czwartek, 27 sierpnia 2015

Odcinek 89 – Lizzy kontra Okrutna Prawda

~**Carlos**~
Kiedy wróciłem do domu, nie wiedziałem, co mnie czeka. Ale domyśliłem że coś niedobrego, że to mi się na pewno nie spodoba.
W gabinecie taty siedziały mama, pani Maximoff i Susan.
-Dobrze, że już jesteś. - powiedział, kiedy mnie zobaczył. - Usiądź, Carlos. Ta rozmowa trochę potrwa.
Kiedy szedłem do krzesła, kolana mi się trzęsły. Mona taty była o wiele poważniejsza niż zwykle. Pani Maximoff i Susan wydawały się spokojne, ale chyba tylko na zewnątrz. A mama? Mama jak zawsze miała nadzwyczaj poważną minę. Byłem do tego przyzwyczajony.
-Wciąż uważam, że nie powinieneś tego mówić. - odezwała się mama, zakładając nogę na nogę. - Nie powinien się o tym dowiedzieć.
-Tym razem nie zadecydujesz za mnie. - powiedział tata, wstając z krzesła i podchodząc do okna. - Zbyt długo zwlekałem z tą rozmową.
-A nie powinieneś zwlekać. - warknęła. - Powinieneś sobie odpuścić. Bo twoja zakichana prawda zrujnuje nam wszystkim życie.
-Niczyjego życia to nie zrujnuje. - oświadczył ostro tata. - Nie będziesz już dłużej za mnie decydować. Już nie.
-Przepraszam, że przeszkadzam... - zaczęła Susan, odzywając się po raz pierwszy. - Ale co my mamy z tym wspólnego?
-Zamknij mordę, ty mała ruska wywłoko! - krzyknęła mama, plując jej prosto w twarz. - To wszystko przez Ciebie!
Sus cofnęła się na krześle, ale nie mogła, bo nie miała już miejsca. Oddychała ciężko, patrząc ze strachem na moją mamę.
-Mamo! - krzyknąłem.
-Jesteś moją żoną! - warknął tata, przekrzykując mój głos. - Ale nie wolno Ci się tak zwracać do mojej córki! Już dłużej nie będziesz poniewierać ani Susan, ani Wandą.
Po tych słowach zapadła cisza. Wszyscy parzyli na tatę z przerażeniem. Otworzyłem szeroko usta, patrząc jak przechodzi na drugą stronę biurka.
-To jest jakiś żart? - zapytała Susan, ale pani Maximoff pokręciła głową.
-Nie, skarbie, to nie jest żart. - powiedziała nadzwyczaj spokojnie. - Miałam romans z Panem Peną, ale Pani tego domu zabroniła nam o tym mówić. Ani Tobie, ani paniczowi.
Coś tu było nie tak. Susan moją siostrą? Nie, to nie możliwe, nie można przez całe życie mieszkać ze swoją siostrą i absolutnie niczego nie poczuć.
-To dlatego ciągle opłaca pan moje studia. - powiedziała takim totem, jakby nagle ją olśniło. - Bo jestem pańską... córką.
Ostatnie słowo wymówiła z niesamowitym niedowierzaniem. Spojrzałem w jej stronę. Wyglądała, jakby znalazła się w jakimś dziwnym sennym koszmarze i nie mogła się z niego obudzić. Tyle, ze to nie był sen. I sam tego żałowałem.
-Nie, nie dlatego. - pokręcił głową. - Jesteś wyjątkowo zdolna. A taki talent nie może się zmarnować. Nie zostaniesz służącą. Tylko uznanym prawnikiem, tak, jak w Twoich marzeniach.
-Przepraszam. - pokręciła głową, wstając z krzesła. - Muszę stąd wyjść.
~**Kendall**~
-Co zrobiłeś? - krzyknąłem do Chrisa, kiedy wyjaśnił mi, co właśnie zrobił.
-Walnąłem drania! A co innego miałem zrobić?
Wskazał na Charlie'ego, który ocierał sobie krwawiący nos. Wyglądał dość mizernie i chyba policzek zaczął mu puchnąć.
-Lepiej przyłóż sobie coś zimnego. - poradziłem mu, wychylając się do kuchni. - Będzie mniejsza opuchlizna. A Ty? Musiałeś go uderzyć?
-Uderzył moją przyjaciółkę! - wrzasnął. - A Twoją dziewczynę. Coś musiałem zrobić.
