środa, 28 października 2015

Odcinek 97 – Lizzy kontra Rozpierducha w magazynie

Po powrocie do sklepu, natychmiast zaszyłam się w sali kina domowego. Nie miałam ochoty wracać do hali magazynowej. Najpierw musiałam otrząsnąć się z tego wszystkiego. Charlie zabił Show'a... Nie, to niemożliwe. Nazwał to „rozkazem”, ale kiedy żyjemy w drużynie...
Trudno było mi uwierzyć, że Ramsey padł ofiarą kucharki, kelnerki i zastępcy kierownika sali. Tego jeszcze nie grali...
-Wszystko dobrze, truskaweczko? - usłyszałam za plecami czyjś głos i odwróciłam się, żeby spojrzeć na Mike'a. - Dlaczego nie jesteś zresztą w hali?
-Nie mam nastroju. - wzruszyłam ramionami, odwracając się w jego stronę. - Nie chcę jakoś psuć humoru innym. Wystarczy, że ja się z tym męczę.
-Szkoła? - zgadywał, siadając obok mnie na kanapie. - Bo jeśli powiesz mi, że odkryłaś życie pozaziemskie, drugi raz tego nie zniosę.
-Życie pozaziemskie? - zmarszczyłam brwi. - Skąd Ci to przyszło do głowy?
-Nieistotne. - pokręcił głową, klepiąc mnie po udzie, jakby chciał mi tym dodać otuchy. - Powiedz lepiej, co Cię trapi.
-Nic, czym powinieneś się przejmować.
„Trwamy jako symbol nadziei. Mimo, że mówi się o nas tylko w mitach i legendach... To Azgard i jego wojownicy zaprowadzili pokój ze wszechświecie.”
Lodowaty głos Antony'ego Hopkinsa, wyrwał mnie z zamyślenia. Dopiero teraz wpadłam na to, żeby podnieść głowę. Mike włączył telewizor. No tak, mogłam się tego spodziewać.
-Kanał filmowy? - uniosłam brwi. - Wiesz, ze już mnie to nie rusza?
-Wiem, ale zawsze warto spróbować. - powiedział, podając mi jakieś pudełko. - Przyszło to dzisiaj z nową dostawą twardych dysków. - Jest na tym Twoje nazwisko, więc nie otwierałem.
-Jasne. - pokiwałam głową. - Otworzę to dzisiaj w domu. I chyba wrócę na imprezę. Schowam to w kanapie. Wiesz, tam, gdzie Lester trzyma piwo.
-Wiem. - kiwnął głową. - Ale najpierw zrób coś z tymi włosami.
I wyszedł z pomieszczenia, a ja schyliłam się, kiedy ten Chris Hcośtam wrzasnął „Ruszamy do Unitehajmu”, czy coś koło tego. Nie wiem, zawsze jak oglądałam Thora nie przejmowałam się pierwszymi piętnastoma minutami. A później i tak miałam głęboko gdzieś te wszystkie porąbane nazwy krain. Po co brać je sobie do głowy? Może i uwielbiam Marvela, ale Thor był na drugim miejscu najmniej lubianych przeze mnie Avengersów, zaraz po Iron Manie.
Posiedziałam tak może z dziesięć minut i zamknęłam skrytkę. Wyszłam z pokoju, poprawiając sobie kucyka, który już powoli zaczął wymykać się spod kontroli.
-Co się stało? - zapytałam, widząc ściszoną muzykę i jakiś bałagan za plecami Lestera, który natychmiast stanął mi na drodze. - Ej, dlaczego nie dasz mi przejść.
-Mamy mały problem. - powiedział John i poprowadził mnie do owego bałaganu.
Okazało się, że to nie był jakiś tam zwyczajny bałagan. Tylko wielka dziura wypalona w podłodze.
-Co tu się stało, zapytałam, spoglądając na Carinę, która chichotała obok mnie.
-Ktoś próbował odpalić fajerwerki w pomieszczeniu. - odpowiedziała i wymownie pokazała na otwarty dach magazynowy, który służył do wentylacji.
-A teraz pomyślmy, czyja to sprawka... - westchnęłam, a Jeff niewinnie pokazał na Chrisa. - Powaga? Nie mogłeś się powstrzymać?
-No co? - wzruszył ramionami, jakby nie chciał zrobić nic złego. - Nie wiedziałem, ze obędzie aż taki odrzut.
-Odrzut? - powtórzył Logan, trzymając pod pachą miniaturową gaśnicę. - Stary, gasiłem to przez kilka ładnych minut. To dosłownie wybuchło.
-Noo... - Din pokiwała głową. - Cud, że nikomu nic się nie stało.
