środa, 29 kwietnia 2015

Odcinek 75 – Lizzy kontra Wyścigi zbrojne

Siedziałam w Czterech Szpadach ze słuchawkami w uszach. Kończyłam jeść swoją zupę burgerową. Reszta gdzieś się rozeszła i zostałam sama. Pewnie pomagają Madison, a ja jeszcze nie dostałam od niej zadania. Podejrzewam, ze to dla niej kwestia czasu.
Położyłam odtwarzacz na stoliku i sięgnęłam po bułkę. Jednocześnie poczułam, jak ktoś wyjmuje mi słuchawkę z ucha. Odwróciłam się odruchowo i uniosłam łyżkę, żeby zaprotestować, ale zrezygnowałam, kiedy zobaczyłam, że to James.
-Co jest? - zapytałam, zatrzymując piosenkę. - Już po dzwonku?
-Nie. - pokręcił głową. - Madison drukuje plakaty. Kampania wyborcza potrwa tydzień, więc przygotuj się na piekło. Wiesz jaka jest Mad.
I wywrócił oczami. Usiadł na krześle obok mnie i wyjął mi odtwarzacz z ręki. Włączył urządzenie i poprosił o obie słuchawki.
-Nie znam tych kawałków. - stwierdził. - Daj posłuchać.
Posłusznie dałam mu obie słuchawki, a on włożył je sobie do uszu. Pochyliłam się nad miską i uniosłam do buzi pełną łyżkę. Smak letniej zupy rozszedł się po moim języku, drażniąc kubki smakowe dopowiedziane za ostre smaki. Zerknęłam na łyżkę. Chyba trafiłam na grudkę ostrej papryczki...
-Straszne smuty. - z zamyślenia wytrącił mnie głos Jamesa. - Chociaż ten numer jest genialny.
Pokręciłam głową i złożyłam łyżkę do talerza.
-Możesz mi dać chwilę? - poprosiłam go, wstając z miejsca. - Muszę to odnieść.
-Jasne, idź. - pokiwał głową, nie odrywając wzroku z wyświetlacza mojego odtwarzacza.
Wstałam i podeszłam do pani ze stołówki. Ona zareagowała na mnie jak zwykle. Uśmiechnęła się szeroko i zabrała ode mnie talerz.
Kiedy wyszłam z Jamesem ze stołówki, natknęliśmy się na Julie'ego, który niósł spory Plik wydrukowanych ulotek.
-Co to jest? - zapytałam, wskazując na kartki, które trzymał w rękach.
-Jeden z elementów kampanii wyborczej Madison. - wyjaśnił. - Ona zawsze jest taka męcząca?
-Zawsze i od zawsze. - powiedział James, przyciskając wszystkie guziki mojego odtwarzacza. - Mogę to pożyczyć?
-Jasne. - powiedziałam na odczepnego. - tylko potem powiedz bo skopiowałeś. Załatwię Ci oryginały za pół ceny.
-Super, dzięki.
Wyruszyłam ramionami i spojrzałam na tablicę ogłoszeń, gdzie Emma i spojrzałam Madison coś chaotycznie do siebie wykrzykiwały.
-Mam się do nich przyłączyć, czy pozwolić, żeby sie bawiły same? - westchnęłam. Zaglądając do torebki i wyciągnęłam notes z bocznej kieszeni.
-A teraz oświeć mnie, co to jest? - odezwał się Julie, krzyżując ramiona na piersiach.
-Od list! opada spisuję wszystkie osiągnięcia Emmy. - wyjaśniłam. - Taki spis spraw, które udało jej się załatwić.
-Fajnie, tylko warto zauważyć, że w tym roku jej osiągnięcia zanikają po porównaniu z jej porażkami. - zauważył James, chowając odtwarzacz do kieszeni bluzy.
-Porażki też spisałam. - powiedziałam, pokazując chłopakom odpowiednią stronę.
James pośpiesznie przeczytał zgromadzone przeze mnie notatki.
-Kiedy to wszystko zrobiłaś? - zapytał że zdziwieniem.
-Ciotka dała mi kiedyś lekcję o zabezpieczaniu. - wzruszyłam ramionami. - Potem zaczęłam to notować. Pomyślałam, że się przyda, po prostu.
-Jesteś boginią! - wykrzyczał zachwycony James.
-Co zrobiłaś? - zapytała Din, podchodząc do Jamesa i całując go w policzek.
-Podsumowała Emmę. - odpowiedział jej. - dosłownie.
-I... - spojrzała na niego wyczekująco. - Co teraz?
W odpowiedzi wywróciłam oczami i zabrałam Jamesowi notes.
-Po! wiem jej to. - powiedziałam takim tonem, jakby to było coś oczywistego.
-Co? - wykrzyczeli prawie jednocześnie.
-Pamiętacie Króla Artura? To król ma być dla poddanych, a nie odwrotnie. To samo z przewodniczącym klas drugich. - oznajmiłam spokojnie. - wciąż tam stoi, co nie?
Zapytałam, wskazując kciukiem za siebie.
James i Din pokiwali głowami, a ja wręczyłam Julie'emu swoją torebkę.
-Potrzebuję, żebyś mi to potrzymał, dzięki.
I poszłam w stronę Emmy i Mad. One oczywiście wciąż na siebie krzyczały. I to jak... Nie wiem, z jakiej racji, ale miałam ochotę walnąć jedną i drugą w tył głowy. Tak, wiem... przemoc nie jest rozwiązaniem.
-Próbujesz bezczelnie zająć moje miejsce! - wrzasnęła Emma, podnosząc rękę, jakby chciała uderzyć Madison. Odruchowo złapałam ją w powietrzu za nadgarstek. - A Ty tu czego, Carmichael?
Opuściłam powoli jej rękę i uśmiechnęłam się do niej ironicznie.
-Lepiej odpuść, dobra? - powiedziałam ostrożnie. - Miałaś swoją szansę i ją zmarnowałaś. Sama zobacz. Prowadziłam listę Twoich osiągnięć i porażek.
Rzuciłam jej notes otwarty na odpowiedniej stronie.
-Co? - zmarszczyła brwi, zerkając na tekst. - Ty jesteś jakaś... psychicznie chora!
I w ten sposób cały korytarz dowiedział się, że jestem psychicznie chora. Albo i nie... Prawda wyglądała tak, że po odwołaniu Emma straciła wiarygodność.
-Żal mi jej, wiesz? - odezwała się Madison, kiedy szliśmy do klasy matematycznej.
-Na prawdę? - uniosłam brwi.
-Nie. - pokręciła głową. - Tylko żartowałam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

~Jeszcze bardziej kiepsko i jeszcze bardziej krótko. Teraz na nic innego nie może tu liczyć. Wymiękam... A wątpię, czy chcecie czytać takie coś: 
-Julka! - usłyszałam krzyk Igora i niemal natychmiast wydałam z siebie warknięcie wściekłości. - Jesteś tu?
-Jasne! - odkrzyknęłam. - I dzięki, że rozwaliłeś mi pół godziny roboty. 
Dopiero teraz go zobaczyłam. Wszedł do salonu, rzucając kluczyki do samochodu na stolik naprzeciwko mnie. Spojrzałam na niego spode łba. On tylko się uśmiechnął i sięgnął po moją szkolną teczkę. 
-Zostaw. - powiedziałam szybko. - Chciałabym, żeby Artur zobaczył to jako pierwszy. 
-Jasne, już tego nie ruszam. - uniósł ręce w geście obronnymi i okrążył stół, patrząc mi przez ramię. - Znowu policja Cię wynajęła? 
-Tak. - odpowiedziałam krótko, wystukując IP do programu hakerskiego. 
-Co Tym razem? 
-Jakieś przekręty gospodarcze. - wzruszyłam ramionami. - Mam znaleźć dowody na pranie brudnych pieniędzy. A teraz Cicho. Kodowanie to najfajniejszy element ten całej nielegalnej roboty. 
-Chyba najtrudniejszy. - odparł, pociągając łyk z mojej szklanki. - Właściwie, dlaczego Policja znowu się do Ciebie przyczepiła? 
-No wiesz... - westchnęłam. - Dla nich jestem tylko małolatą, która lubi się nielegalnie zabawić. 
-A oni potrzebują taniego źródła danych. - dopowiedział. - To rzeczywiście wszystko tłumaczy. 
O tym, co się pisze w tym notesie... Nie wiem, czy chcecie wiedzieć, ale fandom jest bardzo stary i polski. bardzo mocno przeze mnie zmodyfikowany. Chyba wczoraj się dowiedzieliście, ze to oglądałam (nie wymienię Tytułu, ciekawe, czy ktoś z Was zgadnie) i tak na prawdę daawno nie oglądałam tego serialu. Za to znalazłam segregator z wycinkami i skoroszyt z opowiadaniami zeszyt pierwszy... Do działa! I w samą porę, bo skończyły mi się książki. Chyba wycyganię naprawę VHSa... Mam nadzieję, że ten odcinek się Wam podobał. Trzymajcie się! Do za tydzień. 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Raz w tygodniu. Sorry.