-I akurat go trzasnąć? Serio? - zmarszczyłem brwi, patrząc na niego z niedowierzaniem. - Wystarczyło pogadać. A co na to Lizzy?
-Lizzy nic nie wie. - wzruszył ramionami. - Pewnie teraz je ciasto z innymi.
-Błąd. - usłyszeliśmy głos samej Lizzy. - Ciasto zaraz się skończy, więc jeśli chcecie się jeszcze załapać, to radzę się pośpieszyć. O mój Boże, co Ci się stało?
Spojrzała w stronę Charlie'ego, na co ja wskazałem palcem na Chrisa.
-Oświecisz mnie, dlaczego? - zapytała go, jakby nie pierwszy raz przeprowadzała z nim taką rozmowę.
-Postrzelił Cię. - wyjaśnił. - Jakoś musiałem...
-Na prawdę nie wierzyć, że potrafię się zemścić we własnym zakresie? - zmarszczyłam brwi. - Chris, mało razy takie coś przerabialiśmy? Co było w drugiej klasie?
-Pobiłem się z Markiem, bo on wyśmiewał Cię, kiedy przyszłaś w zafarbowanej koszulce. - odpowiedział, jakby to było coś oczywistego.
-A cztery lata temu w parku?
-Wtedy oboje wylądowaliśmy w izbie dziecka, ale to ja dostałem szlaban.
-Sam widzisz. - powiedziała, unosząc ręce z oburzenia i spojrzała błagalnie na Charlie'ego. - Nie wniesiesz oskarżenia, co nie?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Susan i Carlos to... przyrodnie rodzeństwo. Tak, pokusa była zbyt silna... Tak an prawdę to miało być jakieś dziesięć odcinków temu, ale jakimś cudem zdołałam się powstrzymać.
Jak pewnie zauważyliście, więź pomiędzy Lizzy i Chrisem jest bardzo silna. Myślę, że kto jak kto, ale prawdziwy Chris powinien wiedzieć o tym najlepiej, bo osobiście zasugerował mi to w zgłoszeniu. A teraz muszę się szybko brać za odcinek 92, bo powoli robią mi się zaległości.
Jak mawiał minister magii „Nastały mroczne i bardzo niespokojne czasy”, czym mam na myśli rozpoczynający się rok szkolny. Skończył się mój serial... ciąg dalszy chyba w styczniu. No... to na sezon 5b sobie poczekamy. Słówko do Marli: Z całego serca nienawidzę Theo... Bez względu na to, jakim słodziakiem jest w Słodkich Kłamstewkach. I wiesz, ze mam ku temu powody. Z tego co widziałam, to on tam dla zysku własną matkę by sprzedał.
No cóż... Mam nadzieję, że dzisiejszy odcinek się Wam podobał. Trzymajcie się!

czwartek, 20 sierpnia 2015

Odcinek 88 – Lizzy kontra Urocze video

Kiedy wróciliśmy do Echo Parku, zdążyliśmy na video Jeffa i Lestera. Przebrałam sie z powrotem w swoje ciuchy i usiadłam na tylnym siedzeniu samochodu Johna.
-Jesteś pewna, że nie złamałem Ci żebra? - zapytał po raz setny.
-Charlie, wyluzuj. - machnęłam ręką. - Jest tylko stłuczone. A teraz jestem pewna, że pewnego pięknego dnia się za to zemszczę.
John parsknął śmiechem, na co Charlie schował głowę między kolana.
Rzeczywiście, postrzelił mnie. Potem zemdlałam i dotarło do mnie, że przelewa podłodze całą zabawę.
-Widzisz, miałem rację o kamizelce. - powtórzył John po raz tysięczny w ciągu piętnastu minut.
Sam nazwy postrzał w kamizelkę "ryzykiem zawodowym". Wiem, że Chuck oberwał tak z pięć razy. Raz od Bryce'a (była miłość Sary, kumpel Chucka ze studiów i podwójny agent. Zginął, kiedy go odkryli), raz od mamy, raz od Johna i dwa razy od jakiegoś terrorysty. Dwa razy w pierś, dwa razy ! w brzuch i raz w plecy. Z tego wszystkiego gniewał się na mamę jakieś dwa tygodnie. Potem mu przeszło i tak samo się do niej odzywał.
-Pomóc Ci? -zaproponował, otwierając mi drzwi i chcąc mnie jakoś wyprowadzić.
-Nie trzeba, dam radę. - Pokręciłam głową, wciąż podtrzymując sobie woreczek z lodem.
