środa, 30 września 2015

Odcinek 93 – Lizzy kontra nieoczekiwana zdrada

Kiedy w końcu wróciliśmy do domu po akcji ratowania szczeniąt, Sarah natychmiast wzięła się za gotowanie obiadu. Odkąd wiedziała, że może będzie żoną Chucka, starała się coraz bardziej, jakby dzięki temu wszystko miało wyjść perfekt. Ta... jakby to było takie pewne.
W każdym, bądź razie to był jeden z tych niewielu momentów, kiedy mogliśmy sobie w spokoju odpocząć. Brakowało tylko Jamesa. Znikł gdzieś po jakimś dziwnym telefonie. Nie wiedziałam, co to znaczy, ale Kendallowi ani trochę się to nie podobało. Zupełnie, jakby wiedział, co dokładnie się dzieje. I to mnie niepokoiło.
-Coś się stało? - odważyłam się go w końcu zapytać.
-Tak, ale... - zaczął dość niechętnie, czym jeszcze bardziej mnie zaniepokoił. - Nie wiem, czy powinienem Ci mówić... To wszystko jest...
-Skomplikowane? - dokończyłam za niego, na co on tylko pokiwał głową.
-Właśnie. - odpowiedział, kiwając ponuro głową. - Jednocześnie nie chcę zdradzić przyjaciela i zranić przyjaciółki...
-Mów w końcu, bo zaczynasz mnie wkurzać. - przerwałam mu ze zniecierpliwieniem.
-James ma drugą dziewczynę. - wyrzucił z siebie półszeptem.
Z wrażenia, aż usiadłam. Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem i otworzyłam szeroko usta.
-Żartujesz sobie ze mnie? - wykrztusiłam z siebie. - O ja pierdzielę...
-Nie żartuję. - pokręcił głową z taką miną, jakby był załamany. - Chociaż chciałbym. Nakryłem go kilka dni temu. Obściskiwał się z tą olimpijką z drużyny pływackiej. Nie wiem, jak się nazywa... Śniada cera, rude farbowane włosy...
-Alex Lopez? - wpadłam mu w słowo.
-Możliwe. - przyznał. - Ale kiedy mnie zobaczył w tych drzwiach... zaczął mnie zatrzymywać. Mówił, że nikt nie może się dowiedzieć, że ona to na nim wymusiła, że nie może stracić Din... Sam do końca nie wierzyłem w to co słyszę. To wszystko było kompletnie nierealne. A najgorsze jest to, że nie mam pojęcia co mam dalej zrobić.
Zastanowiłam się na chwilę, przegryzając usta. W głowie aż huczało mi od nadmiaru tych wszystkich rewelacji. Nie miałam pojęcia co mam zrobić. Zupełnie tak, jak Kendall. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam się bezradna.
-Na pewno musimy pogadać z Jamesem. - powiedziałam w końcu. - Wyjaśnić mu, ze to co robi, jest kompletnie bez sensu. Wiesz przynajmniej czym ona go szantażuje?
Spojrzałam na niego z nadzieją, ale ten tylko pokręcił głową i uniósł do ust szklankę lodowatego soku. Zaklęłam pod nosem. Nie wiedziałam nawet od czego zacząć. Oczywiście, nie zaczęłabym rozwiązywać tych problemów za niego, ale... musiałam go do tego przynajmniej zmotywować.
-Co tak siedzicie? - zapytała Madison, czym niemal przyprawiła mnie o zawał. - Mamy co świętować! Cieszcie się.
Kiedy nie zareagowaliśmy, ona tylko dosiadła się obok nas na kanapę.
-Ale ja jestem głupia... - westchnęła. - Pewnie znowu chodzi o jakąś super ważną misję, a ja zawracam wam głowę głupotami i to w dodatku nieistotnymi.
Spojrzałam na Kendalla z zaskoczeniem. Otworzyłam usta i wpatrzyłam się w niego uważnie, bo on tylko porozumiewawczo pokiwał głową.
-Tak, chodzi o misję. - powiedział niezwykle przekonującym tonem. - Ale to nie jest przyjemny temat, więc chyba lepiej się tym nie dzielić.
-Okey. - powiedziała beztrosko, wstając z kanapy. - To będę się zbierać. Przyniosę Wam kanapki.
Patrzyliśmy na nią, jak odchodzi. Nie byłam pewna, czy można to nazwać „misją”, ale chwilowo to był jedyny sposób na określenie tej całej sytuacji.
Następnego dnia ja, Kendall i James spotkaliśmy się na tyłach szkolnej biblioteki. Oczywiście wciąż miałam wrażenie, że James wciąż przed nami ucieka, jakby domyślał się, że Kendall mi o wszystkim powiedział.
