czwartek, 26 lutego 2015

Odcinek 60 – Lizzy kontra Chwila Szczerości

-Nie mamy pewności, najpierw wyślemy Cię na szkolenie i wstępnie zbadamy sprawę. Poza szkołą możemy ją obserwować. Do tego czasu musicie udawać, że o nic ją nie podejrzewacie.
Julie pokiwał głową i wbił wzrok w stół. Spojrzałam na zegarek i zorientowałam się, że zaraz muszę zejść do piwnicy. Przeglądam dane. Czasami przychodzą Julie i Kendall.
Z nerwów zacząłem trząść nogą. Splotłam dłonie pod stołem i odchyliłam się niedbale na krześle.
-Lizzy... - zaczął John, a ja na niego spojrzałam. - Możesz odmaszerować.
Zasalutowałam i zeszłam na dół. Przez dłuższy czas siedziałam przy stole, który Sarah wstawiła tu dla wygody. W końcu wzięłam kolejne pudło i wyjęłam dwie teczki, które były na wierzchu.
Miałam rację. Tym razem Kendall też przyszedł. Zaraz za nim wszedł Julie. Obaj usiedli na krzesłach. Wcześniej Kendall przelotnie pocałował mnie w policzek.
-Ominęło mnie coś ważnego? - zapytałam, a Julie tylko pokręcił głową.
-Zaczęli rozplanowywać obserwację Mii. - wyjaśnił. - Szkoda, ze zabronili mówić Carlosowi. I reszcie też. Powinni o tym wiedzieć.
-Nie... - Kendall pokręcił głową. - Pomyśl strategicznie. Najpierw chcą się upewnić. Carlos to straszny plotkarz. Powtarza wszystko, co usłyszy. No, prawie wszystko. - dodał, spoglądając na mnie kątem oka. - Widzieliście, jaki jest w nią wpatrzony? Nie ma szansy. Od razu by to wychlapał.
-No wiem. - westchnęłam, a Kendall sięgnął po kolejną teczkę i zaczął leniwie przekładać kartki.
W końcu Kendall wyjął z teczki jakieś zdjęcie i zaczął się mu przyglądać.
-Kto to jest? - zapytał po kilku sekundach.
Wzruszyłam ramionami, wyjmując mu fotkę z ręki. Przyjrzałam się temu kolesiowi. Jego twarz wydawała mi się dziwnie znajoma. Odruchowo spojrzałam na Julie'ego, który zrobił zaskoczony wyraz twarzy. Spoglądałam tak raz na niego, raz na zdjęcie. Dopiero po kilku sekundach zorientowałam się na co patrzę.
-To Julie. - powiedziałam po chwili milczenia. - Stary, ale Ty ładny byłeś!
Jakimś dziwacznym trafem Kendall oparł brodę na moim ramieniu. Zdjęcie przedstawiało Julie'ego. Byłam tego pewna. Jedyna różnica to brak kolczyków i trochę jakby... wiek. Był wyraźnie młodszy.
-No tak, bez kolczyków nie poznałem. - oznajmił, na co Julie zerwał się z miejsca i wyrwał mi fotkę z rąk.
Po chwili jego twarz złagodniała. Patrzył na zdjęcie, po czym rzucił je na stół.
-Co jest? - zapytałam, patrząc na niego uważnie.
-Mama zrobiła mi to zdjęcie zanim... - przerwał, siadając ma tym samym krześle, na którym przed chwilą siedział. - Zanim poszedłem do kosmetyczki, żeby przekuła mi ucho. Skąd to się tutaj wzięło? Lizzy, skąd to masz?
Nie chciałam patrzeć mu prosto w oczy. Patrzył na mnie... dziwnie. Z mieszaniną zaskoczenia i zranienia. Odwróciłam wzrok, żeby na niego nie patrzeć. Jeszcze raz spojrzałam na teczkę, w której była schowana fotografia. Była opisana ręcznie, ale innym pismem niż reszta. Z zaskoczeniem rozpoznałam charakterystyczną literę „P”, jaką robiła mama.
-Kiedy to było? - zapytałam, zamiast odpowiedzieć. - Dwa, trzy lata temu?
-Trzy lata.
-Wtedy mama była z wizytą. - powiedziałam cicho. - Julie, chyba muszę Ci coś powiedzieć.
O tak, to właśnie teraz. Nie ma już odwrotu. Muszę mu to powiedzieć. Już się z tego nie wycofam.
-Kendall, możesz nas zostawić na chwilę samych? - poprosiłam. - Tylko na chwilę.
Poczekałam, aż wyjdzie i usiadłam naprzeciwko Julie'ego. Wzięłam głęboki oddech, zastanawiając się, jak mam to zacząć.
-Powiedziałeś kiedyś, że chciałbyś poznać swojego ojca, pamiętasz? - zapytałam, przełykając ślinę.
-Lizzy, nie rozumiem do czego zmierzasz... - pokręcił głową.
-Chodzi o to, że... - westchnęłam, czując, że zaczyna mi brakować powietrza. - Ja wiem, kto to jest.
W jednej chwili na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech i wstał z miejsca z euforycznym śmiechem. Wyglądał, jakby chciał mnie teraz przytulić.
-Ale, jak to? Nie mogłaś mi tego po prostu powiedzieć? To wspaniała wiadomość.
-Julie, usiądź, to jeszcze nie wszystko. - poprosiłam. - Po prostu usiądź.
Kiedy posadził tyłek z powrotem na krześle, wiedziałam, że teraz tym bardziej nie ma odwrotu.
-To mój tata. - powiedziałam, starając się na beznamiętny ton.
W jednej sekundzie jego wyraz twarzy diametralnie się zmienił. Wyglądał teraz na zszokowanego. Jeszcze bardziej, niż wcześniej.
-Co Ty mówisz? - jęknął, jakby bardzo rozbolała go głowa.
-To prawda. - powiedziałam, czując jak spada ze mnie jakiś wielki ciężar. - Jesteśmy przyrodnim rodzeństwem. Zawsze tak było, tylko nic o tym nie wiedzieliśmy.
-Jak się dowiedziałaś? - zapytał po długiej chwili ciszy.
-Usłyszałam, jak mama rozmawia z Ciocią Diane. - wyjaśniłam.
~***~
Siedziałam na tarasie w domu Chrisa. Zebrali się wszyscy, ale nie wiedzieli. Julie potrzebuje trochę czasu, żeby się z tym jakoś oswoić. „Przystojny młody człowiek, który próbuje panią uratować przed strasznym losem, nigdy się nie myli. Nawet kiedy mówi, że niebo jest fioletowe i zrobione z jeży.” Rano czytałam tą książkę. A Julie przeczytał mi to zdanie na głos. Cały czas próbowałam sobie przypomnieć jego aktorski ton, próbując zapomnieć o tym dziwnym i zaskoczonym.
-Proszę. - usłyszałam za plecami głos Carlosa, który podał mi szklankę soku. - Nie miej takiej miny. Przecież nie jedziesz na tortury.
-Tylko na rządowe szkolenie. - odpowiedziałam i po chwili dodałem półszeptem: - To właściwie to samo. Nie dali mi nawet programu szkoleniowego. Skąd mam wiedzieć, czego się spodziewać?
Carlos zamyślił się na chwilę po czym wzruszył ramionami.
-Spójrz na to inaczej. Jedni mają gorzej. Na przykład Logan. On jedzie do prababci. Całe dnie wysłuchiwania przedwojennych historyjek. Koszmar. A Kendall wcale nie rusza się z domu.
-Farciarz. - mruknęłam pod nosem.
~***~
Byłam już spakowana. Wystawiłam torby obok schodów i weszłam na górę, zabrać kurtkę i torebkę.
-Lizzy, możemy pogadać? - usłyszałam głos Julie'ego. - Zanim wyjedziesz na te dwa tygodnie. To dość ważne.
-Jasne. - mruknęłam i wpuściłam go do swojego pokoju. - Co się stało?
-Chciałem Cię przeprosić za wczoraj. - powiedział, siadając na skraju mojego łóżka. - Za to, że tak na Ciebie nakrzyczałem i w ogóle... Byłem zaskoczony.
-Wiem, miałeś do tego prawo. - powiedziałam, opierając się o biurko. - Nie musisz mnie przepraszać. Wszystko gra. Jeśli chcesz, możemy udawać, że o niczym nie wiemy. Jak Ci wygodnie.
-Tyle, ze ja nie chcę. - wyznał. - Prawda jest taka, że zawsze marzyłem, żeby mieć młodszą siostrą. Taką, którą mógłbym się opiekować. Stawać w jej obronie, kiedy trzeba, dawać dobre rady, albo po prostu być przy niej dla wsparcia. To trochę mija się z moimi marzeniami, ale z tego też się cieszę. Mam dwójkę przyrodniego...
-Trójkę. - powiedziałam odruchowo. - Jeszcze Ellie.
-To ta lekarka ze zdjęcia w salonie? - zmarszczył brwi, a ja pokiwałam głową. - Na prawdę się z tego cieszę, uwierz mi. Fajnie mieć siostrę. Nawet prawie w swoim wieku.
Uśmiechnęłam się pod nosem i spojrzałam w jego oczy. Na prawdę był strasznie podobny do swojej mamy. Nie znałam jej, ale widziałam masę zdjęć.
-Czyli... - zaczęłam niepewnie. - Nie gniewasz się?

