wtorek, 22 grudnia 2015

Notka pożegnalna

Cześć! Wiem, ze trochę się z tym spóźniłam, ale myślę, że było warto. Miałam napisać epilog, w którym Lizzy wgrywa sobie pełną wersję intersecta, ale wszystkie trzy wersje wyszły nadzwyczaj kiczowato, więc nie opublikuję tego czegoś. Ale za to wymyśliłam coś innego. Całe opowiadanie było o Lizzy i na sam koniec poznacie coś, czego ona nigdy nie powiedziała. Ale najpierw... Pogadamy sobie o historyjce, którą mamy już za sobą.
Po pierwsze Generalissimus. Można go nazwać przyjacielem rodziny. To taki bogaty człowiek, który lubi rozpieszczać ludzi, którzy ratują mu życie. A ponieważ Carmichaelom zawdzięcza naprawdę dużo... To chyba nie muszę już nic dodawać.
Po drugie, coś, czego nie widać, czyli Ellie. W serialu było ich naprawdę dużo, ale tutaj Devon, Ellie i Clara zostali odsunięci bardzo na dalszy plan., żeby zrobić miejsce dla rodziny Din. Jesli oglądaliście serial, to myślę, że wydali Wam się sympatyczni.
Czy jest tu ktoś, kto nie polubił Antonia? Wiecie, ten milutki cyrkowy tygrysek, którego Lizzy przygarnęła za zgodą Chucka, który... ma alergię na kocią sierść. W ten oto sposób poświęcił swoje zdrowie i swoją wątrobę, faszerując się środkami na alergię. Ale w końcu się przyznam, skąd wzięło się jego imię. Podejrzewam, że mnie za to znienawidzicie. W „Violettcie” był jeden Antonio. Wiecie, taki staruszek, właściciel Studia, potem umarł... No to właśnie stąd się to wzięło.

A teraz... Niespodzianka na koniec czyli...
5 rzeczy, do których Lizzy nigdy się nie przyzna:

  1. Chciałaby śpiewać jak Katy Perry.
  2. Zazdrości Arthurowi, że biega trzy razy szybciej od niej.
  3. Dobrze pływa, ale i tak boi się utonięcia.
  4. Gdyby miała magiczne moce, ożywiłaby Harry'ego Pottera.
  5. Kiedy była mała, myślała, że Kapitan Ameryka istnieje naprawdę, a jak ktoś próbował ją wyprowadzić z błędu, nie chciała słuchać.




To Wam wystarczy? Jeśli nie, to możecie mnie spotkać w:
  1. Szkole dla Mutantów (czekam, aż będzie więcej niż jeden komentarz, dopiero opublikuję trzeci rozdział).
  2. Stadzie (Czyli coś z Teen Wolfa z lekkim Crossoverem z Avengers)

I na koniec składam serdeczne podziękowania (kolejność przypadkowa):
Marli S,
Big Time Chrisowi,
Lisie Schmidt,
Dark Bunny.
Ponieważ byli ze mną przez cały czas i to właśnie oni dawali mi największego kopa.