-Wygadałeś jej? - wyrzucił mu przez zaciśnięte zęby. - Obiecałeś, ze dotrzymasz tajemnicy.
-Lizzy jest dyskretna. - odpowiedział mu Kendall, patrząc na niego ostro. - Nie wygada Din, prawda?
Zerknął na mnie z nadzieją, a ja tylko pokiwałam głową, obserwując Charlie'ego, który przeglądał w kącie jakieś czasopismo po hiszpańsku.
-Ma rację. - przyznałam. - Ty to zrobisz.
James otworzył szeroko usta, jakby sam nie dowierzał własnym uszom, ale ja nawet nie miałam zamiaru spuścić z tonu. Stałam twardo i patrzyłam na niego poważnie.
-Nawet nie rób sobie z tego jaj. - wykrztusił między ironicznymi chichotami. - Nie mogę tego zrobić, inaczej natychmiast mnie rzuci. A na to nie mogę pozwolić.
-James, skup się! - warknęłam pod nosem. - Nie interesuje mnie, co zaszło między Tobą, a Alex, ale nie możesz ukrywać tego przed Din. I tak prędzej czy później się dowie.
-Wolałbym, żeby to było później. - wymamrotał, mijając mnie między półkami.
Westchnęłam z irytacją i chwyciłam ze złością podręcznik od toksykologii, którego w tej szkole prawdopodobnie nikt nie ruszał.
-Po co Ci to? - zapytał Charlie, stając w dokładnie tym samym miejscu, które kilka sekund temu zajmował James. - Chyba nie masz zadania z chemii.
-Nie. - pokręciłam głową. - Po prostu chodzi o to, ze ta książka pomaga mi myśleć.
-Myśleć? - powtórzył Kendall wyraźnie zaskoczony. - Co masz na myśli?
-Mam na myśli, że kiedy patrzę na te nazwy, opisy... wzory chemiczne... Przychodzą mi do głowy najwłaściwsze rozwiązania. - wyjaśniłam. - Zauważyłam to już wcześniej, kiedy Ellie studiowała medycynę. Dzięki takim książkom udało mi się wyplątać Chrisa z niejednych kłopotów.
-Czyli to prawda... - westchnął Charlie, okrążając półkę i wracając na swoje miejsce. - Istnieje ten program.
Zmarszczyłam brwi, patrząc na niego ze zdziwieniem. Otworzyłam szeroko usta, a potem przegryzłam wargę niemal do krwi.
-O czym Ty mówisz? - zapytałam, marszcząc brwi.
-Istnieje, a przynajmniej istniał pierwotny wzór intersekta. Coś, co było przed oryginałem. - wyjaśnił. - Według naszych danych program przepadł, bo został skasowany z komputera, a Twój ojciec nie potrafił go później odtworzyć. Ale i tak poszedł w zapomnienie, bo dla agencji okazał się bezużyteczny, bo trudno było znaleźć osobę o wystarczająco wysokim ilorazie inteligencji. A teraz okazuje się, że go sobie wgrałaś. I on działa.
-Chwila... - pokręciłam głową. - Nie miewam wizji jak Chuck.
-Bo on tak nie działa. - wyjaśnił. - Nie zauważyłaś, ze wystarczy, żebyś raz coś przeczytała, a zapamiętujesz wszystkie szczegóły? Na tym to polega. Dlatego tak szybko i łatwo się uczysz. To oprogramowanie zwiększa Twoją zdolność przyswajania wiedzy bez fotograficznej pamięci. To przez ten program tak szybko szło Ci w szkole.
-Nadal nie rozumiem, dlaczego projekt odrzucono. - zauważyłam. - Jeśli to dzięki niemu jestem taka bystra, to on doskonale działa.
-Ale nie w oczach agencji. W nieodpowiednich rękach... To wszystko mogłoby się zupełnie inaczej ułożyć. Program pomaga tylko zapamiętać i zrozumieć. Obliczyłem Twój potencjalny wiek. Miałaś tylko trzy latka. Nie mogłaś pamiętać chwili wgrywania programu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zaskoczeni? Oby... Sama nie wiem, co mi przyszło do głowy. Jak Marla może sobie robić dupka z Carlosa, to ja mogę sobie robić dupka z Jamesa. I proszę... Ja wiem, jak to wygląda, ale już wiem, jak to sobie poukładać. Poza tym ruszyłam tyłek i dzisiaj zaczęłam pisać 96 odcinek. Więc chyba nie jest tak źle, co nie? Powiem jedno: Lizzy znowu wychodzi na dalszy plan. I jeszcze jedno: Pojawi się ktoś baardzo znany. Nie, nie Ellie G, albo czekajcie, albo główkujcie, ale ja farby nie puszczę. Podpowiem: W opowiadaniu ten ktoś jest spokrewniony z Jessie.