-A niby o co miałbym się gniewać? Mam siostrę i to wspaniałą siostrę.
Koniec sezonu pierwszego!
A to oznacza przerwę w nadawaniu odcinków... Tydzień, może dwa... Zobaczymy, jak wyjdzie. Odcinków nie będzie, ale to nie znaczy, że nie będzie postów. Będę Was raczyć czymś w rodzaju lifestyle, dodatki, recenzje... Dajcie mi trochę czasu na napisanie kilku odcinków na zapas, dobra? Mam nadzieję, że ten odcinek Wam się podobał. Trzymajcie się! 

wtorek, 24 lutego 2015

Odcinek 59 – Lizzy kontra ważny trop

-Żartujesz sobie? - zapytałam, kiedy Julie próbował odtworzyć kolejną stronę zniszczonych akt. - Błagam, powiedz, że robisz sobie ze mnie okrutne jaja.
-Nie, Lizzy, nie robię sobie z Ciebie jaj. - John pokręcił głową, wciąż przesuwając kolejne trony cyfrowych akt. - Carlos zadał się z młodocianą terrorystką. Poza tym... - zaczął z przekąsem. - Kiedy tu wchodziłaś uruchomił się alarm, trochę, jakbyś coś tu wniosła.
-I to dlatego Chuck zaraz przy wejściu zabrał mi torebkę?
Kiedy John pokiwał głową, opadłam na krzesło ze zrezygnowaniem. Jeszcze tylko brakowało, żeby mój kumpel zadał się z terrorystką.
-Szukamy powiązań? - zapytałam, opierając brodę na dłoniach. - Bo wiesz, jeśli...
urwałam, bo niespodziewanie na monitorze coś się pojawiło.
-Czyje nazwisko wpisałeś? - zapytałam, wpatrując się w monitor.
-Mamy Juliana. - odpowiedział, przekładając stronę. - Wygląda na to, ze wydała rozkaz wykonania wyroku na jej matce.
-A to znaczy, że teraz może jej chodzić... - zaczął Julie, ale John natychmiast go uciszył.
-O Ciebie. - dokończyłam, czytając o wyroku. - Dlaczego nie mam tego w apce?
-W apce są tylko pewne informacje. - powiedział, siadając w fotelu przed stołem. - Musieliśmy się jakoś zmieścić w trzech megabajtach. Większość nieistotnych danych wykreśliliśmy. Baza danych nie gra z dodatkowymi funkcjami szpiegowskiej komórki. Dlatego aplikacja wysyła, co sprawdzasz, a my szukamy dalej.
~*James*~
Lubię takie popołudnia. - powiedziała Din, kiedy szliśmy dołem ulicy. - Wiesz, ładna pogoda, jutro sobota... Nie trzeba odrabiać lekcji...
Zaśmiałem się, przepuszczając ją w drzwiach. Była urocza. Zastanawiałem się, jak to jest możliwe, żeby tak gwałtownie zmieniać nastrój. To trochę, jakby nowa dziewczyna Carlosa była alergenem, co jest bez sensu, bo człowiek nie może być alergenem.
-Skąd znasz Mię? - zapytałem, zamykając za nami drzwi kamienicy, w której ostatnio się spotykaliśmy.
-Kiedyś chodziłyśmy do jednej szkoły. - odpowiedziała, nagle pochmurniejąc. Mówiłem, alergen. - Myślałam, że to zamknięty temat. Jednak nie.
-Nie lubiłyście się, co?
-Tej wrednej małpy nie da się lubić. Taki to już z nią żywot. Właściwie, to nie wiem, czemu właśnie z nią Carlos musiał się zadać.
-Podobno podrywała jeszcze Chrisa. - wyrwało mi się, zanim zdołałem się powstrzymać.
-Co? - wrzasnęła mi do ucha, jakby to uruchamiało całą lawinę złych wspomnień. - Dlaczego ona czepia się moich przyjaciół?
~*Lizzy*~
-Znalazłem. - powiedział Chuck, wchodząc do pokoju narad.
Położył na stole niewielki przedmiot w plastikowym pudełeczku. Wyglądało trochę jak pluskwa, których używa Casey. Sam John zagwizdał pod nosem.
-Kiedy mogła Ci to podłożyć? - zapytał rzeczowo.
-Nie wiem. - wzruszyłam ramionami. - Może jak oparła się o moje krzesło... Bardzo możliwe, to była jedyna okazja. Więcej się do mnie nie zbliżała.
-A Ty zawsze przewieszasz torebkę przez krzesło, prawda? - zapytał Julie, oddając Sarze kartkę z odtworzonym tekstem. - Tylko tyle na razie. Więcej nie dam rady na dzisiaj.
-Świetna robota. - pochwaliła go, klepiąc po ramieniu.
Przeczytała tekst i spojrzała na nas z przynajmniej dziwną miną, co było jeszcze dziwniejsze z uwagi na to, ze zazwyczaj w bazie kryła emocje.
-Co jest? - wymamrotałam.
-Julie coś odkrył. - oznajmiła, kładąc kartkę na stół. - Tu jest napisane, że Maria przemycała niestabilne materiały wybuchowe z Pakistanu do Peru.
-A „Maria” to...
-Matka Mii. - oznajmiła, stając przed drugim komputerem. - Prowadziłam tą sprawę, dobrze to pamiętam. - Szukali do tego sprawnych i niepozornych kobiet, żeby zmniejszyć ryzyko prostej wpadki na kontroli celnej. Zgadnijcie, kto był jej łącznikiem...
-Moja była. - odparł Chuck, jakby chodziło o krzyżowanie kaczki z łososiem. - W tej sprawie Jill milczy jak grób. Już każdy próbował.
-Z wyjątkiem Ciebie. - zauważyła Greta, która stała w drzwiach.
Po minie Sary poznałam, że się zdenerwowała. Zawsze się denerwowała, kiedy chodziło o Jill, zupełnie, jakby miała na nią niezwykle czułą alergię.
-Co robimy? - zapytałam w końcu. - Ponowne przesłuchanie?
-Nie mamy innego wyjścia. - odpowiedział John, drukując kilka stron danych i podając mi je ze zszywaczem i dwoma folderami. - Moglibyśmy...
-Nie, nie moglibyśmy! - wrzasnęła nagle Sarah, nie dając mu dokończyć zdania. - Czy wy nie rozumiecie co to za jedna? Ona jest zła. Bardzo zła.
Patrzyłam, jak się nakręca, a Chuck próbuje ją uspokoić. Zadziwiające, podobnie Chuck reagował na wzmianki o Shaw'ie. No może czasami mniej lub bardziej gwałtownie. Dla mnie było oczywiste, że Sarah nie lubi tego tematu. Kiedyś z hukiem wyszła z mieszkania i wróciła dopiero następnego dnia. Na szczęście pogodzili się już wieczorem.
-Tylko z nią pogadam. - powiedział Chuck nadzwyczaj łagodnym tonem. - Będziesz wszystko widziała i słyszała. Będzie dobrze, tak?
Potem nikt nic nie mówił. W odpowiedzi Sarah podeszła do mojego brata i wtuliła się w niego nadzwyczaj usilnie.
~***~
Demon eksplodował fontanną posoki i wnętrzności.
William Herondale błyskawicznie wyszarpnął sztylet, ale było już za późno. Żrący kwas krwi demona zaczął trawić lśniące ostrze. William zaklął i odrzucił broń; wylądowała w brudnej kałuży i zaczęła dymić jak zgaszona zapałka. Sam demon oczywiście zniknął; wrócił do piekielnego świata, z którego przybył, ale zostawił za sobą bałagan.
Kiedy po raz kolejny zaczęłam czytać tą książkę do mojego pokoju wszedł Julie. Miał dziwną minę.
-Cześć. - zaczął wchodząc do środka. - Możemy pogadać?
Odłożyłam książkę na bok i usiadłam, podpierając się na łokciach i siadając na łóżku.
-Jasne, coś się stało? - zmarszczyłam czoło, kiedy on usiadł na fotelu naprzeciwko.
-Miałem zapytać o to samo. - oznajmił, wzruszając ramionami.- Jesteś od kilku dni... przygnębiona. To mnie martwi. Więc jak?
-Julie, nic się nie dzieje. - zaprzeczyłam, kręcąc głową. - Nic, o czym byś nie wiedział. Ja wiem, że się martwisz. Przyjaźnimy się i... - Jesteśmy rodzeństwem. Te niewypowiedziane słowa odbijałby się echem po mojej głowie. - Nie musisz się martwić. Ja sobie poradzę. To ja mam chronić Ciebie, a nie odwrotnie. Nic mi nie będzie.
Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie ze zdziwieniem. Potem zamrugał, jakby chciał się otrząsnąć z zamyślenia i pokiwał głową.
-W porządku. - odparł. - powiedzmy, że Ci wierzę. No i... zaczynają się ferie. Jestem ciekawy... jak to będzie wyglądać.
-Pojadę na szkolenie. - odpowiedziałam, krzyżując ramiona na piersiach. - Chyba do Londynu. Baker obiecał ciotce Diane, że nauczy mnie kilku rzeczy.
-A ja? - uniósł brwi.
-Ty jedziesz do Costa Gravas. Tak będziesz bezpieczny. Spędzisz trochę czasu z Generalissimusem. Nie martw się. To równy gość. Jeszcze nie wiem, jaka jest oficjalna wersja.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

W odcinku wykorzystano fragment książki „Mechaniczny Anioł” Cassandry Clare w tłumaczeniu Anny Reszki. Oczywiście, nie mogłam się powstrzymać. Ten odcinek został napisany z myślą o Lisie Shmidt i Dark_Bunny. Myślałam o Was cały czas. I wiem, ze nie ma tu chłopaków. Ja wiem... Następnym razem, okey? Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się!  