-Pokaż rachunek. - wyciągnęłam rękę do Chrisa, wiedząc, ze trzyma w kieszeni paragon, a sklep pirotechniczny, w którym się zapatrzał, nadgorliwie dbał o księgowość i wszystkie pozycje towarów były szczegółowo opisane.
Chris dość niechętnie podał mi zmięty papierek, a ja wyprostowałam karteczkę i spojrzałam na opis kupionego produktu.
-Bomba pięciostrzałowa? - zmarszczyłam brwi. - Człowieku, przecież omal nie straciłeś ręki przez poprzednią. Mam Ci to przypomnieć?
-Co masz na myśli, mówiąc „omal nie straciłeś ręki”? - zapytał Carlos, podchodząc trochę bliżej z mopem i wiadrem z czymś pieniącym się.
-Pokaz im. - powiedziałam Chrisowi, a ten dość niechętnie odwinął rękaw koszulki, pokazując wielką bliznę po oparzeniu. - Dziwne, że wcześniej się nie pochwaliłeś.
-A czym się miałem chwalić? - wymamrotał. - Tym, że z własnej głupoty przeleżałem cztery miesiące w szpitalu?
Dobrze znałam tą historię. Tym bardziej się dziwię, że Chris po raz kolejny kupił te same sztuczne ognie. Dobrze wiedzieliśmy, że sam zainteresowany składał uroczystą przysięgę swojej mamie, że już więcej nie tknie tak niebezpiecznych fajerwerk. Ale jak widać nieskutecznie.
~***~
-Co właściwie zaszło w magazynie? - zapytałam Kendalla, kładąc na łóżku pudełko od Big Mike'a. - Ta dziura wyglądała niebezpiecznie.
-Chris zaplanował niespodziankę dla Cariny. - powiedział z westchnieniem. - Razem z Loganem, ale on nie znał tych sztucznych ogni, więc oczywiście się zgodził. Rozumiem, że jeśli byś przy tym była, to nie pozwoliłabyś mu tego odpalić.
-Jasne, że bym mu nie pozwoliła. - przyznałam. - Dobrze wiem, jak działają i jakie zniszczenie ze sobą sieją. Tą bombę odpala się w odludnym plenerze. I od dobrze o tym wiedział.
-Ale Chris mówił, że się na tym zna i robił to już kilka razy. - powiedział, oklepując moją poduszkę, jakby to była jego własna.
-I Ty mu uwierzyłeś? - prychnęłam. - Robił to dokładnie raz i z marnym skutkiem. - Kiedy rozwala szybę kijem bejsbolowym, bo przywalił się do niego prokurator, albo pije piwo po kątach wieczorami, jeszcze jestem w stanie znieść. Ale, kiedy naraża na niebezpieczeństwo siebie i ludzi w swoim otoczeniu... O nie! Mowy nie ma!
Kendall zaśmiał się blado i odrzucił poduszkę na miejsce. Usiadł naprzeciwko mnie i pochylił się nad moją twarzą. Pocałował mnie krótko, a ja z ulga zamknęłam oczy. Jego usta delikatnie musnęły moją brodę, jakby nie mogły znaleźć ust.
-Ciekaw jestem, co wymyśli właściciel, kiedy dowie się o zniszczeniach w magazynie.
-Już wie. - wzruszyłam ramionami. - Chuck jest właścicielem. A naprawą zajmie się Mike. Pewnie każe Chrisowi odpracować koszty. Znowu.
-Jak to znowu?
-Okna były wymieniane trzy lata temu. - powiedziałam wprost. - Szubka ugoda. Chris je wcześniej zniszczył. Dobrze to nie wyglądało.
-Zniszczył, znaczy powybijał?
-Żeby tylko... Ramy też były w ruinie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cześć... Na początek chciałabym Wam powiedzieć, że tworzę coś nowego. Jeśli ktoś zna, to wystarczy się pofatygować na mój kanał na YouTube. Tam wszystko jest. Oczywiście, nie mam zamiaru rezygnować ze Szkoły dla Mutantów. Ale oba te blogi będą miały charakter bardzo spontaniczny, co znaczy tyle co „Opublikuję, jak napiszę”. Objętość oczywiście się nie zmienia. Tym razem robię to bez BTRu. Myślę, ze jedna historyjka, która będzie miała 25, może 30 odcinków jest dobrym wyzwaniem. A co będzie później, zobaczymy.
Mówię to Wam, bo powoli zbliżamy się do końca. Przed tym końcem będę nieco gołosłowna, bo... bo wiem, że wygadam się na koniec. Wasze blogi nadrabiam, a przynajmniej staram się nadrabiać na bieżąco. Jest w tym jakaś dziwna systematyka. No... mam nadzieję, że odcinek się Wam podobał. Trzymajcie się!