Chris: Przejrzałam Twojego nowego bloga. Zaimponowałeś mi. Tworzysz ciekawą, sensacyjną historię. Zaimponowałeś mi. Ale komentarz będziesz miał dopiero jutro rano, bo przeczytałam go wczoraj w poczekalni do lekarza.
No i to na tyle... Mam nadzieję, że dzisiejszy odcinek się podobał. Trzymajcie się! Papatki! Liczę na Wasze komcie.

środa, 16 września 2015

Odcinek 92 – Lizzy kontra czterej muszkieterowie

Szanowni uczniowie Liceum Muszkieterów! W nocy z wtorku na środę przyszły na świat cztery szczeniaczki. Atos, Portos, Aramis i D'Artagnan. Czterej muszkieterowie. Niestety, właściciel jak najszybciej chce się ich pozbyć, a najlepszym rozwiązaniem wydaje mu się utopienie małych. Trzeba uratować te biedne psiaki! Bo to mogą być naprawdę kochane pieski. Wszystkich chętnych prosimy o zgłoszenie się do Madison Jenner, albo Din Lenson. Te małe szczeniaczki potrzebują domu, a wielu z nas może im go zapewnić.
Ogłoszenie o takiej treści znajdowało się na tablicy szkolnej.
-Powariowały. - skomentował Logan, wpatrując się w ekran komputera.
-Dlaczego? - wzruszyłam ramionami. - Mają rację. Tym pieskom trzeba znaleźć jakiś dach nad głową i kochających właścicieli.
-No błagam, ty też? - Chris wywrócił oczami. - Toi tylko psy.
Obdarzyłam go gniewnym spojrzeniem. Z trudem zacisnęłam zęby i powstrzymałam się od uderzenia go pięścią w ramię.
Siedzieliśmy przed rozłożonym komputerem w domu rodziców Chrisa. Ja, Logan, Kendall, Julie i oczywiście Chris. Antonio spacerował gdzieś po salonie i wynosił z mebli serwetki, które „uważał za brudne”. Najdziwniejsze było to, że odkładał je dokładnie pod drzwiami łazienki. A jak zareagowała mama Chrisa? Tylko machnęła ręką i odparła, że już dawno powinna posprzątać w salonie, a ten „wielki kocur”, jak nazwała Antonia, tylko odwala za nią jedną trzecią roboty. Potem najzwyczajniej w świecie sobie gdzieś poszła.
-A ludzie nie patrzyli za wami dziwnie, kiedy spacerowaliście po ulicy z wielkim tygrysem? - zapytał Kendall, jakby skądś wiedział o czym myślę.
-Nie. - pokręciłam głową. - Tylko musieliśmy kupić mu bilet i założyć kaganiec, kiedy wsiadaliśmy z nim do tramwaju.
Oparłam się o niego i spojrzałam na Julie'ego, który próbował jakoś poskładać swoją komórkę przy ogrodowym stole.
-Weź sobie daj z tym spokój, dobra? - powiedział do niego Logan, kręcąc głową. - Kupimy Ci nową. Ty nam kiedyś obiady stawiałeś. Czas się zrewanżować.
-To zupełnie nie o to chodzi. - oznajmił, rozkręcając jedną z klapek i odkładając na bok pękniętą część. - Mam tu ważne adresy i przepisy. Nie mogę tak po prostu...
-Czyli to o to chodzi... - Logan uniósł dłonie w geście zrozumienia i wstał. - Idź z tym do Buy More. Odzyskają Ci dane w pięć minut. Chuck i Lester robili to miliony razy.
Julie w końcu odłożył połamane części na bok, a Chris wstał, wyszedł i po chwili wrócił trzymając w ręku pudełko po lodach.
-Masz, pozbieraj. - powiedział mu, siadając z powrotem obok mnie. - Lepiej, żebyś niczego nie pogubił. Pewnie ktoś będzie się jeszcze chciał tym pobawić.
Po tym Julie szybko wsypał elektroniczne śmieci do pudełka i zamknął klapkę. Wyprostowałam się, kiedy Chris wgapiał się w drzwi balkonowe.
-Lizzy... - zaczął obrażonym tonem. - Wygląda na to, że Twój kotek wyczaił mojego tajnego hot doga.
~***~
-Co masz zamiar zrobić? - zapytał mnie Julie, kiedy czekaliśmy na tramwaj powrotny.