Wygramoliłam się jakoś z Caw Victorii i stanęłam przy furtce, otwierając bagażnik.
-Idzie byliście? - zapytał Lester, podbiegając do mnie i biorąc mnie za rękę. - I co Ci sie stało?
Wywróciłam oczami i przesyłam do miejsc siedzących na przeciwko telewizora, siadając między Kendallem i Arthurem.
-Część! - zawołałam, szczerząc się do jednego i drugiego.
-Hej, kuzynko! - Arthur uśmiechnął się szeroko. - Fajnie Cię znowu widzieć.
-Ciebie też fajnie widzieć. - uśmiechnęłam się szeroko. - Myślałam, że ciotka Kate nie pozwoliła Ci przyjeżdżać.
-Mama rozmyśliła się w ostatniej chwili. - wyjaśnił. I w końcu poznałem Twojego brata.
-I jak wrażenia? -! zapytałam, opierając się o ramię Kendalla, na bo on pocałował mnie w czubek głowy.
-Zaskoczony. - uśmiechną się. - Nie spodziewałem się blondyna.
Zaśmiałam się, całując Kendalla prosto w usta.
-Brakowało mi Ciebie. - wyszeptał.
-Nie było nas tylko dwie godziny. - uśmiechnęłam się, pieszczotliwie kładąc mu dłoń na policzku.
-Dla mnie to była wieczność.
-Ale już jestem. - uśmiechnęłam się do niego.
Zaczęliśmy oglądać. W filmiku były zdjęcia, scenki nakręcone z ukrycia i coś co wyglądało jak jedne z pierwszych przymiarek sukni ślubnej i garnituru.
Pochyliłam się nad ramieniem Jeffa, który siedział przede mnę.
-Obstawiam, że to Twoja wersja, o której Lester nie ma pojęcia, prawda? - zagadałam go, kładąc mu dłoń na ramieniu.
-On nigdy by mi na to nie pozwolił. - pokręcił głowę.
-Brawo. - pochwaliłam go z uśmiechem. - Jesteś coraz lepszy.
Odwzajemnił mój uśmiech i odwrócił się z powrotem do Ellie, która siedziała obok niego. Ona sama miała taki wyraz twarzy, jakby chciała go pocałować.
Kiedy filmik się skończył, rozległy się oklaski na cześć przyszłej młodej pary. Sarah przytuliła się do Chucka, a on objął ją ramieniem.
-Dowiem się, co Ci się stało w brzuch? - zagadnął Kendall, kiedy brawa już ucichły.
-Spadłam ze schodów. - odpowiedziałam, trzymając sie naszej oficjalnej wersji, którą ustaliliśmy przez drogę.
-Na brzuch? - uniósł brwi.
-No bo walnęłam w donicę. - wyjaśniłam, uparcie kłamiąc w żywe oczy.
~**Kendall**~
Jakoś nie chciało mi się wierzyć w tą wersję z doniczką. Ufam jej, ale ta sprawa wydawała mi się trochę dziwna. Artuhr siedział obok Julie'ego i prawie cały czas o czymś z nim rozmawiał. Nie wiedziałem, czy coś knują, czy po prostu tak szybko się polubili.
Spojrzałem z powrotem na Lizzy. Wyglądała na obolałą, ale starała się, sprawiać wrażenie, że się tym nie przejmuje.
-Zaprowadzić Cię do pokoju? - zapytałem, pochylając się nad nią. - Położysz się do łóżka.
-Nie. - pokręciła głową. - Wytrzymam. Dla Chucka i Sary. To był tylko wypadek na schodach.
I uśmiechnęła się, wtulając w moje ramię. Pomogłem jej przytrzymać lód przy bolącym miejscu.
-Lepiej? - zapytałem z troską.
-O wiele. - odpowiedziała, opierając się o moje ramię.
~**Chris**~
Wszedłem do mieszkania Casey'a. Wiedziałem, ze go tam nie ma, ale ten Charlie wszedł do środka. A z nim akurat miałem do pogadania.
Znalazłem go w pokoju głównym. Casey zawsze mówił na to „pokój główny”. Nigdy Salon.
-Charlie? - odezwałem się, zwracając na siebie jego uwagę. - Musimy pogadać.
Charlie podskoczył, jakbym celowo go przestraszył. Skrzyżowałem ramiona na piersi. Czułem, ze ma mi coś do wyjaśnienia. W końcu chodziło o moją przyjaciółkę.
-O co chodzi? - zapytał, odkładając broń na stół. W tym mieszkaniu to był normalny widok.