czwartek, 19 lutego 2015

Odcinek 58 – Lizzy kontra Żałosna Tupeciara

Spojrzałam na zegarek. Lekcja za chwilę się skończy. Westchnęłam, wpisując do testu dwa ostatnie przykłady i złożyłam klasówkę. Zerknęłam wymownie na Julie'ego, ale on jeszcze nie był gotowy, żeby oddać sprawdzian. Siedział na krześle, zawzięcie gryząc ołówek, jakby się nad czymś zastanawiał.
W końcu niepewnie wstał i odłożył kartkę na biurko nauczyciela. Podniosłam się zaraz za nim i odłożyłam kartkę. Znowu zerknęłam na zegarek. Koniec lekcji za pięć minut.
Wyszliśmy z klasy.
-O, wy też podpaliliście tęczę? - odparł Carlos, siedząc pod klasą, kiedy wyszliśmy na korytarz.
-Co? - Julie zmarszczył brwi. - To jakiś nowy żart słowny?
-Nie przejmuj się. - doprała Din, przeglądając jakieś czasopismo. - On ciągle wymyśla coś głupiego. Nie ma co zawracać sobie głowy.
Nie wiedziałam, czy ma na myśli jego zakochiwanie się i odkochiwanie w ciągu sekundy, czy po prostu jego nagłe wybuchy wprowadzania nowatorskiego żargonu szkolnego.
-Oj, proszę cię... - krzyknął Logan tak głośno, że z klasy wyjrzał Dyrektor Shorts, żeby go uciszyć. - To Carlos, on już tak ma i już. Już wszyscy się przyzwyczailiśmy.
-Ale ja jeszcze nie. - odparł Julie.
~***~
Po lekcjach spotkaliśmy się w Buy More. Logan i James jeszcze nie doszli, ale Kendall cały czas bawił się telefonem, jakby nie bardzo wiedział co ma zrobić z rękami.
-Sorry za spóźnienie. - powiedział Logan, wchodząc do sklepu i ciągnąc za sobą Jamesa. - Ten typ przez godzinę włosy układał.
-Tak, ty nie byłeś lepszy. - odpowiedział James, krzyżując ramiona i spoglądając na Logana spode łba i krzyżując nerwowo ramiona.
-Znowu zaczynacie? - jęknęła Madison. - Długo się nie kłóciliście, naprawdę.
Spojrzałam na nią ze zdziwieniem, a ona w odpowiedzi tylko machnęła ręką. Kendall oparł głowę o moje ramię. To był taki odruchowy gest. Często tak robił, a ja się do tego przyzwyczaiłam.
-O! Mój! Boże! - wybuchła nagle Din. - Spójrzcie, kogo to moje oczy widzą.
Podążyłam za jej wzrokiem. Ledwie powstrzymałam się od zagwizdania pod nosem, kiedy Carlos wyszedł na spotkanie jakiejś dziewczynie ubranej na różowo.
-Masz jeszcze to wdzianko z Sylwestra, prawda? - zapytał Logan, zamawiając napoje.
-Nie, oddałam na lumpeks, a bo co?
-Spójrz. - szturchnął mnie w ramię i wskazał palcem na towarzyszkę Carlosa. - Gdybyś mi to pożyczyła, mógłbym się za nią przebrać.
Julie z wrażenia wypuścił widelec z kawałkiem ciasta, który podnosił do buzi. Kendall wyprostował się na ławce i zdzielił go po głowie.
-Ała! - zawołał. - Za co?
-Za głupie pomysły.
Carlos przyprowadził doi naszego stolika tą dziewczynę. James odchylił się na krześle i objął Din ramieniem. Odłożyłam łyżeczkę na talerzyk z ciastem i spojrzałam wyczekująco na Carlosa, który trzymał za rękę dziewczynę, która zawzięcie żuła gumę.
-Kochanie, to są moi przyjaciele. - oznajmił Carlos, a ja otworzyłam szeroko usta. - Ludzie, to jest Mia, moja nowa dziewczyna.
Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na niego ze zdziwieniem. Din tylko dała nam ręką znak, żebyśmy nic nie mówili, ani nie robili.
-I co w związku z tym? - zapytała, patrząc na Mię.
-Pomyślałem, ze powinniście się poznać, może nawet polubić. - odpowiedział Carlos, jakby stwierdził oczywistość. - A ja pójdę po Ice tea dla siebie i swojego pysiaczka.
Carlos odszedł, a Mia usiadła naprzeciwko Din, patrząc na nią wyzywająco.
-Wiem, że coś kombinujesz. - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Co tym razem? Powiesz, że Twój brat ma białaczkę, czy Twoja mama jest po czwartym zawale. Zapomnaiłam o jednym Ty nie masz brata.
Na dźwięk jadowitego tonu Din, opadła mi szczęka. Podobnie jak reszcie. Poczułam jak Chris szarpie mnie za rękaw, ale nie zwróciłam na to uwagi.
-Dlaczego sądzisz, ze coś kombinuję, Lenson? - zapytała dziarsko, jakby gadała ze swoim największym wrogiem. - Trochę wiary w ludzi.
-W ciebie? - prychnęła, odsuwając się od Jamesa, który wykonał ruch, jakby chciał ją uspokoić. - Chyba śnisz. Już wystarczająco dobrze cię poznałam, Kayle.
-To wy się znacie? - zapytał Julie, który z nas jako pierwszy odzyskał głos.
-Nie wtrącaj się! - warknęły na siebie jednocześnie.
-Ona do mnie zarywała. - wyszeptał Chris, nachylając się nad moim uchem.
Nie odpowiedziałam. Skorzystałam z okazji, że nie zwracają na mnie uwagi i wyjęłam komórkę. Coś mi tu nie grało. Szybko napisałam wiadomość do Madison i wysłałam. Ona w odpowiedzi tylko pokiwała głową.
Od razu skojarzyłam nazwisko „Kayle”. Przewijało się w naszych aktach, które przeglądałam w domu. Może to i zbieżność nazwisk, a może ona naprawdę jest powiązana z jakimś terrorystą. Tak, czy owak, Chuck zawsze kazał mi to sprawdzać. Poza tym ta Mia... Sprawiała dziwne wrażenie. Jakby była... dwulicowa. Chwilowo nie znajdowałam lepszego słowa.
Zalogowałam się do szpiegowskiej apki, która „udawała” przeciętną zręcznościówkę. Wpisałam nazwisko Mii, uważając, żeby nikt nie zaglądał mi przez ramię.
-Czy twój tupet ma jakieś granice? - zawołała Din na tyle głośno, żeby wszyscy wokół nas się oglądali. - Bo teraz to się robi po prostu żałosne!
-I kto tu jest żałosny? - odpysknęła. - Dalej jesteś takim kujonem? Czy może zrozumiałaś, że są ważniejsze sprawy od zakuwania?
Chciałam coś odpowiedzieć, ale nie zdołałam, bo Chris przytrzymał mnie za przedramię.
-Zostaw. Din nieźle sobie radzi. - wyszeptał mi do ucha.
Uniosłam brwi, a on w odpowiedzi pokiwał głową z szerokim uśmiechem. Madison też wyglądała na szczęśliwą. Właściwie cały czas taka chodziła, odkąd Nath wyprowadziła się do innego miasta, żeby jeszcze bardziej jej nie drażnić. Spojrzałam znowu w wyświetlacz. Aplikacja od CIA coś znalazła. Pomasowałam sobie kark i zaczęłam czytać wyświetlony profil.
Imie i Nazwisko: Adrian Kayle
Profesja: Zabójca na zlecenie, najemnik.
Rodzina: Szesnastoletnia córka Mia, brak wiadomości o powiązaniach terrorystycznych. Brak pozostałych danych.
Przygryzłam wargę i zamknęłam program. Brak wiadomości brzmiał podejrzanie. Kiedyś było napisane wprost, że dziecko powoda nie ma nic wspólnego z terroryzmem. Ale brak wiadomości? Coś tu było nie tak.
Kiedy wrócił Carlos, obie panie się uspokoiły. Nie zwracałam na to uwagi, byłam pochłonięta własnymi myślami. Przyszła jakaś wiadomość. Spojrzałam na telefon.
Od: John Casey
„Dlaczego to przeglądasz? Dlaczego wpisałaś nazwisko córki najemnika Kręgu?”
Długo zastanawiałam się nad odpowiedzią. W końcu napisałam:
„Skojarzyłam nazwisko. Kiedyś przeczytałam je w aktach. Kazaliście mi się upewniać w takich przypadkach, a jego córka jest teraz dziewczyną Carlosa.”
Nie dostałam odpowiedzi. Przyjemniej nie bezpośrednio. Po kilku minutach, a może to były sekundy, Julie odebrał jakiś dziwny telefon. Kiedy się rozłączył, spojrzał na mnie wymownie.
-Każą nam wracać. - powiedział w końcu. - Dzwonił Chuck, chce, żebyśmy wrócili już do sklepu. Nie skończył jeszcze pracy, ale chce z nami o czymś porozmawiać.
-Tak, chyba ustalili już datę ślubu. - zażartowałam, wstając z ławki. - To na razie.
-Mogę dopić Twoją kolę? - zapytał Chris, beztrosko się za mną odwracając.
-Jasne. - odpowiedziałam z lekkim uśmiechem. Przynajmniej on nigdy się nie zmieni.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