-Czy ja wiem... - usiadłam na ławce, wciąż trzymając w ręku smycz Antonia. - Może zorganizujemy wieczorek w jogurtowni. Sarah robiła to wiele razy.
Niestety, w publicznych miejscach musiał być na uwięzi. O dziwo to rozumiał i nawet nie próbował protestować.
-Zaskakująco dużo, jak na cztery małe pieski. - odparł, kiedy było widać już nasz pojazd. - I wiesz, ze nie o to pytałem. Tylko o Arthura. Jak długo macie przed nim ukrywać, że jesteś nie tylko moją siostrą, ale jeszcze moim ochroniarzem?
Skrzywiłam się. Po raz kolejny w ciągu kilku tygodni poruszał ten temat, jakby to był jego priorytet. Nie ukrywam, ze nie wiedziałam, jak go drążyć.
-Teraz, kiedy u nas nocuje, to nie będzie trudne. Niedługo zaczynają się wakacje. - wzruszyłam ramionami, jakby to było coś istotnego. - A dwa dni później jest ślub Chucka i Sary. Lepiej, żeby nie wiedział. Wiesz, jak to jest. Tak będzie dla niego bezpiecznej.
-Na prawdę tak sądzisz? - uniósł brwi. - Znowu chodzi do naszej szkoły, jada z nami obiady codziennie, a nie ma pojęcia, że naprzeciwko niego siedzi rasowy szpieg.
Wiedziałam, że mówił o Charliem. Wiele przed nim zatajaliśmy. Na szczęście ciotka Diane dawno z nami na ten temat nie rozmawiała, szczególnie w domu i dzięki temu łatwiej było otrzymać tajemnice.
-Arthur jest cywilem. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby, kiedy tramwaj zatrzymał się przed przystankiem. - Nie możemy go tak po prostu wtajemniczyć. Wie o jednej misji, po której omal nie zginął i to w zupełności wystarczy.
Wsiedliśmy do środka. Julie kupił bilety, wciąż trzymając pod pach pozostałości po swoim telefonie, a potem po prostu położył ją na kolanach, kiedy Antonio położył się między nami w przejściu dla stojących, rozkładając się na szerokość trzech rzędów.
-Dlaczego nie chcesz tego robić? - uniósł brwi, kiedy szliśmy już w kierunku Echo Parku. - Zawsze lepiej wychodzimy na mówieniu prawdy.
-Nie mówię, że go okłamujemy. - odrzuciłam, otwierając bramę swoim kluczem. Pewnie rodzice Din musieli ją zamknąć. - Po prostu lepiej, żeby nie wiedział o pewnych sprawach.
-A co, jeśli spyta kim była moja matka?
Rozbił mnie tym spostrzeżeniem. Westchnęłam i zatrzymałam się przed fontanną. Nie brałam pod uwagę tej możliwości.
-Wtedy mu powiemy. - kiwnęłam głową. - Kiedy byliśmy dziećmi przyrzekliśmy sobie stuprocentową szczerość. Nie chcę tego łamać. Ale puki go to nie interesuje... Lepiej, żeby trzymał się od tego z daleka.
Poszliśmy do mieszkania i zauważyliśmy Jamesa i Din siedzących obok siebie na kanapie przed naszym telewizorem.
-A Wy co tu robicie? - rzucił Julie, przerywając ich „romantyczną atmosferę”. - Nie macie własnego domu? Czy jak?
Din wstała i stanęła naprzeciwko nas, robiąc niewinną minę.
-Robią u nas dezynsekcję. - wzruszyła ramionami. - Mama zobaczyła dzisiaj karalucha w łazience, a ma fobię na tym punkcie, dlatego od razu zadzwoniła do gości od zwalczania robactwa. A Chuck pozwolił nam trochę tu posiedzieć.
-Tak, a w bidulu raczej nie mamy prywatności. Wiesz, dzieciaki ciągle latają w kółko i w ogóle...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I tyle... Na liście zadań do zrobienia mam jeszcze listę fanfików z Harry'ego Pottera dla Marli. Myślę, że w piątek już to będzie wysłane, więc... cierpliwości. Tylko wiesz... te, co ja wybieram są dalekie od normy. Jeśli chodzi o moje pisanie: Przerywniki mi jako tako wychodzą, ale poza tym leżę. I taka prawda. Mam teraz taki mega nawrót, bo założyłam do szkoły (pierwszy dzień w nowej klasie) i znalazła się jedna fanka i dalej jakoś poszło. A potem nawet nie starałam się nad sobą panować. Na razie sprzeczamy się, która część jest najlepsza. Filmowo i książkowo na dwa różne fora. Jakby ktoś chciał: http://hogsmeade.pl/ to świetna stronka dla fanów i nikt nie płaci mi za reklamę. Nie jestem zarejestrowana, ale zaglądam. Poza tym jak podaje Wikipedia (przynajmniej podawała, kiedy sprawdzałam), „Harry Potter” to największy kanon fanfiction w sieci, z czego szczerze jestem dumna. I na tym chyba pora zakończyć „Pamiętnik małoletniej świrki”.