To dla mnie trudna decyzja, ale do końca maja notki będą się pojawiały raz w tygodniu. Mam dużo nauki. I coraz mniej czasu. A nie chcę zaniedbać czytelnictwa. Kiedy nie wyrabiam z Waszymi opowiadaniami jestem na siebie bardziej zła niż, wtedy, kiedy odpalam opowiadania raz w tygodniu. 
Spodziewajcie się Odcinka dopiero jutro. A kiedy (to było dzisiaj po przeczytaniu notki u Chrisa) z braku natchnienia grzebałam w starych plikach i znalazłam to coś niżej. Idealne na laurkę... I trochę nie na temat. Ale co tam, kiedyś oglądałam ten serial i... zdjęcia zostały. Teraz mam mały nawrót i próbuję to oglądać po fragmentach. Dobra, nie istotne. Dla Was:
Przykro mi. Tylko tyle mogę powiedzieć. Trzy powody: Brak czasu, brak natchnienia i sporo nauki. Tylko tyle mam na swoje usprawiedliwienie. Do jutra! 
Notki do końca miesiąca będą się pojawiały w środy! 
Do końca maja, albo kiedy wszystko zaliczę! 

czwartek, 23 kwietnia 2015

Odcinek 74 – Lizzy kontra Klasówka z hiszpańskiego

W poniedziałek wszystko zaczęło się monotonnie. Nie widziałam się z Kendallem od południa. Julie też urwał temat i nie pytał o naszą wspólną wizytę w łazience. Zamiast tego przyszedł do mnie do pokoju, prosząc o pomoc w Hiszpańskim.
-On jest nieśmiały. - powiedziałam powoli, pokazując Julie'emu zdanie w książce.
-On jest... - zaczął i urwał, zaciskając usta. - Nie mogę! - jęknął. - To jest za trudne!
-Wcale nie! - zaprzeczyłam, zdzierając go w tył głowy. - Skup się! Klasówka jest dzisiaj!
-Niekoniecznie. - spojrzał na mnie z chytrym uśmieszkiem.
-Jak to? - zmarszczyłam brwi.
-Klasówka miała być już tydzień temu, ale pan Santos pogubił...
-Nawet na to nie licz! - krzyknęłam mu prosto do ucha. - Masz to zaliczyć, dotarło?
Najpierw francuski, teraz hiszpański. Julie ma poważne problemy z językami obcymi. I to mnie martwi. Wiem, że niektóre rzeczy są łatwe dla niego, trudne dla mnie i odwrotnie.
-Hej, kochanie. - poczułam na policzku usta Kendalla. - Czemu męczysz brata?
-Bo brat się nie nauczył na dzisiejszą klasówkę. - wyjaśniłam.
Potem się okazało, że miałam rację z tą klasówkę. Tym razem pan Santos zawiódł i nie zgubił kartek ze sprawdzianami.
-Zostawcie na ławkach tylko długopisy i podkładki. - polecił, rozdając kartki z zadaniami. - Na uzupełnienie kart macie pół godziny.
-A pozostałe piętnaście minut? - zapytał Alan, odwracając stronę i podpisując się na górze kartki.
-Dziesięć. - poprawił Pan Santos, wręczając kartkę Emmie. Szlag! Czy musieli ją przydzielić właśnie do nas? - Pięć straciliście na własne kłótnie.
Uśmiechnęłam się pod nosem i sięgnęłam po swoją kartkę. Zdziwiłam się, kiedy kartka Emmy upadła, a ona nawet się schyliła się, żeby ją podnieść. Ziewnęłam, kiedy pan Santos podszedł do niej ze stoickim spokojem.
-Coś się stało? - zapytał, podnosząc kartkę i kładąc jej przed nosem. - Dlaczego nie podniosłaś kartki, kiedy Ci upadła?
Emma nie odpowiedziała. Zamiast tego popatrzyła na niego jak na głupka. Nie znajdowałam do tego lepszego określenia. Pan Santos zaczął mówić po hiszpańsku, jak to miał w zwyczaju po rozpoczęciu sprawdzianu.
-Zacznij pisać, jak Twoi koledzy. - polecił jej, siadając przy biurku nauczyciela.
Pochyliłam się nad swoją kartką i przeczytałam pierwsze polecenie. Przygryzłam wargę, próbując sobie przypomnieć odmianę czasownika „czytać”. Podrapałam się po skroni wierzchem długopisu.
-Emma, wszystko w porządku? - zaczął ponownie pan Santos, a ja podniosłam głowę. - Nawet się nie poruszyłaś. Ani nie podpisałaś. - dodał po chwili.
Rzeczywiście. Emma wciąż siedziała ze skrzyżowanymi ramionami i najwyraźniej nie miała zamiaru się poruszyć. Rzuciłam Carlosowi ukradkowe spojrzenie.
-Ogłoszenia. - wyszeptał, ukradkiem na mnie spoglądając. - Sprawdź na przerwie ogłoszenia.
Minuty mijały. Udało mi się skończyć zadania przed czasem, ale Emma przesiedziała całe pół godziny bez najmniejszego drgnienia.
-Mogłabyś się podpisać? - poprosił, już po angielsku, Pan Santos, kiedy tylko ona nie oddała swojej kartki. - Tylko się podpisz.
To najwyraźniej zrozumiała, bo podpisała się u góry strony. Pan Santos natychmiast porwał jej klasówkę i przekreślił ją z obu stron czerwonym długopisem.
-Przekaż swoim rodzicom, że dostałaś kolejną jedynkę. - poinformował ją spokojnie. - Jeszcze jedna, a nie przepuszczę Cię do następnej klasy.
-A Ty sobie możesz... - wymamrotała.
-Słucham? - Pan Santos zamrugał.
-Wal się na ryj leszczu! - wrzasnęła na odchodne i wybiegła na zewnątrz.
Zatrzasnęła za sobą drzwi, pozostawiając w klasie typowy w takich sytuacjach zamęt. Jeśli to była kolejna próba zwrócenia na siebie uwagi... Żenada.
-Co jej się stało? - zapytałam Carlosa, kiedy ludzie zaczęli się uspokajać.
-Jak zobaczysz ogłoszenia, to sama się przekonasz. - zachichotał, rzucając szybkie spojrzenie na Madison, która otworzyła podręcznik. Zapewne, żeby sprawdzić, czy dobrze napisała odmianę.
Westchnęłam i spojrzałam na Pana Santosa. Było mu wyraźnie przykro. Szkoda mi go, bo to równy gość. No może trochę gapa, ale jest dobrym nauczycielem.
Po dzwonku natychmiast poszłam do tablicy ogłoszeń pod gabinetem dyrektora. Jedna kartka była nowa. Z pieczęcią dyrektora.
Drodzy uczniowie!
Z uwagi na niezdolność aktualnego przewodniczącego klas drugich, zostaną zorganizowane ponowne wybory. Proszę kandydatów, żeby zgłaszali się do pana Jacka Golda, który przygotuje profile i wywiesi na tablicy ogłoszeń. Tymczasowo funkcję przejmie dotychczasowa zastępczyni, Madison Jenner.
Z wyrazami szacunku: Michael Shorts.
Dyrektor szkoły.
Ledwo zdołałam to przeczytać, a Mad zaczęła krzyczeć ze szczęścia. Odwróciłam się i spojrzałam na nią marszcząc brwi. Uśmiechnęłam się na widok Logana, który wyskoczył między nas i zamknął jej buzię pocałunkiem.
-Wiecie co to znaczy? - pisnęła zafascynowana. - To znaczy, że tymczasowo mogę zostać przewodniczącą! A jeśli się sprawdzę, to może wybiorą mnie na stałe.
-Brawo, bardzo się cieszę. - powiedziałam z uśmiechem. - A co jeśli Cię nie wybiorą?
-Nie kracz, dobra? - jęknęła. - A teraz przepraszam, idę załatwić większe kawałki pizzy na czwartek.
I odwróciła się do schodów. Parsknęłam śmiechem, kiedy dumnie zeszła na dół, za pewne do stołówki. Pokręciłam głową, opierając się o ścianę.
-Madison nie marnuje czasu. - skomentował Carlos.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzisiaj spontan, tak jak wczoraj. Teraz pisze na przyszły tydzień i raczej tez będzie krótko. Wątek Emmy jeszcze się nie skończył. Mogę śmiało powiedzieć, że dopiero teraz (dość dziwna pora na upust weny) udało mi się napisać kilka sensownych zdań.
Wczoraj po południu ukazał się pierwszy rozdział nowego startu „Szkoły dla Mutantów”. Napisałam dość staranny wstęp na jakieś cztery akapity. I chyba nie było źle... Wczoraj na asku zawiadomiłam tylko Chrisa i Sylwię od X-mengers. Możecie go przeczytać tutaj. Zapraszam. Chociaż drugiego rozdziału nawet nie zaczęłam.