-Co zrobiłeś Lizzy? - zapytałem, zachowując pewność siebie.
-Słucham? - zmarszczył brwi.
-Ma na brzuchu paskudnego siniaka. - powiedziałem. - Czegoś takiego nie łapie się od tak. Od kamiennej donicy. Co jej zrobiłeś?
Charlie zamilkł, jakbym go w czymś ostro przegadał. W końcu westchnął i chwycił broń, jakby go to uspokajało.
-Postrzeliłem ją. - powiedział, a ja nabrałem nagłej ochoty pokonania tych kilku dzielących nas kroków i chwycenia go za przód koszulki. - Była w kamizelce. Nie zrobiłem jej większej krzywdy.
-Ale do niej strzeliłeś! - krzyknąłem.
-Była w kamizelce!
-A gdyby nie była?
-Ale była! I to był jedyny sposób, żeby tamten gangster nie uciekł!
Znowu zapadła cisza. Do pokoju wszedł Carlos, trzymając w dłoni komórkę.
-Słuchajcie muszę się już zmywać. - oznajmił, wciąż wpatrzony w komórkę. - Tata chce mi powiedzieć coś ważnego. Jak znam życie... Nie jest dobrze.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Więc od początku... Miałam zastój, ale dzisiaj już wklejam. Musiałam to po prostu odtworzyć i oby mi wyszło jak najlepiej. Obecnie piszę nowy odcinek. Będzie coś dla Chrisa...
Jest jeszcze jedna sprawa. Po zakończeniu tej historii ten blog zostanie zawieszony, albo zamknięty. W kilka dni po opublikowaniu ostatniego odcinka będę wklejać w pojedynczych postach zakładki z bohaterami, księgę gości i tak dalej... Mówiąc wprost przygotuję sobie drogę na ewentualność powstania nowej historii. Ale... To nie znaczy, że już się tu nie pojawię.
Druga sprawa to... Szkoła dla Mutantów. Mam zamiar na poważnie zająć się tym blogiem. Mam pomysły, notatki na boku i... złożony zwiastun. Bez żadnych napisów, ale za to z hasłem przewodnim. Oczywiście jeszcze nie publikowałam, chyba, że ktoś się na chomiku dorwie, bo tylko tam to jest. Przynajmniej na razie. Moim zdaniem wyszedł mi jeden wielki... banał.
Czyli robię tak: Kończę pisać tą historię i od razu biorę się za mutanty. Spróbuję to pisać w miarę regularnie. Pewnie rozdział na tydzień, ile tego będzie, to nie wiem, zależy od zainteresowania.
I jeszcze słówko do Laurëariel: Dobra, dotarło. Zerknę na Twojego bloga, kiedy będę miała wolną chwilę i mam nadzieję, że nie przeminiesz od razu, jak to z Twoimi poprzedniczkami bywało, że czekałam na kolejny komentarz i się nie doczekałam. Chciały się zareklamować po prostu, ale takiego czegoś nie lubię, bo wtedy czuję się lekceważona. I między innymi dlatego grono „Gwiazdeczek” jest takie ubogie. Powtarzam to już nie wiem po raz który.
No cóż... Mam nadzieję, że dzisiejszy odcinek się Wam podobał. Trzymajcie się!

piątek, 14 sierpnia 2015

Cześć. I sorki.

Chciałabym przeprosić za to, ze nie było notki. Wcięło mi plik, po prostu, a odtworzenie tych trzech odcinków trochę mi zajmie. A ponieważ nie mogę Was tak zostawić bez opowiadania, więc wkleję, coś co przepisałam na szybko ze swoich starych papierów. Napisałam to chyba z pięć lat temu i przez te lata tak sobie leżało w teczce. Nie musicie tego czytać, jeśli nie chcecie. Ale jeśli chcecie zobaczyć, jakie bzdury pisałam kiedyś... To możecie mieć ze mnie niezłą bekę. I jeszcze raz przepraszam, że nie mam dla Was odcinka.
Pierwsze spotkanie Kary i Olivera - Wersja II
Właśnie szłam w stronę fundacji Isis. Dobrze wiedziałam, że Clark tam na mnie czeka* Zauważyłam go na jednym że stop
- Witaj kuzynie! - krzyknęłam.
- Cześć, chodź, przedstawię ci kogoś,
- Kogo?
- Mojego przyjaciela. Przyjdzie do nas za chwilę. - Odpowiedział- Byłaś w fortecy? - Zapytał i znaczą to swoje świdrowanie wzrokom.