No i tyle. Oj, dziwnie mi idzie to pisanie, dziwnie... Zajęło mi to trzy dni. Znaczy, tylko tą notkę.Teraz staram się dalej, ale nie idzie mi jak z płatka. głównie oglądam "Ostry Dyżur" i czytam "Kroniki Bane'a". Pierwsze opowiadanie w książce polecam fanom wariackiego pijaństwa. Doprawdy... Uwielbiam Magnusa, ale nie dziwię się, że go z tego Peru wygnali pod groźbą śmierci. Więc... Odpiszę na nk i biorę się za kolejny odcinek. Tradycyjnie liczę, że dzisiejszy się Wam podobał. Trzymajcie się! Do wtorku! 

wtorek, 17 lutego 2015

Odcinek 57 – Lizzy kontra Szara Rodzina

-Julie, co ty tam robisz? - wrzasnęłam, kiedy jeszcze nie wrócił z kuchni.
-Robię Ci kukurydzę! - odkrzyknął.
Pokręciłam głową i znowu wbiłam wzrok w ekran telewizora. Lubiłam takie „posiedzenia”. Czułam się wtedy jak kiedyś. Normalnie, bez podwójnego życia.
-Proszę, to dla Ciebie. - powiedział, stawiając przede mną miseczkę z prażoną kukurydzą. - Coś Cię trapi? - zapytał, siadając obok.
Na szczęście nie musiałam odpowiadać na to pytanie, bo Chris mnie z tego wybawił. Wszedł do naszego mieszkania jak do swojego. Byłam już do tego przyzwyczajona. Czasami zastanawiałam się, czy nie ma gdzieś zapasowego klucza.
-Miałeś przyjść z Jamesem. - powiedziałam zamiast powitania.
-Wiem. - westchnął rzucając się na kanapę po mojej lewej stronie. - Powiedział, że woli znaleźć w sieci legendy i zapisy historyczne niż analizować to gówno.
-Chris! - zawołał Julie, wracając do kuchni i wręczając nam po połowie porwanego zeszytu w grubej oprawie, który znalazł w rzeczach Chucka do wyrzucenia.
-No, czego chcesz? - wzruszył ramionami. - Jego słowa. To który to odcinek?
-Piąty. - powiedział Julie, szukając owego odcinka na liście nagranych programów.
~***~
-Powiedz mu coś, bo zaraz mnie szlag trafi! - wrzasnęła Madison, kiedy spotkaliśmy się w sali kina domowego Buy More.
-Co się znowu stało? - westchnął Chris, wciąż wpatrzony w ekran telewizora, do które podłączyliśmy PlayStation.
-Znowu chce oglądać ten film o płatnych zabójcach. - Wiesz, ten z Bradem Pittem i Angeliną Jolie.
Pokręciłam głową, spoglądając w szklaną ścianę. Ludzie beztrosko robili zakupy. Gdzieś w dziale AGD John tłumaczył klientce obsługę innowacyjnej pralki.
-Wiecie, co... Ten film ma sens. - powiedziałam, patrząc jak Logan zbija kolejnych żołnierzy w Call of Duty. To jedna z tych gier, gdzie krew się leje strumieniami.
Wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
-Mogliby być szpiegami. - oznajmiłam. - Niekoniecznie Mechanikami. Trochę jak Chuck i Sarah. Z pozoru normalne małżeństwo, które żyje spokojnie. Spójrzcie na mojego brata. - pokazałam na Chucka, który siedział za biurkiem Nerd Herdu. - Czy gdybyście nie wiedzieli, podejrzewalibyście go o pracę dla rządu?
-Nie. - Odpowiedzieli Chris i Logan, niemal jednocześnie.
-No właśnie. - wzruszyłam ramionami. - Kolejna szara, przeciętna rodzina. Niczym się nie wyróżnia, a robi coś wielkiego. Nie wiem ile takich małżeństw jest na świecie.
-A ile może być? - zapytał Julie, nie podnosząc głowy znad książki, którą trzymał na poduszce przed sobą. - Bo wiesz, ja znam tylko jedną. Was.
Westchnąłem, kręcąc głową. Czasami nie znosiłam ich podejścia do tej roboty. Nie płacili mi, bo jestem niepełnoletnia. Wiem, że Chuckowi zapłacili dopiero po dwóch latach pracy z cywilnego miejsca. To było dość... dziwne, kiedy się o tym dowiedziałam. Na razie dostaję kieszonkowe, w prawdzie trochę wyższe niż Madison i Din razem wzięte, ale miałam konto w banku, na które co miesiąc spływała moja pensa. I tak nie wiem ile kasy tam jest.
-Zadzwonisz do Kendalla? - zapytał Chris, kiedy po raz kolejny przegrał z Loganem walkę jeden na jednego. - Z nim przynajmniej wygrywam.
Uśmiechnąłem się pod nosem i pokręciłam głową. Pochyliłam się nad książką Julie'ego. Dostał ją od Jamesa. Właściwie, cała nasza czwórka musiała to przeczytać dla wykonania projektu.
-Jak leci? - zapytałam.
-Źle. - odparł. - Marlin to jedna wielka bujda na resorach. Magia nie istnieje. Gościu musiał być naukowce, albo naprawdę dobrym zielarzem.
-Zacznijmy od tego... Czy ta postać w ogóle istnieje?
-Nie wiem, jeszcze nikt tego nie sprawdził! - lekko podniósł głos i wymownie spojrzał na Chrisa.
Wiedziałam, że to jest jego zadanie, a czy się z niego wywiąże, to nie wiadomo. Na pewno istniał Król Artur, a to jego wylosowaliśmy. Kendall i jego drużyna mieli przygotować coś o Juliuszu Cezarze i Galach... Co było dość zabawne, bo Carlos uparł się, żeby omówić przy tym wszystkie pełnometrażowe filmy z serii „Asteliks i Obeliks”, ale tylko dlatego, że komiksów było zdecydowanie za dużo. A to było trochę dziwne, bo podchodził do tego z niezwykłym zapałem.
-Mam ochotę na emememsy bez orzechów. - wypalił nagle Julie, siadając z pozycji leżącej podpierając się na przedramionach.
-Co to, jakiś dziwne tajne hasło, którego nie znam? - zapytał Logan, ze zdziwieniem, rzucając w Chrisa kontrolerem do konsoli.
-Nie. - pokręcił głową. - Ja na prawdę mam ochotę na ememsy.
-Kupię Ci. - oznajmiła madison, wstając z kanapy. - I tak muszę rozprostować nogi.
-Miło z Twojej strony! - zawołał, kiedy wyszła przez oszklone drzwi.
Intuicyjnie spojrzałam w stronę włazu wentylacyjnego, który prowadził do bazy pod sklepem. Pod nami jest ten wielki komputer. Chyba tylko Chuck potrafi wyrecytować z pamięci jego pełne parametry, co jest na maksa nerdowskie.
-Proszę! - z zamyśleń wyrwał mnie głos Madison, a zaraz potem usłyszałam dźwięk upadających groszków czekoladowych w glazurze.
-Dzięki! - powiedział z uśmiechem Julie, otwierając paczkę i częstując nas wszystkich po kolei.
Przez chwilę patrzyłam na niebieskiego cukierka, przewracając go między palcami. Teraz wydawało się tak... normalnie. Jednak miałam przeczucie, że niedługo coś się stanie. Coś wielkiego. To troch, jak cisza przed burzą. Masz świadomość, ze zaraz coś się stanie, ale nie jesteś pewien co to będzie. Jednak masz wrażenie, że to będzie coś złego.
-Ziemia do Lizzy! - zawołała Din, która pojawiła się znikąd. - Słuchajcie, mam mały problem.
-Co się stało? - zapytałam, a ona bez słowa podała mi kawałem papieru. Wyglądało to jak rachunek za telefon. Uniosłam brwi i spojrzałam na sumę wydrukowaną na samym dole.
-Sporo. - powiedziałam, próbując przejrzeć listę połączeń. - Czekaj... Pięć godzin? Z kim gadałaś pięć godzin?
Na te słowa Chris jakby trochę się ożywił i wyrwał mi kartkę z rąk i po fachowemu przejrzał biling spisany nad rachunkiem. Potem wyciągnął komórkę i zaczął w niej grzebać. Następnie spoglądał raz na nią, raz na kartkę.
-To jest mój numer. - stwierdził po chwili, a potem zrobił minę, jakby go olśniło. - To ja już wiem, skąd wzięły się u nas te wszystkie darmowe.
-Darmowe? - powtórzyła Madison. - O jakich darmowych mówicie?
-Chuck wynalazł taką ofertę. - wyjaśniłam. - Podliczają Ci wszystkie połączenia przychodzące i na następny miesiąc połowa tego to darmowe. Możesz dzwonić za darmo, ale trzeba się pilnować.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I tyle. Pisałam to tydzień i dwa dni. Kiepsko, wiem. Najgorsze, ze znowu się zawiesiłam... Gównie przez książkę. Dostałam to cudo i teraz czytam. Spokojnie, ta jest najnowsza, już mam wszystkie jej książki, jakie wydano w Polsce. Spróbuję popisać za godzinę... Może to coś da i skończę sklejkę... Ale nie o BTR... Mam nadzieję, że podobały Wam się te moje dzisiejsze bździny. Do czwartku! Trzymajcie się!  