Dziękuję Wam za te opinie, które mi wysyłacie. To mi daje siłę. Zrozumcie sobie to jak chcecie. No cóż... mam nadzieję, że ten odcinek się Wam podobał. Trzymajcie się!  

wtorek, 21 kwietnia 2015

Odcinek 73 – Lizzy kontra Wspólna noc

Kiedy wróciłam z występu, byłam trochę zawiedziona. Ten cały Kayle nie przyszedł. Niemal natychmiast zeszłam pod namiot, żeby zmyć makijaż.
-No co? - uniosłam brwi, kiedy Antonio położył się na moich stopach. Jego wielki łeb otulił moją lewą nogę. To było nawet przyjemne. - Antonio, już wstaję.
I niemal natychmiast podniósł się i przeszedł do swojej miski z wodą. Uśmiechnęłam się, wstając ze stołka przed scenicznym lustrem.
-Nieźle jak na pierwszy raz. - odezwała się Atsue, stając w drzwiach. - Wracasz już do bazy?
-Wracam do domu. - poprawiłam, wkładając do torebki szminkę, której używałam. - To do zobaczenia. Zajmiesz się Antoniem?
-Jasne, ale tylko na jedną noc. - kiwnęła głową.
Uśmiechnęłam się do niej i pogłaskałam Antonia na pożegnanie.
Kiedy wróciłam do domu, wszyscy już spali. Był środek nocy. Zaświeciłam światło i zobaczyłam żółtawą czuprynę na kanapie przed telewizorem. Ostrożnie podeszłam bliżej i uświadomiłam sobie, że to Kendall. Zabrałam koc z szafy i ostrożnie go okryłam.
-Lizzy? - wymamrotał.
-Tak, to ja. - wyszeptałam. - Śpij.
-Czekałem na Ciebie. - odparł wciąż zaspanym głosem. - I zasnąłem.
-Zauważyłam. - odpowiedziałam, odgarniając mu włosy z oczu. - Nie musiałeś tu nocować. Co na to Dustin? Chyba nie był zbyt zadowolony, co?
-Z Dustinem nie miałem problemów. - odpowiedział, siadając, a ja przycupnęłam obok niego. - Ma dzisiaj katalogowanie w Muzeum i zejdzie mu całą noc.
Uśmiechnęłam się pod nosem i splotłam razem nasze palce. Westchnęłam i przytuliłam się do niego. Mimo, że uważam to za niepotrzebne, byłam wdzięczna, ze zaczekał. Przyszedł do mieszkania, może porobił coś z Julie'm i ze zwykłego zmęczenia zasnął na kanapie.
-Może prześpisz się w moim pokoju? - zaproponowałam. - Tam jest dużo wygodniej, a łóżko wystarczająco duże dla nas dwoje.
Kendall pośpiesznie zamrugał i otworzył usta.
-Jesteś pewna? - uniósł brwi.
-Przecież nie zamierzamy uprawiać seksu. - zachichotałam. - Możemy się co najwyżej wspólnie wykąpać. Widziałam jak Sarah robi to z Chuckiem.
Ostatecznie nie wykonaliśmy tego planu. Nie wyrobiłam i zasnęliśmy na kanapie. Rano obudziłam się ze sztywnym karkiem, wtulona ścisło w Kendalla.
-Dzień dobry. - wymruczał mi do ucha. - Już wstałaś.
-Nie. - odpowiedziałam. - Dopiero się obudziłam.
I dalej wszystko się samo potoczyło. Zwlekliśmy się z kanapy i poszliśmy na górę. Odruchowo nie zamknęłam drzwi łazienki. Nigdy tego nie robię. Po prostu nie potrafiłam.
Automatycznie zrzuciliśmy z siebie ubrania. Wbiłam wzrost w nagą pierś Kendalla. Przygryzłam wargę, zdając sobie sprawę z własnej głupoty. Właściwie, to była lekka fala wstydu. Odwróciłam wzrok, sięgając po butelkę żelu pod prysznic.
-Pomarańcze? - uniósł brwi, patrząc na etykietę.
Pokiwałam głową, rozpinając stanik. Obróciłam się do niego plecami i odkręciłam wodę. Pierwsze krople były chłodne, dlatego pisnęłam z zaskoczeniem i nieco obniżyłam ramiona, nieco sprężając swoją szyję. Ciarki przeszły mnie plecach, ale nie wiedziałam, czy z zimna, czy od dotyku Kendalla, który objął mnie w pasie i rozprowadził odrobinę żelu na moim brzuchu.
-Wszystko dobrze? - wyszeptał mi do ucha, nie przerywając szorowania. - Lekko drżysz.
-To nic. - powiedziałam cicho. - Nie przejmuj się.
Powoli przemieszczał czynność na moje plecy. Obróciłam się chwyciłam drugą myjkę. Po omacku nabrałam płynu na gąbkę i zaczęłam rozmieniać aromatyczny płyn na jego plecach.
-Możesz zakręcić wodę? - poprosiłam. - Chcę Cię najpierw dobrze zapienić.
Kendall był trochę zaskoczony, ale wykonał moje polecenie. Zaczynała lecieć ciepła woda, więc już trochę zaczęłam się rozgrzewać. Niecałe pięć minut później spłukaliśmy z siebie pianę. Podałam Kendallowi czysty, zapasowy ręcznik i sama owinęłam się własnym.
Wychodząc z łazienki, natknęłam się na Julie'ego, który zmierzał wejść do środka.
-Myliście się razem? - zapytał ze zdziwieniem, kiedy rzuciliśmy mu zwykłe „cześć”.
-Tak. - odpowiedzieliśmy jednocześnie, jakby to było coś normalnego.
Ale czy to było normalne? Sama o tym nie wiedziałam. Cała ta czynność była lekko erotyczna. I bardzo intymna. Całe szczęście, że Ellie wyjechała. Co by było, gdyby zobaczyła, że kąpię się razem ze swoim chłopakiem? O matko, ona zrobiła to z Devonem, mając już dwadzieścia lat. A ja mam dopiero czternaście.
-Coś się stało? - zapytał, kiedy wkładałam bieliznę i jeansy.
-Nie. - pokręciłam głową. - Tylko myślę. Zastanawiałeś się, co by było gdyby ktoś nas przyłapał?
-Julie nas przyłapał. - przypomniał mi, zabierając zapasowe ubranie Chucka, które zabrałam z regału. - Nie było tak źle.
-Mówiłam o kimś dorosłym. - uściśliłam, wkładając top przez głowę. - Jak Chuck, albo...
-Chuck jest wyluzowany. - przerwał mi, klękając przede mną na łóżku. - Nie robiliśmy nic złego.
-Widziałeś moje piersi. - jęknęłam. - A ja Twojego małego przyjaciela.
-No i jesteśmy kwita. - zaśmiał się, ściskając moją dłoń.
Na śniadaniu Julie zachowywał się jak gdyby nic się nie stało. Kendall był ledwie jedną osobą w bonusie. Jak zwykle rozłożyliśmy stół i wspólnie go nakryliśmy.
-Jeszcze pieczywa? - zapytał John, podsuwając nam koszyk z bułkami.
Automatycznie zabrałam jedną z kajzerek.
-Pieczywo na śniadanie? - wyszeptał do mnie Kendall. - Zawsze tak jecie?
-Tylko w niedziele. - wzruszyłam ramionami. - Poza tym raz w tygodniu możemy sobie pozwolić, prawda?
Uśmiechałam się do niego i pocałowałam delikatnie w usta. Najważniejsze, ze wszystko było normalnie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`
Mówiłam, że od tej pory będzie kiepsko. I krótko. Nie pytajcie czym się inspirowałam, nie chcecie wiedzieć. Wierzcie mi.
I jeszcze jedno, na czym mi zależy: http://x-time-rush.blogspot.com/ czyli Szkoła dla Mutantów. Pierwszy rozdział nie jest jeszcze gotowy, ale bohaterowie i to, co zdarzyło się przed pierwszym rozdziałem zostało już ujawnione. Kto nie widział... To zapraszam. I dziękuję Bunny za pierwszy komentarz pod notką powitalną. Jesteś kochana.

