Sary. - Wyślę Chuckowi profil sprawcy, tylko...
Później był tylko szum i jakiś głuchy krzyk. Po kilku uderzeniach połączenie zostało przerwane, jakby ktoś celowo rozwalił telefon.
-Masz rację, jest źle. - powiedziała, nagle się ożywiając. - Co robią Casey i Carmihael?
-Próbują namierzyć nadajniki GPS. - odpowiedziałam. - Sarah miała przynajmniej trzy niewykrywalne.
-A pod skórą? - zapytała pośpiesznie wkładając jeansy i bluzę.
-W płaszczu. - skrzyżowałam ramiona, czekając, aż się ubierze. - Nie zgodziła się na wstrzelenie nadajnika. A ten w ubraniu...
-Mógł zostać uszkodzony. - dokończyła, prędzej oznajmiając, niż pytając. - Co mamy robić?
-Jechać do bazy i czekać na dalsze rozkazy. Ciocia nie podała żadnych wskazówek. Kazała czekać, aż Chuck cokolwiek namierzy.
-Macie tu jakąś broń? - zapytała, na co się skrzywiłam. Podobnie jak Chuckowi nie podobało mi się trzymanie w domu śmiercionośnej broni.
-Sarah trzyma jakąś pod kanapą i...
Nie dokończyłam, bo zapikał mój telefon. Wyciągnęłam go z kieszeni, nie pamiętając, żebym go wcześniej tam chowała. Spojrzałam na wyświetlacz.
-SMS? - zapytała Carina już kompletnie ubrana.
-Nie, przypomnienie. - pokręciłam głową, gasząc wyświetlacz.
-O czym?
-Muszę iść na trening szermierki. - odpowiedziałam, zatrzaskując komórkę w torebce.
-To idź. - odparła, jakby nie widziała w tym żadnego problemu.
-Ale Sarah...
-Tym zajmą się wyszkoleni agenci, w tym ja. - przerwała mi, a ja już otworzyłam usta, żeby zaprzeczyć, ale ona uciszyła mnie dłonią. - Poinformuję Cię, gdyby coś się zmieniło. Po treningu przyjdź do bazy.
Wypuściłam powietrze z cichym jękiem, dając tym upust swojej irytacji. Poprowadziłam ją do kanapy, gdzie Sarah trzymała noże i pistolety.
-Jesteś pewna, że...
-Idź! - oznajmiła stanowczo, tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Musisz przynajmniej uważać, że wszystko jest normalnie. Nie opuściłaś żadnego treningu. Cywile zaczną coś podejrzewać, jeśli chociaż się spóźnisz. A szczególnie w tej sytuacji nie możesz sobie na to pozwolić.
-Co co jak...
-Wtedy osobiście wyciągnę Cię z sali. - powiedziała, jakby z góry wiedziała o co chcę zapytać. - Bierz sprzęt i zmykaj.
Spojrzałam na nią spode łba i wyciągnęłam swój treningowy ekwipunek, który trzymałam za telewizorem, w taki sposób, żeby nikt go nie widział.
-Aż boję się zapytać, gdzie trzymasz prawdziwe ostrza. - skomentowała, wkładając sobie za pasek jeden z pistoletów.
-W kuchni, pod kuchenką. - odpowiedziałam spokojnie.
Nie poczekałam na jej odpowiedź, tylko wyszłam, chociaż teraz wolałabym iść do bazy. Martwiłam się o Sarę, nie tylko dlatego, że to moja przyszła szwagierka. Spędziłyśmy ze sobą już tyle czasu, że w końcu stała mi się bliska. Wybiegając z mieszkania, natknęłam się na Din, która wsiadała do samochodu swojego taty.
-Idziesz na trening? - zapytała, wskazując na mój pokrowiec z floretem.
-Tak, właśnie idę na przystanek. - odpowiedziałam. - Za kwadrans odjedzie mój autobus.