czwartek, 12 lutego 2015

Odcinek 56 – Lizzy kontra Tajemnica dwóch Matek

-To prawda? - powtórzyłam, kiedy ani mama, ani ciocia mi nie odpowiedziały. - To prawda, że Julie jest moim bratem? No nie patrzcie tak na mnie! Odpowiedzcie!
-Przyrodnim. - powiedziała w końcu mama, przerywając długie milczenie. - Macie jednego ojca, to wszystko...
-Tata Cię zdradzał? - przerwałam jej, spoglądając w oczy. Poczułam nagłą ochotę wyciągnięcia kabla od telewizora, żeby Ciocia nie mogła nam przerywać, ani tego podsłuchiwać.
-Tak, przez trzy miesiące. - odpowiedziała mama. - Lynn zerwała z nim, jak tylko zorientowała się, ze jest w ciąży. Przyszła do mnie. Wtedy zawarłyśmy umowę.
-Jaką umowę? - zmarszczyłam brwi, siadając naprzeciwko niej.
-Mary, powiedz jej wszystko. - usłyszałam głos cioci. - I tak odkryła prawdę.
Widziałam, że mama się waha, a jednak chciałam to wiedzieć. Musiałam.
-Mamo...
-Lynn obiecała, że nie powie Stephenowi o dziecku. W zamian za to ja prowadziłam książeczkę oszczędnościową dla Juliana. To miał być prezent dla niego na dwudzieste urodziny. Teraz są tam dwa miliony. Lynn chciała dopilnować Juliana do tego czasu. Potem zbudowałaby mu dom w innym stanie i odcięła od tego wszystkiego. Dlatego lepiej, żeby nikt go nie mieszał w szpiegowskie sprawy. I dlatego lepiej, żeby nie wiedział kto jest jego ojcem.
-Będzie musiał się dowiedzieć. - pokręciłam głową. - Wiesz, jak on tego pragnie?
Teraz do mnie dotarło, co zaczęłam do niego czuć. To była zwykła siostrzano-braterska miłość. Spojrzałam na ciocię. Patrzyła na nas z mieszaniną zaciekawienia i troski.
-Wiedziała ciocia, że tak będzie, prawda? - zaczęłam, kiedy ona odchyliła się na krześle przy biurku. Znowu była w Stolicy.
-Chciałam, żebyście poznali prawdę. Wydaje mi się, że Lynn Peterson też tego chciała. W jej liście pożegnalnym do mnie było jedno zdanie. „Zrób co trzeba”. Dlatego robię.
-I dlatego postanowiłaś doprowadzić do tego, żeby dzieci poznały prawdę? Oh, Diane, na litość Boską... - jęknęła mama, jakby chciała się obudzić z jakiegoś koszmarnego snu.
Wiem, że trzeba powiedzieć Julie'emu, ale nie wiedziałam, jak to zrobić. I chociaż on bardzo tego chciał, wiedziałam, że teraz nie jest na to jeszcze gotowy.
~*Madison*~
Wysłałam po SMSie do Lizzy, Jamesa i Kendalla. Musiałam z nimi pogadać. Może dziewiąta rano w niedzielę, to nie jest najprzyjemniejsza pora na takie spotkania, ale nie mogę już dłużej wytrzymać. Muszę im to pokazać.
-Skarbie, masz gości! - zawołała mama, zaglądając do mojego pokoju. - To Twoi przyjaciele, czekasz na nich?
-Tak, mamo... - uśmiechnęłam się i wróciłam do udawania, że czytam książkę.
Nie czekałam długo. W końcu we troje weszli do mojego pokoju. Pokazałam im głową, żeby usiedli gdzieś na krzesłach, albo pufach.
-Przygotowałaś się, widzę. - skomentował James. - Nie co dzień zwołujesz taką naradę. Co się dzieje? Bo chyba dlatego nas wezwałaś.
Nie zwróciłam uwagi na jego przygaduszki. Bez słowa rzuciłam Lizzy swoją komórkę i dałam jej znak ręką, żeby odczytała otwartego SMSa.
-”Madison, nie wiem ile razy mam Ci powtarzać, że jest mi bardzo przykro. Obiecywałyśmy sobie przyjaźń na dobre i na złe. Nie możesz się tak po prostu przestać do mnie odzywać. Oddzwoń, Nathalie.” - przeczytała i oddała mi telefon. - Chciałaś, żebyśmy powiedzieli, co o tym myślimy?
-Miałam taką nadzieję. - powiedziałam pewnie.
Nie do końca była to prawda. Tak na serio, chciałam, żeby przyznali mi rację. Powiedzieli, że Nathalie jest podła i szkoda, że się z nią zadawaliśmy.
-Jeśli o mnie chodzi, to powinnaś z nią pogadać. - oznajmił Kendall jak gdyby nigdy nic. - Nathalie zawsze była głupiutka. I nie wiemy jak naprawdę było. Czy to ona uwiodła twojego tatę, czy odwrotnie. Bo szczerze mówiąc, to bym się nie zdziwił, gdyby...
Kiedy napotkał moje spojrzenie, zamilkł. Nie dziwię się, bo nie ukrywałam, że jestem na niego zła.
-No nie patrz na niego, jakby Ci przynajmniej matkę zabił. - powiedziała Lizzy dziwnie beznamiętnym głosem. - Przecież wiesz, że ma rację. Przynajmniej po części.
-Co masz na myśli? - wzruszyłam ramionami, wpatrując się w wyświetlony numer Nathalie. Skasowałam go z komórki, ale i tak znałam go na pamięć.
-Porozmawiaj z nią. - powiedziała, a Kendall i James pokiwali głowami.
~*Kendall*~
Kiedy wyszliśmy od Madison, Lizzy była jakaś zamyślona. Właściwie była zamyślona już od chwili, kiedy całowałem ją na powitanie. Teraz nic się nie zmieniło.
-Co się dzieje? - zapytałem, prowadząc ją do stacji metra. - Jesteś jakaś nieobecna.
-Co? - zapytała z roztargnieniem kręcąc głową. - Nie, nic mi nie jest. To tylko... Dobra, powiem Ci, ale obiecaj, że nikomu nie powiesz.
-Obiekcję. - powiedziałem bez zbędnej dyskusji.
-Nie za bardzo wiem, jak Ci to powiedzieć. - westchnęła, spoglądając w bezchmurne niebo.
-Najlepiej prosto z mostu. - odparłem z obojętnością. Obojętność, najlepszy lek na niezręczność.
-Julie jest moim bratem. - oznajmiła, a ja nagle puściłem jej ramię. - Właściwie to przyrodnim. Mieliśmy jednego tatę.
-Żartujesz sobie, prawda? - zapytałem z nadzieją, ale ona tylko bez słowa wzruszyła ramionami. - Nie żartujesz. O matko...
-Sam chciałeś. - westchnęła.
-A on o tym wie? - uniosłem brwi, spoglądając jej w oczy. - I skąd Ty to wiesz?
-On nie wie. - westchnęła. - I wiem to od mamy. Znaczy, tak pośrednio. Chodzi o to, ze wczoraj wieczorem... - I opowiedziała mi o rozmowie, którą podsłuchała. - Rozumiesz teraz? Najpierw muszę go na to jakoś przygotować, a potem się zobaczy.
-Radziłbym Ci powiedzieć mu od razu. Im bardziej będziesz to odkładać, tym spadnie szansa, że dowie się w jakiś cywilizowany sposób. Wadziłem go. Zdążyłem poznać przez te kilka tygodni. I wiesz co? On jest wrażliwy. I gwarantuję Ci, że faceci gorzej znoszą psychiczne tąpnięcia niż laski.
-Toś mnie pocieszył... - prychnęła.
-Wcale nie miałem zamiaru Cię pocieszać. - oznajmiłem zgodnie z prawdą. - Po prostu powiedz mu prawdę. Nie przygotowuj go. Bo w ten sposób nigdy nie będzie na to gotowy.
Lizzy westchnęła. Po części ją rozumiałem. Skoro ona mu tego nie powie, to jej mama tym bardziej. Nagle przypomniałem sobie o balu.
-Pójdziesz ze mną na bal? - zapytałem mimochodem.
-Jaki bal?
-Wiosenny, a jaki inny?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Chyba tracę wenę... dobra, trochę odsapnę, obejrzę Violettę i może napiszę jakieś dwa zdania do następnej notki. Właśnie, skończyłam sezon, ale to dopiero później. Znaczy... Później go zamieszczę. Zobaczycie. jedno dobre, ze udało mi się obejrzeć ostatnią część "Zmierzchu". A taak mi się nie chciało! Cieszę się, że wczorajsze filmiki Wam się podobały. Jeśli jesteście chętni na takie bajery mogę od czasu do czasu zrobić jakąś sklejkę. Ale bez zapowiedzi... No więc mam nadzieję, że podobała Wam się dzisiejsza notka. Trzymajcie się! Do Wtorku! 

środa, 11 lutego 2015

Druga czołówka + Zwiastun

Nie miałam wczoraj siły na pisanie. Zaplanowanego "Przed Świtem" też nie obejrzałam. Za to trochę nagimnastykowałam i zrobiłam dwa filmiki na bloga. Kto zagląda do Księgi Gości, albo subskrybuje mój kanał na YouTube, to pewnie już to widział.

Zacznijmy od czołówki. 

Wzięłam inną piosenkę. Chris mi nie wyszedł. To dlatego, że nie znalazłam gotowych gifów i musiałam robić sama, zamiast wyszukać. Zmieścili się wszyscy z zakładki "Bohaterowie". Wczoraj Julie dołączył do stałej obsady. Dostał też swój opis. Możecie go przeczytać w zakładce. Na Moim chomiku znajdziecie plik do pobrania [KLIK].