No cóż... mam nadzieję, że dzisiejszy odcinek się Wam podobał. Liczę na wasze opinie. Trzymajcie się! Do czwartku! Bywajcie z Magnusem!  

czwartek, 16 kwietnia 2015

Odcinek 72 – Lizzy kontra wieczór cyrkowy

Poczułam coś mokrego i śliskiego na policzku. Byłam pewna, ze to właśnie to mnie obudziło. Podniosłam głowę i leniwie otworzyłam oczy. Zdałam sobie sprawę, że patrzę prosto w ślepia wielkiego tygrysa.
-Antonio? - wymamrotałam, siadając i odrzucając koc. - Kto z tobą przyszedł?
Bez słowa zaczął mnie prowadzić na dół. Zbiegłam za nim i weszłam do części kuchennej. Pierwsze, co tam zobaczyłam to Atsue i Sarę siedzących naprzeciwko siebie i pijących kawę z papierowych kubków.
-Już przyjechaliście? - zapytałam, zamiast powitania. - Myślałam, ze będziecie dopiero wieczorem.
-Bo tak miało być. - odpowiedziała z szerokim uśmiechem. - Ale zanim co, musimy Ci przypomnieć jak to się robi. A teraz chodź tu! Muszę Cię uściskać!
I wyciągnęła do mnie obie ręce, gotowa do uścisku. Bez wahania opadłam w jej obcięcia. Mimo, że Atsue była szpiegiem, nikogo nie okłamywała. Pewnie dlatego, że nie ma okazji. Jest tylko analityczką i trochę akrobatką. Jedna z niewielu obcokrajowców, którą uczył mój tata. Wszystkich uczniów miał chyba dziesięciu.
Kiedy się puściłyśmy, usiadłam na jednym z taboretów, a Antonio niemal natychmiast oparł mi łeb na moich kolanach. Położyłam dłoń na jego sierści, delikatnie czochrając jego miękkie włoski.
-Tęsknił za Tobą. - zauważyła Atsue, kiedy Sarah sprzątnęła puste kubki. - I musimy Ci uszyć nowy kostium. Jeszcze tego popołudnia będzie gotowy. O dziesiątej masz być w bazie. Musimy wybrać model i zdjąć miarę.
-A ten mój się nie nada? - zapytałam ze zdziwieniem, podając Antoniemu jeden z bez cukrowych landrynków miętowych, które ten uwielbiał.
-Może nawet by się nadał, ale Cole zmienił koncepcję. Nazywamy się „Multinational Circus”, co nie? - zauważyła. - Beker wymyślił, żebyśmy wszyscy mieli stroje na wzór swojej flagi.
I wywróciła oczami. Pokręciłam głową i spojrzałam na szczyt schodów, gdzie stał Julie, patrząc na Antoniego szeroko otwartymi oczami.
-Co to ma być? - niemal wrzasnął, a sam tygrys wtulił pysk w moje ramię. - Kto tu wpuścił dzikie zwierze? Jak...
-To jest Antonio. - odpowiedziałam spokojnie.
-I nie jest taki do końca dziki. - zauważyła Atsue. - Urodził się w klatce, ale potem nawiał z Zoo w Londynie. Nie mogliśmy go tam odesłać. Dlatego MI6 przygarnęło go do siebie. Po pewnym czasie stał się tak oswojony, że słuchał każdego z nas. I bardzo lubił się bawić. Potem doradca królowej wpadł na pomysł dołączenia go do rządowego cyrku i tak już zostało. Najważniejsze, że Antonio jest szczęśliwy, prawda?
~***~
Po jedenastej wyszłam z bazy i weszłam do hali sklepowej, rozglądając się za Kendallem. Po chwili zauważyłam go przy półkami z filmami na DVD.
-Cześć, dzięki, że się zgodziłeś. - powiedziałam, podchodząc do niego i całując go na powitanie w policzek. - Nie byłam pewna, czy się zgodzisz przenieść miejsce spotkania.
-Ja tak. - objął mnie ramieniem. - Ale nie reszta. Wciąż czekają na nas w pizzeri. Poza tym... I tak chciałem Ci kupić prezent. Może jakiś film? Hmm?
-Przecież wiesz, że nie musisz. - powiedziałam, przechadzając się z nim alejką z DVD. - Poza tym nie lubię komedii romantycznych.
-Myślałem, że lubisz wątki miłosne. - zmarszczył brwi, kiedy odłożyłam płytę na półkę z serią o batmanie. - Przynajmniej tak mówiłaś przy drugiej części X-Mena.
-Tak, ale pod warunkiem, że to jest wątek poboczny. - pokiwałam głową, obejmując go za szyję. Zbliżyłam się do jego ust, żeby go pocałować.
-Lizzy! - usłyszałam głos Lestera za swoimi plecami, kiedy ledwo zamknęłam oczy.
-Czego?! - wrzasnęłam z wściekłością.
-A już nic... - machnął ręką i odwrócił się do biurka serwisantów.
-Jak ja tego nie cierpię. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
Kendall nic nie odpowiedział. Poczułam, jak zachichotał i pocałował mnie w czubek głowy. Skrzyżowałam ręce na piersiach i Kendall wyprowadził mnie ze sklepu.
-Idziemy na obiad? - zapytałam, patrząc na niego z dołu. A przecież byłam od niego tylko kilka centymetrów niższa. Chyba potrzebuję butów na obcasach.
-Tak. - pokiwał głową z szerokim uśmiechem i poprowadził mnie na przystanek autobusowy. - Julie już jest na miejscu. Chris i Logan obiecali, że zastąpią Cię jak tylko potrafią.
Zaśmiałam się, zerkając na rozkład jazdy. Kendall przytulał mnie od tyłu niemal przez cały czas. Oparłam głowę o jego ramię.
-Para bezwstydnych smarkaczy! - podskoczyłam na dźwięk głosu jakiejś starszej pani. - Może nie w miejscach publicznych? Dzisiejsza młodzież...
Odsunęliśmy się od siebie, a ona przeszła dalej wciąż mamrocząc pod nosem.
Kiedy przyjechał nasz autobus, stanęliśmy przy końcu lewego rzędu. To było dla nas najlepsze miejsce. Z przodu wprost roiło się od starszych ludzi, a to nie było zbyt wygodne. Nie każda babcia to miła babcia.
Wyszliśmy i wpadliśmy do pizzeri w której siedziała nasza paczka. Z ledwością powstrzymałam parsknięcie śmiechem, kiedy zobaczyłam Jak Julie siedzi między Loganem, a Chrisem.
-Cześć, jak leci? - zapytałam, siadając obok Madison, naprzeciwko Din.
-Czuję się jak kretyn siedząc z twoimi szurniętymi przyjaciółmi. - wypalił Julie.
-Niestety, mam tylko takich. - westchnęłam, sięgając po dodatkowy talerz.
-Ej! - zawołała Madison z oburzeniem.
-Żart. - uśmiechnęłam się, krojąc sobie kawałek pizzy hawajskiej na jeszcze mniejsze kawałki.
-Lizzy tak się tego nie je. - zauważył James, kiedy z wyprostowanymi plecami brałam do buzi małe, po odkrajane kęsy do buzi.
-Tylko jak? - wzruszyłam ramionami. - Wcześniej też tak jadłam i nikomu to nie przeszkadzało.
-Tak, tylko Emma nadała Ci pseudonim „księżniczka”, bo jesz wzorowo przestrzegając etykiety. - odezwała się Madison, na co Din krótko się zaśmiała.
Zmarszczyłam brwi, opierając się na nadgarstku. Nie rozumiałam o co jej tak właściwie chodzi.
-Od kiedy przejmujesz się tym, co mówi o nas Emma? - zapytałam, krzyżując ramiona. - Sama mówiłaś, że to pusta pannica i nie warto zaprzątać sobie nią głowy.
-Właśnie. - Din i James powiedzieli to niemal jednocześnie.
-Poza tym, lepiej jeść jak księżniczka, niż jak świnia. - dodał Carlos. - Widzieliście kiedyś jak ona je? Bo ja nie. W Czterech Szpadach pije tylko kakao.
Logan popatrzył na Kendalla i Madison ze zdziwieniem.
-Właśnie! - zawołał z tryumfem Carlos, pochłaniając całe kawały pizzy. - Pewnie je tak obleśnie, że boi się tego pokazać. Wiecie, jak Shrek w pierwszej części.
-Dobra, zostawmy to. - Madison odłożyła na bok nóż i widelec. - Powiedz lepiej, czy masz jakieś plany na wieczór.
Przygryzłam wargę, kiedy się zorientowałam, że mówi do mnie. Oblizałam usta i założyłam sobie kosmyk włosów za ucho.
-Właściwie to mam. - oznajmiłam powoli. - Mówiłam Wam kilka dni temu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Uprzedzam, że teraz notki będą sporo krótsze, bo zajęłam się teraz tym X-Menem. Dopiero zrobiłam bohaterów, a jeszcze muszę napisać wstępny zarys fabuły przed pierwszym rozdziałem. Tych starych nie kasuję. Nie ma po co. Może ktoś będzie chciał sobie poczytać te stare urwane wypociny? Może... Tak czy owak, zostają i już. Może „się zareklamuję” jak napiszę pierwszy rozdział. Ale to zostawmy. Co myślicie o dzisiejszym odcinku? W sobotę podrzucę Wam krótką recenzję. Nie powiem jakiego filmu. Mam nadzieję, że dzisiaj się Wam podobało. Trzymajcie się! Bywajcie z Magnusem!  