środa, 21 października 2015

Odcinek 96 – Lizzy kontra Akcja w Knajpie

Kiedy dotarliśmy do tamtej restauracji, wszystko wyglądało normalnie i nic nie sprawiało wrażenia, jakby coś nie grało. Wszyscy siedzieli na swoich miejscach.
Chuck podszedł do kierownika sali i zaczął z nim rozmawiać. Widziałam z daleka, jak ten wskazuje mu jedne z drzwi i prowadzi go w tamtym kierunku. W tym czasie ja, starając się nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, przecięłam salę i weszłam na zaplecze.
Pierwsze, co mnie uderzyło, to egipskie ciemności. Zamrugałam kilka razy, żeby jakoś przyzwyczaić oczy do tej sytuacji. Drugą ręką starałam się wymacać klinkier od światła.
-Lizzy? - usłyszałam niepewny głos Jessie. - To Ty?
-Tak, gdzie jesteś? - odpowiedziałam, wciąż szukając palcami pstryczka od światła. Powinien być po tej stronie.
-Jest, ale nie sama. - odpowiedział inny, męski głos. - Nie zamykaj drzwi, dziewczyno. Można je otworzyć tylko od zewnątrz.
W końcu udało mi się wymacać ten głupi pstryczek i zaświeciłam światło. Pierwsze co zobaczyłam, to dwie osoby przykute do rurowego grzejnika.
-Matko, co tu się stało? - zawołałam, przywołując do siebie jedno z krzeseł i stawiając je w przejściu, żeby drzwi się nie otworzyły.
-Moja kelnerka... jedna z najlepszych... - zaczął mężczyzna, kiedy podbiegłam do nich, szukając w kieszeni lasera od Johna. - Pracuje dla jakiejś mafii. Wykorzystała Jessie...
Nie odpowiedziałam, tylko przepaliłam łańcuszek, żeby się zerwał, po czym pociągnęłam, a jedno ze stopionych oczek upadło na podłogę wciąż dymiąc.
-Uważajcie. - powiedziałam wprost. - Można się tym poważnie poparzyć.
-To znaczy, że oni mają rację? Twoja rodzina to... - zaczęła Jessie, kiedy ją uwalniałam, ale przerwała, kiedy ją uciszyłam kręcąc głową.
-Nie czas i miejsce. - powiedziałam cicho. - Teraz musimy uciekać. Zawiadomię ekipę. Oni się tym zajmą. Mój brat już wszystko sprawdza.
I wyszliśmy ukradkiem na zewnątrz.
-Lizzy, co to ma być? - syknęła Jessie. - Zupełnie nic nie rozumiem.
-No to witaj w klubie. - odpowiedziałam szeptem, wyjmując nóż z tylnej kieszeni spodni.
Rozłożyłam scyzoryk i przecięłam jakieś kable. Dopiero później zdałam sobie sprawę z głupoty własnego czynu.
-Co zrobiłam? - wykrztusiłam przez zaciśnięte zęby.
-Odcięłaś zasilanie w kuchni. - wyjaśnił ten mężczyzna. - Jeśli chcesz uruchomić alarm, musisz się najpierw dostać do skrzynki...
-A gdzie jest przewód od światła na sali? - zapytałam, przerywając jego instrukcje.
-Dlaczego chcesz...
-Upozoruje awarię. - wyjaśniłam natychmiast. - Wtedy wszyscy ulotnią się do domu. Albo gdzieś tam. Oby jak najdalej stąd. Wszystko mi jedno.
-Ale... dlaczego? Normalnie policja zrobiłaby wszystko przy gościach. Jestem, właścicielem tej restauracji i...
Spojrzałam na Ramseya i uciszyłam go spojrzeniem. Jak mogłam go wcześniej nie poznać? No jasne... Ważniejsze jest...
-Bezpieczeństwo. - powiedziałam. - Najważniejsze, żeby nikomu nic się nie stało. Inaczej cała akcja minie się z celem.
-Jesteś dziwna jak na CIA. - odezwała się Jessie.
-Oj, wiem...
~***~
Kiedy się upewniłam, że Ramseyowie są już bezpieczni, wybiegłam na zewnątrz, gdzie stał już nasz szpiegowski van. Natychmiast podbiegłam do Charlie'ego, który natychmiast podał mi mój pas z obiema szpadami.
-Chuck Was powiadomił? - zapytałam go, zakładając pas na plecy.
-Tak, wszystko zorganizowane. - przyznał, wciągając mnie do środka. - Najpierw musisz coś zobaczyć.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem, a on włączył jeden z monitorów.