-Wcale nie musisz iść na autobus. - usłyszałam gruby głos pana Lensona. Podskoczyłam lekko.
-Dzień Dobry panu. - powiedziałam uprzejmie. - Dziękuję, ale nie chcę robić problemu.
-Nie zrobisz. - pokręcił głową i uśmiechnął się szeroko. - Mamy po drodze, więc to żaden kłopot.
W końcu dałam się przekonać i wsiadłam do samochodu zajmując miejsce z tyłu obok Din. Teraz odgradzał nas tylko mój floret w pokrowcu. Pierwsze na co zwróciłam uwagę, to zapach. W samochodzie ostro pachniało lawendą i kokosem, od czego lekko zakręciło mi się w głowie. Połączenie tych dwóch zapachów trochę drażniło mój nos. Jednak nic nie powiedziałam. Przyjemniej przez grzeczność.
Kiedy jechaliśmy, okazało się, że tata Din słuch Kashy i Britney Spears. I wszystko byłoby okey, gdyby w tym samym czasie głośno nie śpiewał. Din wcale to nie przeszkadzało. Po prostu włożyła słuchawki kanałowe i SMSowała z Jamesem. Z drugiej strony, miło wiedzieć, że w końcu oddali mu komórkę.
Kiedy wysiadłam z samochodu, pożegnałam się z z Din i jej tatą i z ulgą odetchnęłam świeżym, czystym powietrzem.
-Jak zwykle punktualnie. - usłyszałam ze plecami głos Kendalla i zobaczyłam, jak idzie z Loganem ramię w ramię.
-Inaczej być nie mogło. - odpowiedziałam z uśmiechem. Na jego widok podejrzanie szybko poprawił mi się humor. - A co Ty tu robisz? - zwróciłam się do Logana. - Przecież jesteś zawieszony.
-Tak, ale wolno mi obserwować. - uściślił. - Nie mogę aktywnie uczestniczyć w zajęciach, ale wciąż mogę być na nich obecny. Gadałem z innym prawnikiem, niż mój tata, czy mama. Wszystko mi powiedział. Złamię zakaz tylko, jeśli dotknę floretu. A tego robić nie zamierzam.

Dałam za wygraną i westchnęłam. Wtuliłam się w ramię Kendalla. Rozstaliśmy się dopiero przy szatni. Tam mogłam włożyć swój kostium.  

wtorek, 6 stycznia 2015

Odcinek 45 – Lizzy kontra Zabójczy Sylwester

Chuck dał mi znak ręką. Wiedziałam, co to znaczy. Miałam stąd wyprowadzić tego Kevina. Wywróciłam oczami i przeszłam na drugą stronę tego kretyna.
-Może stąd wyjdziemy? - zaproponowałam, opierając brodę o jego ramię. Kendall chyba by mnie na to zabił. - Zaczyna mnie boleć głowa.
-Serio, Lizzy? - usłyszałam w słuchawce głos Johna. - Wymyśl coś lepszego.
Zacisnęłam zęby, starając się, żeby Kevin tego nie zauważył. Przecież wiedziałam co robię, a jego nagonki w niczym mi nie pomagały.
-Przecież północ już za godzinę. - powiedział takim tonem, jakbym była jego dziewczyną. - Nie mamy wiele czasu, żeby się przewietrzyć.
-Ale tak pięknie Cię proszę... - jęknęłam, nie wychodząc z roli. - Tu jest zbyt głośno.
-Niech będzie. - westchnął i wziął mnie za rękę, żeby wyjść na zewnątrz.
Wyszliśmy na dwór. Nikogo nie było, a powietrze było bardzo rześkie. Potrzebowałam ledwie chwili, żeby przyzwyczaić się do panującej ciszy. Imprezowa muzyka była nieco stłumiona.
-Ogłusz go. - podpowiedział John. - Masz czysty strzał.
-Lepiej? - zapytał z uśmiechem gwałciciela i lekko przysunął mnie do siebie. - To tego chciałaś, prawda? To chcesz zrobić?