- Jeszcze nie. Wybiorę się do niego jutro. Myślisz, że zgodzi się przywrócić mi moc?
- Na pewno. - Potarł dłońmi moje ramię.
Po chwili w naszą stronę zmierzał jakiś mężczyzna.
- Właśnie idzie. Chodź.
Złapał mnie za rękę i poprowadził w jego stronę. Z tym, że tamten nagle się przewrócił. Clark zaniepokoił się tym nagłym upadkiem. Przyśpieszyliśmy kroku.
- Oliver, co jest grane? - Zapytał, kiedy do niego podbiegliśmy. A on nic, oddychał ciężko! i patrzył na nas bezsilnie.
- Mój Boże! Kara, pilnuj go. Zawiadomię szpital. - Clark zauważył ranę na piersi! kazał mi go trzymać.
Popędził w stronę ulicy. Ja czekałam. Po kilku minutach siedzenia na ulicy zdałam sobie sprawę, że on coraz słabiej oddycha.
Jakiś czas później przyjechało pogotowie. Udawaliśmy, że nie znam numeru. na pogotowie i zadzwoniłam do mojego kuzyna, wiedząc, że jest blisko szpitala. Powiedzieliśmy o wszystkim Chloe. Zjawiła się w czasie operacji,
(Oliver)
Byłem w jakimś dziwnym miejscu, wszędzie było biało, a podłoga jakoś mało materialna.
- Witaj synu. - usłyszałem za swoimi plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem, ich! To nie mogą być oni!
-Byli dokładnie tacy, jakich ich zapamiętałem. Chociaż minęło tyle lat.
- Jesteśmy z Ciebie dumni. - Powiedziała mama.
- Jak to możliwe, że jesteście prawdziwi?- Zapytałem, patrząc na nich. - Chyba, że to się dzieje w mojej głowie.
- Jesteśmy w przedsionku nieba, - odpowiedział tata. -szliśmy Ci na spotkanie, aby Ci powiedzieć, że miło nam patrzeć na to, jakim człowiekiem się stałeś. Prosimy, zostaw zemstę na bok. Przebaczyliśmy Lionelowi.
- Mam iść z wami?
- Nie. - mama zrobiła krok do przodu, - Musisz wracać.
-A tam na dole masz kilka rzeczy do skończenia i wiele do zrobienia. Wszyscy cię potrzebują.
Tata podszedł bliżej, aby znaleźć się na równi z mamą.
- Teraz musisz wracać do swojego ciała. - Powiedziała mama uśmiechając się delikatnie. - Twoje serce nie może zbyt długo stać w miejscu.
I popchnęła mnie, żebym mógł wrócić na Ziemię.
(Kara)
Operacja trwała już wystarczająco długo. Prawie świtało. Chloe zasnęła na moim ramieniu. Czekaliśmy na chirurga

- To był ciężki zabieg. - Powiedział mi, siadając na przeciwko, - Co prawda zaszły pewne komplikacje, ale...
- Co to znaczy? - przerwałam mu w porę, żeby nie mógł wymigać się od odpowiedzi. - Te komplikacje.
- Złamała żebro i w ogóle weszła bardzo głęboko.
Na tym zakończył swoją wypowiedź. Jednak wiedziałam, że coś przede mną ukrywa.
- Coś jeszcze?
Westchnął. Patrzyłam na niego tak długo, aż w końcu się przyzna,
- Nastąpiło chwilowe zatrzymanie akcji serca. Udało na się przywrócić prawidłowe krążenie.
- A teraz?
- Jest bardzo słaby po tak ciężkim zabiegu. Odzyska przytomność dopiero przed południem, więc proszę wracać do domu, żeby się wyspać.
Pokręciłam głową.
- Nie chcemy, żeby był sam, kiedy się obudzi.
- Rozumiem, mogą teraz panie do niego iść, ale najpierw prószę iść na kawę i coś zjeść. Na pewno panie zdążą.
Chloe już nie spała, powlokłyśmy się ociężale do stołówki i za jęłyśmy pierwsze lepsze miejsca.
- Laura wie? - Zapytała powoli zjadając frytki.
- Jeszcze nie. - o tej porze już zaczęła zajęcia, więc...
Nie skończyłam zdania, bo nagle coś sobie uświadomiłam.
- To moja wina.
- Co? - Chloe zakrztusiła się ziemniakiem i odłożyła jedzenie na talerz, po chwili sobie uświadamiając co mam na myśli. - Wcale nie!