-Czy ty podpiąłeś się pod monitoring restauracji? - zmarszczyłam brwi, a on zrobił głupią minę.
-Może... - powiedział powoli, ale natychmiast się otrząsnął. - Spójrz na obraz. Poznajesz kogoś?
Dość niechętnie zerknęłam na folder skradzionego obrazu. Zmarszczyłam brwi i zamrugałam. Miał rację, poznawałam jedną osobę.
-Tak. - pokiwałam głową, wskazując na jednego z mężczyzn. - To Daniel Show. To on... Zabił tatę. Nie rozumiem, dlaczego mnie o to pytasz. Przecież świetnie go kojarzysz.
-Wiem, ale musiałem sprawdzić czy skłamiesz.
-Niby w jakim celu miałabym skłamać?
-Żeby się zemścić.
Pokręciłam głową i wyszłam na zewnątrz, gdzie John podał mi dwa usypiacze, które natychmiast schowałam pod bluzę. Miałam nadzieję, że nie będę musiała ich używać. Oni mieli ostre. Nawet Chuck, chociaż do tej pory nawet nikogo nie zranił.
-Wchodzimy, słuchamy i zdejmujemy całą szajkę. Zbyt długo czekaliśmy na schwytanie Showa. - powiedział John, podczas marszu. - carina już powinna być w środku. Show jej nie kojarzy, więc może sobie trochę po konspirować.
-Przyjechała Carina? - zapytałam ze niedziwieniem. - Miała być na imprezie.
-Mówi, że ta jest lepsza. - wtrącił Charlie.
Weszliśmy do środka. Nigdzie nie było Chucka, który pewnie musiał zostać w aucie. Przynajmniej go nie widziałam. A może wciąż zajmował kierownika sali, próbując rozwiązać nieistniejący problem z komputerem?
Wtedy po raz pierwszy od bardzo dawna zobaczyłam mordercę swojego ojca. Otworzyłam szeroko oczy, widząc jego kpiący uśmieszek i instynktownie sięgnęłam do usypiacza.
Zerknęłam na Johna, który pokazał mi na migi, że będziemy wchodzić pojedynczo. I żebym trzymała pistolet w górze.
Kiedy weszłam na jednego znak, Show natychmiast na mnie popatrzył. Jego usta natychmiast rozszerzyły się w drwiącym śmiechu.
-Proszę, proszę... - powiedział swoim obrzydliwie jedwabistym głosem. - Najmłodsza z Carmichaelów. Nie spodziewałem się, że tak szybko Cię zobaczę. Dołączyłaś do agencji?
Nie wiem, co mówił dalej. Nie skupiałam się na jego słowach. Nie chciałam. Naokoło nas przestępcy byli obezwładnieni.
-Szpady? Doskonale Cię rozumiem. Też nie lubię pistoletów, ale czasami muszę ich używać, bo...
Nie skończył dokończyć. Upadł z dziurą między oczami. Odwróciłam się i zobaczyłam Charlie'ego z uniesioną, dymiącą lufę.
-Wykonałem rozkaz. - powiedział krótko.
~***~
-Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? - zapytał Kendall, przytulając mnie do siebie. - Myślałem, że coś się stało.
-Nic mi nie jest... - pokręciłam głową, odsuwając się od niego na kilka kroków. - Po prostu musiałam... Jakoś zrobić coś po swojemu. Mam nadzieję, że na przyjęciu Cariny było nudno.
-Przeciwnie. - zaśmiał się.
-Jak to? - zmarszczyłam brwi z niepokojem.
-Nie martw się, pozytywnie. - zaśmiał się, przytulając mnie do siebie.
Z ulgą wtuliłam twarz w jego ramię.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No, to już wiecie, po co Jessie dzwoniła do Lizzy. Coś mi się widzi, że Was rozczarowałam, bo Ramsay nie jest czarnym charakterem, za to elegancko dał sobie podłożyć świnię.
Pragnę Was poinformować, że rada czytelnicza w liczbie dwóch zadecydowała, że odcinki do końca będą pojawiać się raz w tygodniu.
Jak podobał się odcinek? Rozczarowani, czy raczej nie? Dajcie znać w komciach. Trzy godziny snu, a i tak dobrze (jak na te 38 stopni gorączki) się czuję. Ach ta bezsenność. Trzymajcie się!