Dobra... Mam nadzieję, że odcinek Wam się podobał. Bywajcie z Hagridem!

środa, 9 września 2015

Odcinek 91 – Lizzy kontra koncert wielkiej gwiazdy

-Mowy nie ma! - zaprotestowałam po raz kolejny. - Nie mam zamiaru iść na żaden koncert, bo i tak nie mam na to ochoty.
-No weź... - jęknął. - Logan mnie wysiudał, a nie chcę iść sam. To moja ulubiona piosenkarka, dobrze o tym wiesz. Bilety już mam, a nie wiadomo, kiedy wróci do LA. Jest w Burbank. Wiesz, jaka to dla nas szansa?
Mówił do mnie błagalnym tonem, jakby to dla niego była sprawa życia i śmierci. Po raz pierwszy będzie na koncercie ulubionej wokalistki, możliwe, że nawet dostanie tam świra.
-Już dobra. - zgodziłam się, na co Chris objął mnie tak mocno, że zaparło mi dech.
-Kicham Cię, Liz. - powiedział uradowany. - Jesteś najwspanialszą przyjaciółką na świecie.
-Dobra, dobra, już mnie puść, bo zaraz się przez Ciebie uduszę.
W końcu Chris uwolnił mnie ze swoich objęć, co przyjęłam z całkowitą ulgą.
-Wiem, ze ją uwielbiasz. - przyznałam. - Ale na koncert One Republic nie chciałeś ze mną iść.
Zarzuciłam mu. Chris tylko westchnął i usiadł z powrotem na stołku barowym.
-Wiem, po prostu łyknąłem placebo i kiepsko się po tym czułem...
-Chris... Placebo, to ściemniony lek. - wrzasnęłam. - Sól fizjologiczna, pigułki antykoncepcyjne, albo miętówki w drażetkach. Masz kłopoty z głową!
-Teraz to wiem! - odkrzyknął. - Miałem trzynaście lat.
-Tak, ja też. - jęknęłam, chwytając smycz Antonia.
Poprowadziłam go do drzwi, zaczepiając linkę na jego obroży.
-Kiedy skończycie się z Julie'm uczyć, pamiętaj, żeby zamknąć drzwi przy wyjściu. I nie róbcie nic głupiego.
~**Logan**~
Poprawiłem sztućce na stole i odsunąłem się na dwa kroki, żeby ocenić, jak mi wyszło. Mad miała przyjść dopiero za godzinę, a „romantyzm”, jaki na mnie wymusiła, musiał być czymś wyjątkowym. W końcu to madison. Najbardziej wymagająca dziewczyna, jaką kiedykolwiek miałem. No dobra, jest moją pierwszą dziewczyną.
-Krzywo. - oznajmił Kendall, wchodząc do pomieszczenia. - Mógłbyś się bardziej postarać.
-A co, zrobiłbyś lepiej? - zapytałem, sięgając do szklanej butelki z oranżadą. - Jak tak, to proszę.
Kendall zachichotał i pokręcił głową. Poczułem się jak przy robieniu projektu z biologii w pierwszej klasie, kiedy to musiałem być z nim w parze.
-Myślę, że Madison nie chciałaby, żebym się do tego dotykał. - oznajmił, krzyżując ramiona na piersiach. - I tylko po to mnie tu wezwałeś?
-Właściwie tak. - odpowiedziałem. - Tylko nie mam pojęcia jak to powinno wyglądać. A wiem, że pomagasz Carlosowi w zaproszeniu Jessici Ramsay na bal końcoworoczny.
-To co innego. - westchnął. - Pomogłem mu ją wybrać. Tylko przez nią nie będzie cierpiał.
-Przecież on z nią nawet nie rozmawia. - zauważyłem. - Jakby to przemyśleć... Jessie z nikim tak naprawdę nie rozmawia. Trzyma się z boku. Wcześniej ledwo ją zauważaliśmy.
-I o to chodzi. - pokiwał głową. - Nic do niej nie poczuje. Dzięki temu zachowa dystans. A potem będzie normalnie. Przynajmniej z kimś zatańczy.
-Tak, chociaż raz. - przytaknąłem. - Coś nowego?
-Chris wyciąga Lizzy na koncert Ellie Goulding. - powiedział, odwracając głowę od nakrytego stołu. - Ciekawe, czy mu się uda.