-Właściwie to nie. - odpowiedziałam już swoim głosem, na co ten uśmieszek spełzł mu z twarzy. Nie tym przesłodzonym. Tylko swoim. - Chciałam zrobić to.
I uderzyłam go nadgarstkiem w nos. Właściwie to bransoletką z kwiatkami. To lekko wzmocniło cios. Potem spryskałam mu twarz usypiaczem w buteleczce po kieszonkowej wersji perfum.
Rozejrzałam się po parkingu. Jak na zawołanie John wyszedł z furgonetki. Popatrzyłam na niego, zakładając dłonie na ramiona.
-Świetna robota. - powiedział, zakładając sobie Kevina na plecy. - Zabieram go na drugą stronę. Powiemy, że chłopak przesadził z piciem.
-A to coś? - wskazałam na buteleczkę, z której niedawno mi psiknęłam w twarz.
-O to się nie martw. Szybko się rozkłada. - oznajmił John, przenosząc Kevina na druga stronę budynku. - Powiesz, że Cię zostawił, bo nie chciałaś pić. On i tak nie będzie nic pamiętał.
-To kasuje jeszcze pamięć? - zapytałam retorycznie i spojrzałam na buteleczkę „perfum”, po chwili dodała, trochę do siebie. - Dobrze wiedzieć. Co teraz robimy?
-Ty wracasz na imprezę. - powiedział wprost John. - A ja do furgonetki. Powiesz, że Cię zostawił samą i nie miałaś innego wyjścia, jak wrócić na salę. Cała sprawa.
W odpowiedzi wzruszyłam ramionami i poszłam do środka. Kiedy szłam przez hol, zadzwonił telefon. Mój telefon. Wyjęłam go z torebki i spojrzałam na wyświetlacz. To był Kendall. Uśmiechnęłam się pod nosem i odebrałam.
-Witaj. - powiedziałam cicho, idąc przez przedpokój. - Zbliża się północ.
-Wiem, ale znudziło mi się już czytanie „Zmierzchu”. - usłyszałam jego wesoły głos. - Chyba nie jestem fanem wampirów.
-I co? - zapytałam spokojnie. - Bardzo to ckliwe?
-Niestety... - jęknął. - Ale zbliża się północ. Gdybym tylko miał jakąś inną książkę...
-Kupię Ci na urodziny. - powiedziałam. - Szczęśliwego nowego roku.
-Szczęśliwego nowego roku. - powiedział nadzwyczaj spojenie.
~***~
Rano wstałam nadzwyczaj wcześnie. Wcześnie jak na kogoś, kto nie śpi do drugiej w nocy. I tak poszłam z tej imprezy znacznie wcześniej, niż się skończyła. Swoje zrobiłam, więc mogłam się urwać trochę wcześniej.
-Jak misja? - zapytałam automatycznie, wchodząc do kuchni, gdzie Sarah i Chuck już siedzieli.
-Jeszcze nie skończona. - powiedział Chuck, zaglądając do lodówki.
-Zamordowano Markovica. - oznajmiła Sarah, rozkładając łokcie na stole.
-Tego ukraińskiego przemytnika?
-Jał, odrobiłaś lekcje. - odparł Chuck, podając mi szklankę soku pomarańczowego. - Ciocia przygotowuje dla nas dowody, ale śledztwo przeprowadzi nasza drużyna. Możemy wziąć Grete do pomocy. Wiesz, jej doświadczenie. Kiedyś pracowała w policji. Ma doświadczenie i tak dalej... Jakie plany na pierwszy dzień roku?
-Umówiłam się przyjaciółmi na pogaduchy. - odpowiedziałam, sypiąc sobie płatki do miski. - Ale dopiero o drugiej po południu. Din musi przespać pełne dwanaście godzin, a Logan pewnie znowu wymyślił coś głupiego i musi udobruchać rodziców.