A teraz Zwiastun: 


Potocznie mówię na niego "Sklejka", bo cech typowych dla zwiastuna ma niewiele. Jednak jestem z niego zadowolona. W przeciwieństwie do pierwsze wyszedł na wesoło, co jest raczej fajne... Tam jest jak wół: "Jeszcze się nie skończyła". Potraktujmy to jak przedsmak nieuniknionej przerwy między sezonowej (jednak będzie, ale tylko tydzień), w między czasie może jeszcze Wam coś złożę i zamieszczę... Zobaczymy, a może znowu Was uraczę jakimś lifesilowym Postem, kto wie... A może wcale tej przerwy nie będzie... Nie mam pojęcia. Plik z pierwszej ręki możecie pobrać tutaj: [KLIK].
Napiszecie, co myślicie? Mam nadzieję. Do jutra! Trzymajcie się!

wtorek, 10 lutego 2015

Odcinek 55 – Lizzy kontra Piosenkowa Przesiadówka

Ja i Julie siedzieliśmy na balkonie. Czekaliśmy na Kendalla i Jamesa, którzy mieli przyjść trochę posiedzieć. Na dole widzieliśmy Din, która w zamian za dodatkowe kieszonkowe przycinała żywopłot Johna, którym ten zajmował się w czasie wolnym.
Do what you want, but think about the omen
a vision in your mind will lead your way
go where you want, but don´t forget the omen
a light at your side will show you where.
Głos Julie'ego zsynchronizował się z głosem wokalistki w radiu. Przekręciłam głowę, spoglądając na niego z poręczy, na której się opierałam. Julie siedział w fotelu, wystawionym na taras. Miał na kolanach gazetę, a w wolnej ręce trzymał ledwo nadgryzionego marsa.
-Znasz to? -uniosłam brwi. - Nie wiedziałam, że lubisz taką muzykę. W ogóle nie wiem, jakiej słuchasz muzyki. Jeszcze tak mało o Tobie wiem.
-Nie przeczytałaś tego w aktach? - rzucił żartobliwym tonem.
Wiedziałam, do czego on zmierza. Ostatnio przyłapał mnie przeglądaniu jego dokumentów. I tak prędzej, czy później musiałam to wszystko przeczytać.
-Nie znajdę tego w aktach. - powiedziałam. - Nawet nie napisali kto jest Twoim ojcem.
-Sam tego nie wiem. - odparł, przekręcając stronę magazynu. - Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym się tego dowiedzieć.
-Nie znasz swojego taty? - spojrzałam mu w oczy. Dzieliła nas niewielka przestrzeń na tarasie. - Mama nic Ci o nim nie opowiadała?
-Za każdym razem, kiedy zaczynałem ten temat dostawała histerii. - wzruszył ramionami, jakby wspominał niewielkie zajście na szkolnym korytarzu. - Po pewnym czasie uznałem, ze to pewnie był jakiś zły człowiek. Wszyscy mi mówili, że jestem bardzo podobny do mamy, ale o ojcu nikt nie wspominał. Widziałaś mój akt urodzenia?
-Tak. - odpowiedziałam, nie bardzo wiedząc, co ma na myśli.
-Pamiętasz, co jest w rubryce „Ojciec dziecka”?
-”Ojciec nieznany”. - odpowiedziałam, sama się dziwiąc, jak sędzia Peterson mogła coś takiego podać. Jak można nie wiedzieć, z kim się chodzi do łóżka?
Wiedziałam, że zaraz przyjdą. Dlatego wzięłam komórkę i wysłałam SMSa do Jamesa:
Nie chce mi się wstać, żeby wam otworzyć. Klucze są w donicy z lewej strony.”
Julie chyba nie chciał gadać o swoim ojcu ja nie wiedziałam kim jest, on też tego nie wiedział. Obserwowałam Din, która wciąż przycinała żywopłot. To było takie zwykłe, nudne popołudnie. Siedziałam w rękami założonymi na poręczy balkonu, a za moimi plecami siedział Julie z jakąś gazetą na kolanach.
W końcu zagrano inna piosenkę. Tą, która kojarzyła mi się z Chuckiem. Automatycznie zaczęłam mruczeć słowa razem z wokalistą zespołu.
I'm just your average ordinary everyday superhero
Trying to SAVE the world, but never really sure
I'm just your average ordinary everyday superhero
Nothing more than that, that's all I really am
Kiedy w końcu zobaczyłam Jamesa i Kendalla na dole, obserwowałam, jak Kendall wyciąga z donicy klucz i sam otwiera sobie drzwi. Tuż obok James witał się z Din, która wciąż trzymała w ręku sekator, jakby była gotowa w każdej chwili uderzyć go nim w głowę.
Usłyszałam jak Julie wstaje. Zawsze towarzyszyło przy tym takie charakterystyczne stęknięcie, które wydobywało się z jego gardła. Siedziałam tak bez ruchu, leniwie oparta o barierkę balkonową. W samej koszuli od mundurka i starych jeansach. Nie chciało mi się przebierać bardziej. Dzisiaj byłam na to zbyt leniwa. Nie wiem, czemu, ale nic mi się nie chciało. Nawet wstać z krzesła i otworzyć przyjaciołom. Usłyszałam, jak Julie prowadzi ich schodami.
W połowie lutego nauczył się już rozróżniać imiona wszystkich moich przyjaciół. Większość z nich wciąż zachowywała się wobec niego nieufnie, ale wiedziałam, że to minie. Plusem było to, że zaczął się uśmiechać. Tak naprawdę szczerze.
-Ktoś Ci już mówił, że masz uśmiech jak Angelina Jolie? - powiedziałam do niego pewnego dnia.
-Nie. - pokręcił głową ze zdziwioną miną. - Ale dzięki, uznam to za komplement.
I znowu uśmiechnął się w ten sam sposób.
Poczułam, jak czyjeś usta muskają mój policzek. Uśmiechnąłem się, wiedząc, że to Kendall.
-Wszystko dobrze? - zapytał, siadając na krześle obok. Julie usiadł na tym samym fotelu, rozmawiając z Jamesem i Din Powoli odnosiłam wrażenie, że zaczynają go lubić.
-Tak... - pokiwałam głową, ale natychmiast tego pożałowałam. - To znaczy nie wiem. Dzisiaj przyjedzie mama. Ma do pogadania z Ciotką Diane. Chyba chodzi o Volkoffa. - dodałam półgłosem.
-Teraz będziemy rozmawiali po francusku? - uśmiechnął się krzywo. - czym się martwisz? Na Twoim miejscu bym się cieszył.
-Też się cieszę, ale... - przygryzłam wargę. - Mama nie przyjedzie do nas. Tylko na naradę. Nie chodzi o rodzinę, tylko o jakieś szpiegowskie sprawy. Poza tym, nie chcę, żeby Julian wiedział, że o tym rozmawiamy. Jest kiepski z francuskiego. Na razie. Mam go przyuczyć w weekend. Obiecałam jemu i pani Arias.
-Nie dziwi się, że tak po prostu rozmawiamy w obcym języku?
-Nie. - pokręciłam głową. - Kiedy mnie o to zapytał, powiedziałam mu, że to fajne i mamy taki zwyczaj. Wiesz, ze to na pewien sposób seksowne.
-Francuski jest seksowny. - dodał szeptem.
Uśmiechnęłam się pod nosem, a on założył mi kosmyk włosów za ucho.
~***~
Kiedy wszyscy już sobie poszli, Chuck wrócił ze sklepu. Wiedzieliśmy, że zaraz ma przyjechać mama, dlatego Julie pomógł nam przy sprzątaniu salonu. O dziwo był w tym dość dobry i częściowo żałowałam, że tego wcześniej nie zauważyłam. Myślałam, że po prostu nie robił bałaganu, a on tak dobrze sprzątał.
Kiedy skończyliśmy robić kolację, o dziwo bez Johna, Morgana i tak dalej, zadzwonił dzwonek do drzwi. Chuck pokazał mi głową, żebym ja otworzyła. Dość niechętnie podniosłam tyłek i ruszyłam otworzyć spotkanie rodzinne „przy okazji”. Nienawidziłam takich okazji.
-Witaj, kochanie. - powiedziała z uśmiechem, przytulając mnie do siebie. - Strasznie się stęskniłam. Działo się coś, kiedy mnie nie było?
Nic nie powiedziałam, tylko wskazałam na Julie'ego. Mina mamy natychmiast spoważniała, pomimo że on życzliwie się uśmiechał.
~***~
-Diane, proszę... - usłyszałam głos mamy, kiedy przechodziłam obok pokoju konferencyjnego. - Lepiej, żeby Lizzy trzymała się z dala od tego chłopaka.
-A to dlaczego? - dobiegł do mnie zniekształcony głos ciotki Diane. Ochrona Juliana, to zadanie Lizzy. Nie wiedzą o swoich korzeniach.
-Zastanawiałaś się, jak to brzmi? - oburzyła się mama. - To jest jej przyrodni brat. Nieślubny syn Stephena. Na prawdę lepiej, żeby o sobie nie wiedzieli.
Po tych słowach poczułam jak staje mi serce. Julian jest moim bratem? Moim, Chucka i Ellie? Nie, to nie jest możliwe. Czy to znaczy, że... Tata zdradził mamę?
-Mary, wiem, jakie to dla Ciebie bolesne. Powinnaś wiedzieć, że... - przerwała, kiedy wbrew sobie weszłam do pokoju.
Twarze mamy i Cioci zastygły bez ruchu. A ja tylko stałam w przejściu, czekając na ich odpowiedź.
-To prawda? - zdołałam wykrztusić.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jestem świnia, że tak kończę. Kiedyś Chris napisał, ze lubi takie zakończenia, więc proszę. Wyjątkowo zapraszam Was jutro na 9:00, mam dla Was niespodziankę. Żeby poczekać na ciąg dalszy chyba nie trzeba długo czekać, co? Do czwartku tylko. Mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Liczę na Wasze opinie, jak zwykle z resztą. Trzymajcie się! Do jutra! 