wtorek, 14 kwietnia 2015

Odcinek 71 – Lizzy kontra kluczowe wspomnienia

~**Chris**~
Dwa lata temu:
Przyprowadzili mnie do sądu ze schroniska dla nieletnich. Nie wiedziałem, dlaczego się do mnie przyczepili. Nie zrobiłem niczego złego. Owszem, może tym razem trochę przegiąłem, ale żeby zaraz posyłać do sądu?
Zmierzyłem wzrokiem czystą kartkę w długopis, o który poprosiłem wcześniej. Jak już mam zadawać innym pytania przy zeznaniach, muszę być na to przygotowany.
-Jesteś gotowy? - zapytał facet, którego dali mi z urzędu. Spojrzałem na niego i pokiwałem głową. - Wiesz, że Twoja sytuacja jest bardzo trudna?
-Nie obchodzi mnie moja sytuacja. - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Nic mnie tu nie obchodzi.
-A co Cię obchodzi? - zapytał, patrząc mi głęboko w oczy.
-Lizzy mnie obchodzi – odpowiedziałem.
~**James**~
Dwa lata temu:
Spojrzałem na list, który dostarczono ze szkoły do której staram się dostać. Właściwie nie poszedłbym tam, gdybym miał wybór. To zwykłe liceum, a jedyne co jest w niej wyjątkowe to francuska kultura z epoki Króla Słońce i tradycja.
Drżącymi rękami rozerwałem kopertę. Tu jest odpowiedź, czy będę mógł zrobić pierwszy krok do przejęcia spadku po rodzicach. Rozłożyłem kartkę i zacząłem czytać:
Szanowny Panie Maslow!
Jako dyrekcja Liceum Muszkieterów pragniemy pana poinformować, że został Pan przyjęty do naszej szkoły. (…) Prosimy o dostarczenie oryginału dokumentów z poprzedniej szkoły jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. Poinformujemy telefonicznie Pańskiego rodzica bądź opiekuna o szczegółach dotyczących otworzenia nowego roku.
Z wyrazami szacunku:
Michael Shorts, dyrektor szkoły.
~**Kendall**~
Trzy lata temu:
-Synu! - usłyszałem głos ojca, zanim w ogóle jeszcze wszedłem do domu.
-Już idę! - odkrzyknąłem, odkładając plecak na podłogę.
Przechodząc korytarzem rzuciłem okiem na swoje odbicie w lustrze. Włosy powoli zaczęły mi odrastać. Po chemioterapii wypadły mi włosy i byłem bardzo słaby. Teraz powoli wracałem do siebie. Przynajmniej tak zapowiadał lekarz. Musiałem mieć spokój i czas na odpoczynek, a z moim ojcem nie było to łatwe.
Poszedłem do jego gabinetu. Jego ton jednoznacznie wskazywał, ze chce ze mną o czymś porozmawiać. Niepewnie wszedłem do środka.
-Chciałeś mnie widzieć, tato? - Zapytałem, stając przed jego biurkiem.
-Dobrze, że jesteś. - powiedział z tym samym złowieszczym uśmiechem, jak zawsze, kiedy coś planował. - Dużo zadali Ci w szkole?
-Niewiele. - skłamałem, wiedząc, że właśnie to chce usłyszeć.
-Znakomicie, synu... - pokiwał głową z zadowoleniem. - Znakomicie. Czas na Twoją pierwszą lekcję. Chodź ze mną.
Wstał i poprowadził mnie do pomieszczenia, który zawsze zamykał przede mną na klucz. Wiedziałem, co tam jest. Broń, którą handlował.
-Czas na Twoją pierwszą lekcję.
~**Carlos**~
Dwa lata temu:
-Paniczu Carlos? - Sue weszła do mojego pokoju, cicho pukając. - List do pana.
-Dziękuję, ale zamknij drzwi. - powiedziałem, wstając z obrotowego krzesła. - Chciałbym z Tobą porozmawiać.
Sue to córka naszej kucharki. „Dorabiała” u nas jako pokojówka. Jest w moim wieku, ale bardzo ją polubiłem. Jest dla mnie niemal jak siostra. Sam nigdy nie miałem rodzeństwa.
-Moja mama? - zapytałem szeptem, kiedy ta zamknęła za sobą drzwi.
-Tak. - odpowiedziała, dając mi kopertę. - Stała za mną cały czas. On zawsze jest taka skrupulatna?
-Zawsze. - pokiwałem głową. - nigdy nie odpuszcza.
-A teraz otwieraj. - powiedziała, poganiając mnie z otworzeniem listu. - Chcę wiedzieć, czy się dostałeś.
Otworzyłem list i przebiegłem wzrokiem po tekście. Sue cały czas próbowała zaglądać mi przez ramię, ale nie miałem jej tego za złe.
-Udało się. - odpowiedziałem. - Dostałem się do Muskieeters High.
-To chyba dobrze. - wzruszyła ramionami z szerokim uśmiechem. - Nie wyglądasz na szczególnie szczęśliwego.
-Też byś nie była, gdyby Twój ojciec przyszedł do Ciebie oświacie i oznajmił Ci, że już złożył za Ciebie wszystkie papiery. Musze jeszcze donieść oryginały.
-Podwiozę Ci je skuterem, chcesz? - zaproponowała.
~**Logan**~
Trzy lata temu:
-Henderson do mnie! - wrzasnął trener.
Wysłałem temu idiocie z przeciwnej drużyny gest oznaczający, ze mam go głęboko w dupie. W odpowiedzi, ten doskoczył do mnie przez pół boiska i zaczął okładać mnie pięściami. Musiałem się jakoś bronić i trzasnąłem go w szczękę. Następne, co poczułem to dłonie trenera na moich ramionach odciągające mnie od tego palanta.
-Co ty wyprawiasz? - wrzasnął mi do ucha. - Nie tak się umawialiśmy! To jest drużyna koszykarska, a nie zapaśnicza! Nie powinienem Cię w ogóle przyjmować!
-Puściły mi nerwy, trenerze. Obiecuję, że to był ostatni raz.
-Oczywiście, ze to był ostatni raz! - odkrzyknął. - A Wiesz dlaczego? Bo wylatujesz z drużyny! W trybie natychmiastowym!
~**Lizzy**~
Trzy lata temu:
Włożyłam sukienkę, którą przygotowała mi Ellie. Niebieska. Pozwoliła mi wybrać kolor dla druchen. Ona pewnie wybrałaby różowy, ale ja różowego nie cierpię.
-Widzisz? - usłyszałam za sobą głos Chucka. - Wyglądasz ślicznie.
-Na prawdę nie mogę włożyć stroju z rozpoczęcia roku? - zapytałam ze zniecierpliwieniem. - Wciąż mam go w pokoju.
-Lizzy... - Chuck westchnął ciężko, mrużąc oczy. - To ślub Ellie. Najpiękniejszy dzień w jej życiu. Bo przecież polubiłaś Czada, prawda?
Pokiwałam głową. Nie wiem, z czego tak właściwie robiłam tragedię. Z sukienki. Jeden dzień w sukience jakoś wytrzymam. Muszę. Dla Ellie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Kiedy przeczytałam go drugi raz, zdałam sobie sprawę, że wyszło trochę marnie. Przytoczyłam kilka urywek z notesu i tyle. Już więcej tak nie zrobię. Przynajmniej nie jako indywidualny odcinek, tylko na zapchajdziurę do limitu. Mam jeszcze takie pytanie. Zastanawiam się nad reaktywacją „Szkoły dla Mutantów”. Mam kilka pomysłów na brudno, ale to byłaby historia pisana od nowa. I pytanie brzmi tak: Czy interesowałby Was Crossover BTRu z X-Menem? To byłoby trochę sf, ale chyba źle by nie wyszło. Taki jeden krótki rozdział raz na średnio dwa tygodnie. Nie regularnie, ale spontanicznie. To co myślicie? O Mutantach? O dzisiejszym odcinku? Trzymajcie się!  