środa, 2 grudnia 2015

Odcinek 100 (Ostatni) – Lizzy kontra od dawna oczekiwany ślub

W końcu nadszedł dzień ślubu Chucka i Sary. Zerknęłam na Julie’ego, który próbował założyć Antoniowi muszkę. A on, jak to tygrys… Wiercił się, trochę ryczał i nie chciał się stabilnie ustawić.
-Uspokój się! – wycedził Julie przez zaciśnięte zęby. – Nie mam zamiaru robić tego od nowa.
-Julie, zostaw go! – zawołałam, próbując sobie jakoś poradzić z suwakiem od sukienki. – Nie już idzie bez tej muszki. A Ty lepiej wkładaj już tę swoją obciachową, niebieską marynarkę, bo za kilka minut musimy być pod kaplicą.
Julie odrzucił muszkę na bok i wbiegł z powrotem na górę. Zamknęłam oczy, w końcu dociągając do suwaka. Westchnęłam z ulgą, kiedy zdałam sobie sprawę, że w końcu udało mi się uporać z tym cholerstwem.
-Jesteście gotowi dzieciaki? – zawołała Greta, zaglądając do naszego mieszkania przez okno. – Państwo młodzi już prawie w drodze. Gdzie Twój brat?
-Idę, idę… - powiedział Julie, zbiegając na dół i wkładając pośpiesznie niebieską marynarkę. Jak mówił „innej nie mam”, a i tak nowej nie chciał.
-Świetnie. – kiwnęła głową i pomachała ręką, żeby nas trochę pogonić. – Chodźcie, chodźcie… Już czas. Trzeba się sprężać.
-Chodź, Antonio… - zawołałam, a on niemal natychmiast stanął obok mnie.
Wyszliśmy na plac z fontanną, gdzie John stał przy swojej Cow Victori w odświętnym garniturze. Miał ten swój naburmuszony wyraz twarzy, jakby wciąż chciał udowodnić, że idzie na to wesele tylko dlatego, że liczy na mocnego drinka. Niczego nie zabronię, bo po co… on i tak ma już ponad czterdzieści lat.
-Wsiadajcie, zanim Alex się uprze, żeby przy okazji poślubić Grimesa. – skomentował.
Wzruszyłam ramionami i wsiadłam na tył jego samochodu. Pośrodku nas rozsiadł się Antonio. Din pofatygowała się jako jedyna z rodziny Lensonów. Ziewnęłam, przypominając sobie moment wręczania zaproszenia. Oni, jak na kulturalnych ludzi przystało, grzecznie odmówili, mówiąc, że i tak będą wtedy w pracy.
Kiedy dojechaliśmy pod kaplicę, minęło może pięć minut. Okazało się, że nas pośpiech nie był absolutnie konieczny. Pogrzeb, który był przed ceremonią ślubną, wciąż trwał. Mało tego. Nawet nie wyprowadzono jeszcze trumny.
-Gdzie Chuck i Sarah? – zapytałam odruchowo, a Kendall podszedł do mnie niemal natychmiast i pocałował w policzek.
-W kancelarii. – odpowiedział mi dobrze znany, kobiecy głos. – Podpisują z księdzem potrzebne dokumenty. Chcą to zrobić przed ceremonią.
-Mama? – zawołałam z radością, odwracając się w jej stronę.
Stała tam. Tutaj, tuż obok mnie. Uśmiechnęłam się szeroko i westchnęłam z ulgą, widząc, że stoi tutaj, tuż obok mnie. Mama uśmiechnęła się szeroko i przytuliła mnie do siebie mocno. Zagryzłam wargę i wzięłam głęboki oddech. Westchnęłam ciężko, odrywając się od niej na krok. Jest tu dla Chucka. To oczywiste, że chce być ze swoim synem w tak ważnym dniu. Ale i tak cieszyłam się, że tu jest. I wcale nie jestem zazdrosna.
Uśmiechnęłam się szeroko, widząc Logana i Madison, którzy siedzieli na ławce cicho o czymś rozmawiając. W końcu Mad zachichotała jak ostatnia idiotka i zakryła sobie usta dłonią, jakby się czymś zawstydziła.
Zajęłam miejsce obok Cariny. Ona siedziała wyprostowana, trzymając w rękach bukiet kwiatów z długą wstążką. Obróciłam się i zobaczyłam, jak Devon do mnie mruga i się uśmiecha. Odwzajemniłam to i odwróciłam się z powrotem do ołtarza. Chuck stanął z boku, składając dłonie przed sobą. Przez chwilę mogłabym przysiąc, że nerwowo chichocze.
Wstałam, kiedy zabrzmiały organy i trzy wiolonczele. Obróciłam się, widząc jak pan Burton prowadzi Sarę do ołtarza. Wyglądała tak pięknie w sukience bez trenu.
Rozpoczęła się ceremonia. Przez chwilę patrzyłam na to, co się działo. Obok czułam uścisk dłoni Kendalla. A po ich pocałunku Carina prychnęła, jakby całą uroczystość uważała za głupotę. Dałam jej odruchowego kuksańca i uśmiechnęłam się pod nosem.
Jak wyszliśmy z kaplicy, ludzie przez jakiś czas składali życzenia Sarze i Chuckowi. Spojrzałam na przyjaciół, którzy stłoczyli się przed placem. Uśmiechnęłam się szeroko, widząc ich radosne miny.
-Gotowi? - zapytała Madison, rzucając mi jedną z drewnianych floretów. - Zaczynamy!
Ustawiliśmy się w dwóch rzędach. Chris chwycił ćwiczebną katanę i podrzucił ją na tyle, żeby wbiła się dosadnie pośrodku nas.
Rozpoczęliśmy swój taniec, który podpatrzeliśmy w jakimś musicalu. Nawet nie wiedzieliśmy, jak to się nazywa, ale... Sarze i Chuckowi, chyba się podobało.
-Skarbie, możemy chwilę pogadać? - zapytała mama. - To ważne, a później może nie być okazji.
Spojrzałam niepewnie na Kendalla, a on tylko grzecznie ukłonił się mamie i pomachał mi, wsiadając do samochodu taty Carlosa.
-Jasne. - odparłam, kiwając głową.
Wsiadła do auta, który prowadził Brad. Ja i mama siedziałyśmy naprzeciwko siebie na tylnym siedzeniu. Zamrugałam, czekając na jej pierwsze słowo. Nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę.
-Wiem o rozkazie, który otrzymał Charlie. - powiedziała, natychmiast rozwiewając moje wątpliwości. - Wiem, bo to był mój pomysł.
-Chciałaś, żeby Charlie zabił Showa? - wypaliłam kompletnie bez sensu.
-Nie. - pokręciła głową. - To ja chciałam zabić Showa.
To zdanie zupełnie zbiło mnie z tropu. Otworzyłam szeroko oczy, nie mając pojęcia jak na to zareagować. Po prostu siedziałam, wpatrując się w rączkę na kubek z kawą.
-Dlaczego? - zapytałam marszcząc brwi. - Dlaczego Ci na tym tak zależało?
-On zabił mojego męża. - odpowiedziała niemal ze łzami w oczach. - A Twojego ojca. Nie miałam wyboru. Wiedziałam, że to jedyne wyjście.
-Chciałaś się zemścić? - zapytałam.
-To nie chodziło o zemstę. - powiedziała, jakby się z czegoś tłumaczyła. - Tylko o spokój. Chciałam, żeby Stephen był spokojny.
Nie rozmawiałyśmy już więcej. Tylko pojechałyśmy do sali weselnej, którą załatwiła i udekorowała mama Carlosa. Widok był imponujący, jakby dopracowano kwiaty choćby o mikromilimetr.
Kendall objął mnie od tyłu. Chwycił mnie za rękę, prowadząc na parkiet. Odruchowo spojrzałam na parę młodą. Wyglądali na szczęśliwych. Na prawdę szczęśliwi.
I to jest ten moment, kiedy chciałoby się powiedzieć „i żyli długo i szczęśliwie”, ale to nigdy nie jest pewne. Nawet w bajkach.

Koniec!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie będę Was męczyć. To już koniec, więc coś więcej będzie dopiero w notce pożegnalnej za kilka dni. Trzymajcie się. I jak się podobał koniec?