-Mam dla Ciebie nowinkę. - powiedziała Sarah. - Wiesz, że Chris i James też byli na tej imprezie?
Otworzyłam usta ze zdziwienia.
-Jak to jest, że ich nie widziałam?
-Zatrudnili się tam. - odpowiedział jak gdyby nigdy nic. - Jako kelnerzy. I całkiem skutecznie się ukrywali przed Tobą i Loganem. Ale przede mną nie zdołali. Nakryłam ich przy wejściu do kuchni. Ale mieli miny... Żałuj że nie widziałaś. Pękłabyś ze śmiechu.
Pokręciłam głową i zjadłam śniadanie. Potem powoli zaczęłam się ubierać na obiad z przyjaciółmi. Oczywiście, nie będziemy tylko jeść.
Po pierwszej wybiegłam z domu i zapukałam do drzwi budynku w którym mieszkała Din. Otworzyła mi jej mama.
-Dzień dobry, Pani Lenson. - powiedziałam na jej widok. - Din już jest gotowa? Bo na drugą jesteśmy umówione z przyjaciółmi.
-Dzień Dobry, Lizzy. - odpowiedziała mi spokojnie z życzliwym uśmiechem. - Din nic mi nie mówiła, że jest gdzieś umówiona. Teraz pewnie siedzi przed komputerem... Mogę ją poprosisz, jeśli tego chcesz.
-Poproszę. - powiedziałam, czekając, aż w drzwiach pojawi się Din.
W końcu przyszła w niebiesko-czerwonej piżamie, czym nadzwyczaj przypominała żeńską odmianę Kaczora Donalda.
-Co się dzieje? - zapytała lekko sennym głosem.
-Przecież byłyśmy umówione z Chłopakami i Madison. - powiedziałam, jakby to było coś oczywistego.
-Zupełnie zapomniałam... - westchnęła i chyba trochę się rozbudziła. - Możesz mi dać trochę czasu?
-Jasne, ile potrzebujesz? - wzruszyłam ramionami.
-Piętnaście minut. - powiedziała bez zastanowienia. - Piętnaście minut powinno wystarczyć.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Słabo i krótko. O tak, wiem... Ale za to... W przyszły wtorek po raz pierwszy pojawi się nowa postać. Tą postacią jest chłopak... I jest nową misją Lizzy. A więc mam nadzieję, że ten odcinek Wam się podobał. Trzymajcie się.

PS. Wiem, że pisałam to już kilka razy, ale napiszę jeszcze raz. Nie wejdę na bloga, który jest w pierwszym komentarzu od użytkownika. Miesiąc. Miesiąc i tyle. Inaczej ignoruję. Jeśli nagle straci się zainteresowanie tym opowiadaniem, nie obiecuję, że ja też własnego zainteresowania Twoim blogiem nie stracę. No i taka prawda. Jestem jedną z tych licznych osób, które nie lubią, jak się je olewa. No... To teraz do czwartku. 

czwartek, 1 stycznia 2015

Odcinek 44 – Lizzy kontra Sylwestrowa Misja

Przygotowywaliśmy się do akcji kilka godzin. Już po wyjeździe Arthura i ciotki Kate zaczęła wyjmować z szafy wszystkie fatałaszki i pakować je do furgonetki z logo jogurtowni.
-Dobrze się czujesz? - zapytał Chuck, który razem z nami pakował wszystkie torby do samochodu. - Wyraźnie zbladłaś.
-Nic mi nie jest. - odpowiedziałam. - Po prostu nie mam ochoty na misję, a co dopiero na przebieranki. Wiem, ze jestem przed szkoleniem, ale... Nie potrafię.
-Wstępne szkolenie przejdziesz w ferie. - powiedział, zamykając za nami drzwi. - A potem zaczniesz prowadzić z nami śledztwa, o ile się jakieś trafią i będziesz chodziła na prawdziwe i regularne misje.