czwartek, 9 kwietnia 2015

Odcinek 70 – Lizzy kontra Sprzątanie pokoju

-Stary, ale Ty jesteś wychudzony! - usłyszałam wołanie Logana z szatni chłopaków. - Jesz Ty coś w ogóle? Bo patrząc na Ciebie raczej wątpię.
Przebrałam się już dawno, ale chciałam pójść na górę razem z Julie'm i Kendallem. Nie wiedziałam, o co może chodzić Loganowi, ale krzyczał tak głośno, że nawet Jack obejrzał się na drzwi.
Z szatni wyszedł Julie. Wyglądał na wściekłego. Minął mnie bez słowa i wbiegł na górę po antresoli na drugie piętro.
-Co się stało? - zapytałam, ale już pewnie mnie nie słyszał.
-Logan mu powiedział, że jest chorobliwie szczupły. - powiedział James, zakładając sobie torbę na ramię. - Czekasz na Kendalla? Jeszcze nie skończył.
-Mogę tu poczekać. - wzruszyłam ramionami. - O co właściwie chodziło Loganowi?
-Zobaczył Julie'ego w bokserkach. - wyjaśnił krótko. - A ponieważ od rana jest lekko nadpobudliwy... musiał jakoś odreagować.
-Na Julie'm? - zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
-Mnie też się kiedyś uczepił. - odparł lekko. - Jednak patrząc na reakcję Julie'ego widzę, że Logan trafił w jego czuły punkt.
Kiedy wracaliśmy do domu Julie wciąż był wściekły. Kendall cały czas siedział obok mnie w tramwaju i trzymał za rękę. Po tym, co mi rano powiedział... Nie wiedziałam czy to jest jego normalna reakcja, ale był teraz bliżej mnie niż zwykle. Możliwe, że tylko mi się wydaje, bo przez trzy dni trzymał mnie na dystans.
Przed domem dostałam jakiegoś SMSa. Przystanęłam na chwilę i wyjęłam komórkę z kieszeni. Spojrzałam na wyświetlacz i uniosłam brwi, widząc wiadomość od Din.
-„Dzisiaj moja próbna audycja w sieci, słuchajcie mnie.” - przeczytałam na głos.
-Dostałem to samo. - odpowiedział Kendall, zaglądając do swojego telefonu.
Otworzyłam im drzwi i wpuściłam ich jako pierwszych. Julie od razu pobiegł na górę, tłumacząc, że musi szybko odrobić lekcje. Pierwsze co zobaczyłam, to przestawiony rowerek stacjonarny, który kiedyś przestawiłam w głąb salonu, żebym mogłam przy ćwiczeniach oglądać telewizję.
-Kto przestawił mój rower? - zapytał Devon, widząc, że stoję z Kendallem przed drzwiami wejściowymi.
-Ja. - odpowiedziałam, rzucając torbę na kanapę. - Przy oglądaniu niektórych seriali czuję nagłą potrzebę, żeby się poruszać, a co?
-A już nic. - machnął ręką. - A kto to jest? - wskazał brodą na Kendalla.
-To jest Kendall, mój chłopak. - wyjaśniłam spokojnie. - Kendall, to jest Devon, mąż Ellie, ale mówimy na niego „Czad”, bo...
Nie zdołałam dokończyć, bo Devon wziął Kendalla pod pachę i poprowadził go w głąb pokoju.
-Wiesz co, jeśli jesteś jej chłopakiem, to powinieneś wiedzieć, że Lizzy to wyjątkowa dziewczyna. - rozpoczął swoje wywody. - A serce to to bardzo skomplikowany mięsień. A ja, jako specjalista od serca, wiem, że bardzo trudno jest wyleczyć złamane serce i...
-No, dobra, dosyć tego! - zawołałam, pociągając Kendalla za rękę. - A Ty! - wycelowałam palcem w Devona. - Nie będziesz groził mojemu chłopakowi! Rozumiesz?
Niemal to wykrzyczałam. Obaj wpatrywali się na mnie ze zdziwieniem. Chciałam tylko przerwać tą jego tyradę. No i dobrze, a może nawet zbyt dobrze pamiętałam, jak skończyło się to ostatnim razem.
-On wcale mi nie groził. - wykrztusił w końcu Kendall.
-Zacząłby Ci grozić dwa zdania później. - powiedziałam, prowadząc go na górę do pokoju. - Wejdź, nie będziemy rozmawiać w przejściu.
Otworzyłam drzwi i pierwsze co zauważyłam, to poprawione łóżko. Stanęłam jak wryta i spojrzałam na legitkę rządową, złożoną starannie na kocu.
-Co się stało? - zapytał Kendall, obejmując mnie z tyłu. Nie poruszyłam się.
-Nie ścieliłam rano łóżka. - powiedziałam powoli, przyglądając się odznace. - I zwykle trzymam to pod materacem.
Dopiero po chwili zaczęłam składać poszczególne kawałeczki. Kto zwykle ścielił za mnie łóżko, kiedy mi się nie chciało? Ellie. Kto robił to wykręcając materac do góry dnem? Ellie. Kto jest przeciwny szpiegostwu? Ellie.
-O nie. - westchnęłam, siadając na krześle obitym w sztruksową tapicerkę. - Dowiedziała się w najgorszy możliwy sposób.
-Kiedy miałaś zamiar mi powiedzieć? - zapytała Ellie, stając w drzwiach.
-Kendall, możesz wyjść? - poprosiłam. - przełożymy to na później, dobra?
~***~
Gdybym mogła napisać książkę, nosiłaby ona tytuł „Jak sprawić, żeby starsza siostra się na Ciebie obraziła?”, bo co nieco o tym wiem. Nie wiem, jak to możliwe. Tłumaczyłam, że nie powiedziałam jej o tym, bo wiedziałam, że i tak byłaby zła. Było jej powiedzieć już w Boże Narodzenie. Uniknęlibyśmy tych nieprzewidzianych fochów i byłoby dobrze, a tak niestety. Ellie chodziła obrażona i na mnie i na Chucka.
Wyszłam z kuchni i wzięłam laptopa do pokoju. Obiecałam Din, że posłucham jej audycji. I muszę dotrzymać słowa. Po drodze zajrzałam do Julie'ego, żeby poszedł ze mną. Z drugiej strony... Julie jest dobrą stroną szpiegostwa. Gdyby nie ta misja, nawet bym nie wiedziała, że mam przyrodniego brata.
-Chodź do mnie, co? - zawołałam go, stając w drzwiach jego sypialni. - Posłuchamy razem Din.
-Już idę. - wymamrotał, nie podnosząc głowy znad szkolnej lektury.
Po chwili wstał i poszliśmy do mojej sypialni. Usiedliśmy na łóżku, a ja z zażenowaniem przypomniałam sobie o zepsutym głośniku. Znajdź teraz ten kabel.
-Czego szukasz? - zapytał, opierając się o poduszkę na której spałam.
-Kabelka od głośników. - wyjaśniłam, pociągając za środek jednego z przewodów. Wyprostowałam się z tryumfem na twarzy, kiedy podniosłam złącze od udźwiękowienia na ścianie.
Podłączyłam kabelek do komputera i oparłam się o ramię. Musiałam jeszcze dołożyć kilka ustawiań i wtedy byłoby dobrze.
-Wysłuchaliśmy właśnie Jennifer Lopez i jej „Zrób głośniej”, które w zabójczym tempie popchnęło jej karierę do przodu. - usłyszeliśmy głos Din, która zawzięcie relacjonowała do mikrofonu w szkolnej rozgłośni. - Dzisiaj porozmawiamy o szkolnych aktualnościach. Przypominam o czacie, na którym możecie na bieżąco wyrażać swoje opinie.
Spojrzałam na monitor komputera i pasek na wpisanie wiadomości. Była już nawet pierwsza wiadomość.
MikiMiki pisze:
Zamknij ryja, głupia kujonico!”
Spojrzałam na Julie'ego, który też to zauważył.
-Zignorowała. Fachowo. - powiedział, wzruszając ramionami.
-Tak, tylko co dalej? - westchnęłam. - Taka durna odzywka może uruchomić prawdziwą kule śnieżną. Kto właściwie zajmuje się tym radiem?
-Nie wiem, sprawdź. - uniósł brwi i pochylił się nad klawiaturą, szukając podpisu opiekuna, czy cokolwiek takiego.
Zaczęłam błądzić wzrokiem po monitorze. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłam podpis.
-Pani Miller. - powiedzieliśmy jednocześnie. - Luzik.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Trzy na cztery „Tak” do zobaczenia aktora, który „gra” Brada. O jedno za mało, ale... mogę dać Wam małą podpowiedź. Wymyśliłam Brada, patrząc na tego aktora. Oglądałam „Męsko-Damską Rzecz”. I teraz już wszystko jasne! Następny odcinek będzie bardzo retrospekcyjny. Przez Króliczka, to Ty podsunęłaś mi ten pomysł. I co myślicie o Lizzy i jej zatajaniu swojej pracy dla rządu przed Ellie? I jak długo Ellie może się na nią gniewać? No i Din i jej praca dla szkolnego radia. Jak myślicie? Dostanie tą „robotę”? Mam nadzieję, że podobał Wam się dzisiejszy odcinek. Liczę na Wasze komentarze z opiniami. Bywajcie z Magnusem! Do Wtorku!  