poniedziałek, 19 października 2015

Cześć!

Cześć ludzie!
Piszę do Was w ten przepiękny poniedziałek, żeby powiedzieć Wam coś, co jest troszeczkę związane z fabułą tej drugiej historii. Trochę? Właściwie nawet bardzo.

Od dzisiaj telewizja TVN7, od poniedziałku do piątku o godzinie 16.00 będzie emitowała serial „Chuck”. Czwarty, najbardziej związany z tą historią sezon. Więc jeśli chcecie zobaczyć, jak to wygląda w oryginale, co to jest „Cat Sqad” i jaka jest Mama Bartowski? I dlaczego w ogóle zmieniłam nazwisko "Bartowski" właśnie na Carmichael? Jak toczy się życie w Buy More? Nie można oczywiście zapomnieć o warknięciach Casey'a i niezastąpionej Generał Beckman
Pytań jest wiele, więc może warto samemu sprawdzić, co zmieniłam, a co zostawiłam z oryginału? Jedno jest pewne. Jeśli zamierzacie to oglądać, to czeka Was kupa szpiegowskiego śmiechu. A jeśli nie przyśpieszę publikacji, to dowiecie się, jak kończy się ta historia. A kończy się tym samym zdarzeniem, co czwarty sezon Chucka

Korzystając z okazji, że już piszę ten post, poinformuję Was o jednej rzeczy: Właśnie kończę pisać całą historię. Jestem w połowie ostatniego odcinka. To do Was będzie należało jak mam publikować. Raz (środa), albo dwa razy w tygodniu. Nie chce mi się robić ankiety, napiszcie w komentarzu. Notkę pożegnalną oczywiście zostawiam na ostatnią chwilę. Więc nawet nie mam zamiaru kiwać teraz przy niej palcem. No dobra, na razie. Nazwę już mam, ale treść na razie pozostanie moją tajemnicą, nie tylko dlatego, że zupełnie nie wiem, co tam napisać. I jeszcze jedno? Chcenie Genezę? Czyli listę takich ciekawostek. Dlaczego wybrałam imię Lizzy, jak wpadłam na wątek z Antoniem. Na liście są jeszcze dwa wycięte urywki, które uznałam za całkowicie pozbawione sensu.
A teraz się zmywam, bo czeka na mnie Marla i kończenie ostatniego odcinka. Trzymajcie się! I do środy.