- Mogłam wcześniej iść do Jor-Ela a prośbą o przywrócenie mocy.
- Kara, to nie jest niczyja wina, tylko tego, kto strzelał. Clark poszedł na zwiady, ale nie wiadomo, czy coś z tego wyjdzie.
- Widzisz? Stoimy w martwym punkcie. Kto wie, czy w ogóle wyzdrowieje...
- Oliver jest młody i silny! Da sobie radę.
Już nic nie mówiłam. Chloe też. Siedziałyśmy połykając śladowe ilości jedzenia. Później poszłyśmy do sali. Po raz pierwszy widziałam, jak ktoś jest w stanie zrobić taką krzywdę drogiemu człowiekowi. A kiedy szedł w naszą stronę był taki pogodny i uśmiechnięty... a teraz? Leżał na tym wąskim, twardym łózku taki słaby i bezbronny. Gdyby nie był taki blady, pomyślałabym, że po prostu śpi.
Po kilku minutach zaczął otwierać oczy. Jego ręka powędrowała do rurek w nosie.
- Ani mi się waż! - krzyknęła cicho, kładąc jego rękę z powrotem na pościeli.
Spojrzał na nasz i uśmiechną się delikatnie.
- Znam was - a potem zwrócił się bezpośrednio do mnie. - Chociaż Ciebie widziałem tylko raz.
- Jestem Kara - przedstawiłam się. - Clark miał nas przedstawić.

- Wiem. Jego kuzynka - wyciągną rękę w jej stronę. - Oliver. 

Jak się skompromitowałam, sorry. jak widać można przedawkować Ostry Dyżur i Tajemnice Smallville. Może ktoś rozpoznał tu imiona z "Supermana". Nie wiem... Trzymajcie się! 

środa, 5 sierpnia 2015

Odcinek 87 – Lizzy kontra Ex-Narzeczeni Cariny

Kiedy skończyliśmy lekcje, ja i Charlie natychmiast poszliśmy do domo. Reszta miała przyjść dopiero później. Przygotowania do imprezy wciąż trwały. Morgan rozkładał wielką konsoletę dla Jeffa, który od dawna jest całkiem niezłym didzejem.
-Przyniesiesz jakieś płyty? - zagadał mnie, kiedy nosiłam wielkie patere z ciastkami i pralinami ze Szwecji. - Zupełnie nie wiem, gdzie Chuck trzyma muzykę.
-Dobra. - kiwnęłam głową, machając do Logana i Jamesa, którzy właśnie przyszli. - Tylko to postawię. Daj mi chwilę.
I ułożyłam naczynia ze słodyczami na wielkim stole, sprawdzając, czy na pewno stoją tak, jak powinny. Drugie przyjęcie zaręczynowe. To dwa lata temu nie wyszło najlepiej, ale to... to musi wyjść absolutnie perfekt.
-W czym możemy pomóc? - zapytał James, stając przede mną w pozie typowego służącego.
-Nie, wiem, w czymkolwiek. - powiedział ze śmiechem. - Jest jeszcze sporo przekąsek. Jak znam życie, Sarah na początku przyjęcia zje wszystkie paszteciki grzybowe i zrzuci winę na Morgana.
-A było tak kiedyś? - Logan uniósł brwi i natychmiast spojrzał na drzwi Casey'a. - Grasz?
Odwróciłam się w kierunku jego spojrzenia. Zobaczyłam, że Charlie niesie pod pachą pokrowiec w kształcie gitary.
-Trochę - wzruszył ramionami. - Wujek John poprosił mnie, żebym coś zagrał. A jeśli okaże się, ze jestem okropny, to przynajmniej będę „porażką wieczoru”.
-Tak. - pokiwałam głową. - Ostatnio to był Lester, który padł na środku tego tam trawnika. - wskazałam na otrawioną część ogrodową między garażem, a miejscami parkingowymi. - Bo spił się piwem w trupa. Poproście Morgana, żeby Wam to opowiedział. On też miał wtedy niezłą frajdę.
-Miał frajdę z tego, ze jego kumpel się spił? - James uniósł brwi. - Jak to?
-Nie chodziło o niego, więc się cieszył. - odparłam i poszłam do mieszkania po kolejne miski z przekąskami.
Pokręciłam głową i rozejrzałam się wokół placu. Chciałbym, żeby Kendall już tu był.