wtorek, 7 kwietnia 2015

Odcinek 69 – Lizzy kontra Dawna Choroba

Na przerwie poszłam do klasy pani Arias. Właściwie pobiegłam, ignorując Chrisa i Madison, którzy próbowali pójść za mną. Kiedy weszłam do klasy od francuskiego, natychmiast zobaczyłam Kendalla. Wzięłam głęboki oddech
-Chciałeś rozmawiać. - zaczęłam, co było zupełnie bez sensu.
-Tak. - kiwnął głową i pocałował mnie na powitanie.
Czułam się trochę zdezorientowana, bo w tym pocałunku krył się pewien rodzaj napięcia.
-Wszystko dobrze? - zapytałam, siadając obok niego na krawędzi ławki.
-Tak, tylko najpierw chcę to powiedzieć Tobie. - oznajmił bezbarwnym tonem. - Pięć lat temu miałem nowotwór lewej nerki.
-Miałeś raka? - powtórzyłam i poczułam jak nagle robi mi się głupio. - Mogłeś mi to po prostu powiedzieć. To by między nami nic nie zmieniło. Inni chyba też, właściwie...
-Wiem, skarbie. - pokiwał głową. - Po prostu musiałem się na to przygotować. - Ludzie wiedzą, że nie mam jednej nerki, ale nie wiedzą dlaczego. A do powiedzenia reszcie muszę się psychicznie przygotować. To nie jest takie proste.
Powiedzmy, że gdzieś to już słyszałam.
-A jak wyniki badań? - zapytałam, nabierając nagłego napięcia.
-W porządku. - odpowiedział spokojnie. - Markery, tomografia... wszystko czyste. Nowotwór nie wrócił. Kiedy powiedziałem o tym Dustinowi, natychmiast umówił mnie na...
Nie zdołał dokończyć, bo wtuliłam się w niego najmocniej jak potrafiłam. On natychmiast odwzajemnił mój uścisk i pocałował mnie w czubek głowy. Tak mi ulżyło, kiedy powiedział, że wszystko z nim w prządku... Miałam tylko ochotę tak go przytulać. Niczego więcej nie pragnęłam.
-Chodźmy już na fizykę, co? - zaproponował, gładząc mnie po plecach. - Zaraz zaczną się tu schodzić drugoklasiści, wiesz?
Z uśmiecham pokiwałam głową i oderwałam się od niego. Wyszliśmy z klasy, trzymając się za ręce. To stało się takie normalne... Przywykłam do tego zaskakująco szybko.
Po drodze do klasy napotkaliśmy na małe zbiegowisko. Emma, Chris i Madison o coś zawzięcie się kłócili, chociaż ta ostatnia tylko przyglądała się tej dwójce z rozpaczą w oczach.
-Słuchaj, mam to gdzieś! - krzyknął Chris, patrząc prosto na Emmę.
-”Gdzieś”, czyli gdzie? - zapytała, drocząc temat.
-W dupie! - odwarknął, a ja pociągnęłam go za tył marynarki, zanim sprawa zaczęła się komplikować.
Odciągnęliśmy go z dala od tej małpy. Może i Emma to idiotka, ale to idiotka z wpływami. I może Chrisowi przysporzyć nie lada biedy.
-O co znowu poszło? - zapytałam go, próbując zachować spokój.
-Broniłem Madison! - zaczął się tłumaczyć. - Znowu zaczęła po niej jechać.
-Z tego co mi wiadomo, Madison zwykle radzi sobie z Emmą. - zauważył Kendall, stając obok mnie, kiedy rzuciłam Chrisem na ławkę.
-Nie tym razem. - wymamrotał, jakby nagle zrobiło mu się głupio. - Zatkało ją. Nie mogła słowa wydusić.
-To prawda. - Madison pokiwała głową, stając w jego obronie. - Nie wiedziałam co powiedzieć, zaskoczyła mnie.
-No dobra... - uniosła ręce, próbując się doprowadzić do porządku. - Gdzie jest Logan?
-W gabinecie Shortsa. Dostał się do drugie etapu eliminacji zawodów zapaśniczych.
-Właśnie, zapomniałem Ci czegoś powiedzieć. - Chris nagle się ożywił, jakby wypowiedź Madison o czymś mu przypomniała. - Wpisałem Cię na listę kandydatów do olimpiady szermierczej.
-Że co? - zamrugałam, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszałam.
~***~
Wiem, ze w szermierce jestem całkiem niezła, ale wciąż uważam, że Chris powinien mnie najpierw zapytać o zdanie, zamiast działać bez zastanowienia.
-Sama byś się nie zdecydowała. - tłumaczył, zanim weszliśmy do klasy pana Millera. - I jesteś w tym naprawdę dobra. Pamiętasz, jak Jack Cię namawiał?
-To co innego. - jęknęłam, wyjmując z torby podręcznik od historii. - On mnie tylko zachęcał, a Ty postawiłeś mnie przed faktem dokonanym. A tak się nie robi. Czy ja kiedyś zrobiłam cokolwiek bez Twojej wiedzy?
-Wyciągnęłaś mnie z poprawczaka. - powiedział, opierając się o tył mojej ławki.
-Dostałeś zawiadomienie. - przypomniałam. - Takie z sądu. Poza tym trzy razy do Ciebie dzwoniłam. Nie miałam pojęcia, że Twoja mam zamieniła adres.
-Też byś zmieniła, gdyby sąsiedzi wyzywali Cię od złowieszczego łona. - odparował.
I na tym rozmowa się zakończyła, chociaż tylko dlatego, ze do klasy wszedł pan Miller.
-Schowajcie książki. - powiedział, zanim jeszcze otworzył dziennik. - Nie będą Wam potrzebne.
Po klasie przebiegł zdziwiony pomruk i wszyscy zaczęli chować podręczniki do plecaków.
-Ale co się dzieje? - zapytał Carlos, który jako pierwszy się odezwał.
-Dzisiaj jest nasza ostatnia lekcja przed przerwą świąteczną. - wyjaśnił. - Zamiast wykładu zrobimy sobie mały konkurs.
-To będzie konkurs na ocenę? - zapytał James, podnoszą rękę.
-Oczywiście. - Pan Miller pokiwał głową z uśmiechem. - Ci z Was, którzy otrzymają więcej niż dziesięć punktów będą mieli podwyższoną ocenę semestralną.
Wrzawa, która nastąpiła po tych słowach zagłuszyłaby startujący odrzutowiec. Obróciłam się do Logana i Carlosa wciąż pogrążonych w euforii. Pewnie byli pewni, że otrzymają przynajmniej dziesięć punktów.
~***~
-Cześć Brad! - zawołam, wchodząc do sekretariatu. - Chciałeś mnie widzieć?
Brad odłożył długopis do kubeczka i wstał z krzesła. Minę miał co najmniej dziwną. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, spodziewając się, że nie jesteśmy tu sami. Jednak nikogo tu nie było.
-Słuchaj, czy mogłabyś trochę okiełznać swoje koleżanki? - poprosił, a ja zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, co ma na myśli.
-Ale o co chodzi? - wyjąkałam.
-Chodzi o to, że dzisiaj przyszły tu trzy dziewczyny i poprosiły mnie o numer telefonu. Wczoraj i przedwczoraj to samo. Już się boję przyjść tu...
Nie zdążył dokończyć, bo dłużej już nie mogłam powstrzymać niepohamowanego śmiechu. W końcu udało mi się to zagłuszyć, zakrywając ręką usta. Przynajmniej wiedziałam, jak czuła się Kasia Pakosińska* podczas skeczu w galerii sztuki.
-Przecież Cię uprzedzałam, pamiętasz? - powiedziałam, kiedy w końcu przestałam się śmiać.
-Pamiętam, tylko proszę... Zrób coś z tym. - wyjąkał błagalnym tonem. - Nie rozumiem skąd się to bierze... I jak to zatrzymać.
-Eee... Bo wyglądasz jak facet wyjęty ze średniowiecznego romansu, masz maniery Portosa i umięśnienie kapitana Ameryki?
-Nie mam zielonego pojęcia, co ty bredzisz! - powiedział, marszcząc brwi i opadając na krawędź biurka. - I jak to powstrzymać... - powtórzył.
-Ignoruj, po prostu ignoruj. - odparłam, klepiąc go po ramieniu. - A teraz przepraszam, muszę iść na wuef. Na razie! - I wyszłam z sekretariatu.

*Nie ja to wymyśliłam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie wiem, czy wiecie... Ale pisząc o Bradzie, wyrażam sobie konkretnego faceta. Będą 4 tak=edytuję post i wstawiam zdjęcie. Czy chcecie... Nie wiem... 
Przypomnę, że w historii o Alianie 69 notka miała nazwę "Śniadanie do łóżka", ale po komentarzach zauważyłam, że powinnam wymyślić coś mniej erotycznego.A to chyba nie jest takie złe. Czemu 69 kojarzy się z seksem? To tylko liczba. No dobra i tak już jestem spóźniona. Mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Trzymajcie się! 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Odcinek 68 – Lizzy kontra Prawdziwe Powody