środa, 14 października 2015

Odcinek 95 – Lizzy kontra Impreza pożegnalna

Julie lubił programy aukcyjne. Te z Teksasu, gdzie handlarze nabywają opuszczone magazyny. Mówi, że najlepsze są momenty wyceny. Kiedy dowiadują się ile stracili, albo zyskali. Ale jego obchodzi historia tych rzeczy. Szczególnie antyków.
I pewnie dlatego zabrał Emmie pilota w szkolnej świetlicy i przełączył na powtórkę. A najlepsze było to, że za żadne skarby nie chciał przełączyć.
-Carmichael, powiedz swojemu braholowi, żeby przełączył z powrotem na Vivę.
Wyprostowałam się, słysząc jej urażony głos. Zaśmiałam się, widząc jej oburzenie. Zerknęłam na Clinta, któremu pomagałam zrobić pracę z chemii.
-Wszystko gra? - zapytałam, patrząc na nią ze zdziwieniem. - Bo wiesz, złość piękności szkodzi.
-Ale on... - zaczęła, unosząc ręce z oburzeniem.
-On pokonał Cię na konkursie z fizyki! - zawołała Jessie. - Idź do swoich zadań, bo Gold nie zaliczy Ci prac społecznych.
Spojrzałam na nią, unosząc brwi. Wyglądała... normalnie. Zupełnie normalnie. Dwa kucyki, jakieś gumki z kokardkami. Jak zawsze kamizelka na koszuli.
Po chwili Emma poddała się i poszła sobie na drugi koniec sali.
-Dzięki. - westchnęłam. - Gdyby nie Ty...
-Spokojnie. - uśmiechnęła się do mnie. - Julie zaliczył już korki w szkole. Chyba może sobie posiedzieć. Z resztą... też lubię ten program.
Ona naprawdę nic nie wie... - przebiegło mi przez myśli.
Kolacja przedślubna. Tak to się nazywa. W ten sposób Chuck i Sarah dotrą do tamtej sali. A ja i Charlie spokojnie będziemy mogli się przygotować.
-Zróbcie ostatnie zadanie i możecie iść do domu! - zawołał Jack, wchodząc do klasy. W sumie było nawet normalnie. Tak, jak zawsze tego chciałam. I gdyby nie te szpiegowskie sprawy, które zaprzątały mi głowę... Byłoby normalnie.
Clint podsunął mi swój zeszyt, żebym mogła zobaczyć jak rozwiązał zadanie. Zerknęłam na ciągi wzorów i przekręciłam głowę. Westchnęłam, kładąc mu zeszyt przed nosem.
-Tu masz błąd. - powiedziałam cicho. - Spróbujesz jeszcze raz, czy Ci poprawić?
-Spróbuję. - powiedział cicho. - Dopiero po jednej probie poprawisz, jak zrobię źle.
-Dobra, jak chcesz. - odparłam, spoglądając na Julie'ego, który jak gdyby nigdy nic wgapiał się w telewizor, obserwując reklamę kociego żarcia.
Oparłam się o ławkę i poczułam, jak ktoś całuje mnie w policzek. Odwróciłam się i zobaczyłam Kendalla. Uśmiechnęłam się do niego ponuro.
-Już skończyłem. - oznajmił, obejmując mnie ramieniem. - Dzisiaj będzie dobry dzień. A właściwie wieczór. Nie robicie tego dzisiaj. Dzisiaj robimy imprezę dla Cariny. A Ty idziesz najpierw z Sarą na przymiarkę sukni ślubnej.
Ponownie uśmiechnęłam się pod nosem. Tak... Może i mama Carlosa to ostatnia łajza, ale jest profesjonalistką w dziedzinie planowania ślubów. Znalazła świetna krawcową, która uszyła sukienkę według naszego projektu. Wynegocjowała zniżkę na gigantyczny tort i przyśpieszyła terminy organizacji sali weselnej. Głównie dlatego, że sami nieźle jej zapłaciliśmy. Ale i tak jej nie lubię, bo traktuje całą swoją rodzinę jak gońców szachowych.
~***~
Po lekcjach wróciliśmy do domu. Musiałam jeszcze wyprowadzić Antonia. Najlepiej, jeszcze zanim Sarah skończy pracę w jogurtowni.
-Wszystko okey? - zapytał Chuck, nalewając soku do szklanek.
-Jasne! - zawołałam, szukając jego szelek. - Ale muszę wziąć Antonia na spacer. Nie mam za wiele czasu, ale na szczęście, niedaleko mamy tereny zielone.
Biegałam w te i z powrotem, kiedy Julie jak gdyby nigdy nic usiadł przed telewizorem i wziął do ręki album technologiczny. Nawet nie wiem który... Mieliśmy ich sporo.
-Mam! - zawołałam, rzucając torebkę na fotel. - Tony! Chodź, musimy szybko iść. Oczywiście, jeśli chcesz sobie dzisiaj pooddychać świeżym powietrzem!
Antonio był pół-dzikim zwierzęciem, jak mówili o tym specjaliści z naszego cyrku. Mocno oswojony, ale cały czas musi się wyszumieć. Znał granice. Sikał do kuwety, dał się uwiązać i nawet nie warczał na obcych. Przeciwnie, był bardzo grzeczny.
~***~
-Wszystko gra? - zapytał Logan, kiedy Lester i Jeff dekorowali halę w magazynie, które od wczoraj było puste. - Bo wiesz... Masz ostatnio sporo na głowie.
-Ostatnio nie jest tak źle. - zaprzeczyłam. - Tylko coś spory tych imprez ostatnio...
Zaśmiałem się ponuro. Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy to źle. Po prostu tak już było. Chociaż lepsze to, niż wszystko miałby się nam walić na głowę.
Julie był na dole. Zajmował się dokumentacją. Jedyny, któremu chciało się to robić. Nawet nieźle mu szła ta papierkowa robota. Archiwizacja dokumentów... Według cioci właśnie to było jego miejscem w agencji. A ja jakoś nie byłam z tego powodu za specjalnie zadowolona.
-Gotowe! - zawołał Morgan, kiedy węże wystrzeliły w powietrze.
-Pójdę po nią. - zaoferował Morgan i zniknął gdzieś za ogrodzeniem dzielącym magazyn od ulicy.
Kiedy zadzwonił mi telefon, wyjęłam komórkę z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz. Jedno nieodebrane połączenie od nieznanego numeru. Rozejrzałam się po cichym pomieszczeniu i oddzwoniłam. Nikt nie odbierał. Przez bardzo długi czas, więc podeszłam do Chucka, który stał przy konsolecie.
-Znasz ten numer? - zapytałam go, podając mu swój telefon.
-Nie. - pokręcił głową. - Ale mam tu laptopa, więc bez trudu określę właściciela.
-Masz takie uprawnienia? - zmarszczyłam brwi.
-Jako serwisant, nie. Ale jako pracownik Firmy, owszem.
Obejrzałam się przez ramię, widząc jak Morgan ceremonialnie przyprowadza Carinę. Na szczęście nikt nie zwracał na nas uwagi, więc mogliśmy się tym zajmować.
-Mam! - zawołał Chuck, dając mi znak, ze skończył. - To jeden z numerów restauracji na Williamson Road *. W dzielnicy North Hollywood. Ta sama, w której zrobiliście nam na jutro rezerwację.
-Żartujesz? - otworzyłam szeroko oczy. - Dlaczego ktoś miałby do mnie stamtąd dzwonić. Robiliśmy rezerwację przez internet. Nawet nie mają mojego numeru.
-A może jednak ktoś ma? - zapytał z uwagą. - Zastanów się.
Uniosłam głowę. Tak, ktoś stamtąd miał mój numer, ale nie pracował w restauracji.
-Jessie. - powiedziałam szeptem.

*Williamson Road – Nie wiem, czy w LA jest taka ulica, ale to był impuls. W Teen Wolfie na tej ulicy mieszka Scott McCall i jego mama. Było w jednym odcinku. Ńumer 821, Beakon Hills. Jakby to kogoś interesowało. Ta... moja obsesja to moja obsesja.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po pierwsze, chcę Wam powiedzieć, że dzisiaj odkryłam mega kapelę. Wcześniej znałam zaledwie dwie piosenki, a dzisiaj kliknęłam z nudów i jestem zachwycona. Jeszcze nie przesłuchałam wszystkiego, ale jestem coraz bliżej. Właściwie nie doszłam jeszcze do połowy, bo fajniejsze piosenki odtwarzam po kilka razy.
Dzisiaj nie mam siły, żeby pisać autorko, ale powiem, ze mam wenę i właśnie piszę przedostatni odcinek. I zaraz do niego wracam. Mam nadzieję, że dzisiejszy się Wam podobał. Trzymajcie się!