-Kapitan Ameryka? - usłyszałam za plecami głos Chrisa. - Rety nie widziałem jej odkąd... - udał, ze się zastanawia. - Rozpakowałaś ją w trzynaste urodziny.
-O tak, w końcu do niej dorosłam. - kiwnęłam głową. - Udało Ci się sprawdzić Maila?
-Tak. - kiwnął głową. - Nie tylko ja mam problemy ze skrzynką. Przy okazji odkryłem, że Carlos w przyszłą sobotę ma urodziny.
-Stary! - wrzasnęłam mu w twarz. - Przecież od miesiąca Ci o tym mówimy!
-Dobra, dobra, nie musisz krzyczeć.
~***~
Kiedy przyjęcie się rozpoczęło, Carina wpadła do mieszkania, jakby ktoś ją ścigał. Obejrzałam się za nią, patrząc zza ramienia Kendalla.
-Coś jej się stało? - zapytał, patrząc w tym samym kierunku co ja.
-Nie wiem. - pokręciłam głową. - Myślisz, że lepiej, żebym sprawdziła?
-Lepiej nie. - pokręcił głową. - Chyba Casey poszedł sprawdzić. Spójrz.
I wskazał na Johna, który ukradkiem wszedł do naszego mieszkania. Zmarszczyłam brwi, obserwując jak Charlie rozmawia półgłosem z Chuckiem, a potem podszedł do mnie.
-Musimy się zerwać na jakiś czas. - wyszeptał.
-Co się dzieje? - spojrzałam na niego ze zdziwieniem,
-Nie mam pewności. - odpowiedział, co jeszcze bardziej wzbudziło mój niepokój.
~**Kendall**~
Kiedy Lizzy sobie poszła, zostałem prawie całkiem sam. Prawie, bo nie miałem z kim gadać, a wokół było pełno ludzi. Nie wiedziałem, w którą stroną mam patrzyć, ani co najlepszego robią Chris, Logan i James. Sami. W kącie. Szepcący. Pewnie coś znowu kombinują, ale nie mnie to oceniać. Oby nie było z tego żadnych kłopotów.
-Kendall, nie wiesz, gdzie jest Carlos? - usłyszałem za plecami głos Julie'ego. - Obiecał mi, że pomoże zamontować DVD do tego wielkiego telewizora.
Odwróciłem się i dopiero teraz zobaczyłem (nawet głupio mi o tym tak myśleć), że po raz pierwszy jest ubrany jak człowiek. Niebieski garnitur, biała koszula i lakierki. Już bałem się pomyśleć, jak odstawi się na ślub, który jest za dwa miesiące.
-Co Ty masz na sobie? - zapytałem, zamiast odpowiedzieć.
-Wyjściowe ubranie. - wzruszył ramionami. - Innego tutaj nie mam. To wiesz, gdzie jest Carlos, czy nie? Bo za bardzo nie wiem, jak poradzić sobie z tym tam!
I wskazał na ogromną plazmę zawieszoną w oknie Chucka, które było codziennym wejściem.
-Nie wiem, gdzie jest Carlos. Dlaczego nie poprosisz nikogo z Buy More? Oni najlepiej się na tym znają. - zaproponowałem i natychmiast tego pożałowałem.
Julie patrzył na mnie jak na ostatniego kretyna. Jasne, oni są za bardzo leniwi. Mogłem wcześniej o tym pomyśleć.
-Pomogę Ci. - powiedziałem natychmiast. - Keyboard umiałem podłączyć do szkolnego sprzętu audio, a z telewizorem i DVD sobie nie poradzę?
-Trzeba jeszcze podłączyć głośniki. - uściślił. - A ja kompletnie nie wiem jak to zrobić. Lester mówił mi coś o jakichś kolorach, ale podobno część się pozmieniała.
-Są jeszcze literki. - zauważyłem. - Literki się nie zmieniają.
Julie przez chwilę patrzył na mnie z tą swoją miną pod tytułem „Nie mam zielonego pojęcia, co Ty do mnie mówisz, ale myślę, że sobie poradzę”.
-Chyba dam radę. - powiedział, odwracając się i idąc w stronę domu.
-Czekaj, przecież powiedziałem, że Ci pomogę! - zawołałem za nim, doganiając go w połowie drogi. - I tak nie mam z kim gadać na tej imprezie.