-Niewiarygodne. - westchnęła Din patrząc jak Chris gra z Clarą w łapki. - Przecież on nie lubi dzieci, a teraz... ta mała podbiła jego serce.
-Widzisz, Clara nie jest typowym dzieckiem. - powiedziałam, stawiając na stoliku kubki z zieloną herbatą, którą ten, odkąd pamiętam, pił zamiast kawy do śniadania. - Jest moją córką.
-Dlaczego wcześniej mi o nich nie mówiłaś? - zapytała Din, na co ja po prostu wzruszyłam ramionami.
Devon wiedział o „dobrym wpływie”, który rzekomo wywieram na Chrisie, ale według mnie to jedna wielka bujda. Poza tym nie bardzo wiedziałam, jak bym wytrzymała w poprzedniej szkole, gdyby nie wiecznie zostający po lekcjach Chris i jego problemy z zaliczeniami.
-Przepraszam Was teraz, dzieciaki, ale muszę już iść. - głos Devona wytrącił mnie z zamyślenia. Podniosłam głowę i uniosłam kubek z herbatą do ust. - Lizzy, możesz przypilnować Clary przez jakieś dwie godziny? Jestem pewien, że nie będzie Ci przeszkadzać w nauce.
-Jasne, nie ma sprawy. - odpowiedziałam, zbierając puste i brudne naczynia ze stolika. - Przygotuję kolację. Chuck i Sarah wiedzą, ze przyjechaliście?
-Sarah wie, ale Chuck jeszcze nie. - powiedział powoli, zakładając torbę przez ramię. - Ellie chciała to zatrzymać w tajemnicy do ostatniej chwili. - Wrócę wieczorem. Na razie.
-Cześć. - odpowiedziałam mu, wychylając się z kuchni i zaraz usłyszałam niepewne głosy Jamesa i Din, a zaraz jak drzwi się za nim zamknęły, usłyszałam głośny śmiech Chrisa.
-Nie rozumiem z czego się śmiejesz. - odparła rzeczowo Din.
-No jak to? - Chris wzruszył ramionami. - Z Twojej miny.
Pokręciłam głową i wzięłam się za zmywanie, próbując cały czas patrzeć na Clarę, która siedziała przed telewizorem i przeglądając jakiś magazyn dla komputerowców. Pewnie coś starego, bo aktualnego by nie zostawił.
-Julie, idź do francuskiego, co? - zapytałam, kiedy Clara po raz któryś z kolei rzuciła w niego zmiętym kawałkiem papieru. - Później popracujemy nad Twoimi relacjami z siostrzenicą.
-Jasne. - westchnął, zakładając sobie plecak na pół ramienia. - Przyjdziesz potem na górę? Wciąż nie kumam czasowników nieregularnych.
-Dobra, ale dopiero jak mała się uspokoi. - pokiwałam głową, odkładając na suszarkę jeden z opłukanych talerzy. - Musi się na nowo przyzwyczaić do tego mieszkania.
Julie tylko kiwnął głową i wszedł na górę. Reszta dnia zapowiadała się tak... normalnie. Zupełnie, jakby z Ellie i Devonem wróciła do domu ta namiastka cywilnego spokoju.
Swoją drogą Clara urosła. Kiedy widziałam ją przed wypadkiem, miała roczek. Teraz wciąż i wciąż musiałam przyzwyczajać się do wszelkich nowości.
Nowości.
Ale ja jestem głupia! Przecież jutro przyjeżdża cyrk. A to znaczy, że przez cały tydzień będę znosiła do mieszkania kocią sierść. Na którą Chuck ma kochaną alergię.
Sięgnęłam do naszego stacjonarnego i wybrałam numer do Devona. O kocie nic nie wie, nie będzie mógł się domyślić. A to znaczy, ze muszę go o to poprosić. Poczekałam chwilę zanim odebrał. Na szczęście Chris porwał z puszki dwa cukierki i kazał jej losować, z czego ta głośno się śmiała.
~***~
Kendall nie zadzwonił. Właściwie to nie oddzwonił i nie odebrał, bo wcześniej do niego dzwoniłam. Martwiło mnie to. W końcu ile można odbierać wyniki badań.
-Cześć, to znowu ja. - powiedziałam do automatycznej sekretarki po raz któryś z rzędu. - Zaczynam się martwić. Siedzę teraz w domu i pilnuję Clary. Odezwij się, dobrze?
Odłożyła telefon i usiadłam na kanapie, sięgając po kubek stojący na stoliku do kawy. Clara pociągnęła mnie za rękaw, jakby chciał trochę spróbować.
-Zostaw, gorące. - powiedziałam ostrożnie, stawiając kubek poza jej zasięgiem. - No co? Chris już sobie poszedł.
Usłyszałam szczęk klucza w drzwiach i zaraz potem zobaczyłam Ellie, która wyszła mi na powitanie.
-Dobrze Cię widzieć. - powiedziała, szybko mnie do siebie przytulając. - To prawda, co mówił Chuck? Że mamy brata? Musiałam się o tym przekonać, dlatego przyjechałam z Clarą i Devonem.
Zapytała mnie o to niemal natychmiast. Mała podbiegła do niej po niecałej sekundzie. Ellie usiadła na kanapie, sadzając ją sobie na kolanach.
-Tak, to prawda. - pokiwałam głową. - Julie uczy się na górze. Jeśli chcesz, mogłabym...
-Nie, może nie teraz. - zaprzeczyła. - Nie chciałabym mu przeszkadzać. Zaczekam do kolacji. Nie wiem, jak on na mnie zareaguje.
-Widział Cię na zdjęciach. - zauważyłam, wskazując na półkę ze zdjęciami. - I wie o Twoim istnieniu. Miał czas, żeby się przyzwyczaić do tej świadomości. Ale jeśli Ty musisz się do tego przyzwyczaić, to myślę, ze nie będzie miał żalu.
-Chyba naprawdę potrzebuję trochę czasu. - przytaknęła, sadzając Clarę na krawędzi sofy. - Powiedz mi... Jaki on jest?
-Na pewno jest wrażliwy. - odpowiedziałam, opierając się o jedną ze zdobionych poduszek. - I bystry. Ale ma problem z nauką języków obcych. Pomagam mu we francuskim.
Usłyszałam kroki na schodach na antresolę. Odwróciłam się i zobaczyłam jak Julie schodzi na parter. Czyli Ellie nie ma już czasu na przygotowanie się na pierwszą rozmowę.
~***~
Następnego dnia:
Byłam już spóźniona. Kto słyszał, żeby nie informować wszystkich o nagłej zmianie planu zajęć? Po tym jak Roan został oddelegowany, znowu odpadły nam dwie lekcje. Na szczęście Julie'ego tu nie było. Ale tylko dzisiaj, bo ciocia chciała go pilnie widzieć w stolicy. Sarah z nim pojechała, mają wrócić po południu.
Wpadłam do sali sztuki i zobaczyłam jakiegoś skośnookiego faceta siedzącego przy biurku. Podniósł głowę, kiedy z niezamierzonym hukiem otworzyłam drzwi.
-Przepraszam za spóźnienie. - powiedziałam natychmiast.
-Twoje nazwisko? - zapytał, kreśląc coś w dzienniku.
-Lizzy Carlichael. - odpowiedziałam, mając zamiar się tłumaczyć. - Przepraszam za spóźnienie, nie wiedziałam, że...
-Nie tłumacz się. - przerwał mi, skreślając coś na kartce obok. - Jest dopiero pięć minut po dzwonku. Nie będziesz miała spóźnienia.
-Dziękuję. - zdołałam wykrztusić i usiadłam w drugiej ławce, zaraz za Chrisem, gdzie ten został karnie usadzony jeszcze przed nowym rokiem i tak już zostało.
Spojrzałam na miejsce naprzeciwko. Puste miejsce. Tu powinien siedzieć Kendall, ale najwyraźniej jeszcze go nie było.
-Lizzy, to chyba jest do Ciebie. - powiedział nowy nauczyciel, wręczając mi niewielką kartkę.
-Dziękuję. - odpowiedziałam, zarabiając od niego kartkę z napisanym „Lizzy Carmichael” na wierzchu złożenia na kopertę.
-Nie ma za co. - odpowiedział z życzliwym uśmiechem. - Ja już Was poznałem. Jak się domyślacie, jestem nowym nauczycielem sztuki. Nazywam się Lei Jen.
Lia siedząca w środkowym rzędzie odruchowo podniosła rękę, ale Pan Jen tylko się uśmiechnął i podniósł dłoń, żeby ta opuściła rękę.
-Jestem z Tajwanu. - odpowiedział na niezadane pytanie. - Od dziesięciu lat mieszkam w Kalifornii. To o to chciałaś zapytać, prawda? - na te słowa Lia, czerwona na twarzy, opuściła rękę, a pan Jen kontynuował. - zauważyłem, że wasi poprzedni nauczyciele skupiali się na indywidualizmie. Profesor Volkoff stawiała na ocenianie artystyczne, natomiast Pan Montgomery uczył tylko historii sztuki. Ja skupię się na metodzie mieszanej. Będę Wam robić klasówki i mam nadzieję, że żadne z Was nie będzie miała czegoś niezaliczonego...
Podskoczyłam, kiedy drzwi otworzyły się z jeszcze większym hukiem i w drzwiach stanął Liam zdyszany i rozczochrany.
-Przepraszam. - wydyszał. - Myślałem... Myślałem, że mamy dopiero na drugą lekcję.
-Nic się nie stało. Twoje nazwisko?
-Liam Lawrence. - odpowiedział.
-Dobrze, zajmij swoje miejsce. - powiedział łagodnie i ciągnął dalej swoją przemowę.
Otworzyłam na stoliku kartkę, którą mi przekazał. Zobaczyłam znajome, pochyłe pismo.
Musimy pogadać. Spotkajmy się na przerwie w klasie pani Arias.
K.
Kendall.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Bunny... Nauczyciel z Tajwanu jest dedykowany Tobie! Wpadłam na to czytając dziewczyński komiks, ale chyba źle nie wyszło, co? Zdjęcie (nie zdziwicie się) i jego opis możecie zobaczyć w zaktualizowanej zakładce z nauczycielami. [KLIK], żeby było szybciej. I jeszcze raz [KLIK], żeby zobaczyć Ellie i Devona. Jak po świętach będę miała czas, zrobię Wam wpis z filmikami z YouTube... No a teraz już kończę. Mam nadzieję, że podobał Wam się odcinek. Trzymajcie się! Do wtorku! Bywajcie z Magnusem!