-Mam rozumieć, że nie mogę powiedzieć „nie”? - zapytałam retorycznie, na co on tylko się zaśmiał.
No jasne, cały Chuck. Wiem, że nie mogę odmówić rządowi. Nie wiem, po co o to pytałam, ale sama myśl o tym wszystkim sprawiała, że cochało mi się wymiotować.
-Nie będzie tak źle. - powiedział, chowając do walizki dwie damskie torebki. - Zrobimy swoje, a jutro będziesz miała wolne.
-Macie tam kogoś aresztować, czy co? - zapytałam, przypominając sobie o kosmetyczce z tymi jaskrawymi kosmetykami. - Masz to moje malowidła?
-Mam. - zapewnił mnie, szyfrując zamek na walizce.
Wstałam od stołu i podeszłam do swojego pokoju. Nie będę brała pamiętnika, chociaż bardzo bym chciała. A wiem, że to nie jest bezpieczne. Tam są wszystkie rządowe tajemnice do których mam dostęp. Przynajmniej wszystko, czym się przejęłam.
Jedyne, co zrobiłam w pokoju, to wysłałam do przyjaciół na czacie jedną wiadomość. Miałam tylko nadzieję, że zrozumieją o co mi chodzi. To zamknięty czat, tylko dla nas. Taka konferencja.
LizzyMG pisze:
Jedziemy do Ciotki Diane, nie będę pod telefonem.”
I wysłałam komunikat. Zaraz potem zapaliła się zielona lampeczka. Ktoś mi odpisywał.
LoganTheWinner pisze:
Znam ten ból, mnie też wyciągnęli na snobistyczną imprezę. Mam nadzieję, że nie zanudzę się tam na śmierć. W razie czego, zapraszam na mój pogrzeb. Połóżcie mi na grobie rękawice.”
Pokręciłam głową i położyłam dłonie na klawiaturze, żeby odpisać.
LizzyMG pisze:
Ty na serio nie masz ochoty na tą imprezę, prawda?”
LoganTheWinner pisze:
Nawet mi nie mów.”
LizzyMG pisze:
Muszę iść, cześć”
Kiedy tylko to wysłałam, nie czekałam na odpowiedź i wyłączyłam komputer. Zebrałam z biurka kilka drobiazgów, po drodze łapiąc małą butelkę soku z marchewką.
-Lizzy jest jak król Julian. - skomentował Chuck, kiedy wsiadałam do furgonetki.
-Ciągle kręci tyłkiem? - zgadywała Sarah.
-Nie, pragnie słodkiego soczku. - odpowiedział, zamykając za nami drzwi.
Kiedy dojechaliśmy do bazy, musieliśmy omówić plan i włożyć nasze misyjne ubranka. Nie nawiedziłam tego tego już... Tak, wiem, to tylko jednorazowa sytuacja, ale biorąc pod uwagę ilość kosmetyków, które nawybierała Sarah, spodziewałam się, że to nie będzie tylko jeden raz.
-Chuck, twoim zadaniem jest obserwować żonę naszego celu. Sarah weźmie na siebie cel, a Lizzy jego syna. - powiedziała ciocia, pokazując na monitorze zdjęcia osób, które mamy obserwować.
-Na przyjemnego nie wygląda. - powiedziałam, krzyżując ramiona na piersi.
-Twoim zadaniem jest trzymać się jak najbliżej niego. - oznajmiła twardym tonem. - Kiedy Sarah da Ci znak, odciągniesz go od rodziców. Resztą zajmie się Chuck.
-Tylko nie rozumiem, po co mam mieć na sobie to coś.
-Powiedzmy, ze on lubi słodkie idiotki. - odparła, trochę od niechcenia.
Przynajmniej już rozumiałam, po co ten różowy sukieneczek. I tak mi się nie podobała, chociaż perfumy z linii Hello Kitty były całkiem w porządku. To, że są dla dzieci, a to, że ładnie pachną, to zupełnie co innego.