I w ten oto sposób zabraliśmy się do roboty z technicznym zapleczem Zaręczynowego VideoClipu. Może i Julie świetnie radził sobie z rachunkami, ale praktyka sprzętu elektronicznego leżała. Dla niego kabel to po prostu kabel i z ledwością odróżniał port USB od HDMI, co było przynajmniej dziwne. Dopiero kiedy przyszedł z jakąś nieopisaną płytą, zrozumiałem, z i tak będę musiał zrobić to samemu. Z resztą... Co za kretyn zostawił go z tym samego? Każdy wiedział, że jak nie ma instrukcji, to nic z tego nie wyjdzie.
-Sory za spóźnienie. - za plecami dobiegł nas łagodny, chłopięcy głos. - Mama nie wiedziała, czy ma mnie puścić tu samego.
Zamarłem z Euro Złączem w dłoniach. Powoli odwróciłem się, widząc w drzwiach Arthura, który stał ze sportową torbą na ramieniu.
-Co to za jeden? - zapytali jednocześnie, wskazując na siebie nawzajem.
Dopiero teraz zrozumiałem, że Ci dwaj spotykają się po raz pierwszy. Zmrużyłem oczy, zastanawiając się czy na pewno powinienem ich sobie przedstawiać. Chociaż teraz nie miałem innego wyjścia. Westchnąłem i wskazałem najpierw na Artura, a potem na Julie'ego.
-Arthur, kuzyn Lizzy. - oznajmiłem. - Julie, przyrodni brat Lizzy. Już się nacie.
-A, słyszałem o Tobie. - powiedzieli jednocześnie, po czym znowu atmosfera nieco się zgęściła.
Zapadła krępująca cisza. Obaj patrzyli to na siebie, to na mnie. Nie wiedziałem, co dokładnie mam zrobić, bo po raz pierwszy byłem w takiej sytuacji.
-A gdzie właściwie jest Lizzy? - Arthur przerwał milczenie.
-Demoniczna ospa. - Julie wzruszył ramionami.
-Co? - Arth zmarszczył brwi.
No tak, zapomniałem, on nie zna tego zwrotu.
-Sytuacja wyjątkowa. - machnąłem ręką, starając się na luz.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Koniec! Ale nie zupełny. Chwilowo się odblokowałam. Chwilowo. Może uda mi się dzisiaj wydukać stronę, a w dobrym przypadku dwie. Mam jeszcze odcinek Teen Wolfa do obejrzenia. Z napisami. Bez już widziałam. Ale nie do końca wiem, dlaczego kolor oczu Theo nie zmienił się po zabiciu tego chłopaka-chimery. Bo to co zrozumiałem, ze w obronie własnej, jakoś do mnie nie trafia. Gościu i tak jest lewy. O tym zdania nie zmienię. Mitologia dla nadnaturalnych jest jak biblia dla chrześcijan. Pozostaje jeszcze sprawa Parrisha. Każdy zadaje sobie pytanie (a przynajmniej każdy, kto ogląda serial): "Czym on do jasnej cholery jest?" Ja i wielu innych obstawiamy feniksa. Koleś płonie sam z siebie, jest nadnaturalnie silny, ale wciąż nie uzdrowił nikogo swoimi łzami. Za tydzień Scott wpije pazurki w kark Theo. Już nie mogę się doczekać... Zacieram ręce, czekając na seans za tydzień. Pewnie znowu nie wytrzymam i obejrzę bez napisów. A ponieważ ostatnio robię notatki, żeby sie wygadać, to moje gadanie o tym jest teraz znacznie krótsze niż to w moim różowym zeszyciku. Tam mam nawet własne teorie. Jak do tej pory większość to bzdury. 
Okey... Tydzień temu i jeszcze tydzień temu notki nie było? Zaskoczeni? Bo ja nie? Po prostu sie nie wyrobiłam, ale teraz w miarę możliwości wklejam odcinek? Tęskniliście? Błagam, powiedzcie, że tak... Nie jestem maszyną do pisania, więc oczywiste, ze zaniemogłam w kryzysie twórczym. Wiecie co? Mam kompletnie zrytą psychikę i będę dawała odcinki w miarę możliwości. Co będzie po zakończeniu historii, zobaczymy. 
Julie poznał Arthura. Pamiętacie kuzyna Lizzy, któremu dałam twarz Posey'a? Coś dla miłośników erotyzmu: Kuzyn z kuzynką tak się nie zachowują. Ona grała Allison, tutaj jest twarzą Lizzy, na koniec trzeciego sezonu umarła. Już to pisałam w recapie kilka notek niżej. No cóż... Mam nadzieję, że odcinek po dwóch tygodniach przerwy się Wam podobał. Trzymajcie się!