EDIT:
Puki nie ma tu jeszcze żadnych komentarzy, to zarzucę Was kilkoma foteczkami z Teen Wolfa. Oczywiście znalezionymi podczas "askowego męczenia" Marli. Jak wygląda takie męczenie, zapraszam do niej na profil, gdzie wszystko możecie sobie zobaczyć. A mnie skończyła się wena w połowie strony. Bywajcie ze stadem McCalla!




środa, 7 października 2015

Odcinek 94 – Lizzy kontra Tajemnica Jessie

W prawdzie, wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że religijnie rzecz ujmując, imprezowanie w piątki jest lekko niewskazane, ale okazało się, że to właśnie piątek jest najbardziej odpowiedni na urządzenie imprezy pożegnalnej dla Cariny.
Ale tym razem to było takie zwyczajne pożegnanie. Zaraz po ślubie Sary i Chucka Carina wyjeżdża do europy na długą misję incognito. Dostanie nowe nazwisko, nowe życie i nowy związek. Ale nie wiadomo jak długo to jeszcze potrwa. Dlatego Morgan uparł się, żeby urządzić dla niej imprezę. Ale to chyba nie był jedyny powód. Kilka dni temu Ellie odkryła sekretny zapas Chardone, który Chuck schował w jednym z archiwizującym pudle taty.
-Na prawdę jesteś tego pewien? - zapytałam Chrisa, kiedy on i Julie przynieśli do mieszkania dwa solidne skrzynie likieru. - I skąd Ty to w ogóle wytrzasnąłeś?
-Moja ciotka ma monopolowy. - wyjaśnił, jakby to było coś oczywistego. - Zapomniałaś?
-Nie, nie zapomniałam. - odpowiedziałam. - Ale straciła koncesję. Jakieś trzy lata temu.
-Załatwiła wszystko w zeszłym miesiącu. - odparł wzruszając ramionami.
-Chris, jesteś pewien, ze dziewczyny będą piły coś takiego? - zapytał Julie, zdejmując korek z adwokatu. - To jest strasznie gęste.
-Tak, i o to właśnie chodzi. Zostaw to. - powiedział, wyjmując mu z dłoni butelkę z aromatyzowanym alkoholem.
Westchnęłam i pokręciłam głową. Wiedziałam, że z tym nie dam rady, że on już taki jest i i tak go nie powstrzymam. I nawet nie zamierzałam próbować. Co najwyżej go ostrzec.
-Zamierzasz pić? - zapytałam, chcąc się upewnić.
-Może... - wzruszył ramionami z łobuzerskim uśmiechem. - Troszeczkę.
-Tylko nie przesadź. - oznajmiłam, wciąż się w niego wpatrując. Przeniosłam spojrzenie na Julie'ego. - A Ty?
-Ja? - uniósł brwi. - Nie, jestem za młody.
-Za młody? - zdziwił się Chris, patrząc na niego. - Aleś Ty naiwny, chłopczyku...
Westchnęłam ponownie i razem z Julie'm schowaliśmy obie skrzynki pod zlew. W sumie wszystko było już gotowe. Brad obiecał, przebrać się za striptizera, Nie ukrywam, że początkowo trochę mnie to rozbiło, bo byłam pewna, że żartuje, ale mina mi zrzedła, kiedy zorientowałam się, że on mówi całkowicie poważnie.
-Co teraz? - zapytał Julie, zaglądając do piekarnika, gdzie ciasteczka powoli stygły. - Szkoda, że nie wyszły mi tak dobrze na przyjęcie zaręczynowe. Nabieram wprawy.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wzięłam głęboki oddech i wyjęłam z szafki opakowanie cukru pudru. Postawiłam go na szafce i zaczęłam szukać cytryny.
-Julie, mogę wiedzieć po co kupiłeś agrestowy syrop na sok? - zapytałam, sięgając po zapieczętowaną butelkę z tym właśnie płynem.
-Jak to, po co? - wzruszył ramionami. - Żeby zrobić zielony lukier. Widziałem w takim programie kulinarnym. Facet robił cuda z tanich półproduktów z supermarketu.
Zobaczyłam, jak Chris za moimi plecami unosi brwi. Siedział teraz przy naszym stole i skrzyżował ramiona.
-Wydaje mi się, czy więcej uczysz się z telewizji, niż w szkole? - zagadał Chris.
-Mnie też to niepokoi. - dodałam.
-Ale w tym wcale nie ma nic niepokojącego. - odparł sam Julie.
~***~
Po południu ja i Julie usiedliśmy na kanapie naprzeciwko telewizora. Chuck bardzo dokładnie ukrył tą kamerkę. Nie można było jej dostrzec. Tak samo jak te kamerki w szkole.
-Witajcie dzieci. - powiedziała Ciotka Diane, pojawiając się na naszym ekranie. - Zrobiliście, to o co Was prosiłam?