-A jak Twoja niespodzianka dla niej?
-Jeszcze nie jest do końca dopracowana. Muszę jeszcze trochę nad tym posiedzieć.
-No tak... - pokiwałem głową. - Bo dla Ciebie wszystko musi być perfekt.
-Niedługo skończę. - odparł, chowając dłonie do kieszeni.
Drzwi otworzyły się z cichym trzaskiem. Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy Madison, która weszła niepewnie do środka. Na jej widok zaparło mi dech. Mimowolnie uśmiechnąłem się do niej i spojrzałem na Kendalla, który nawet nie ruszył się z miejsca.
-Cześć, chłopaki. - powiedziała, uśmiechając się promiennie. - Pomagałeś mu?
-Nie, Logan wszystko zrobił sam. - powiedział, wycofując się w stronę wyjścia. - To ja już lepiej pójdę. Miłej randki.
-Dzięki. - powiedziałem, a on pomachał nam nawet się nie odwracając.
Spojrzałem na Madison, która okrążyła przygotowany przeze mnie stolik. Jej spojrzenie było takie... fachowe.
-Podoba Ci się? - zapytałem niepewnie.
-No, mogłeś się bardziej postarać. - powiedziała. Poczułem, jak krew odpływa mi z Twarzy. Madison zaśmiała się i pokręciła głową. - Żartowałam. Jestem pod wrażeniem.
Podszedłem do niej, całując ją prosto w usta. Uśmiechnąłem się, spoglądając jej przez ramię na piekarnik w kącie kuchennym.
-Co to za miejsce? - zapytała, rozglądając się po kuchni połączonej z salonem i sypialnią.
-Jednopokojowe mieszkanie mojego ojca. - westchnąłem. - Sądzi, że nie potrzebuje nic więcej. Kiedy rozwiódł się z mamą... To było jedyne miejsce, jakie mu pasowało. Pozwolił mi z tego skorzystać. Na czas naszej randki.
-Nie wiedziałam, że Twoi rodzice się rozwiedli. - powiedziała ze zdziwieniem, kiedy usiedliśmy naprzeciwko siebie. - Dlaczego nic nie mówiłeś?
-Nie było takiej potrzeby. - odpowiedziałem. - Mama i tata dogadali się między sobą, że na oczach szkoły będą udawali, że wciąż są razem.
-Logan tak mi przykro...
-Niepotrzebnie. - pokręciłem głową, wstając i przechodząc do części kuchennej. - Już dawno się z tym pogodziłem. Tylko Lizzy to odkryła. Dotrzymała tajemnicy.
~**James**~
-Co robisz? - zapytałem Din, kiedy coś sobie bazgrała w bloku rysunkowym.
-Robię kostiumy do szkolnego przedstawienia. - powiedziała, opierając głowę o moje ramię. Podsunęła notes pod moją twarz, tak, że mogłem zobaczyć co rysuje. - Fajne?
Przyjrzałem się rysunkowi marynarki z falbanami.
-Niezłe. - odparłem. - A czy nie jest trochę... no wiesz... zbajerowana?
Din spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Zmarszczyła brwi i poprawiła sobie okulary na nosie.
-Lubię, kiedy w nich chodzisz. - powiedziałem łagodnie. - Dlaczego nie nosisz ich do szkoły?
-Bo są dziwne. - zmarszczyła brwi. - Nie chcę, żeby ludzie patrzyli na mnie jak na freeka.
-Nie jesteś freekiem. - powiedziałem, obejmując ją ramieniem. - Jesteś śliczna, a te okulary są urocze.
-To samo mówiłeś o sweterku w słoneczniki. - odparła, kiedy cmoknąłem ją lekko w usta.
-No co? - zaśmiałem się. - Jest fajny.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ten odcinek jest dedykowany Chrisowi. Ten drobniutki detal jest z myślą o Tobie. I powiem Ci, że obczaję Twojego nowego bloga, kiedy tylko przestanę być taka zarobiona. Musze jeszcze zrobić kilka prac zaliczeniowych, bo lepiej robić je z netu na początku semestru i mieć z głowy niż czekać na ostatnią chwilę, spóźnić się i mieć obniżoną ocenę. Zgadzacie się ze mną?
Marla... Musiałam przerwać oglądanie „Słodkich Kłamstewek”, bo zobaczyłam notkę w gazecie i zaczęłam oglądać „Bibliotekarzy”jestem w środku sezonu pierwszego. To jest MEGA! Polecam. Jeśli podobały Wam się dwa filmy "Bibliotekarz", to ten serial jest jak najbardziej dla Was.