Kiedy dotarliśmy do tej sali, niemal natychmiast otworzyłam usta ze zdziwienia. Przed barem bla młodzieży stał nie kto inny, niż Logan.
-O nie... - jęknęłam i szturchnęłam Chucka w ramię. - Co on tu robi?
-Najlepiej będzie, jak go o to zapytasz. - powiedział, a ja zastanowiłam się na sekundę.
-Dobra. - powiedziałam w końcu, robiąc krok do przodu, ale Chuck złapał mnie za ramię i przyciągnął z powrotem do siebie.
-Ale nie teraz. - powiedział. - Najpierw cel. Musisz znaleźć cel.
Westchnęłam i pokręciłam głową. Miałam już zapamiętane zdjęcie tego chłopaka. Zaczęłam się przechadzać po sali balowej. Było jeszcze wcześnie i wszystko było jeszcze w idealnym porządku. Skoro to jest ta „snobistyczna impreza”, o której pisał Logan, to wygląda na to, że ja się wcale nie będę nudzić. On może tak, ale ja nie. Powód jest jeden. Ja jestem w pracy.
-Nie rzucaj się w oczy. - usłyszałam w słuchawce głos Johna. - Weź szklankę soku. Jak wszyscy.
-Jakoś nie mam ochoty na nic. - powiedziałam maksymalnie ściszonym głosem.
-Lizzy, przestań... - jęknął. - Po prostu napij się tego soku. To nic wielkiego.
Przewróciłam oczami i sięgnąłem po szklankę soku pomarańczowego. Dzisiaj już wysłuchiwałam żartów na temat picia soku. Miałam nadzieję, że tutaj Chuck nie będzie miał na to nastroju.
Odwróciłam się w stronę drzwi i spojrzałam na ludzi wchodzących do środka. Z głębokim niezadowoleniem stwierdziłam, że wchodzi tu nasz cel. Ta mafijna rodzina, znaczy się...
-Lizzy, co Ty tu robisz? - usłyszałam za sobą głos Logana, który niespodziewanie pojawił się za moimi plecami. - I co ty masz na sobie? Przecież miałaś być... Auć... - zakończył, kiedy udało mu się zinterpretować wiadomość na czacie.
-Właśnie. - odpowiedziałam. - Auć. A co Ty tu robisz?
-Jestem z rodzicami. - powiedział wysoce naburmuszonym tonem. - Wiesz, są prawnikami tego pacana, który wyprawia tą imprezę. Miałem spędzić tą noc u Chrisa, ale kiedy wezwali ich do szkoły po sama wiesz czym, zmienili zdanie.
-Chcieli mieć cię na oku? - zgadłam.
-Nie. - pokręcił głową, dolewając sobie jeszcze koli z barku dla młodzieży. - Po prostu wiedzą, ze obecność na takiej imprezie to dla mnie tortura. To jak? Zrywamy się?
-Nie kuś mnie. - odpowiedziałam z bladym uśmiechem. - Nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciała. A teraz, wybacz, muszę kogoś służbowo poderwać.
I odwróciłam się, szukając wzrokiem tego chłopaka, ale niemal natychmiast poczułam na ramieniu dłoń Logana.
-Wiesz co? Wyglądasz w tym całkiem nieźle. - powiedział, a ja jedynie mogłam się uśmiechnąć.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jak pierwszy dzień nowego roku? Chciało Wam się to czytać? Bo ja, szczerze mówiąc od trzech dni nie napisałam ani słowa. Głównie czytam książkę. Wczoraj jedną skończyłam, nie chciało mi się wstać po drugą i napisałam do Marli, o ja mądra... Na razie poznaliście Loginy Lizzy i Logana. Planuję jeden odcinek, który będzie tylko rozmową na tym czacie, więc poznacie resztę. Mam nadzieję, że ten odcinek Wam się podobał. Szczęśliwego nowego roku! Trzymajcie się!