czwartek, 5 lutego 2015

Odcinek 54 – Lizzy kontra Przyczajony smok

Kiedy skończyłam rozmawiać z Kendallem, Julie i Sarah wrócili od lekarza. Przez jakiś czas siedziałam bez ruchu, wsłuchując się w odgłosy w pokoju naprzeciwko. Potem wyszłam i zaczepiłam Sarę, która wychodziła z jego pokoju.
-Jak z nim? - zapytałam, stając w drzwiach.
-Chyba jest w szoku. - wzruszyła ramionami. - Chłopaki trochę przesadzili, ale zrozumiał całą sytuację i nie ma nam tego za złe. Zrozumiał.
-A jak było u lekarza? - zapytałam, nie ruszając się z miejsca.
-Źle nie było. - odparła, krzyżując ręce na piersiach. - Zaszyli ranę, Julie cierpliwie to zniósł. Jednak myślę, że to dlatego, że był zbyt zmęczony, żeby narzekać. Dostał leki, teraz odpoczywa. Równie dobrze, mogłabyś go sama o to zapytać.
Pokręciłam głową z rezygnacją. Nie uśmiechało mi się pytanie go wprost o jego samopoczucie, wiedząc, że to po części moja wina. Sarah chyba to zauważyła, bo natychmiast podeszła do mnie bliżej. Zmusiła mnie do spojrzenia mi sobie w oczy.
-No idź tam. - ponagliła mnie. - I tak wiesz, ze on chciałby z Tobą porozmawiać.
Z zaskoczeniem podniosłam głowę. Chce ze mną rozmawiać? Przecież to wszystko przeze mnie? Więc jak...
-No już! - zawołała, niemal siłą wpychając mnie do jego pokoju. Dopiero teraz wpadłam na pomysł, żeby go prześwietlić, jak to mówimy w slangu szpiegowskim.
Powoli zapukałam do drzwi, z żalem patrząc jak Sarah schodzi na dół. Na prawdę wolałabym, żeby tutaj została, przynajmniej jeszcze na chwilę. To może nie byłoby wtedy takie niezręczne.
-Mogę wejść? - zapytałam nieśmiało zaglądając do środka. - Chciałabym z Tobą porozmawiać.
-Jasne. - powiedział z bladym, ale szczerym uśmiechem, odkładając książkę na bok. - Sam chciałem do Ciebie pójść.
Niepewnie weszłam do środka. Czułam, jak trzęsą mi się kolana, a widok jego niebieskich oczu nie poprawiał mojego samopoczucia. Zaczęłam coś do niego czuć. To trochę, jakbym go znała całe życie, tak jak Chucka, czy Ellie. Może nawet trochę Devona. Kiedy Ellie przyprowadziła go do domu, miałam chyba sześć lat i niemal natychmiast go polubiłam. Potem skończyli studia, pobrali się i całkiem niedawno wyjechali.
-Jak się czujesz? - zapytałam go, próbując ukryć troskę w głosie i na twarzy.
-Trochę jak na haju. - odpowiedział, a ja ze zdziwieniem zmarszczyłam brwi. - Podali mi leki przeciwbólowe. - wyjaśnił, wskazując na swoje ucho, teraz zakryte gazą i plastrem. - Tylko szkoda, że zrośnie mi się dziurka. Będzie trzeba na nowo przekłuwać.
-Chyba nie jest z Tobą tak źle, jak sądziłam. - zaśmiałam się, wywołując u niego uśmiech. Chyba pierwszy tak szeroki, jaki wodziłam. - Skoro Twoim jedynym zmartwieniem jest dziurka w uchu na kolczyk.
~*Madison*~
Znowu dzwoniła ta menda. Z wściekłością odrzuciłam połączenie i odłożyłam telefon na szafkę nocną. Spojrzałam na Logana, który patrzył na mnie z fotela.
-Co znowu? - warknęłam, ignorując fakt, że zwracam się do swojego chłopaka ii raczej powinnam być wobec niego czuła.
-To znowu Nathalie, prawda? -mruknął, przesiadając się obok mnie i obejmując ramieniem. - Zawsze masz taką minę, kiedy ona chce z Tobą rozmawiać.
-Nie chcę jej znać. - powiedziałam już po raz setny. - Nie wiem, po co się z nią w ogóle zadawałam.
-Była Twoją przyjaciółką. - Przypomniał mi nie pierwszy raz przy takiej sytuacji. - Może rozmowa dobrze Wam zrobi? Pewnie jest jej przykro.
-Nie interesuje mnie to. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Chyba powinnam zmienić numer. Może wtedy się odczepi. Teraz mam lepszą przyjaciółkę. Nawet dwie.
Wiedziałam, że on Wie. Din i Lizzy stały mi się naprawdę bliskie. I mówiłam poważnie. Może i on i Chris nie są jeszcze dobrymi przyjaciółmi, ale na pewno są niezłą parą kumpli. Chociaż „parą” to chyba nieodpowiednie słowo.
-Po prostu nie chcę o tym rozmawiać. - wyszeptałam z przekonaniem. - Możemy zmienić temat? Na jakiś inny... Przyjemniejszy?
W odpowiedzi Logan tylko westchnął i wplótł dłonie w moje włosy. Lubiłam, kiedy tak robił. Wtedy wszystko inne znikało. Byliśmy tylko my dwoje.
~*Kendall*~
Usiadłem przed klawiaturą keybordu, próbując rozgrzać palce. Nie było mnie stać na pianino, ale to na razie powinno mi wystarczyć.
-To na to wydałeś całą kasę? - zapytał Dustin, kiedy miałem zamiar grac Bacha.
-Miałem zamiar kupić pianino, ale było za drogie i za duże. - odparłem, wbijając wzrok w nuty na starym papierze muzycznym.
-Miejsce by się znalazło, a pianino mogę Ci kupić na urodziny. W starym antykwariacie.
-Nie stać nas. - zauważyłem.
-Stać. - pokiwał głową. - Tylko musielibyśmy trochę zaoszczędzić. Wiesz, mniejsze porcje posiłków, ograniczenie w stawianiu żarcia na randce...
-Zwykle to Lizzy stawia. - powiedziałem, składając te nuty. Chyba znajdę drugie. - I nie czuję się z tego powodu zbyt dobrze. Raptem dwa razy kupiłem jej kanapkę i lody. Jestem okropnym chłopakiem.
Zwiesiłem głowę, przeglądając zeszyty z nutami. Ostatnio trochę się tego uzbierało. Za każdym razem, kiedy rozmawiałem z Loganem, ten przynosił mi coraz to inne nuty. Mówi, że jego mama kiedyś grała i to wszystko znalazło się przy sprzątaniu.
-Chcesz coś zagrać? - zapytał Dustin, przechodząc na drugą stronę stołu, na którym postawiłem klawisze. Pogrzebał przez chwilę w papierach i wyciągnął nuty naszego hymnu narodowego. - Może to? Chyba najlepsze na test sprzętu.
-Nie... - pokręciłem głową. - Znam to na pamięć. Myślałem, żeby zagrać coś łatwego, ze słuchu... Ale chyba lepiej zagrać coś, czego nie znam na pamięć.
-Może właśnie melodia, którą znasz na pamięć jest do tego najlepsza? - odparł, siadając na skraju kanapy. - Zagraj coś. Jeszcze nigdy nie słyszałem jak grasz.
Westchnął i zacząłem grać pierwszą lepszą melodię, jaka mi przyszła do głowy. W końcu zagrałem temat z „NCIS”. Lubiłem ją. Po prostu.
-No, całkiem nieźle. - Dustin pokiwał głową.
~*Lizzy*~
Rano, kiedy zwlokłam się z łóżka, zauważyłam, że na spodnich od piżamy mam wielką czerwoną plamę. Westchnąłem z zażenowaniem. Czemu właśnie dzisiaj?
Leniwie powlokłam się do łazienki. Musiałam się umyć. A potem znaleźć jakieś dobre podpaski. Szkoda, ze Sarah używa tylko tamponów. Chyba miałam coś w łazience...
-Czołem Przyczajony Smoku! - zawołam, przechodząc obok Julie'ego.
-Przyczajony jest tygrys. - zawołał za mną. - Smok jest ukryty.
-Wiem. - powiedziałam, sięgając po żel pod prysznic w szafce.
-A co Ci się stało? Poroniłaś?
-Nie, dostałam okresu. Słyszałeś o czymś takim?
-Słyszałem, słyszałem...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

I na dzisiaj tyle. Pisze mi się całkiem nieźle. I to chyba dobrze, bo macie co czytać. Kiedy się skończy, to się skończy... Na razie trzeba się cieszyć tym, co jest.Bo szczerze mówiąc już się powoli kończy. Ja wiem, trochę to skomplikowane. Może uda mi się wrócić do normy "strona dziennie"  i jakoś to będzie... No dobra... Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. We wtorek będzie lekkie WTF... Więc radzę się psychicznie przygotować. Trzymajcie się! 