I jeszcze miałam kolejny spam. Przynajmniej ja tak to widzę. Ta Księga Gości po coś jest. Nie ignorujcie mnie, bo wklejanie linków na czyjegoś bloga, mając tego kogoś kompletnie głęboko gdzieś jest kompletnym dnem. Ale i tak wiem, ze spamerzy mają to w dupie. 
A i jestem teraz w połowie odcinka 95... I napisałam drugi rozdział Szkoły dla Mutantów. Ale na razie jeszcze zaczeka. Zwiastun, który skleiłam widział tylko Chris. 
Muszę kończyć. Mam nadzieję, że odcinek się Wam podobał. Trzymajcie się! Do zobaczenia za tydzień!

środa, 2 września 2015

Odcinek 90 – Lizzy kontra Bzdurna klasówka

-Jeszcze raz! - zawołał Jack na treningu koszykówki.
Zerknęłam na Logana, który jak gdyby nigdy nic składał papierki, żeby rzucać nimi w zawodników.
-Przestań już! - wrzasnęła Din ze zniecierpliwieniem. Pokręciłam głową, opierając się o górną ławkę.
Chris zachichotał i chwycił jeden z przygotowanych papierków i wypstrykał nim prosto w obrońcę.
-Hudson! - wrzasnął wściekły, odwracając się w naszą stronę.
W reakcji na jego słowa pomachałam do zawodnika z szerokim uśmiechem. Nie wiem, jak się nazywa. I właściwie miałam to gdzieś.
-Musicie wracać. - usłyszałam za swoimi plecami słodki, dziewczęcy głos. - Owens jest wściekły. Lepiej już go nie wkurzać.
Wzruszyła ramionami i założyła włosy za ucho. Jessie wyglądała jak zwykle. Nie znałam jej za dobrze, chociaż rzucała się w oczy. Mimo, ze siedziała cicho. Była ładną blondynką o niebieskich oczach. Nie miała chłopaka i zdawało się, że go nie potrzebuje. Dla Emmy była po prostu dziwaczką. Jak każdy, kto był wzorowym uczniem i chodził na zajęcia pozalekcyjne. A Jessie grała w szkolnej orkiestrze.
-Zaraz idziemy. - powiedziałam, a ona wstała.
-Ej, przecież Shorts nam pozwolił. - Logan trącił mnie w ramię, a ja westchnęłam.
-Lepiej iść. - odpowiedziałam mu, machając do Julie'ego i Charlie'ego, którzy siedzieli kilka rzędów dalej. Przez chwilę obserwowałam, jak leniwie wstają.
Zbiegliśmy na dół, zaraz za Jessie, która nie odmówiła sobie lemoniady z automatu. To chyba był jej nawyk. Nieszkodliwe uzależnienie.
-A co wy tu robicie? - usłyszeliśmy głos pana Jen.
Podskoczyłam i spojrzałem w jego stronę. Stał na środku korytarza, trzymając pod pachą wielki falsyfikat „Dziewczyny z Perłą”.
-Wracamy do klasy. - odpowiedział Julie, wzruszając ramionami. - Mieliśmy być na meczu, ale Profesor Owens...
-Już rozumiem... - pokiwał głową ze zrozumieniem. - Niesympatyczny gość. Wiec lepiej wracajcie na biologię. Panie Casey... Proszę do mnie zajrzeć na drugiej przerwie.
Kiedy odchodził, patrzyliśmy za nim. Zerknęłam na Charlie'ego, który lekko zbladł.
-Czego on od Ciebie chce? - zapytał Logan, zanim zdołałam otworzyć usta.
-Może pogadamy o tym później, dobra? - poprosił, odwracając się i wchodząc do klasy.
Temat został ucięty. Chociaż tego nie chciałam. Jak partnerzy w szpiegostwie, umówiliśmy się wyraźnie: „zero tajemnic w ważnych sprawach”. W programie były szkolne sprawy. On wiedział o moich grzeszkach, istotnych szczegółach z życia. Codziennie uczestniczy w szkoleniach i mogę śmiało powiedzieć, że wie o mnie najwięcej. Czy ja nie powinnam go znać równie dobrze?
Usiadłam na swoim miejscu, piorunowana przez pana Owensa. Zerknęłam na Julie;ego, który siedział na krześle z założonymi rękami i długopisem w ustach.
Profesor Owens położył przede mną kartkę z pytaniami. Przebiegłam po nich wzrokiem i zaniemówiłam. Poczułam, że coś przychodzi mi na komórkę. Ukradkiem sięgnęłam do kieszeni i odczytałam SMSa.
Od: James
Widziałaś? To same bzdury!”
Wywróciłam oczami i schowałam drugą rękę pod ławką.