-Tak. - pokiwałam głową. - Sprawdziliśmy Jessie.
-Tylko wciąż nie rozumiem po co. - Julie wzruszył ramionami. - Jest bratanicą tego szefa kuchni z telewizji. I co dalej? Nic z wyjątkiem faktu, że internet nie podaje, że on w ogóle ma brata.
-I tylko to zwróciło Waszą uwagę? - uniosła brwi, spoglądając na nas rzeczowo. - Co jeszcze się o niej dowiedzieliście?
-Jest w połowie Szkotką, gra na wiolonczeli w szkolnej orkiestrze... - wymieniałam. - Zwykła nastolatka. Nie wiemy, czy skrywa jakieś tajemnice. W szkolnych aktach nic nie ma.
-Z wyjątkiem kłótni z ojcem na środku szkolnego korytarza. Podobno wtedy uciekła z domu. Po trzech dniach policja znalazła ją w jakiejś narkomańskiej melinie. Pozwolili jej u siebie nocować w zamian za jedzenie. Jej wuj ma restaurację w dzielnicy North Hollywood. Przynosiła im odpadki z wieczora. Trochę ich było.
-Nie chodzi o to, że jej wuj jest słynnym szefem kuchni... - powiedziała ciocia, składając dłonie. - Ale, czy Jessie często go odwiedza?
-W każdy czwartek. - zmarszczyłam brwi. - Jedzą razem kolację na zapleczu jego knajpy. A co?
-A czy Jessie bierze coś ze sobą?
To pytanie obudziło moje myślenie. Jessie chodzi do wuja zawsze po próbie orkiestry. Ma wtedy przy sobie jedną rzecz. Nie zostawia tego w drodze, chociaż zawsze mija swój dom.
-Wiolonczelę. - powiedziałam, na co Julie spojrzał na mnie na kanapie. - Jest duża. I z reguły pusta w środku. Jest idealnym schowkiem. Już kiedyś Jessie przerobiła jeden ze swoich instrumentów na pudełko na lalki. Można w niej coś przemycać. Sugeruje ciocia, że Jessie...
-Przenosi materiały wybuchowe. - dokończyła za mnie ciocia. - Z restauracji wuja do domu. Z domu C4 trafia do podziemi szajki. Z tym, że Jessie nie ma o tym pojęcia. Co tydzień wynosi z restauracji dwa kilogramy silnych materiałów wybuchowych i nawet się nie orientuje. Czasami gra na wiolonczeli na sali, dlatego nie dziwi ją, że wuj prosi ją, żeby miała instrument ze sobą. A jej ojciec i jedna z kelnerek są w szajce. Blisko Sebastiana Showa.
~***~
Dwa kilogramy. Tyle mąki każdego środowego poranka Jessie wynosi z domu, a wieczorem wraca z C4. Wiem, że to porąbane. Takie spotkania trwają od pięciu lat. Nie mamy pewności, że Gordon „Bóg kulinarny” Remsey cokolwiek o tym wie. Mamy się dowiedzieć. Ja i Charlie. Wiemy tylko tyle, że wymianki robi jedna z kucharek, odkąd tylko została zatrudniona.
-Mówimy Carlosowi? - zapytał Logan, leżąc na plecach na podłodze w sali kina domowego w Buy More. - Że idzie na potańcówkę za tydzień z przemytniczką.
-Jessie jest niewinna. - skrzywiłam się, patrząc jak Chris próbuje nauczyć Julie'ego grania w Call of Duty. - Nie musi wiedzieć. Ona tez nie ma pojęcia.
-Zastanawia mnie jedna rzecz. - Chris zmarszczył brwi. - Jak pozostały personel restauracji nie orientuje się, jakim cudem przybywają im dwa kilogramy mąki w każdą środę.
-Zużywają jakieś półtorej palety dziennie. - odparłam. - Nawet dzienne pieczywo wyrabiają na miejscu. Na stoliki trafiają już po godzinie. Czym są przy tym lekkie dwa kilo? No błagam...
-A Ty skąd wiesz? - zmarszczył brwi, patrząc na mnie przez ramię.
-Info o pieczywie mają na stronie głównej, a ilość zużywanej mąki policzyłam. Jakiś nadgorliwy idiota napisał tam, ile bułeczek dziennie wyrabiają.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i już wiadomo, kto się pojawi. Gościnnie, bo gościnnie, ale będzie. To tylko wstęp do końcówki. Sześć odcinków do końca. A potem biorę się za mutantów. 
Już zapspamiłam Marli, ale Wy też majcie: [KLIK]. W skrócie: Plany lekcji, Woda dla Bohatera, moje dzieła. Kliknijcie i zobaczcie, jak Wam się podobają. W razie czego, pisać mi na GG, a zrobię Wam coś jutro na zamówienie. Albo na Aska, chyba znowu zacznę go pisać... 
Mam nadzieję, że odcinek się Wam podobał. Liczę na Wasze komcie. Trzymajcie się!