wtorek, 3 lutego 2015

Odcinek 53 – Lizzy kontra fałszywa ucieczka

Kiedy ten facet już sobie poszedł, rozejrzałam się po ciemnym pomieszczeniu. Szkoda, że zdjęli mi marynarkę. Miałam tam kilka zabawek od Johna. Laser w długopisie, usypiacz w perfumach i takie tam. Odwróciłam się do chłopaków. Siedzieli, jakby czekali, aż ktoś ich zabije.
-Możecie biec? - zapytałam, patrząc na Julie'ego i Carlosa.
-Przywiązani do krzesła? - Carlos uniósł brwi. - Chyba sobie żartujesz?
-Nie, no... - wzruszyłam ramionami. - Tylko najpierw sama się uwolnię.
-Tylko jak ty masz zamiar to... - zaczął Julie, ale nie skończył, bo ja rozhuśtałam się na swoim krześle i upadłam z wielkim łomotem na podłogę, rozwalając drewniane krzesło. - Dobra, nie odpowiadaj, już wiem.
Podbiegłam do nich i zaczęłam zwalniać więzy przy ich rękach i nogach. Casey mnie nauczył robić to szybciej. Przywiązywał do dyplomatki i mierzył mi czas, ile potrzebuję, żeby się uwolnić. Mój dotychczasowy rekord, to cztery minuty. Uwolnienie kogoś jest sporo łatwiejsze, szczególnie, że widzę co robię.
-Gotowe. - oznajmiłam, próbując wypatrzyć jakąś prymitywną broń. - Powinno się nadać. Trzymajcie to! - wyrywałam z kąta trzy stalowe rury. - I pamiętajcie, żeby celować w kolana. Wal i w nogi, zapamiętajcie.
-W kolana? - Carlos zmarszczył brwi, patrząc na narzędzie, które mu dałam. - Dlaczego w kolana?
-Nie chcemy ich zabić, prawda? - zauważyłam. - Tylko zatrzymać na jakiś czas, żeby uciec. Wrócę, to złożę raport. Jesteście tu ze mną i głupio byłoby tu zostawać tylko, żeby się przekonać, co knują.
-Przecież mogłabyś. - Julie wzruszył ramionami. - Ja ci tego nie zabronię, Lizzy.
-Mam dbać o Twoje bezpieczeństwo, matole. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Za duże ryzyko. Nie będę niepotrzebnie nadstawiała Twojego karku. A teraz przestań gadać i do roboty.
Po tym jeden i drugi się zamknął. Nie miałam do nich pretensji, liczyłam się z ich zdaniem. Ale znam też priorytety. Ważniejsza jest ucieczka od wymiany zdań.
Zaczęliśmy się skradać do wyjścia. Musiałam nieźle uważać. Chłopaki deptali mi po piętach, a w międzyczasie musiałam się rozglądać za moją marynarką. Miałam tam bardzo ważne rzeczy.
-Lizzy, co robisz? - syknął Carlos, zanim zauważyłam jakiegoś faceta, który krzyknął w naszą stronę. - Hej, uważaj!
Na szczęście zdążyłam się uchylić i walnąć tego faceta po nogach. Zaraz potem usłyszałam jego głuchy krzyk i machnęłam na Carlosa i Julie'ego, żeby za mną pobiegli.
Nie natknęliśmy się na wielu, ale na szczęście dla mnie, na jednej z żelaznych półek zauważyłam swoją marynarkę. Pośpiesznie ściągnęłam ją wolną ręką. Wybiegliśmy na zewnątrz. Z ośmioma pozostałymi poradziliśmy sobie tak samo, jak z tamtymi.
-Czego szukasz? - zapytał Julie, kiedy zaglądałam w każdą przecznicę, już mając marynarkę na sobie. Pogrzebałam w kieszeniach i z ulgą stwierdziłam, że wciąż mam te dwadzieścia dolców w wewnętrznej kieszeni.
-Stacji metra, przystanku autobusowego... - wzruszyłam ramionami. - Czegokolwiek. Musimy się jakoś dostać z powrotem do Burbank. Kasy starczy na bilety. Przynajmniej powinno. Po prostu nie rzucajcie się w oczy. Jesteście cali?
-Tak, nic nam nie jest. - oznajmił Julie, który chyba był przez cały czas przytomny. Przynajmniej w przeciwieństwie do Carlosa i mnie.
~*Carlos*~
Kiedy złapaliśmy metro, usiedliśmy przy końcu prawie pustego pociągu. Lizzy ze smutkiem stwierdziła, że nie ma telefonu i lasera. Przez większość drogi siedzieliśmy spokojnie. Po pewnym czasie Lizzy podeszła do Julie'ego i odgarnęła mu włosy na bok.
Teraz ja też to zobaczyłem. Po jego policzku ściekała stróżka krwi, jego ucho wyglądało, jakby ktoś mocno pociągnął pociągnął go za kolczyk, ale całkiem nie wyrwał.
-Dlaczego nic nie powiedziałeś? - zapytała półszeptem. - Znaleźlibyśmy jakieś chusteczki, albo... cokolwiek. Coś byśmy z tym zrobili...
-Nie było czasu. - wzruszył ramionami. - Trochę rozerwali mi ucho jak się szarpałem, wielkie mi co. Nic mi nie będzie. Miałem tak dziesiątki razy.
-Pewnie boli... - syknęła, a ja wygrzebałem z kieszeni bawełnianą chusteczkę i przyłożyłem do krwawiącego miejsca.
-Potrzymaj. - powiedziałem ostrożnie.
-Dzięki. - mruknął. - Nie było czasu Ci o tym powiedzieć. Nawet zapomniałem o bólu.
-Stary, żartujesz sobie? - zapytałem, zanim pociąg zatrzymał się na stacji w Burbank. - masz naderwane ucho. Było przynajmniej powiedzieć.
Kiedy wysiadaliśmy, nabrałem do Julie'ego czegoś w rodzaju męskiego szacunku. Takie coś na pewno bardzo musi boleć. A on to wytrzymał. Nawet nie pisnął. Prawdopodobnie, gdyby Lizzy nie odgarnęła mu tych włosów, nawet bym nie zauważył.
Do sklepu doszliśmy na piechotę. Właściwie, to byłem pewien, że idziemy do sklepu, ale Lizzy zaprowadziła nas prosto do jogurtowi i przez chłodnie wprowadziła na dół.
-Witaj, Lizzy. - powiedziała starsza kobieta rzeczowym tonem. - Widzę, że dobrze sobie poradziłaś. Carlos, możesz wracać do domu. Julian, za chwilę Sarah zabierze Cię do lekarza. Świetnie się spisałaś. Agenci Simon, McGuire i Trey złożyli pełny raport. Właśnie zdałaś egzamin.
-Że słucham? - Lizzy wytrzeszczyła szeroko oczy. - Żartuje sobie ciocia? To wszystko był test?
-Mówię poważnie. - powiedziała z pełną powagą. Cholera, a ja tak się bałem, że... - To był test i Ty go zdałaś. Gratuluję, agentko Carmichael.
~*Lizzy*~
Inaczej wyobrażałam sobie swój egzamin na szpiega. Dostałam odznakę CIA, ale czy jestem z tego zadowolona? Nie byłam tego teka taka pewna.
Usłyszałam dzwonek swojego telefonu. Podniosłam się w łóżka i sięgnąłem po komórkę. Ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam na wyświetlaczu zdjęcie Kendalla. Uśmiechnęłam się i odebrałam połączenie.
-Cześć, coś się dzieje, że dzwonisz?
-Miałem zapytać o to samo. - usłyszałam jego głos. - Carlos powiedział mi o dzisiejszym zajściu. Jak się trzymasz?
-Wszystko dobrze. - odpowiedziałam. - Po prostu najadłam się strachu, ale przynajmniej zdałam test. Dostałam odznakę. Jestem teraz szpiegiem.
-To znaczy, że to był twój ostatni test?
-Na to wygląda. - wzruszyłam ramionami. - Nie chce mi się teraz o tym myśleć. Chcę tylko posiedzieć przed telewizorem i obejrzeć jakiś nudny serial z durnymi problemami. To powinno przynieść ulgę.
-W takim razie, dlaczego tego nie robisz?
-Telewizor się popsuł. - odpowiedziałam całkiem szczerze. - Chuck próbuje naprawić. Jeszcze trochę się zejdzie.
-A jak z Julie'm?
-Jeszcze siedzi z Sarą u lekarza. - odpowiedziałam bez sekundy zwłoki. - Teraz nic Ci nie powiem, bo nie wiem. Na pewno czeka go szycie. Kiedy wsiadł do samochodu, adrenalina spadła i prawie zemdlał. Ale chyba będzie w porządku. Wiem, że agenci, którzy nas uprowadzili, zrobili to niechcący, ale i tak mam ochotę ich skrzyczeć.
-Julie to prawie Twój podopieczny. - powiedział. Mogłabym przysiąc, że słyszę jego śmiech. - I Chyba nie powinno mnie to dziwić.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

I wyjaśnione. Lizzy już na legalu jest szpiegiem. Nie wierzcie temu, o czym rozmawiała z Kendallem. To nie był jej ostatni test.Będzie ich jeszcze kilka. A teraz znowu spróbuję pisać, bo nie idzie mi to teraz za dobrze. Jest jeszcze mała prośba do "reklamujących". Napisałam w Księdze Gości jaki mam do tego stosunek. Nie mam nic przeciwko, jeśli widzę, że ktoś mi ładnie komentuje notki i po jakimś czasie do siebie zaprasza. Denerwuje mnie, jeśli ktoś da mi jeden komentarz przy okazji własnej publikacji i tyle delikwenta widzę, a co jeszcze bardziej denerwujące w każdym komentarzu jest link. Poczekajcie z tymi linkami, co? Więcej w Księdze Gości. Trzymajcie się! Do czwartku!