Do: James
Widziałam. Zamknij się i do roboty.”
~***~
-To dowiemy się o co chodzi z Jenem? - zapytałam Charlie'ego, trzymając Kendalla za rękę.
Chrlie bez słowa wszedł do wolnej klasy. Otoczyliśmy go w niewielkim kręgu, tak, ze Din stała na czatach, żeby nikt nie podsłuchiwał.
-Wtopa. - odpowiedział, wciąż blady jak papier. - Ja go znam z Waszyngtonu.
Zrobiło mi się słabo. Jak, to się znali? Wtopa? Zdemaskowanie? Nie, ja się nie zgadzam, to nie jest możliwe. Nie do przyjęcia.
-Jak to się znacie? - Julie zmarszczył brwi, opierając się o stolik na środku klasy.
-Był moim nauczycielem w Waszyngtonie. - powiedział cicho. - Tylko przez jakiś czas, ale wie, jak naprawdę się nazywam, że nie chodziłem do szkoły wojskowej...
Nie dokończył, bo wyrwałam się Kendallowi i z trudem powstrzymałam się od uderzenia go w twarz. Przystałam tuż przed nim i mocno zasnęłam dłoń w pięść.
-Napraw to. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Słyszysz? To może zagrozić sprawie. Ciociu Dianie! - zawołałam w stronę sprzętu elektronicznego.
Odwróciłam się, wbijając spojrzenie w telewizor plazmowy, na którym pojawiła się ciotka Diane. Din zamarła przy drzwiach, ukradkiem wychodząc na korytarz.
-Co się stało, dzieci? - zapytała, kiedy jak, Julie i Charlie stanęliśmy w zasięgu kamery nad ekranem. - Nigdy nie wzywaliście mnie ze szkoły.
-Grozi mi zdemaskowanie. - powiedział Charlie, stając na baczność. - Proszę o wybaczenie, pani Generał. Rozpoznał mnie jeden z nauczycieli. Wcześniej go zignorowałem, ale on...
-Wiem, Lei Jen. - oznajmiła, na co otworzyłam szeroko usta. - Pracuje dla nas. Jest podwójnym agentem. Jako jedyny ma Kontakty w szajce. Dostarcza im informacji na Wasz temat. W zamian wtajemniczają go w swoje operacje, a to pomaga nam w uniknięciu większych katastrof.
-I mówi nam to ciocia dopiero teraz? - oburzyłam się, rozkładając ręce z irytowaniem. - Na prawdę? Uniknęlibyśmy wielu...
-Lizzy, wiem co robię. - uspokoiła mnie. - Nie chcę, żeby powtórzyła się sytuacja z Showem. Dlatego nie wiem, czy mogę ufać Jenowi. Dlatego uważajcie na niego.
Pokiwałam głową, już trochę się uspokajając. Westchnęłam. Jeszcze by tego brakowało.
-Co mamy zrobić? - zapytał Julie.
-Nic nie róbcie. - poradziła. - Zachowujcie się, jakby nic się nie działo. Jakbyście się tego nie dowiedzieli. Charlie, nie martw się. Niedługo wszystko się wyjaśni. Jeszcze nie skończyłam go testować, ale wiem jedno. To on jest agentem, który zasugerował Cię wywiadowi. Poszliśmy za jego radą i przyjęliśmy do firmy. A teraz wracajcie na lekcje. Odmaszerować.
Odmaszerować. To słowo zawsze kończyło rozmowę. Wiedziałam, że teraz dopiero będzie ciężko. Dopiero się rozkręcamy, ale początek drogi był bardzo wyboisty.
Kiedy Ciotka Diane zniknęła z Ekranu, Kendall podszedł do mnie i objął mnie ramieniem.
-Nic mi nie jest. - wymamrotałam w jego ramię.
-Wiem. - odpowiedział. - Ale pomyślałem, że dzięki temu poczujesz się lepiej.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~Krótko, wiem, ale teraz już naprawdę tak będzie. Ten odcinek pisało mi się dobrze, to muszę przyznaję, ale nie wiem, jak pójdzie mi z kolejnym. Teraz piszę 94 i szczerze powiedziawszy... Dużo pomysłów, gorzej z realizacją. Nie wiem, czy się połapiecie. 
Do piątego komentarza pod ostatnią notką: Na razie nie zajrzę. A czy zajrzę, to zależy tylko od Ciebie. Pokaż, że Cię to, co piszę. Bo jak mi spamujesz, a masz treść tego bloga centralnie gdzieś, to sorry. Już to powtarzam kilka razy. Nie zmienię o tym zdania. 
No i tyle... Mam nadzieję, że notka się podobała. Trzymajcie się!